Freski Krymskie — VIII

Widziałem, jak się rodzi dzień na morzu:Świt szary górne zajmuje przestrzenie,A przed nim nocne uciekają cienie...Budzą się fale w swem przestronnem łożu;Na kresach wschodnich barwi się rumieniec,Różowych chmurek płynie w niebie wieniec....Wtem słońce z morza sunie twarz ognista,I — jak zazdrosna o krasę dziewica —Przegląda w głębiach wdzęki swego lica,Po nad otchłanią wisząc zwierciadlistą;Potem krąg słońca w zdrojach wód umytyZwolna sie wznosi na najwyższe szczyty.Lecz morze igra wielką liczbą zjawiskI w każdej dobie ma odmienne fazy,W południe inne jawi znów obrazy,Kiedy usypia cichym snem odalisk.Snu jego jasne pilnują lazury,Słońce je pieści, lejąc blaski z góry;Więc całe stoi roztopione w złocie,Tysiączne na niem drgają gwiazd iskierki,Jakoby ze dna biegły fajerwerkiI zapalały kropel jego krocie.

W wieczór, gdy słońce się za góry chowa,Patrzę na morze, widzę — zmiana nowa.Promienie słońca pożegnały tonie,Lecz nim ich blaski zagasły ostatnie,Ślą w chmurce złotej pocałunki bratnie,By je zaniosła ku nadmorskiej stronie;A w miejscu innem — przez górską szczelinęPada snop światła na morską głębinęI Łódź na drodze spotkawszy rybacką,Przelewa na nią taki blasków nawał,że ją zamienia w złota jeden kawał,Więc łódź się świeci, jako lśniące cacko.

Comments

Loading comments…