Sonety (Romanowski, 1913)
Dziwnie my się spotkali na żywota drodze:Tyś już miała świat marzeń i byłaś wesoła,Jam się zbliżył, twej krasie uchyliłem czoła,Potem poznał, pokochał i rozbolał srodze.
Skarb twej duszy w mą duszę, jak w wnętrzu kościoła,Złożyłaś ufna we mnie, — ja spokojny chodzęI tobie błogosławię... i z losem się godzę,A jak? spytaj mych nocy i mego anioła.
Jasno mi, a znam piekło, pierś go się nie zlękła;Toż i ty się nie lękaj, jeśli czasem zbladnę,Chwyciłem boleść w dłonie — boleść jak wosk zmiękła,
A dziś mi harfą życia, którą, jak chcę, władnę...Siostro! — słyszałaś zgrzyt ten?... Struna żalu pękła...Twe serce czuję w łonie... kocham, toż nie padnę.
Widziałem cię w kościele! — dzwonek mszę ogłosił...Wpatrzyłem się, — klęczałaś kornie pochylonaI tęskna jako lilia... Modlitwą natchnionaNie widziałaś, jak anioł nad tobą się wznosił.
Lecz jam go czuł po ciszy, co weszła do łona,Po promieniach, które mi czoło moje zrosił;...Szedłem za tobą w niebo... o nicem nie prosił, —Tak była tobą samą dusza przepełniona.
Chcesz? twą całą modlitwę powtórzyć jam zdolny...Dziękowałaś za życie, jako ów u zdrojuZa garść ziemi dziękuje Panu kwiatek polny...
Potem błagałaś Boga o wielki dzień boju...Potem — aby nagrodził twoim trud mozolny...Modląc o szczęście... dla mnie modliłaś spokoju?!
Lwów, wspominek mszy, 31 maja 1858.
Comments
Loading comments…