Spowiedź (Bałucki)

Kiedym był młody — i bardzo młody —Kochałem pannę cudnéj urody.By ją wciąż widzieć — ptaszkiem być chciałem,Gdy ją bolała główka — płakałem,Wieczór paciorkim odmawiał za nią,Aż raz szepnąłem: ja kocham panią. —A ona rzekła: jeszcześ za młody,I jabłko dała mi dla ochłody.

Gdym podrósł trochę, kochałem drugą;Ale z daleka i to nie długo.Raz ją w kościele w ławce ujrzałem —Odtąd marzyłem o niéj — wzdychałem,

I jak cień ciągle chodziłem za nią:Aż napisałem jéj: kocham panią!A odpisała: „nie znam cię panie“ —I tak skończyło się to kochanie.

Nie długo potém kochałem inną.Była młodziutką, wesołą, zwinnąOczka z turkusów, włoski złociste,Dołki na twarzy i ząbki szkliste.I byłem pewny, że mnie kochała,Bo nieraz na mnie oczkiem rzucała;Aż raz zwierzyła mi się tajemnie,Że zakochana; — ale nie we mnie.

A potém jeszcze kochałem jednę.PrzylgłęłoPrzylgnęło do niéj me serce biedne,Bo była piękną, bo mnie kochała,Bo kiedym przyszedł słodko witała,A smutną była w chwili rozstania;...I tak rok było tego kochaniaA za mąż poszła, — a na ostatekŁzy na pamiątkę dała i kwiatek.

Odtąd już rzadko myślą się pieszczę,Aby mnie która kochała jeszcze;A jednak ciągle za niemi łażę,Na ich nadobne patrzę się twarze,Patrzę czy która przez zapomnienieNie rzuci jakie czułe spojrzenie,I ich wesołe mowy rad słyszę — —A potém z tego piosenki piszę,piszę.1861.

Comments

Loading comments…