Wybór poezyi Mieczysława Romanowskiego — Tom I — całość

Lepiej niż sto tysięcy wroga,Lepiej od Boga...

A swatami będą dęby z płomieniem na czołach,A łożem ślubnem będzie stos rycerzy.(Prolog z Lilli Wenedy).

że mu do głowyJuż płynie marzeń rój złoty;Że kiedy uśnie, śnią mu się mężeSkrzydlaci, niby anieli,W zbrojach i hełmach, w dłoniach oręże,Odziani w skrwawionej bieli.

Chwała Panu, idzie ku nam w chwale,Utęsknione serce go przeczuwa,Drży przyroda, niebo się zasuwa;Anioł spuścił na dół zbrodni szalę,Sprawiedliwy idzie ku nam w chwale.

I zesiedli wojownicy z koni,Obstąpili towarzysza broni;On leżał na ziemi.Konał; — usty spalonemiCicho wyszeptał imię —Imię, co z jego duszą wraz na gwiazdach drzemie.„Szkoda go nam“ — rota zawołała —Wieczór nad nim mogiła już stała.

— biada tobie! gdybyś jak dewotkaW kościołach gromów przemodliła porę.Tam nieochybne zniszczenie cię spotka,I Bóg zostawi cię jak dziecko chore,Klęczące we łzach na kościelnym progu,A tylko z modłów wiedzące o Bogu.

Obcej cię wonczas poruczy prawicy,Abyś w cierpieniach dorosła na męża.

A jam pochwycił jeden z sztandarów —Ludu pieśń — i z nim stoję na dobach;— — — — —Toż wśród nieszczęścia jestem spokojny,Bom najstraszniejszym orężem zbrojny.

Niech marmur na mym grobie nie pochlebia żałobie,O co próżność ziemskich dzieci tak dba,

Niech huk trąb nie rozplenia chwały mego imienia;Czego pragnę, o czem marzę, to — łza.

Że i łza jedna nie spadnie dla mnie,Chyba stróż anioł mój westchnie za mnie...

Chcecie piosenki, o bracia moi!Jakąż szalony piosnkę wam da?Rozpacz mi struny na lutni stroi!Zanucić trudno, o bracia moi,A pieśń rozpaczy na cóż się zda?

Słuchajcie... kiedy dziko, olbrzymioSkały odrzucą piorunom wtór,I wiatr obudzi głosy, co drzemiąW grobach, zwaliskach, i z pól, co dymiąKrwią, w jeden straszny przeszłości chór;

Tem chciałbym jedną zczarować strunę.Drugą bym owił pęczkami róż:I wszystkie żary, któremi płonę,Miłość, tęsknota, bóle zniesione —To druga struna przy strunie burz.

Trzecia... myśl rwie się, o wyrzec trudno!Ja bym chciał całą harmonię sferSchwycić na strunę! Tonami ludnoTak płynąc w nocy krainą cudną —Myślom i gwiazdom nadając ster.

A z tych strun jeden, jak jedno życie,Spłynąłby do was serdeczny śpiew;Zbudzoną przeszłość i gromów bicie,Miłość, tęsknotę i wianków wicie,Owiałby pokój odwiecznych stref.

1855.

Wyjdź, bracie młody, za twoje sioło,Tam na mogiły na polu,I przytul usta, serce i czoło:Im wyspowiadaj się z bolu.

Może rozpękną sercem ogrzane,I wstanie hufiec wiekowy,A ty mu pokaż struny stargane,Pokaż cierń serca i głowy.

W posępnej nocy przy surm odgłosie,Rozwiną sztandar, usiędą,Krwawe pancerze złożą na rosie,I serca z piersi dobędą.

Patrzaj w te serca! co tam gorzało,Na struny z miłością chwytaj!A jeśli-ć jeszcze tego za mało —To już się mężów nie pytaj.

Ale pośpieszaj w krainę włoską,Petrarki spytaj się cienia,Jak przyhołubić dziewicę boską,I zakląć lubej spojrzenia.

A wtedy nawiąż struny z jedwabi:Lutnia, co brzmiała żelazem,Niech jak turkawka grucha i wabi,Łzy i uśmiechy ma razem.

1856.

Zrodzon na grobach śród kajdan brzęku,Śród szmeru wiejskich pacierzy,Na mej piastunki pieściwem rękuSłuchałem życia rycerzy.A opowiadał mi ojciec stary,Matka mówiła najwcześniej,Gdy płaczącego uczyła wiary,A siostra śpiewała pieśni.

Mówili dziecku prostemi słowy,Lub śpiewem rzewnej tęsknoty,A nie wiedzieli, że mu do głowyJuż płynie marzeń rój złoty;Że kiedy uśnie, śnią mu się mężeSkrzydlaci niby anieli,W zbrojach i hełmach, w dłoniach oręże,Odziani w skrwawionej bieli.

I nie wiedzieli, kiedy zbudzoneDziecko zapłacze, bywało,Że mu się śniły bronie wzniesione,Że padających widziało.Utula z płaczu matka stroskana,Cacka podaje do ręki;Darmo! aż dziecku siostra kochanaZanuci tęskne piosenki.

I uśnie dziecię, uśnie jak ptaszę,Gdy słowik w wieczór zanuci,Aż mu się przyśnią orły, pałasze.I na łóżeczku się cuci.Nad łożem ojca kord wisiał krzywy,Ku niemu zwraca oczęta,Na licach uśmiech igra mu żywyI klaszcze w drobne rączęta.

O sny me złote! o siostry pieśni!Jakże mi tęskno za wami, —Czemuż tak często dziś mi się nie śni,Że lecę między orłami?Na mojej ziemi mnożą się groby,............I wieją ciche pieśni żałoby,............

Wywiedli konia z ojca stajenki,A ojciec wsiadać mi każe:„Weź-no bułanka, chłopcze, do ręki!Jak się masz trzymać, pokażę“.A matka z okna: „O! ja się boję;On spadnie, on taki mały!“„Trzymaj się, chłopcze, konia we dwoje!Ha, ha! patrz, jaki zuchwały!“

Potem mi ręką pogładzi lico,A mnie tak w duszy gorąco,Żebym chciał lecieć gdzieś błyskawicą,W dal jakąś dziką, świecącą.Toż na najwyższą wyskoczę sosnę,W dali utonę oczyma;Marzę i płaczę — w marzeniach rosnę

Gdzieś w lecącego olbrzyma.

Przedemną jasny piorun się pali,Szablicę trzymam we dłoni,A za mną tłumem wojsko się wali,I lecim po mogił błoni...Coraz to dziksze wstają zjawiska,Coraz groźniejsze postaci,Już mi tysiące piorunów błyska...Z marzeń mnie budzi głos braci.

Tam do nauki matka mnie woła!Gdzie byłem, patrzają niemi,A ja zeskoczę z smutkiem u czoła,Z oczyma na pół łzawemi,I słucham matki, jak opowiada;A gdy nauka przeminie,Biegnę do siostry, — a ona radaNuci piosenkę chłopczynie.

Ogniste mary, senne krainy,Jakże wy dzisiaj dalekie! —Czy tak to wyście duszę chłopczynyPrzysposabiały na spiekę?Och! a ty tęskna pieśni siostrzana,Coś łzy chłopięcia koiła,Czyś ty mi w chwilach mojego rana,Że będę śpiewał wróżyła?

Bywajcie zdrowe, wspomieniawspomnienia moje!Pieśni siostrzana — bądź zdrowa!Od bolu wdziałem na serce zbroję,A tarczą pokryta głowa.Może was nigdy nie ujrzę więcej,Pierwsze anioły mego żywota...Wyście świeciły duszy dziecięcejNad głową — jak tęcza złota.

1856.

Orły, sokoły!Dajcie mi skrzydła!Gruz i popioły —Ziemia mi zbrzydła.

Jabym chciał w górzePohulać z wami —I tam na chmurzeŻyć piorunami.

Tu mi jak w trumnieŚwiat nie wesoły,Spuśćcie się ku mnie,Orły, sokoły!

Choć duszę weźcieNa wasze lotyI ją zanieścieW marzeń kraj złoty.

Na niebios progu,Między gwiazdami,Jabym tam BoguModlił się z wami.

A tu żałobąPokryte doły:Weźcie mnie z sobą,Orły! sokoły!

Dola mi sprzyja: gdzie zwrócę oczy,Twarz mię spotyka życzliwa,A jednak smutek serce mi toczy,Tęsknota duszę porywa.

Tam — tajemnicze nęcą mnie światy,Któremi cicha noc pała,I chciałbym takie obaczyć kwiaty,Jakich ta ziemia nie miała.

I pragnę ujrzeć zmartwychwstająceNarody z anielską chwałą —Albo pioruny takie palące,By się aż niebo spękało.

I słyszę nocne słowików granie...Wiosenno — błogo tak wszędzie...Ach! kiedyś — kiedyś wszystko się staniePiękniejszem, lecz mnie nie będzie.

1859.

Wśród orkanów na fali grają żagle moje,Niby skrzydła łabędzie, utoczone z piany;Zimnem okiem spoglądam w przestwór rozbujany,Niechaj piorun w maszt bije, — ja widzę ostoję.

Gdym od brzegu odbijał, to tęczy rozwojeKwiatem drogę mi słały przez modre bałwany,A ja — dziecko — na łodzi słodko kołysany,Plotłem w wianek żeglugi marzenia powoje.

Burza wianek porwała, — łodzią fala miota,I niejeden już piorun młodą pierś uderzył,I usta-m obznajomił ze życia piołunem; —

Ale płyńmy, — znów, widzę, szkli się tęcza złota;Powróciła mym oczom. Jam w powrót nie wierzył...O, teraz, łodzi moja, leć z myśli piorunem!

Wraca wiosna — słowik nuci;Z wiosny, z ptasząt — cóż mi, cóż?!Wiatr w dąbrowy liście rzuci,Zbudzi krasę dzikich róż.

Tam na polach zejdzie kwiecieI zaszumi zbożem łan;Mnie nikt wianka nie uplecie,Nikt nie poda rączki w tan!

Bracia moi, szczęść wam Boże!Wiosny waszej, waszych snów!Mnie północne świecą zorze,Dzwoni dumka tęsknych słów...

Gdybyż można szaleć — marzyć!Gdyby jedna czysta łza!...Nie wiem, przed kim wiosnę skarżyć,Ale straszna wiosna ma.

28 marca 1856.

Iskro nadziei! jeżeliś snem tylko,Pocóż tak jasną czarujesz mnie chwilką?Poco? — ach! cierpień dawnych czyż za mało?!Wiele, ach wiele serce przebolało!Zgaśnij, mych uczuć nie kołysz goręcej,Bo cierpię więcej.

Pięknaś! jak zorza wstająca z pomroku,Różowem światłem tlisz łzawemu oku!Za wielkie szczęście! — uchodź zalotnico,Zanadto nęcisz — ach! za piękne lico,Abym twej krasie — twym słowom uwierzył,Ja, com ból zmierzył.

Bez wzajemności iść mi w świat daleko,Jako bez echa głosy z lutni cieką,Śnić na przepadłe, kochać na przepadłe,Śmiechem dla świata krasić lico zbladłe!Aż się nademną spełnią sądy boże; —Kochać? a może . . . . . . ?!

28 października 1857.

O lutnio moja, jak smutno mi!Co sięgnę ręką do twoich strun —One się zleją w grobowy ton,Pieśń smutno brzmi!

O lutni moja! ręka ma młodaChce strun wesela; chwil mi tych szkoda!Onaby chciała w twą złotą nićKwiat myśli wić.

Pierś moja młoda za szczęściem drży,Z mojej źrenicy wystrzela żar:Szukając w koło ułudy mar —Znachodzi łzy.

I czegóż szukam, ja pieśniarz młody?!Śród cierni ziemskich kwiatu swobody? —Szukam wysłanych różami dróg?Szukam — gdzie Bóg?

Gdy niebo wieczór gwiazdami tli,I księżyc srebrny rozsyła blask,W wieczornym świcie mych myśli brzaskNiepewność ćmi.

Gdy w perłach rosy wiosny poranekNa wrzącą duszę wkładał mi wianek,Że to z róż samych — jam w błędzie żył:Tam i cierń był!

Ciebiem pochwycił, o lutni ma,By w twoje dźwięki przelać ten szał,Co w moją duszę natchnieniem wiałI w sercu drga!

Ha! pieśniarz młody z całym zapałemDźwiękami serca ziemię witałem!I com powitał w zaranku lat?...W szkielecie świat!

A on mi kazał bez życia żyć!I gdy duch młody do życia drżał,On w moje serce truciznę lał...Musiałem pić!

A jednak, lutni! jam marzył jeszcze,Gdym w struny twoje lał dźwięki wieszcze,

Oh! bom przy tobie ułudą żył,O piosnce śnił!

Przy tobie jeszczem z świata się śmiał; —Gdy mnie dusiła tej ziemi pleśń,To śmiało moja leciała pieśń,Gdzie piorun grzmiał!...

Ha! puhar cierpień piję z uśmiechem!Życie mi dzisiaj już tylko echem,Odbitem głucho o marzeń szczyt...Cyt, serce — cyt!

31 grudnia 1853.

Co tam marzyć o kochaniu,O bogdance, o róż rwaniu —Dla nas niema róż!My — jak ptacy na wędrówce —Dziś tu, jutro na placówce —Może staniem już.

Co śni serce, niech raz prześni!W twarde życie twarde pieśniNiech wiodą jak w tan.A miast ręce — rękojeściSzczery uścisk! gdy obwieściZ niebios chwilę Pan.

Szczęście, dola później może —Ach! lecz tylko Ty wiesz, Boże,Co tam spotka nas.Ty wiesz, komu uśmiech miły,Komu kwiaty na mogiłyNiesie przyszły czas.

Czemuś tak smutna, ty, młodości moja?Czemu wesoły dzień od ciebie stroni?Zda się, że z cierni tkana dola twojaRadosnej chwili wtóra nie dogoni.Nim jeden kwiatek uszczknie się po drodze,Ileż to kolców skrytych utkwi w nodze.

Całą jam piersią wciągał świata tchnienie,Wszystko dziecinna oplatała wiara;Wznosiłem serce, wzniecałem płomienieI cudnie wonna płonęła ofiara,Lecz szybko czas ten zleciał na zegarze,W piersi ból został — a trucizna w czarze.

Młodości moja! wyrwij ty się ptakiemZ tych krain bolu, nim wiosna przeminie!O! serce, tobie życiem nie żyć takiem,Ni z myślą płakać, że róż kilka ginie:Tędy — z żelaza kuta droga twoja. —Idź! bo cię przeklnę, ty, młodości moja!

Leć, gdzie płomienie palą się wieczyste,Gdzie jedna chwila cudowna natchnieniaRozwidnia wieków oceany mgliste —Tam niech się dusza wznosi, rozpromienia;Tam ty gorącem steruj serca biciem,Albo się przepal — i skonaj wraz z życiem!

20 marca 1857.

Nie drżyj, serce, tak ku burzy!...Jak spokojnie tu!Szemrzą drzewa, fala wtórzyTej piosence snu.

Dziwno! dawniej śniłem tyle,Snułem marzeń nić:Dzisiaj chciałbym choć na chwilęTak jak dawniej śnić.

Nieraz pośród burzy wyciaJam o gwiazdce śnił:Dzisiaj wianek myśli życiaZ gromów mi się zwił.

O! przycisnę do tej ziemiRozpaloną skroń,Może, może chłody swemiWleje pokój doń.

Przeszłość—przyszłość piorunami,Jak piekielne sny,Grają w duszy; — nad falamiGaik liściem drży.

1855.

Dziwnie się życie toczy falą świata...Po latach wielu — może z obcej stronyKiedyś cię tutaj znajdzie wieść skrzydlata,Że w dzikiej walce... zaginął... szalony...

Może twem czołem o dłonie opartyPrzeglądać będziesz księgi białe kartyI na tej oko twoje się zatrzyma:Myśl twoja nagle w przeszłość się oddali —Powiesz: „Są wszyscy, którzy mię kochali —Wszyscy tu żyją, a jednego niema!“

W dalekiej stronie złamany i bladyGryzie wspomienia, jak szczątki biesiady.

(Wpisano w księdze pamiątkowej medyckiego ogrodu dnia 9 lipca 1855).

Chciałbym usnąć cichym śnieniem,Jak usypia kwiat na błoni,Gdzieś przy gaju, nad strumieniem,Gdzie słowika piosnka dzwoni.Niech niebiosa mam nad głową,Rozjaśnione gwiazd milionem,I zamarłe wszelkie słowoW tchnieniu nocy niezmąconem.

A w śnie niechaj się rozgadaZiemia do mnie swojem tętnem,Jak piastunka, co usiadaNad kołyską z pieniem smętnem.I niech ducha mi prowadziPo przeżytych różnie porach,Jak ów guślarz, co czeladziPrawi bajki o upiorach.

Niech otworzy po tych cudachTajemnicze grobów łono,

Bym obaczył ludy... w ludachJak w posągach myśl wcieloną.Niech mi potem, jak się godzi,Powie żywot ich w miłości,Jako dziad ów, co obwodziWnuka po rodzinnej włości.

Potem niech mi ducha wstrzymaPrzy rodzinnych wodach, błoniach,I postawi przed oczymaTych od pługów i na koniach;Niech go długo upomina,Kędy zwracać orle loty,Jako ojciec, który synaŚle na zagon do roboty.

Potem chciałbym się ocucić,Nim się jeszcze dzień zabieli,I po gwiazdach okiem rzucić,Którą z nich mi Bóg wydzieli?Potem w dłonie porwać dłuto,I niezłomnej pewien siły,W głębi łona myśl rozsnutąPrzekuć w posąg braciom miły. —

Luty 1859.

Umilknij, serce, ty gadzie przeklęty,Co mi wciąż łono poisz trucizn jadem!Milcz! bo twój odgłos światu nie pojęty.Bo dziś szaleństwem iść za twoim śladem —A czuć olbrzymio, to dziś pusta mrzonka,Co jako świetlik po grobach się błąka.

Gadzino wściekła! czemuż żar ten krwawyNie mogę w słowa rozpalone przelać?I niemi cisnąć jakby grom jaskrawy,By je świat pojął i zechciał podzielać?Nie! milcząc karmię jadowitą żmiję —I słuchać muszę — że o piersi bije.

O! gdybym mógł cię tygrysa szponamiWyrwać z tej piersi i pokazać światu,

Jakiemiś ty mnie poiło jadami......A jednak!... ileż w tobie było kwiatu!Ile uniesień! miłości!...Dość na tem! —Serce! tyś moim i niebem i katem.

1855.

Czem jesteś śmierci? snem ty, czy nicestwem?Rok w rok w twe ręce kłonią się miliony,Noc tajemnicza nad twojem królestwem.Tam idą, z tamtej nikt nie wraca strony,Nikt jednej wieści nie poda o tobie;Lud myśli, żeś ty snem znużonych w grobie.

Czemkolwiek jesteś, zawsze ręką twojąPrzynosisz pokój dla znękanej głowy.Jużeś od dawna towarzyszką moją,W bólu dziwnemi cieszącą mię słowy:Czasem się jawisz piękna, zadumana,Iż, patrząc, myślę, żeś aniołem Pana.

Razem cię widział jak dziewicę grecką,Idącą ku mnie z ciszą i powagą,Los mi był wtedy serce zwiódł zdradzieckoI wbił w nie rozpacz — życia prawdę nagą;Tyś przyszła — z świętem słowem pocieszenia,A kiedym powstał — rzekłaś! „Do widzenia“.

Z czemże dziś? co mi niesiesz, zadumana?Znów smutnem męztwem przychodzisz mię zbroić;O senna! jeśliś posłanniczką Pana,To wiesz, czem wrzące serce uspokoić.Jeśli chcesz? zgaś je — znasz jego cierpienia...Ty idziesz — i znów smutno — „Do widzenia“.

O, do widzenia na polach!... Stój chwilę!Prawdaż w twem słowie? mnogoż dni ubieży?Gorące serce złud doznało tyle,Że nawet, śmierci! tobie już nie wierzy;A tak wierzyło niegdyś w dziwy jasne,Gdy ziemię w blaski ubierało krasne.

Idź a pamiętaj! Lecz jeśli w proch runieWszystko — i jeśli przyszłość znowu skłamie,Wtedy przyjdź do mnie w grobowym całunieNaga, i podaj znużonemu ramię,Bym poszedł z tobą pod cmentarne drzewaZ pieśnią, jak łabędź, co konając śpiewa.

Bo co mi tu trwać? czy żebym się skarżył?Posępne skargi nucić jam za dumny:Kto raz się orłem pod błękitem ważył,Ten z góry może wpaść tylko do trumny,

Temu nie wolno z gadem siąść przy stoleI pić — i czarą koić wielkie bole.

Nie! ty mię weźmiesz stąd! — duch roztęskniony —Pójdę za tobą szybko od niewoli,A ty mnie prowadź w jakie zechcesz strony,Ku posępniejszej, czy ku lepszej doli,I wszystko przyjmę i nie będę skarżył,Szczęśliw, żem orłem do końca się ważył.

Jeśli utonę z tobą wśród promieniZ tęsknotą moją, co jako mgła ranna,Wstająca z naszych jezior i strumieni,Wstanie i Bogu zmieni w płacz Hosanna,Jeśli aniołów i świętych śpiewaniePrzemieni nagle w srebrne łzy i łkanie,

Wonczas rozkaże Bóg, niech mię wygonią —Smutnego ducha — z niebios, gdzie brzmi chwała,I nad ojczystą utkwić każe błonią,Nad ziemią, w której żałość we mnie wrzała.Skłonię się Bogu za wyrok — duch lotny —I nad ojczyzną pójdę tkwić samotny.

Tam będę uczył płaczu — chmurki białe,Śpiewaków pieśni — tęsknych szumów boru,Aż się roztęsknią pokolenia całe,I będzie rzadki śmiech — na kształt upioru;............................

Stałem w jasne zapatrzony zorze,We wieczorną Karpat aureolę.Cisza była na polach i w borze,W mojem łonie przycichały bole;Zapomnienia tknięte ręką białą,Serce z niebem i ziemią się zlało.

Ciche lilie, zdobiące strumienie,Woń z mych marzeń wzięły i śnieg biały.Smutek duszy wzięły borów cienie,Fale pieśni moje powtarzały;Do stóp mi się kłoniąc po kolei,W smutne pieśni lały dźwięk nadziei.

Więc po gwiazdach rzuciłem oczyma,Po świecącej niebieskiej krainie,Tak przez morza błądzi wzrok pielgrzyma,

Nim korabiem z zatoki wypłynie,Nim porzuci ziemię, ojców domy...Tam, za morzem, kraj dlań nieznajomy.

I zbliżyła się do mnie dziewica,W czystej bieli, z zadumanym wzrokiem.Jak posągi greckie miała lica,Szła poważnie, w myśleniu głębokiem;Szła i postać nachyliwszy wiotką:„Jam śmierć twoja“ — rzekła do mnie słodko.

„Lewą ręką serce uśpię twoje,Jako matka usypia dziecinę;Prawą oczu przysłonię ci dwoje,Skrzydła duszy wolno ci rozwinę,I ulecisz od bolów jak płomieńW światło, w życie wieczne — nowy promień. “

„Niegdyś — rzekłem — niegdyś mi wróżono,Że mą duszę weźmiesz z pola chwały.Jeszcze nieba gromami nie płoną;Czekaj jeszcze, piękny cieniu biały,I na polu bitwy o mnie spytaj.Teraz — nowa znajoma mi — witaj!“

Stała milcząc, a nad nami w górzeZ za obłoku księżyc się wyłonił.Do pół skronią oparty na chmurze,Na tę białą łzy promienne ronił,Na jej uśmiech senny, na spojrzenia —I odeszła mówiąc; „Do widzenia!“

1858.

I znowu — pielgrzym — rzucam cichy kątek,Znowu w świat szukać — czego? ach, pamiątek,I pytać kości, co po niwach leżą,Jak im się marzy tam, pod darnią świeżą.A sen ich musi być twardy: po bojachŚpią ojce wsparci na zwycięzkich zbrojach;My czy tak będziem spać?...

Ta rana staraPali! Oh, gdyby nie ta twarda wiaraW przyszłość, co trzyma w żelaznem objęciuPierś, jużby dawno była śmierć dziecięciu!Błogosławiłbym śród konania sobie,Że się spać kładę koło ojców w grobie,Tak duszno w świecie dziś!...

Przyszłości rękaKoi mi w serce w bolu — toż nie pęka,

Idę — i smutno z wami się pożegnać;Ileż to wspomień z serca by odegnać,Aby weselej iść?...

Ból mój i radość mą dzieliłem z wami,Jak gdyby z matką moją i siostrami;Drzewo pamięci stoi — nie spadł żaden liść.

Może powrócę w pamiątki bogatszyI spokojniejszy; może licem bladszy,Bo cierni dużo w drodze...Może bogatszy w pieśni złotogłose, —Nie wiem, lecz serce ze sobą przyniosęTo samo, z którem odchodzę.

Lwów, 1859.

— Szczęście moje! ptaszku ty mój złoty,Gdzie ty lecisz?— W świat daleki.— Ty nadziejo, nie ujmiesz tęsknoty?— Nie, na wieki.— Mój spokoju! duszy mej błękicie,Co cię zrywa?— Burza grzmiąca.— Cóż na całe zostanie mi życie?— Pierś boląca!

Tak mię krótko żegnało tych troje,A tak spieszno iść im było w drogę!...Jak pod czarem snu groźnego stoję,Jeszcze myśli mych zebrać nie mogę...Tak mię krótko żegnało tych troje!

Więc sam jestem? — Nie! już pełza ku mnieStraszna, czarna, jadowita żmija...Z pod stóp moich kark podniosła dumnie,

I u ramion mych skrzydła obwija,Potem szepce, tuląc się do łona:— Jam twa rozpacz — jam wąż Laokona.

Gwiazdy nocne! wyście się patrzyłyNa łzy strasznym zaprawione jadem;Tyś ich z oczu nie suszył, dniu biały,Ni twój wietrzyk, co skowronków ślademWoń i perły ranne w niebo nosił,Gdy je, szepcąc, u kwiatów wyprosił.

Ja sam w dłonie pochwyciłem węża,I o koniec stanowczo pytałem;A gdym ujrzał, jak szyję wypręża,Milcząc, w żądło taki raz mu dałem,Że mi w dłoni skonał gad okrutny...Bez rozpaczy jestem, ale smutny.

O! ty serce bijące, spragnione,Kto cię w piersi człowieczej zawiesił?O! ty serce niezaspokojone,Kto palące żądze w tobie wskrzesił?!Bóg? — On tylko spyta się o duszę,A ja ciebie w piersi nosić muszę.

1858.

Jak pielgrzym z dalekich powracam manowców,Gdzie drogi się śmielszych krzyżują wędrowców:W pustynie — to w niebo — to w piekło,I dziwów niemało widziałem w podróży: —To błękit pogodny, to straszny ryk burzy,I nieraz mi czoło krwią ciekło.

Ach! czasem tak w górę wyniosła mię droga,Żem nie miał nad sobą już nic oprócz Boga;A chóry aniołów gdzieś z daliZe światów na światy, przy drżeniu harf złotem,Przemknęły, to na dół spuściły się lotem,Jak stada łabędzi ku fali.

Przeróżne się tony do serca mi wlały,Ach! pełna pierś moja tych blasków i chwały —A jednak mej duszy tak smutno!Wstecz patrzeć bolesno, a w górę nie ważę...Półsennym tęsknotą... o lotach coś marzę,Jak orzeł, gdy skrzydła mu utną...

9 marca 1858.

Żegnaj mi, pieśni! może na zawsze, —Może już nigdy nie zabrzmisz mi!Inne dziś śpiewy — dziksze i krwawszeMiotają sercem. Miast lutni stal!O! i boleści sroższe i łzawsze;Cierń niepewności w sercu mem tkwi...Luba piosenko, mnie ciebie żal!

Kiedym raz pierwszy w życiu zanucił,To mi się zdało, żem cały rajNowo ubarwił, — ze snu ocuciłI ziemi nowy darował kwiat.A jako anioł, co nieba rzucił,Był mojej myśli wiosennej maj!...Oh! z taką pieśnią słodko iść w świat!

Serca wnet bratnie zadrgały ku mnie —O słodki dla mnie każdy był dzień!

Mogłem po ziemi spoglądać dumnie:Drużyna wkoło a w ustach śpiew!I choć uczucia zagrały tłumnie,To się zlewały do pieśni brzmień...A dzisiaj? pieśnią — czyny i krew!

O żegnaj pieśni! pieśni ma złota!Nie wiem, czy kiedy znajdziemy sięNa tej ciernistej drodze żywota!...Chwila rozstania zbliża się już!Znikaj boleści! precz, precz tęsknota!O, nie wstrzymujcie na drodze mnie,Na drodze burz!

1854.

Straszno mi wielce, bo osamotnione,Namiętne serce rozdziera się we mnie;Bo wiecznie pełne, — pełne a spragnioneJej — ach, jedynej! — a wiecznie daremnie!Bo bez niej niema nic z mojej młodości,I pierś mi pęka, a pęknąć nie może...Bo tak po ziemi iść bez wzajemności...Straszno mi, Boże!

A gdy ściśnięte serce we mnie zaśnie,Mogilny pacierz ducha mi otacza:Czuję w nim, jako serc tysiące gaśnie,Jako tysiące drugich klnie, rozpacza!Praojców wielkość w pokoleniach znika;Co kocham — z mogił powstać mi nie może,I w podłość tyje ludów tłuszcza dzika.Straszno mi, Boże! —

Więc każdy piorun, co grzmi i zapala,Witam jak brata na niebios lazurze;Orła każdego co powraca zdala,Pytam, ile jest gromów w czarnej chmurze,I drżę, gdy ptak mię pomija w milczeniu,Bo nam na gromy długo czekać może,Bo bez piorunów w takiem utrapieniuStraszno mi, Boże! —

Potem szarpany bolem i skrwawionyRzucam się w błękit, aby mię obwinął;Bo wówczas czuję, żem anioł strącony,Co stał na straży — a Tyś go pominął,I rad bym stanął tak przed Twe oblicze,Któreś Ty ukrył po za słońca... zorze...A niebo wiecznie zimne, tajemnicze...Straszno mi, Boże!

10 grudnia 1858.

Podaj, oh, podaj czarę mi ową,Którą Ci, Panie, w noc ogrojcowąAnioł podawał w światłości!Tam był jad bolu — i mnie ból pali —Żółć — i mnie ludzie żółć podawali,Ale ja pragnę miłości....

Bo z nią, jak piorun niebios Twych błysnę,Z nią, jako promyk w noc dusz się wcisnę, —Z nią, jako gołąb ów białyLecąc, na śpiących w skrzydła uderzę,Obudzę, — potem na jasne leżeRój duchów zawiodę cały.

15 listopada 1857.

Lecę ku Tobie jako ptak wędrowny,Skrzydłem mi, Panie, jest serce tęskniące;Do Ciebie rwę się jak żal nie wymownyZ pól, które mogił zaległo tysiące;Lecę ku Tobie, bo mi z każdą wiosnąŁzy i nieszczęścia i mogiły rosną.

Nie błagam Ciebie, byś mi ulżył krzyża:Napełń pierś moją bolem, jak chcesz, Panie!Nie żądam, by dziś błyskawica chyżaZ niebios zabłysła nam na zmartwychwstanie;Jeno mi w duchu rozmnóż tyle siły,Bym mógł się patrzeć z wiarą w te mogiły!

Bym nie rzekł, Panie, kiedy mię otocząPomniki wielkich i wierzby cmentarne,

Że wieszcze kłamstwa wieścili proroczo,Żeś Ty i świat Twój i wszystko jest marne...Lecz wiarą mocny niech na grobach stoję —I pracą, Panie, niech liczę dni moje.

Najsilniej — kiedy będą się zapieraćMoi gniazd orlich — Ty wspieraj mnie Panie!Bo, przeklinając, nie chciałbym umierać —I lwa ryk wolę, niż podłych sykanie;Więc niech zapomnę o podłości bratniej —Niech stoję — choćby grobów stróż ostatni.

1859.

Ciężką wędrówką znużony ptak,Odpocznę może,Krwią moich piersi znaczony szlak,Tam — za mną. — Boże!Wichrem i gromem skrzydła podarte,Kiedy nocleżną czyniłem wartęWe śpiących duchów taborze.

Im słodki spokój płynie na skroń,A mnie gra burza;Ich czoła gładzi kochanki dłoń,Wonna jak róża.Ach! a ja ledwie ujrzę przelotnie,Już muszę wracać, czuwać samotnie,Na kopiec nocnego stróża.

Gdybyż choć rychlej z tych ciemnych pól,Tam, w kraj promienia!Gdybyż na chwilę choć uśpić bólI żar pragnienia.O, ale z piersią, rwaną bolami,Tylko przemieniać noce ze dniami...Tchnienia dla piersi — o! tchnienia!

Gdybyż choć ona — ten anioł mój, —Popatrzył na mnie!I gdy mi piersi oblęże znój,Uśmiech miał dla mnie;Z śmiechem bym leciał — hulaka młody —Na nudy, trudy, na niepogody,Choć świat by walił się na mnie.

2 grudnia 1857.

Memu się Bogu pokłonem ścielę,Kraj mu całuję gwiaździstej szaty;Mirrę mu wonną spalę w kościele,Bom z jego ręki możny — bogaty;A był on dla mnie darami hojny:Mój duch, jak anioł, piórami strojny.

Wiem, gdzie zacząłem, a nie znam końca,Dalej i wyżej! lot mój gromowy.Zdobyczą — gwiazdy, sfery i słońca...A celem — on sam, Bóg przedwiekowy;Toż z aniołami radbym w zawodyHymny mu śpiewał na wieczne gody.

Memu się Bogu pokłonem ścielę,Bo on mię w wielkim zbudził narodzie!Bo lud mój cierpiał i ważył wiele,A o słonecznym marzył pochodzieW miłość — i pójdzie tam, bo mu danoMiłości wrócić ziemię zbłąkaną.

A jam pochwycił jeden z sztandarów —Ludu pieśń — i z nim stoję na dobach;Jak miecz on zawisł ........I wiem, że zatknę go na ich grobach;Toż wśród nieszczęścia jestem spokojny,Bom najstraszniejszym orężem zbrojny.

Memu się Bogu pokłonem ścielęZa młodość moją w ciernie obfitą:Za to, żem cierpiał i ważył wiele,Żem drogą nieraz szedł nieubitą;Żem na niejednym kolcu się skrwawiłI ślad niejeden krwi pozostawił.

I za samotność życia grobowąPokłonem Tobie ścielę się, Boże.Gdy znój i smutek będą nad głową,Wiesz, że na sercu głowy nie złożę,Że i łza jedna nie spadnie dla mnie,Chyba stróż anioł mój westchnie za mnie.

Dziwnie my się spotkali na żywota drodze:Tyś już miała świat marzeń i byłaś wesoła,Jam się zbliżył, twej krasie uchyliłem czoła,Potem poznał, pokochał i rozbolał srodze.

Skarb twej duszy w mą duszę, jak w wnętrzu kościoła,Złożyłaś ufna we mnie, — ja spokojny chodzęI tobie błogosławię... i z losem się godzę,A jak? spytaj mych nocy i mego anioła.

Jasno mi, a znam piekło, pierś go się nie zlękła;Toż i ty się nie lękaj, jeśli czasem zbladnę,Chwyciłem boleść w dłonie — boleść jak wosk zmiękła,

A dziś mi harfą życia, którą, jak chcę, władnę...Siostro! — słyszałaś zgrzyt ten?... Struna żalu pękła...Twe serce czuję w łonie... kocham, toż nie padnę.

Widziałem cię w kościele! — dzwonek mszę ogłosił...Wpatrzyłem się, — klęczałaś kornie pochylonaI tęskna jako lilia... Modlitwą natchnionaNie widziałaś, jak anioł nad tobą się wznosił.

Lecz jam go czuł po ciszy, co weszła do łona,Po promieniach, które mi czoło moje zrosił;...Szedłem za tobą w niebo... o nicem nie prosił, —Tak była tobą samą dusza przepełniona.

Chcesz? twą całą modlitwę powtórzyć jam zdolny...Dziękowałaś za życie, jako ów u zdrojuZa garść ziemi dziękuje Panu kwiatek polny...

Potem błagałaś Boga o wielki dzień boju...Potem — aby nagrodził twoim trud mozolny...Modląc o szczęście... dla mnie modliłaś spokoju?!

Lwów, wspominek mszy, 31 maja 1858.

BłogosławionaChwila mi ona,Kiedy raz pierwszy ze drżeniem łonaSerce twe imię wyrzekło!Gwiazda, co marzy o moich losach,Jaśniej błysnęła tam, na niebiosach,Choć oko łzą się oblekło.

Między gwiazdamiDzień on nad dniami,Kiedy raz pierwszy w duszy myślami,Że ciebie kocham, wyznałem.Czem ziemia żyje, czem kwiat oddycha,Czem noc jaśnieje pogodna, cicha,Ach! wszystko w mem sercu miałem.

O! i ból onyBłogosławiony,Kiedym w dalekie uniesion strony,Ku tobie tęsknił, jedyna!

Ach! tak za sobą tęsknią anioły,Gdy ich Bóg ześle czuwać na doły,Nad myślą ziemi tej syna.

BłogosławioneSny — co w nich tonę,I wszystko! wszystko tobą natchnione —Ty duszy mojej promieniu!Ach! każda chwila z tobą, o tobie —To głos aniołów, co nucą sobieNa grobach — o przebudzeniu.

27 listopada 1857.

Ni co skończyć, ni co począć,Ani sercu dać wytchnienie,Ciągły upór... i pragnienie! —Ptakom — myślom trudno spocząć;Zadumanem wodzę okiem,Straszno duszy pod urokiem.

Popatrzyła, — przemówiła —Głąb się duszy odbił w oczach,Słodycz w ustach — kwiat w warkoczach...Boże! Boże, jakaż miła!Patrzę — ruszyć nie śmiem krokiem,Choć wre serce pod urokiem.

Pieśń zaczynam; — pieśni tonyMiała niby w białej dłoni,Zmienia w gromy — stal, na dzwony,Na niebiosa orłem goni,Ducha wiesza — pod obłokiem,Ducha — ptaka pod urokiem.

Gdybyż w niebo choć puściła,Gdyby w piekło zlecieć można!Ach! zabawka nieostrożna!Szalonego w błękit wbiła,Skąd przepaście mierzę okiem,Pod promiennych ócz urokiem.

Kocham! — onaż zna to tchnienie,Na pół z piekła — na pół z raju?!Darmom wrócił, ptak z wyraju,Na słonecznych pól promienie, —Przyjdę — zimnem wita okiem,A pierś pęka pod urokiem.

9 grudnia 1857.

Ten bronuje, ten obsiewa,A ów orze,Na mem polu wicher śpiewa...Boże! Boże!

Ani mi się wziąć do pracy,Z rąk mi rwie się,Błąkałbym się jak ci ptacyW polach — lesie.

Odkąd znam cię, dziewczę moje,Wszystko marne,Och! te czarne oczy twoje —Takie czarne!...

1863.

Czy ja cię kocham? — dziewczę! któż na ziemiKochać cię może odemnie goręcej?Czy ja cię kocham — ty patrz oczy twemi —Kto dla cię więcej poświęci?Kto silniej sercem twe serce obejmie,Kto głębiej duchem twego pojmie ducha,Kto pewniej całą w światło cię podejmie,W twe myśli kto tak się wsłucha?!

Lecz ja nie kocham cię jak kwiat — jak różę,Co od promieni słońca k’ niebu wonie,Co ma oblicze koralowe, duże —Królowa na całe błonie.Na różę patrzę, woń uśmiechem płacę,Ale gdy oczy jej krasą nasycę,Nim pierś się zajmie — serce zakołace,Odwracam oczy i lice.

Ani jak gwiazdkę kocham cię, jedyna,Co tam na niebie błyska opalowo,Ku której sternik swój żagiel rozpina,A nocy zwie się królową.Czasem ja wzlecę na lazur bez końca;Przy złotej gwieździe duch na chwilę zaśnie,Lecz od promieni wschodzącego słońcaGwiazda, — widziałaś, jak gaśnie?

Ja ciebie kocham wszystkiem, co jest we mnie,Duch mój, jak anioł, otacza cię wszędzie,Tchnienie me każde — każda myśl, co ze mnie —Dla ciebie była i będzie.A taka miłość w piersi, w głębi łona,Przez ciebie samą, — i dla samej ciebie: —Ziemię nią kiedyś jak schwycę w ramiona,Tam ją zawieszę, — aż w niebie! —

7 grudnia 1857.

Ona kwiatek mi dała,Cichy kwiatek pamięci,I serdecznie żegnała:— Niech prowadzą cię Święci!

— Ale powróć! — Powrócę!Jak nie wrócić do ciebie?!Wrócę! piosnkę zanucęZ ptaszkiem wiosny na niebie.

Mija lato i jesień,Zwiędłym liściem wiatr kręci,Łza młodzieńczych uniesieńSpadła na kwiat pamięci.

Spojrzałem w słońce, w niebo, — tam głucho,Jako w sklepionym grobowca lochu,Gdzie promyk lampy wystrzela suchoNad rozsypaną przygarścią prochu;I duch ponury powrócił w siebie,Żywota nie było w niebie! —

Więc w świat, w świat czynów, rzuciłem ducha,We stuwiekową pracę człowieka.O! i tu straszno, — i tu noc głucha!Zorza poranku — ach! tak daleka.Z szczytów w przepaście, głębie, bezednieDuch się zapuszcza, — przechodzi, — blednie,Bo nim wystrzeli dnia promyk gończy,Człowiek gdzie zaczął — tam skończy.

I straszną wściekłość poczułem w łonie —W krainie grobów błędny ptak życia.Serce w żylaste porwałem dłonie,To serce, pełne żywego bicia,

To zgliszcze wonią ofiar gorące,Tę łez tysiącznych krynicę rzewną,Tę harfę złotą, gromami śpiewną:Spojrzałem — i było drżące.

A więc na nie zdjęty pogardąDuch mój zapragnął, aby raz pękło.W bryłę niem głazu cisnąłem twardą...Jękło!...................................

A gdym w nie patrzał, w prochu leżące,Toś ty je w białe podniosła dłonie;Ze krwi otarłaś rany gorące,Na twem anielskiem cuciłaś łonie,I źrenicami pełnemi blaskuLałaś w nie zwolna promienie...Widziałem, w ręku twojem roztliło —Ogniem ożyło! —

O! nieś je — nieś je, aniele złoty,Gdzie cię powiedzie twa myśl natchniona:Na nowe trudy — pieśni — na loty! —Tylko je czasem przytul do łonaI z bolu ocuć lica uśmiechem;Ono tak kocha! — takie spragnione

Za współuczucia serdecznem echem.Skiń! ono pójdzie, w jaką chcesz stronę! —Ukaż mu, droga, tylko nadzieję,Ono się w setne dźwięki przeleje,Źdźbła przyozdobi w brylantów rosę,Jak ptak do dawnych wróci przymierzy,Na zbudzenie w pieśń uderzy! —................Lecz gdy je trącisz... ja nie podniosę.

24 listopada 1857.

Zmierzyłem przepaść — straszna głąb przedemną! —Schodzę, — dokoła ponuro i ciemno.Oczom ni jeden kwiat się nie uśmiecha,Słuch mój daremnie śledzi w dali echa...Wszystko to we mnie!... a choć droga śliskaI choć daleko jeszcze do łożyska,Krok się mój pewnie w drodze nie zachwieje...Wróciłbym może — gdybym miał nadzieję! —

Ale nie! — darmo! — chód mój bez powrotu!A jednak jeszcze ten dawny świat nęci —Ten świat uroczy gołębiego lotu —Zachwyceń serca, — a dziś świat pamięci...Skonał! —Lecz pocóż w mej piersi się budziTen trup, i pocóż mami blaskiem życia?O! dziwne serce — nawet ból je łudziJeszcze i — zmusza do żywszego bicia.

Spojrzenia twego!... nieba chcą raz jeszcze!Dłoń podaj! — szczęście moje miałaś w ręku.A teraz żegnaj! żegnaj! — ja ból zmieszczęW sercu jak miłość; — patrz! idę bez lęku, —Idę i serce już się nie pokusiO nic... i wiem to, że drogi dokonam...Co mi nie dało szczęście — ból dać musi! —Potem zdobędę spokój — potem skonam. —

1 lipca 1858.

Co myślisz? rzeknę, gdy zejdziem się znowu,Po dniach tak wielu i różnej kolei...Skargi nieść memu nie rozkażę słowu,Ni się odemnie dowiesz o nadziei;Jedna i druga trwoży cię daremnie...Toż się nie lękaj! tych mar niema we mnie.

A jednak serce tak samo mi płonie,Tym samym czarem dusza ma objęta!Tylko że całą głębię w mojem łonieJakaś mi cisza wypełniła święta,Jakieś uczucie kojące i błogie,Że i w tęsknocie uśmiechać się mogę.

I z moich wspomnień żadne mię nie boli,Ni się o przyszłość mój duch kiedy lęka:Nie wiem, czym przywykł tak do mojej doli,Czy pierś — anielska dotknęła mi ręka,Ale się czuję w takiej silnej zbroi,Że nie ja, jeno mnie rozpacz się boi.

Wiem, że nie dla mnie szczęścia blaski świetne,O szał miniony już się nie pokuszę,Kocham, co wielkie czyste i szlachetne, —Ciebie, bo bielszą masz od lilii duszę:Boś i ty sercem przeniosła szlachetnośćNad blaski świata i nad doli świetność.

I teraz, siostro, czekam cię jak wiosny,Której niedługo płaszcz się rozzieleni;Ostatni może to mój dzień radosnyPrzed pracą lata i głuszą jesieni,Ostatnia może to już chwila z owych,Pamięci jasnych, sercu wiecznie nowych.

Powitam ciebie, jak witam natchnienie,Po którem w piersi złota pieśń zostaje,Jak witam ducha mego uniesienieW sfery słoneczne i aniołów kraje!...Spokojny jednak czekam onej chwili,Co z takiem szczęściem ku mnie się nachyli.

7 lutego 1859.

Odetchnąłem,Żyć zacząłemPowiewami kwiecia — róż!Bywaj zdrowa!Smutne słowa,Ledwiem ujrzał, — żegnam już.

Com tu przeżył,W com tu wierzył,Nieskalane niosę w świat.Marzeń sploty,Łzy tęsknotyI nadziei blady kwiat.

I twe lico,Krasawico,Promień oczu, uśmiech twój,Z twego czołaBlask anioła,Dla mych piersi nowy strój.

Bywaj zdrowa!Smutne słowa,Ledwiem ujrzał, — żegnam już!Żyj szczęśliwa,Urodziwa,Pośród woni — kwiecia róż.

Cisza!... Czy niebo myśli moje czyta,Myśli w twe serce patrzące?Strop, jak opona nademną rozbita,Śle mi promienie z gwiazd lśniące.

Ziemia wieczornym otulona cieniemUcichła jak w śnie dziecina,Czy wie i ziemia? Czy mojem marzeniemI ona marzyć zaczyna?

Patrzę w twe serce, dziewczę!... ono ciche;Czyste jak lilia, pokorne,W proch przed niem zginam ducha mego pychę,W proch ciskam myśli niesforne.

I tak bez myśli rwących, promienistych,Z skrzydłem zwieszonem z ramienia,Do twoich oczu, do gwiazdek przeczystych,Tęsknię do twego spojrzenia.

Gdy spojrzysz, szczęście piersi me otacza,Jakby mi anioł niósł wieści,Że Bóg duchowi mojemu wybaczaI pychę i jej boleści.

Cicho!... Pieśń moja w modlitwę się łamie,Serca podwaja się bicie...Czemuż tak cicho z tobą ramię w ramięNie wolno przejść mi przez życie?!...

1862.

Żegnaj na wieki, różany kwiecie;Idź cicho marzyć wśród róże.Ja ciebie, tęskne, niewinne dziecię,Nie porwę z sobą na burze.Ramion się moich strzeż jak gadziny,A wspomnień o mnie jak czarta;Zapomnij wszystkie dnie i godziny,Gdyś stała o mnie oparta.

Patrzaj! tam niebo ciemnieje zdala,Jakiś szum dziwny zalata;Słuchaj! tam grom się lasem przewala,Jakby na koniec już świata. —Jam przedburzowiec, przeklęte plemię!A możem z piorunów jeden,Co własnem sercem uderzy w ziemię,Choć dziś tak cichy — i bieden.

Uderzy — zagrzmi — na przebudzenie!Iskier tysiące wkrąg ciśnie.Lecz jeśli Bóg nim rzuci w kamienie,To głaz i serce wraz pryśnie...Bądź zdrowa! — Tobie nie patrzeć na to,Twemi oczyma modremi,Oh! bo by potem, gdy przyjdzie lato,Róży nie było na ziemi.

Medyka 22 lutego 1857.

Straszny przed tobą kielich! Co dnia go wychylasz,Co dnia rzucasz go z ręki, wypity aż do dna,I sama go trucizną po brzegi zasilaszI porywasz go w dłonie, tej trucizny głodna —I pijesz, żywiąc w piersi szalonych nadzieję,Że serce się rozpęknie, albo skamienieje.

Toż nazwałbym cię dzieckiem, co w swe drobne dłoniePragnie wyczerpnąć przestwór bezgraniczny morza...Czerpie, a tu się bezdnem urągają tonie,Jak z potęgi człowieka urąga moc boża.O! daremnie. — Komu Bóg ducha tak zapali,Ni lodem go ochłodzi, ni zgasi w łez fali.

Gdybym mógł, to na ciebie rzuciłbym kwiat owy,Który dzieciom w kołyskę kładą matki wiejskie...

I usypia wnet dziecię i śni sen różowy,I przez główkę mu płyną dziwa czarodziejskie,I harmonia aniołów duszę mu zalewa...A to nad kołyseczką matka luli śpiewa.

Lecz kwiat taki na ziemi tylko dzieciom rośnie!Stań się więc beznamiętną, choć ból szarpie ducha,I nie przeklinaj serca, gdy jęczy żałośnie,I wiedz, że duch twój z Boga i że Bóg go słucha; —Że biały stróż twój anioł koło ciebie stoi,I — że ciebie Bóg kiedyś w dwa skrzydła ustroi.

Czas ucieka,Wrony koń go czeka;On padł jej do nóg i płacze:„Już cię nigdy nie obaczę!“ —Dosiadł konia,W cwał przez błoniaPoleciał, a tam grały pobudkę trębacze.

A dziewczę zostałoPod zagrodą białą;Marzy:— On tak kocha. — Nie może go kochać...Marzy, nie wie, czy śmiać się, czy szlochać —Smutek potem rozlał się w jej twarzy:Dusza czułaLos jego przeczuła.

A on leci, twarz mu ogniem pała...Tam — grzmią działa.„W cwał na działa!“ padło od komendy,W cwał pomknęły wojowników rzędy;Huk od kopyt głuszy szczęk oręży,

Spisy błyszczą jakby żądła węży,Kule lecą jak grad, ziemię ryją,I świszczą i wyją;Trąby grzmią ze wszech stron,A co strzał, to komuś zgon.

Z kłębów dymu koniem się wytoczył,Spiął go, pierwszy między działa wskoczył,Szablę we krwi zbroczył.Gdzie był sztandar na wale zatknięty.Legł u wrogów mąż przy mężu ścięty.Wtem twarz mu zbielała —„Wzięte działa!“

Tak walczono na ziemiA górą leciał anioł z skrzydłami czarnemi.

I zesiedli wojownicy z koni.Obstąpili towarzysza broni;On leżał na ziemi.Konał; — usty spalonemiCicho wyszeptał imię —Imię, co z jego duszą wraz na gwiazdach drzemie.

„Szkoda go nam!“ rota zawołała. —Wieczór nad nim mogiła już stała. —

Dziewczę stałoPod zagrodą białą.Ten smutek skąd u jej czoła?— Zginął w boju! — Nie mogła go kochać —Marzy smutno i poczęła szlochać...Smutek, to cień od skrzydeł anioła,Cień litości — bo wie, że jej imięZ jego duszą tam, na gwiazdach drzemie.

1858.

Jest mistrz, co wszystkie duchy wziął do chóru,I wszystkie serca nastroił do wtóru,Wszystkie żywioły naciągnął jak struny;A wodząc po nich wichry i pioruny,Jedną pieśń śpiewa i gra od początku —— A świat dotychczas nie pojął jej wątku.

Mistrz, co malował na niebios błękicie,I malowidła odbił na tle fali,Kolosów wzory rzezał na gór szczycieI w głębi ziemi odlał je z metali —— A świat przez tyle wieków, z dzieł tak wiela,Nie pojął jednej myśli tworzyciela.

Sztukmistrzu ziemski! czem są twe obrazy?Czem są twe rzeźby i twoje wyrazy?— A ty się skarżysz, że ktoś w braci tłumieTwych myśli i mów i dzieł nie rozumie?Spojrzyj na mistrza i cierp, boży synu,Nieznany, albo wzgardzony od gminu.

Nam pęka serce, nam się krwawi łono,Gdy otoczeni tą rzeszą spodloną,Głos czysty mamy podnosić:Już z nas niejeden, zrażon podłym wrzaskiem,Szedł, pogardzając złością i oklaskiem,O rychłą śmierć Boga prosić.

Kto dzisiaj plonu spodziewa się z roli,Nieraz go jeszcze serce tak zaboli,Zwątpienie zaćmi powieki.Od Nazaretu po świata przestworzeW bolach i mękach nieśli słowo bożeWysłańcy Pana — trzy wieki!

Do lotu ptaków wybrana drużyno!Lata przeminą — głosy nie przeminą,Ni szlak nasz złoty do słońca!Szkielety nasze, niby drogowskazy,Ślad im oznaczą do cudnej oazy,Gdzie panią — Miłość bez końca.

22 marca 1857.

A kiedy jeszcze świat był młody,Żyły uroczym snem narody,I nie pytano się za miedzą:„A kto? a jacy to tam siedzą?“I nie szukano krańców świataI byłby lud tak prześnił lata.

Bo byle z drzew owoców trochę,Byle na zagon lekką sochę,Byle łuczywa na ognisko,A zdrój przejrzysty płynął blisko;Już człowiek między swojem stademŻył i bez pieśni życiem radem.

Ale rzekł Stwórca: „Niech się budzi!“ —I miecz zabłysnął w rękach ludzi,

A kogo dotknął, z snu powstawałZa chatę, lub za ziemi kawał...I na głos wołał: „Ja tu stoję!Wara od tego, hej! to moje“.

I krew polała się obficie —I obudzone ludów życie.W lot naprężyli łuki strzelcy,Bohaterowie wstali wielcy,A świat się zatrząsł w onej dobie,Gdy dowiedzieli się o sobie.

I szła po ziemi dumna Sława,I poszły zbrodnie, poszły prawa;A pośród mieczów wstały berła,Na dyademie błysła perła,W oczach błyszczały tej dwie siostry —A wszystko miecz obudził ostry.

Już na narody szły narody;Powstały z twardych ciosów grody.Na gruzach grodów mędrcy staliI krwawe czyny spisywali.

A zaś pieśniarze przy bardonieŚpiewali pieśń o sławnym zgonie.

I obudziła pieśń mścicieli —I poszli z mieczem, — poszli — cięli —A którym ciasno, tych przez morzaWiodła po skarby nocna zorza.I pośród krwi i brzęku złotaStanęła w ciszy biała Cnota.

A z niej duch wyszedł: Poświęcenie —Blask słońca — w pieśni, w dzieje, w cienie!I wstała Miłość — Pani wielka, —Jasna narodów zbawicielka:Ta powie ludom, kto im bratni,I miecz podniesie raz ostatni.

1 listopada 1859.

I pytała raz dziecina:— Matko! gdzie się świat zaczyna?— Cyt, uklęknij, dziecię moje,Złóż pokornie rączek dwoje,Módl się! Niech ta myśl odleci.Patrz! nad nami niebo świeci. —Uwierzyła jej dziecina,Że się w niebie świat zaczyna.

Przyszły lata, dziecię rośnie:Już w młodzieńca jarej wiośnie,Wieje waży, myślą mierzy,Ale jeszcze matce wierzy.Ach! lecz ktoś mu rzekł niebacznie:— Świat się w twojem sercu zacznie.

Kto w wstające wczuł się zorzePonad łąki, wody, gaje,Ten zrozumieć tylko może,Co to za świat w sercu wstaje!

Potem? — inne nieba, słońca —Wieki zlane w parę lat!Szczęście — życie — a bez końca...Czyż się kończy taki świat?!

Ludzkość duchem go otoczy,To jak Znicz mu pierś się pali; —Gdy w kochane patrzył oczy,Aniołowie mu śpiewali.Piersi było coraz szerzej...A duch rwał się wyżej, wyżej...

Potem nie wiem, co się stało; —

Widział kto lwa, gdy ranionyKona i w pierś topi szpony?

Raz go serce zabolało...Raz mu oko łzą nabrzękło...Potem — w piersiach serce pękło...A gdy w grobie łono spocznie,Jakiż tam się świat rozpocznie?

Czemu, o siostro! na twych ócz błękicieCięży łza?... Czemu taka zadumanaIdziesz przez życie i patrzysz w to życie,Jakby Cię przez nie nie wiódł anioł Pana?...On Cię prowadzi i ciernie z Twej głowyZbiera i zmienia na wieniec liliowy.

O! nie uginaj i nie kłoń się w bolu,Bo duch twój, siostro, ma gołębie pióra:Tobie nie ginąć jak trawce na polu,Którą zabija wiatrem gnana chmura.O! Ty się wzniesiesz nad ból swemi pióryI bolom będziesz błogosławić z góry.

I staniesz kiedyś tam, zkąd Twemu okuNowy świat, nowe życie się odsłoni...Widzę Cię, siostro, wśród ziemskiego mroku,Stojącą jak duch biały z lilią w dłoniI podającą woń z lilijki owejNa pokrzepienie Twym w drodze cierniowej.

Ale dziś serce Twoje oddaj Panu,Oddaj je, siostro, z czołem pochylonem;On Ci je wróci tak, jak wraca z łanuRolnikom ziarna: ze stokrotnem plonem.On Ci je wróci czyste, beznamiętne,A miłujące wszystko — czasem smętne.

1863.

Jaka tu cisza! — wonie jak na łące;Tam, za drzewami, ginie blask słoneczny —Patrz, każde drzewo zdaje się modląceO spokój wieczny.

Cicho tu, dziewczę! — patrz, tam miasto w doleGwarem urąga tej cmentarnej ciszy;Z śmiechu i biesiad przewala się w bole,Boga nie słyszy.

Cnota tam — we łzach, prawość — niema chodzi,W przepychu — zdrada, w uwielbieniu — zbrodnia:Dziw mi, że jeszcze nad tem miastem wschodziTo słońce, boża pochodnia.

O cicho! nie bluźń; słyszysz szmer dokoła?Rozlał się skargą na mogił kobierce:Każdy z tych ludzi ma stróża anioła,Ma, jak my, serce.

Klęknij i módl się za nich, lilio droga!Dusze te, serca — długo szatan psował;Ach! gdybym czasem nie czuł wśród nich Boga,Tu bym się schował.

Błogosław, Boże, rolnika dłoni,Nie dopuść nigdy nań głodu.Gdy sieje, niech mu skowronek dzwoni;Gdy zbiera, użycz mu chłodu.

Błogosław ludziom, którzy Twą wolęSpełniają w bratniej miłości.Jasną im ciszą opromień dolę;Twój anioł niech u nich gości.

Nam budzicieli wielkich, o! Panie.Harfiarzy daj miłujących —A kiedy naród zbudzon ......Daj wodzów w naród wierzących!

1859.

Znużony jestem... trzykroć upadałemPod krzyżem pracy — skrwawiony i drżący —I trzykroć, trzykroć z upadku powstałem,I uspokoił się duch bolejący...Zadrzemał może jak pustyń wędrowiec,Nim go zwierz zbudzi, ryjący grobowiec.

Przeszedłem myślą takie straszne piekło —Przez dzieje świata snułem lat tysiące.O Panie! pocóż tyle krwi wyciekło?Poco pękały serca pałające?Olbrzymy przeszli po tej biednej ziemi —I skamienieli, jak od bolu niemi.

Może za wiele mieli Twego ducha —Toż nie pojęci przeszli pośród tłumu;Głos ich za silny dla ludzkiego ucha,Podobien gromom, lub do morza szumu —

Wołali: wolność! — i rozdarli łona...Padli! — dziś stoją posągi — imiona.

Ciała ich w ziemi — duchy gdzieś dalekoBłądzą po gwiazdach — cierpliwi tułacze.Kiedyż ich grobów rozpęknie się wieko?Panie! czyż nigdy nie dojdą cię płacze?...O! ześlij — ześlij — proroki — Mojżesze.Niech w kraje światła zaprowadzą rzesze.

Tam żale sierot — a tu .........Straszną muzyką spływają do ucha;Słowik w drzew cieniu rozpływa się w jęki;Tam gwiazdy błyszczą, wietrzyk zlekka dmucha,Na nocnych polach żałobne szemranie,Niby pacierze grobów...Słyszysz, Panie?....

Lwów 14 czerwca 1856.

Będzie z was każdy żywił świętą wiaręW miłość, w jej żywot wśród ludzi bez końca.Sam będzie kochał; ludu dzieje starePrzed wzrokiem duszy postawi jak słońca.Słońc tych promieniem serce przyodziejeI pójdzie ojców bohaterskim śladem.I w czynach swoich ukocha nadzieję,I będzie spokój miał na czole bladem.

A chleb wam obcy stanie się niemiły,I nikt z was u nich drogi nie zapyta;Lecz każdy uczci naród i mogiły,Jak rolę, w której śpi przyszłość spowita.Nie patrzcie, czy wam przypadnie plon zbierać.Naprzód! — a z piersią do poświęceń zdolną!I nauczycie się co dnia umierać —Ale rozpaczać nigdy wam nie wolno.

A gdy wam rzekną, żeście lud umarły,Gdy wam zaprzeczą krwawej pracy plonu,

To wy z litością patrzcie na te karły,Którym już wytknął Bóg godzinę zgonu.Wszystko czas skruszy! — miłość się ostoi.Niechże serc waszych trwoga nie przenika,Bo kto się takim orężem uzbroi,Ten ma wśród bitew w Bogu naczelnika.

Tak z pokolenia idźcie w pokolenie,Płomienni sercem — we wiecznej młodości;Niechaj krwi ojców ożywcze strumieniePotężne dęby pędzą z latorośli!Pieśnią zbawienia będziecie śród ludów;Zwątpiałych fala, słuchając was, mnoga,Niech się obaczy porwaną w świat cudów,Z cudów za wami niech idzie do Boga.

Szczęśliwy, komu los hartował bolemMiłość! — kto gorycz w ciszy pił aż do dna;Nad płaz się bowiem wzniósł jak ptak nad polem,Dusza w nim czynów piorunowych głodna.On będzie w słowie miał moc błyskawicy,Proroctwo święte w utrapienia chwilach,Lub archanielski miecz w swojej prawicyI Leonida śmierć na Termopilach.

1860.

Podajcie czarę! — Cóż to? wy myślicie,Że się tak łatwo od trucizny kona?O! kto z mogiły czerpnął krew i życie,Do pogrzebnego kto nawyknął dzwona,Kto ducha wprawił do ludzkiego jęku,I oręż nagi lub piorun ma w ręku,Nie kona!

Cóż? — a jeżeli ta pierś jako lutnia,Gromową dłonią nieszczęścia dotknięta,Jękiem słuchaczy swoich nie osmutnia,Jeno wydaje głos, co targa pęta,I tych, co marzą, — co śpią, ze snu budziI jeszcze kocha ludzi, jak nie ludzi.

Cóż? — a jeżeli ta pierś odtrąconaOd tej, co niebo tchnęła w nią oczyma,I ten śmiertelny cios stale wytrzymaI ni się skruszy, ni rozpłynie w jęku,A miecz i piorun pozostaną w ręku...Cóż? czy się łatwo od trucizny kona?

Marzyłem — cierpię — kocham — ach! szaleję —Lecz myśli moje wiedzie szlak słoneczny —Tam, gdzie harmonii duch przebywa wiecznyI przyszłe ludom tka z promieni dzieje!Ja wiem, pod jakim ja zrodzony znakiem:Duch mój nie kwiatem wonnym, ale — ptakiem!

Dwa są nieszczęścia: w jednem serce pęka;Drugiem rażony duch na chwilę klęka,Pochyla czoło i patrzy ponuro,Że mu się słońce zasłoniło chmurą.O! ale potem, choć w pół jeszcze marzy,O swej anielskiej wspomni sobie straży,Blask własny w serce przeleje rozdarteI znów skrzydlaty powróci na wartę; —Potem, jak piorun, ku niebu się rzuci,Rozetnie chmurę w pół... i z słońcem wróci.

Podajcie czarę! — co tam w niej na spodzie,Wie mój Stróż Anioł. Mnie łza śćmiła oko;Czuję, że pierś mi krwawy cień przebodzie,...Czuję, że w duszy ból utkwi głęboko...Podajcie czarę... Pełna! jeśli zbladnę,Ocućcie! — Gromem zbudźcie — gdy upadnę!

6 grudnia 1857.

Na falach okręt w dal się kołysze,Lekko, swobodnie jak dziecka sen;Li okrzyk mewy przerywa ciszę.Wichry spoczęły wśród ciemnych den.

Sternik głębinę mierzy oczyma;Czasem na północ obróci wzrok...Westchnie, lub drżącą w oku łzę wstrzyma;A okręt płynie przez szklany tok.

Zagrzmiało... wicher zaszumiał w dali,Nagle ucichły okrzyki mew:Sternik raz w niebo — a raz po faliSpojrzał, i zmarszczył ponurą brew.

„Odwiązać łodzie“... rozkaz spełniony —Osadą zatrząsł piekielny strach;Zbledli, po morzu gra wiatr szalony,A chmur powłoka ćmi niebios gmach...

Płyną... skra jasna niebo rumieni.„Ratunku!“... w okręt uderzył grom.„Na łódź, majtkowie! — precz z tych płomieni...Słyszycie dziki pożaru łom“...

„Płyń z nami“! krzyczą w ogniów powiciu;Sternik maszt ima... „Pierzchajcie tam!...Ziemia powita was po rozbiciu;A ja wygnaniec gdzie wrócić mam?...mam?“...

„Ziemia — nie moja, — wygnany z ziemi,W pierzchliwy okręt jam duszę wlał“...I maszt opasał ramiony swemi,Jakby go z ogni unosić chciał.

I spojrzał w niebo biedny wygnaniecI w ciemne bezdno szalonych fal:Niebo wre łuną, tu morza taniec...Osada płynie z modlitwą w dal.

Gra wiatr, żar bucha, przestwór spienionyCo chwila piętrzy z bałwanów gród —Okręt na szczycie żarem olśniony...Zda się, że wulkan ocknął się z wód.

Sternik do masztu łono przyciska,W ogniu już stoi okrętu zrąb.Spojrzał na północ, z oczu łza błyska...Słania się fala... padł okręt w głąb.

I znowu senna cisza nastała,Chmury rozpędził słoneczny blask —Nad falą mewa skrzydłami grała,Wydając dziko — radosny wrzask.

1855.

Jeżeli marzysz, że świat cię obsypie kwiatami,Snem to będzie;Kwiaty, kolce, łzy, radość — roznosimy samiZ sobą wszędzie.

Snem będzie, jeśli nigdy nie doznać zawoduMasz nadzieję.Lecz biada! jeślić z serca ufność już za młoduWiatr rozwieje.

Snem poklask i błyskotki, któremi tłum wita,Snem szał ludzi.Ale gdy serca dobroć czynami rozkwita,Raje budzi.

Snem duma, która w piersi ponad wszystko stawa,Snem zachcenie.Cicha, lecz najpiękniejsza młodej duszy sława:Poświęcenie.

Bóg światy — bez granic, człowiek — muszką drobnąW grób się zsuwa...Ale nad źdźbłem, nad kwiatkiem i duszą osobnoAnioł czuwa.

2 marca 1859.

Lecą chmury, a dołamiSłychać wichru szum;Niebo w dali błyska skrami,Ptactwa pierzcha tłum.

I okrzykiem przerażeniaWita ciemny las.Słychać gromy, ziemi drżenia...Burze, witam was!

Ja sam jeden. NiezlęknionyPatrzę w czarną toń;Pierś mi pieści wiatr szalonyI kołysze skroń.

Bije groźna błyskawica...Cicho... Błyska znów...

Ho! przyrody to prawicaRzuca milion słów.

Po chmur czarnym pergaminieZłote pismo drga,I przez oczy szybko płynie —Aż do serca dna!

Już odbite, rozbudziłoAkord w piersi mej:Dusza rwie się całą siłąDo przystani twej,

Burzo dzika! — Hej, z wiatramiIgra moja myśl —Od nich dziksza! A ty skrami,Chmuro, słowa kreśl.

Niech je czyta, niech je słucha,Aby mogła tu,Gdy nastanie cisza głucha,Płoszyć bezczyn snu.

I ogniste wiązać brzmienieW dzikich pieśni stok...

W łono ciemnic siać płomienie,Życie siać co krok.

Stój — stój, myśli moja dzika!Oto cisza znów:Burza milknie — chmura znika...Pieśni braknie słów!

Hej, życia! hej, ognia! bo duszno nam tak —I wszystkie się drogi krzyżują nam wspak —I myśl nam odbiega daleko... do nieba...A jej tu na ziemi, na ziemi potrzeba!

Patrzajcie! tam orzeł, król ptaków i skał,Opuścił swe skrzydła, jak gdyby w dzień spał —Hej, orle do lotu! tam słońce twe świeci!...Królowi bo duszno, znużony — nie wzleci.

Znużony? Wszak dawno nie puszczał się w lot,Ni wicher mu szumiał, ni śpiewał mu grzmot;Dlaczegoż król ptaków wędrówki nie waży?...Oh! duszno mu w świecie, o niebie król marzy.

Przeklęte marzenia! tak ciężą jak głaz,Że śmiały latawiec spoczywa jak płaz,I szpony zatępił, trzymając się drzewa...I już się nie ocknie — aż grom mu zaśpiewa.

Tam nawa na morzu spoczywa śród fal,Choć żagle przy maszcie, nie może iść w dal,I sternik oparty oczyma powodzi:Czy słońce czerwono na wiatry zachodzi?

Nie! patrzcie! w różowy roztapia się świtI księżyc powolnie wypływa na szczyt,A sternik przeklina i niebo i morze:Do lądu chce płynąć, przez ciszę nie może.

On błaga o wiatry; te milczą, te śpią.Dłoń chwyta za wiosła, za słabo ach! prą;I z wiatrem leniwym gdy próżno spoczywa,To sternik z rozpaczy pioruny wyzywa.

Tu rolnik swe ziarno porzuca wśród skib,I pełen nadziei już czeka na chleb;Ziarenko już zeszło, już kwiat się uśmiecha,Lecz w skwarze bez deszczów więdnieje, usycha!

A rolnik wieczorem zadumany stał:Czy słońce nie zajdzie na deszcze za wał?Lecz słońce pogodnie przygasać zaczyna —A rolnik i niebo i słońce przeklina.

I wyszedł na pole: zniszczenia tu kraj,Zeschnięte źdźbła sterczą, gdzie kwitnął tak maj!Zapłakał boleśnie, żal serce porywa, —A rolnik nie deszczu, lecz burzy wyzywa.

Śpiewaku! tyś burzę zażegnać chciał precz.Patrz! cisza nie wiedzie do celu — lecz wstecz!Bo prawa odwieczne istnieją w naturze,Że w życiu naprzemian są cisze i burze...

Szaleniec, kto zaraz po burzy chce burz,Bo w sercu swem własnem utopił by nóż...Lecz kiedy skwar kwiaty do grobu już nagnie —To chyba dziecina piorunów nie pragnie!

1854.

Słońce kona za górami,Ponad niwy mgły,A u brzegu, nad falami,Tęskna brzózka drży.

— Nie drżyj, brzózko, tak żałośnie,Tutaj błogo ci:Wkoło ciebie kwiecie rośnie,W górze gwiazda tli.

Fala do stóp ci się słania,A od brzasku dniaCiągłe ptasząt świergotania,Ciągle wietrzyk gra.

O! samotna gdybyś stałaNa pastwę dla burz,Może, może, brzózko mała,Nie żyłabyś już...

O! samotnie marzyć trudno!Życie cierpkim snem:Niby ludno, a odludnoNa przestworzu tem.

Wybłysnęła gwiazdka złota,Brzózka smutnie drży;W sercu mojem tkwi tęsknota,W myślach dzikie skry...

Chciałbym stworzyć serca życie!...Brzózka tonie w mgle,Gwiazdki błyszczą na błękicieI jeziora tle.

Medyka 1855.

Niebiosa lśnią gwiazdami,Jaskrawo księżyc lśni,Śnieg pada brylantami,Pod śniegiem ziemia śpi.

Śpi cicho, utrudzonaMocą jesiennych burz;Z niebios jej sny do łonaZesyła księżyc — stróż.

I śni się jej, że wdziewaCzarowny wiosny strój,Że słowik pieśń jej śpiewa,I szemrze srebrny zdrój.

I śni, że ją miłujeNad wszystkie światy Bóg.W błękity, śniąc, wstępuje:Przechodzi niebios próg.

I śni, że ją wulkany,Rozdarły wszerz i wzdłuż,Że ogniem zieją rany,Spienione bezdna mórz.

I śni, że jest strąconaW ochłanie,otchłanie, w czarną toń;I leci przerażona, —O gwiazdy trzaska skroń!

Wstrzęsła się, więc kojąceStróż wierny sny jej śle:Stroi ją w kłosy drżące,We srebrnej kąpie mgle.

1863.

Na złomach skał, śród śniegów błyszczących od słońca,Wstrzymałem krok, gdzie wicher nagim szczytom śpiewa.W przepaściach noc; przedemną widnokrąg bez końcaBłękitnieje i w błękit sklepienia się zlewa.W prawo — w lewo — gór pasma, borów ciemne szmaty;U stóp moich obłoki, płynące z daleka,Stają i zdziwione patrzą na człowieka,Który się wdarł bez zaklęć w ich powietrzne światy.

Cicho — ten złoty obłok, co płynie jak fala,W białej Wiśle pił wodę, z Wisły niesie wieści.Zbliża się — od promieni słońca się zapala —Słychać szemranie... westchnął... nie, to wiatr szeleści...A obłok już daleko... płynie drugi, trzeci...Jasna dal z białych osłon oczom się odsłania,

Jak świat cudów mędrcowi w godzinie dumania.Kiedy w nim Bóg pochodnię natchnienia roznieci.

Lotna dziatwo błękitów! witaj mi na szczycie!Oczy i myśli puszczam za tobą w przegony —Lećmy! serce me czuje podwojone życie,Gdzie spojrzę — wszystko moje — mój ten świat zielony!Tam — poznaję — migoce Dniestr, jak srebrna wstęga...Kędyż chaty człowieka? gdzie sławne cmentarze?Zniknęły roztopione w zielonym obszarze:Ni chat, ni grobów sławy oko stąd nie sięga.

Och smutne to! przeczuwam: — i my w czasów daliRozpłyniem się tak samo w nic i w zapomnienie.Nikt nie wspomni, że żylim tu — żeśmy kochali —I wędrowiec stąd kiedyś rzuci tak spojrzenie,A nie dostrzegłszy okiem ni chat, ni cmentarzy,O tem, że wszystko niknie, posępnie zamarzy.

Mała chatka dranicą pokryta,Nad nią góra piętrzy się wysoko;Spodem strumień zarył się głębokoI wyrywa kamienie z koryta:Jemu ciasno, więc szumi i pieni,Srebrną pianę o brzegi w krąg ciska,A tak huczno, zda się, sto strumieniNaraz rwie się z twardego łożyska;Sosna schyla nad chatą ramiona,A żywiczna woń płynie z jej łona.

I ja, pielgrzym, przyszedłem tu zdala,I wstąpiłem do chaty górala;I powitał mię starzec jak syna,A jak brata witała rodzina.Nie pytali, kto rodzi? jak miano?Tylko dłonie bratersko ściskano.Góral wołał: tu przyszedł gość z drogi,Oto Bóg z nim wstępuje w me progi.

Gdy się rozległ fujary ton rzewny,Gdy wieczorem dzwon jęknął cerkiewny,

I ze szumem strumienia zmieszany,Jękł jak wielkiej świątyni organy,Cała klękła do modłów rodzina,Stary góral w głos pacierz zaczyna;A po modłach złożonych tak BoguDano skromną wieczerzę na progu.

Kędy góry tak dzikie, olbrzymie,Wypisały Stworzyciela imię,Kędy burzą wezbrane potokiZ hukiem lecą gdzieś, w parów głęboki,W ciągłej walce tu zda się przyroda,Fantastyczna, niestała i młoda;Kędy orły się kąpią w błękicie,Oh! jak cicho upływa tu życie! —W młodych sercach tu miłość poczętaCzeka szczęsnej niedzieli, lub święta.Z wiosną goni lud trzody na pasze,Zimą wraca wesoły w poddasze.A gdy komu dzwon śmierci zadzwoni,To łez kilka się rzewnych uroni,I gdzieś smutek ucieka z potokiem,A lud patrzy wesołem już okiem.

Ostry Gruń, 14 sierpnia 1856.

— „Witaj, pielgrzymie! — pewnie z daleka?“— „Tak! — wielką przebyłem drogę“ —— „Do snu znużona tęskni powiekapowieka“ —„Odpocznij z nami“... Nie„Nie mogę“...

Rzekł i pożegnał zagrody w sioleI ludzi, co go witali;Tam się drożyna wije przez pole...On spieszy dalej i dalej.

Gwiazdki migocą i księżyc blady, —Pielgrzym pagórek omija;W mgle ponad rzeką widać osady...U brzegu chatkaż tam czyja?

Wstrzymał się pielgrzym — odpocząć może,W niebo utopił źrenicę...„To nasza chatka!... dzięki Ci, Boże.“I łza mu spadła na lice.

Szepnął wiaterek — promień księżycaNa trawie chwiejąc się żarzyI blado wiejski cmentarz oświeca,A pielgrzym stanął i marzy

To w cmentarz patrzy, to znów ku wodom:„Wszak żyją jeszcze — o Panie!Panie!“„Żyją!“... i spieszyć chce ku zagrodom,Spieszy, — to znowu ustanie...

Przybiegł, swą chatkę obejrzał wkoło,„Pustka!“... i pies go nie witał.Zadrżał, ku ziemi pochylił czoło,Już się o swoich nie pytał.

I nie odpoczął, drogą znużony,W oczach skra dzika się pali:Pożegnał znowu rodzinne strony,Poszedł — odpocznie — gdzieś dalej...

14 Maja 1855.

Spieszył wędrowiec obcą krainą,A droga przed nim daleka;Wtem go piosenki tony opłyną,Wędrowiec stanął — i czeka.

Słucha zdziwiony, a z drżącej dłoniKostur pielgrzymi wypada:Stron to rodzinnych piosenka dzwoni,Łzami na sercu osiada.

Tam ją nuciła jego kochanaWśród cichych gwarów wieczora;Tu wszystko obce, — pieśń tylko znana,I grajek inny i pora.

Nie pyta grajka, skąd piosnkę umie,Lecz kołysany dźwiękami,O swej krainie marzy w zadumie,O siole między lasami.

Potem grosz wcisnął do grajka dłoni,Uśmiechy ze łzami miesza,Myśli wróciły z marzeń pogoni...On dalej, dalej pośpiesza.

1855.

Tyś pobladła, drżą ci dłonie,Dziewczę lube, nie bój się;Ho — ho! marne ich pogonie,Nie dosięże Tatar mnie.

Koń chowany w wolnym stepie,Patrz! jak lekko niesie w cwał,Ledwo nóżką łzy otrzepie,Które wiatr po kwiecie siał.

W plon iść tobie? stój poganie!Czekaj na to długi czas,Ho, tchu pokąd w piersiach stanie,W jasyr nikt nie pójdzie z nas.

Patrz, my dwoje, a za namiStokroć większa wrogów moc, —Śmiej się, luba, choć my sami,Lecz nas bronią step i noc.

Ho, tam błyska Dniepr w oddali,Fala szemrze nutą dum,Wnet poranek się zapali...Cyt, cyt, strzał tatarskich szum.

Koń raniony, koń słabieje,A już blisko dyabły stąd,Luba, jeszcze miej nadzieję: —Wolno płynie Dniepru prąd.

1855.

U mogiły za dworem,Przy zachodzie — wieczorem,Siadło młode pacholęI płakało na dolę. —

— „Czego płaczesz, pacholę?“Pytał kozak go stary.— „Matka poszła w niewolę,Ojca skłuli Tatary,A jam został się dziecię —Och! samotny na świecie.

„Stryj ma teraz opiekę...Z łez się moich natrząsa;Kiedy w smutku dni wlekę,On słowami mię kąsa,I nazywa niecnotą —Za to, żem ja sierotą.

„U naszego sąsiada,Jest tam dziewczę jak róża;Słuchaj! — z duszy mi rada.Serce w bolach się nurza,Ja ją kocham! — Stryj o toZnów mię nazwał niecnotą.

„Kiedy byliśmy sami —Nieraz idąc tą drogą,Jam ją bawił pieśniami —Lubej nucić — och błogo!Ona pieśni słuchała,I sierotę kochała.

„I tak żyłem; — aż z ranaStryj podsłuchał mię zdradnieI rzekł: pójdziesz do pana;Waszeć śpiewasz mi ładnie,Ja ci szczęście otworzę:Będziesz pierwszy we dworze.

„Jabym panom miał służyć —Ja — co własne mam pieśni?Starcze! radą chciej płużyć,służyć,Jak się wydrzeć tej pleśni?...Jam nie zrodzon w niewoli;Służyć pieśnią — to boli!“...

— Ja ci, chłopcze, poradzę:...Ot — dzielnego weź konia,Jeśliś silny w odwadze —To w stepowe leć błonia,Przez porohów spłyń wały,A step klaśnie ci cały.

U nas pieśniarz — kochany;Oh! dla ciebie tam życie!...Z koszowymi, z hetmany,Gnać na podjazd o świcie,A w dzień walka lub łowy.W noc śpiew tęskny, bojowy.

Zapał chłopcu gra w oku;Marzy nocne śpiewanie,Już pośpieszyć chce kroku...— A cóż z lubą się stanie?......Wrócę do niej! — Wziął konia,I pogonił przez błonia.

Pędzi chłopiec, — mierzynekWrony pianą okryty...Nie rwij, dziewczę, barwinek!Tam Dniepr walczy z granity:Chłopiec w wodę się rzucił,Do kochanki nie wrócił. —

1855.

Nie biegaj, dziewczyno,Po wieści do zdroju,Dzisiaj dni twe płynąBłogo, a w spokoju.

Li czasem tęsknota,Niby chmurka mała,Oczka ci omota,W których iskra drgała.

I łezka posełkaNa rzęsy się wiesza;Ból taki, igiełka,Kole i pociesza.

Bo wyszywa potemNitkami z promienia

Na kobiercu — złotem —O lubym rojenia.

Po rzece wstecz faliCzółno się kołysze;Niem z boju wracaliNucąc towarzysze:

— Nie biegaj, dziewczyno,Bo fala nie wróżka,Złote sny zaginąU twego serduszka.

Twój młody — pancernyWalczył śród Podola;Pancerny — niewierny,Nie powróci z pola.

Milsza mu od ciebieNa polu mogiła...Powiedział: aż w niebieOdpyta mię miła.

— Zaniosą mię brody,Kochanku, do ciebie...Wskoczyła do wody...Czy się zdybią w niebie?

Przez rzeki głębinyCzółno płynie dalej.Oj szkoda dziewczyny!Chłopcy zaśpiewali.

1855.

Cztery wołki na ugorzeCiągną pług przez pole.Dumkę nucąc rolnik orze;Nie wie jaką rolę.

Gdzie toczono bój z Tatary,Zboże mu wyrasta:Wiek z pamięci wypadł staryPodolskiego piasta.

Nie wie, kto mu kruszył pęta,Kto mu niósł zniszczenie.Sercem ledwie zapamiętaDziada pokolenie.

Dziad coś mówił o zaborachW dalekiej przeszłości...Pług zaskrzypiał nagle w z-orach,Wyrył miecz i kości.

Rolnik stanął śród rozłoga,W sercu żal się budzi:Westchnął, pacierz wzniósł do BogaZa pomarłych ludzi.

1855.

Z głębi piekieł, potężnych czarnych skrzydeł lotemWzniósł się anioł upadły w przestrzenie bez końca.Za pychę niegdyś bożym powalony grzmotem,Lecąc, potrącał gwiazdy i zaćmiewał słońca.Skrzydeł dwoje, ostatki seraficznych znamion,Jak dwie chmury, noc siejąc, wiało mubu ramion;Ozłocić je wyleciał na dalekie słońcaKról nocy bez końca.

Jasność znikała przed nim; — w przestrzeń bezgranicznąRzucał się milion razy za jednym promieniem,I milion razy spadał w swoją noc dziedziczną,I milion razy wstawał, zolbrzymion pragnieniem. —Kto kochał niekochany, kto z potęgą w duszy

Strącon był z drogi chwały, a pamięć zachował,Kto świat miłością ducha swojego osnowałW tęczę, i z szczytu marzeń spadł w nicość codzienną;W kim zemsty niespełnionej szereg lat nie zgłuszy...Nie, ten jeszcze nie pojmie tych żądz, tych katuszy,Które ma anioł ony na wieczność bezdenną,Straszną — nieodmienną!

Daremny lot! — powietrzne opadły mu wiosła,Zachwiał się i na ziemię runął król ciemności;Ale w dumie, która go w nieskończoność niosła,Nie wyrzekł się i teraz straconej jasności...Powstał wyniosły, piękny wyrazem oblicza,W oczach mu znów gorąca odżyła namiętność,Na czole strasznych myśli władza tajemniczaWyryła, jak w, marmurze odwiekową smętność;I w postaci miał dawną niezłamaną dzielność,Spiżem w piersi mu stała nieprzeparta dola...

W nim i przed nim okropna rosła nieśmiertelność.Tak stał — a słońce właśnie zapadało w morze,Wieczorny chłód i wonie płynęły przez pola,Z niebios się rubinowe zesuwało zorze,Gwiazdy błysły i mleczna rozlała się droga,On ją znał, bo po nad nią tron żywego Boga!

Skałę, gdzie stał on anioł, i morskie wybrzeżeOwiały szmery, z srebrnej wznoszące się pary.Łzy to były, westchnienia ludzkie i pacierze,Woń ziemi, słana Bogu w niebo na ofiary.Wzdrygnął się, ale słuchał jak je lotne posły —Wietrzyki — podmuchami ku niebiosom niosły;Patrzył, jak gwiazd promyki, drgające w eterze,Brały je, jak je sfera podawała sferze...Coraz wyżej, w świat nigdy nie ćmiony obłokiem...Tam za niemi on anioł pognał jeszcze wzrokiem,Aż w Majestat!... Tam w czystym, świetlanym lazurze,

W kształt jaskółek, co muszki łowią ponad tonie,Krążyli aniołowie i chwytali w dłonieWestchnienia: te w ich rękach zmieniały się w róże,Inni zaś przemienione łzy w sznurki perełek,Inni pacierz, co lilią rozkwitł lub fijołkiem,Brali, u skroni wili albo u skrzydełek,I tak we światłość gonił anioł za aniołkiem.A gdy przed tronem Boga sypali te kwiaty,Święte hymny się w niebach rozległy chórami:Stworzone i na „Stań się“ rodzące się światyŚpiewały: „Chwała Panu nad Panami!“...

Wonczas upadły anioł pochylił oblicze,Wielkie, posępne, śniade, jak księżyc zaćmiony,W piersiach mu grały wspomień dźwięki tajemnicze,Jak łoskot fal na morzach, wichrami zbudzony;I po raz pierwszy, odkąd stracił szatę złotą,Dumy zabył, przejęty aż do dna tęsknotą;I uczuł, jak szczęśliwym można być w pokorze,

Jeżeli ona z świętej wykwita miłości...Ach! bo i on tak niegdyś śpiewał dzieła boże,Światom „Stań się“ roznosił po nieskończoności;Kochał tak!... Teraz westchnął za tem z całej głębi.

Lecz jak od gromu stado pierzchliwych gołębiUcieka w znanej strzechy otwór niezamknięty,Tak pierzchli aniołowie przed onem westchnieniem,Z którem o szczęściu chwilkę pomarzył wyklęty,I nieba zatrzasnęli za sobą chmur cieniem.A westchnienie się długo pod chmurami chwiało,Potem w tę pierś, skąd wyszło, runęło piorunem...Potem — coraz posępniej na niebach ciemniało,I świat się owinięty zdał jednym całunem.

Ocknął się anioł, lecz choć rozpacz w nim zawrzała,Nie ugiął się, od gromu w piersi uderzony.U stóp mu zapieniona fala dziko grała,

Dzikszą myślą był miotan wonczas duch strącony:„Ha nieprzebaczający — zawołał na skale, —Znam Cię, ale z miłością nie będę wspominać.Stokroć spotkam Cię jeszcze w piorunowej chwale,Dumny, gdy moją dumę Ty będziesz przeklinać.Stokroć piersi mych wolą gniew w Tobie rozpalę,W drodzę stanę, ilekroć zechcesz co poczynać...Na nieskończoność nasze roztoczą się boje:Ty będziesz światy tworzyć, ja — truć światy Twoje!“

I podniósł się, świadomy swej piekielnej mocy,I leciał przez ciemności czarniejszy od nocy.

1859.

Z Akrokoryntu cudnej przystaniDziesięć naw płynie po wód otchłani.A lud je żegna okrzykiem —I błogosławiąc, bogom poleca:„Niechaj wam niebo drogę oświeca„W żegludze po morzu dzikiem“.

„Płyńcie, o bracia, do Syrakuzy,„Twierdze tyrana obróćcie w gruzy,„Niech prawa ludów nie targa!“A Tymoleon tam na pokładzieRękę na sercu z przysięgą kładzie,Że w hymn zamieni się skarga!

I odpłynęli i znikli w dali...A do Koryntu wrócił ślad faliI głośno bije o brzegi:„Od Syrakuzy wiatr mię przynosi!

„Słuchaj, Koryncie! — fala wieść głosi —„Zniszczone wrogów szeregi!“

„W Sycylii płoną dziś hekatomby,„Sławę Koryntu rozgłoszą trąby;„Dyoniz miastem nie włada!„Tam Tymoleon — i z swobodnymi:„Zwalczył tyrana na bratniej ziemi,„A teraz w radzie zasiada“.

Po Dyoniza zwalonym grodzie,Wolnego ludu płyną powodzie,Głos leci skrzydłem latawca:„Sławmy, o bracia, Koryntu syna!“A z rąk matczynych rwie się dziecinaSpojrzeć, gdzie ojciec, gdzie zbawca?!

Dziewice drogę ścielą kwiatami,Echo o morza bije pieśniami:W mieście weselne dziś gody.Ha! czy widzicie Tymoleona?Na jego skroni z laurów korona —„Witaj, o mężu swobody!“

I w Syrakuzie starców gromadaZ palmami w ręku rynek obsiada —

Czyj głos do serca tak sięga?!To Tymoleon, ludu obrońca,Dzieło swobody wiedzie do końca:Z ludem ustawy przysięga.

Patrzcie, jak cudna twarz bohatera!O! jak swobodnie w niebo spoziera,Że mu dotrzymał przymierza!I łzą radości oko się rosi,I serce łonem dumnie podnosi —Bo serc tysiącem uderza!

Czyjże to rydwan do SyrakuzyNaród z hymnami ciągnie przez gruzy?...Patrz! na nim starzec zgrzybiały...Słodycz niebiańska krasi mu lica,Choć oczy kryje wieczna ciemnica,Co w boju słońcem pałały.

Młodzież uwieńcza rydwan bogatyI kornie starca całuje szaty:Miłość zwierciedli wzrok łzawy.I biją głosy: „Tymoleonie!„Ty żyjesz wiecznie we wdzięcznem łonie.„Święte nam twoje ustawy!“

Starzec ku niebu obrócił lica,Radość mu skronie blaskiem oświeca,Rękę do serca przykłada.Lecz nagle zadrżał... pobladły skronie...Ha, nitka życia pękła mu w łonie:Zabity szczęściem — upada!

Skwar mu na bojach wypalił oczy,Łza z ciemnej rzęsy już się nie stoczy,Skryła się — tam — za powieki...A wdzięczność ludu wybawionegoTak rozrzewniła wybawcę jego —Że szczęśliw usnął na wieki!

Grobowiec stoi na rynku miasta,Nad nim swobodnie palma wyrasta:Tymoleona to szczątki.Lud Syrakuzy, z wiosny powrotem,Co rok tam płynie wesołym splotem,Uwieczniać męża pamiątki.

1854.

Pieśń wam zaśpiewam! w pieśni prawdę szczerą:Był u Ottona wielki margraf Gero,Nad podbitymi postawion Słowiany,A w każdej sprawie rycerz zawołany.

I miał ten Gero murowany dwór,Co wieżycami wspinał się do chmur;Miał jasną zbroję i stalowy miecz,Co w bitwach głowy z karków zmiatał precz;I zgraję knechtów na wszelkie rozkazy,Krwawych jak wilcy, a zimnych jak głazy.

A pierś Gerona była jako stal;Nie znał litości, nie tykał go żal.Niech drży podbity — niechaj znosi dań,Jeśli mu miła nieprzerżnięta krtań!Więc już o buntach zaprzestano marzyć,Nawet lirnicy nie śmieli się skarżyć.

I była radość pomiędzy Germany,Że legł Słowianin, jak lew okowany;W Mersburgu Otto na cesarskim tronieŚciskał margrafa zakrwawione dłonie.I poczcił złotym łańcuchem GeronaI kazał nowe podbijać plemiona.

Siadł więc graf Gero w murowanym grodzie,I śpiewał Panu psalmy o zachodzie.I kazał sobie podać wina dzbanI pił i marzył, jak go podniósł Pan!Ha, niedość jeszcze! więc zamierzył graf,Jakby do Lachów Odrę przebyć wpław.

A tam — już długo chowa się z tem w łonie, —Tam chce graf usiąść na udzielnym tronie,I władnąć berłem po zaborach wzdłuż...Marzy — i z rodu króle liczył już.

I o dłoń szorstką wspałwsparł brodatą twarz, —Wtem w róg zagrała przedmurowa straż:„Kto?“ „Goniec grafie“. Goniec w drzwiach już stoi,Jeno się wieści wypowiedzieć boi.

I drżąc wyjęknął: „Grafie! ciężko nieśćDo twoich uszu taką srogą wieść.

Patrz! Lach Słowianin, co tak twardo spał,Jak głodny niedźwiedź z pazurami wstał,U bożych świątyń porozwalał drzwiI skąpał ręce w grafa Haika krwi“.

Lecz graf stał zimny.

Choć u granic wróg,Nie zbroi knechtów ani wiernych sług.Każe nieść wina, miody i bić woły,Każe do uczty stawić sute stoły;Do lackich książąt zaprosiny śle,Jakby w najlepsze i przyjazne dnie;Czasami tylko ściągnie czarne brwiI mruczy pod wąs: „Napiłbym się krwi.“

A ledwie zeszło w trzeciej dobie słońce,Od lackich książąt powrócili gońce.Gero rad z wieści... Hej, już dzwoni róg,Już wchodzą kniazie w Geronowy próg;Trzydziestu książąt, szczera lacka krew —Szerokie czoło, ciemna w kabłąk brew,Otwarte lica, w źrenicach błękity,U bioder szable, a na głowach szczyty.

W świątecznej szacie Gero we drzwiach stał,Powitał kniaziów — dłoń każdemu dał.Czarnego ducha tak ukrył postacią,

Iżby rzec można, brat wita się z braciąI w dom prowadzi i wyrządza cześć; —I każe misy przed kniaziami nieść,Prosi, by na bok odłożyli bronieI stół zasiedli po obojej stronie.

Ucztują kniazie; w sali rośnie gwar,Coraz weselej od pieśni, od czar,Coraz serdeczniej; co wychylą dzban,Podaje świeży, hojny zamku pan.I zapomniało szczere lackie plemię,Że chciwy Gero dybie na ich ziemię,Że krew już płynie u odrzańskich wód, —Taki graf zdziałał gościnnością cud.A Gero wstaje i woła do sług:„Niechaj zadzwoni paź w złocisty róg!A ja ten puhar wznoszę wam, kniaziowie!“I pełny puhar pił za kniaziów zdrowie.

A gdy pił Gero, paź na rogu grał,Dziko, jak wicher, wyjący śród skał.Na ten głos knechty z morderczem żelazemWpadli i kniaziów otoczyli razem,I skrępowali sznurami ramiona,Cięli im gardła i kłuli im łona.

A możny Gero nad trupami stał,Uśmiech na ustach, w dłoni puhar miał.

„Siądźcie za stołem, wołał, bracia moi!Gero się buntu wyrżniętych nie boi.“

I wnet ze sali każdy smętny trupPoszedł za okop sokołom na łup.Sokoły niosły wieść na lackie pola,Że wodzów taka spotkała tu dola. —

I siadł graf Gero w murowanym grodzie,I „De profundis“ śpiewał o zachodzie —I kazał sobie podać wina dzban,I pił i marzył, jak go podniósł Pan!A potem senną głowę wsparł na łonieI o złocistej zamarzył koronie.

Taka to była owa uczta sławna,I tak Germany wojowali zdawna.

Listopad 1859.

Z chaty do chaty leci wieść,Zachodni wiatr ją począł nieść,Płacze nią w polach, w możny dwórBije nią, jako piorun z chmur,Przeraża panów, rycerzy, kmieci,Zatrważa starców, matki, dzieci;Pomordowanych książąt wdowyZe snu takiemi budzi słowy:

— O! płaczcie, wdowy! płakać czas;Niema już komu bronić was!Niema już komu bronić grodu,Ni kmiecej strzechy, ni narodu!Mężowie wasi, wasi kochani,W domu Gerona pomordowani!I zapłakały wdowy wraz:„Niema już komu bronić nas!“

A możny Gero syna do się zwie:„Sygfrydzie! rzecze, młody ty mój lwie,

Trzoda bez stróża łupem dla rycerza:Wybiłem wodzów z nadodrzańskich stron; —Waleczny synu! pójdźmy zbierać plon!“Tak wyszedł Gero i na ławie siada,Lecz Sygfryd stoi i nie odpowiada.

Więc Gero znowu: „Nasz cesarz i pan,Znany z potęgi a i z łaski znan,Lecz pańska łaska — to szalony koń,Dziś mu ta miłą, jutro owa błoń.Dobrze, gdy pomny pan swojej czeladzi,Lepiej, gdy sługa sam o sobie radzi.

„Dziś ja margrafem. — Otto możny król;Dla mnież to niema na królestwo pól?Otto po Łabę, moje państwo dalej.Synu! Sygfrydzie! będziem królowali,Prześcigniem samą Ottonową moc.Zbierz lud, na Słowian wyruszymy w noc“.

A Sygfryd rzecze: „Ojcze! Bóg ukarze.Pomordowanych śniły mi się twarze,Śniły się w nocy w strasznym, wieszczym śnie.Ojcze! ty zgubisz i siebie i mnie“.

Lecz Gero powstał, zmarszczył czarną brewI rzecze groźno: „Myślałem, żeś lew,

A ciebie widzę trwoży jasna stal!Młodej ci żony i uścisków żal“.Więc poszedł Sygfryd zbierać lud do wojny,A Geron usiadł i dumał spokojny.

A gdy na zamek spadła noc,Stanęła rzędem grafa moc.Stanęła licznie po rozkazie;Od stóp do głowy lud w żelazie.I rżą rumaki, biedz gotowe;Tylko graf Sygfryd spuścił głowę.W oknie go płacze żona młoda:Szkoda mu żony, lat mu szkoda,Lecz Gero skinął, skoczą wraz,Od setnych kopyt zagrzmiał głaz,Od okna białaChustka powiała...Powiała może ostatni raz.

I lecą: palą grody, wsie,Do grafa kolan lud się gnie.A którzy klękną, już nie powstają:Mężów — Gerona knechty ścinają,Dziatwę i żony gonią w plon —Tak graf buduje sobie tron.

A gdy już w Odrę mieli skoczyć wpław,— „Sygfrydzie! synu! — rzecze dumny graf —

Coś tak posępny, czego stronisz mnie?“— „Pomordowanych znów widziałem w śnie!“

— „Ha, ha! to dobrze, dobrześ, synu, śnił.Jutro Lach będzie u nóg mi się wił“. —A Sygfryd rzecze: „Ojcze! Bóg ukarze —Pomordowani mieli groźne twarze!“

Lecz graf nie słucha. Spiął się pod nim koń,Pognał przez pola, skoczył w modrą toń,Szeregi za nim wśród spienionych fal.Dobili brzegu. Gero wznosi stalI woła: „Synu! jutro z Lachem boje!Jutro królestwo oddam w ręce twoje!“

Rozbili obóz; zaszła cicha noc,Graf się zadumał, waży swoją moc.Sygfryd obchodzi obozowe straże,Radby zapomnieć pościnanych twarze,I usnąć radby, lecz się lęka śnić.Usnęli...

Rankiem zorzy złota nićObiegła mgłami zaciemniony wschódI budzi obóz u odrzańskich wód.„Synu! — graf rzecze — czemu patrzysz w dal?“„Patrzę, jak w zorzy błyszczy Lachów stal!“

„Gdzie? pokaż! wzrok mój mroczy się od snu“„Patrzaj, mój ojcze, zbliżają się tu“.

„Na koń! — graf krzyknął, — Lachów książę samDo kolan dzisiaj pokłoni się nam!“

I stają męże. Gero stawia szyki,Z borów wychodzą lackie wojowniki;Oblani zorzą, wznoszą jasną broń,Piękny, dorodny każdy mąż i koń.Mieszko ich wiedzie na hufy Gerona;Przy Mieszku z orłem chorągiew czerwona.

„Naprzód! Sygfrydzie, nie długi tu trud!“ —Zawołał Gero — i już zwarł się lud:Skruszyli kopie, miecze chwycą wraz,W tarcze i w hełmy wiodą silny raz;Skruszyli miecze, chwycą za topory;Szczęk się rozlega przez pola i bory.

„Ojcze! Geronie! ciężka z Lachem gra,Dzielnie Lach walczy, twarde ramię ma“.„Tem większa sława dla nas, synu mój!Koronę da nam ten rycerski bój“

I poskoczyli do boju ochoczo,Pewni, że z Lachów wszystką krew wytoczą.

I znowu rzecze Sygfryd: „Tu nam kres!“„Nie! nie! mój synu! Lacha weźmie bies!“I znowu walczą, lecz wtem pęka szyk:„Sława Mieszkowi!“ Lachy wznieśli krzykI tną Germanów toporami wkoło;Gero i Sygfryd jeszcze stawią czoło.

Lecz wtem: „Sygfrydzie!“ jęknął graf i zbladł,Pod ciosem Mieszka młody Sygfryd padł,Padł z rozłupaną wpół toporem głowąI krwi się oblał strugą purpurową.O grafie! jakaż boleść ciebie zgina,Innej purpury chciałeś ty dla syna!

I w drżące ręce syna chwycił graf,Skoczył do Odry, przebywa ją wpław;Za nim rycerstwo, knechty skoczą w toń,Resztę tnie w polu sroga Lachów broń. —Tak się skończyła wyprawa Gerona,Tak go minęły sława i korona.

A kiedy wrócił, zbroję z siebie zdjął,Odział się kutą, kij do ręki wziął

I szedł w pielgrzymkę, jak uczynił ślub.Potem dla syna wymurował gróbI wraz z synową klękał na tym grobieI płakał rzewnie i złorzeczył sobie.

1862 (?).

Jodły jej dały miano: jakby w dwa ramionaWieś i cichą błoń puszcza objęła zielona.A królowi Jagielle, co z puszcz wielkie dziejeŚwiatu niósł i miłował ciemne Litwy knieje,Żadne, ile ich w Litwie, w leśnej Polsce ile,Żadne do snu szemraniem nie grały tak mile,Jak tannenberskie jodły!

O błogosławionySen twój, królu, i dzień ten! Słońca krąg czerwonyZapadał w las, na polach cichła boju wrzawa;Z tem słońcem już krzyżacka schyliła się sława!Jeszcze lśnią się w promieniach na poległych zbroje:Legł wielki mistrz, komtury, — spłynęły krwi zdroje:Z taboru zaś strugami złote wino płynie,

Miesza się z krwią i bryzga na trupów w dolinie,Co chcieli niem zapijać srom Polski i Litwy,Gdy zwalczony Jagiełło z ludem pierzchnie z bitwy.Złote wino pobożny król roztoczyć kazał,By mu się lud służebny pijaństwem nie zmazał.

Zwycięztwo! wieki miną w Koronie i Litwie,Nim zapomni lud boży o tej krwawej bitwie.Trupów mistrza i wodzów szuka Niemiec zbity,Kędy na płaszczu ujrzy czarny krzyż wyszyty:„Mistrzu! wodze!“ żałosnym nawołuje głosem;Trupem Bóg zasiał pole gęsto, jakby kłosem.A król, wódz doświadczony, wstrzymuje pogonie:„W pochód, w pochód na Malborg!“ grzmią puszcza i błonie,I ruszyło rycerstwo za królem, jak ptacy.Lecą, a dzień był skwarny, król znużon po pracy,Radby spocząć. Pół dnia się starzec modlił Bogu,A drugie pół zwycięztwa dobijał na wrogu.

Więc miłym Bogu królem szczęśliwi rycerzeZsadzają go z rumaka na trawniki świeże.

A był kamień na wzgórzu, toż go siwej głowiePodłożył król sędziwy na czas za wezgłowie.Lecz tu nago, — Tannenberg i bór na uboczy,A wicher od padołów miecie piaskiem w oczy.

Ale to król, co wyrósł na stepach i w kniei:Spojrzeli, już starcowi sen powieki klei;Na kamiennem posłaniu pochyla się — drzemie,Więc rycerstwo sztandary w krąg zatyka w ziemię;Sztandary, na krzyżakach zdobyte tak krwawo,Niech otoczą śpiącego i ciszą i sławą.

I urósł gaj: już wicher, co wiał w starca włosy,Złotolite rozwija proporce i kosy;Z jedwabnych wstęg, jak z ramion jodłowych biesiorów,Leje muzykę nakształt szumu ciemnych borów,Lub tajemnemi szmery śpiącego otula,Więc cieszą się, bo widno cichy sen u króla.

A w półśnie król powieki odchyla: las wkoło!Czuje — krzepiące chłody płyną mu na czoło;

Słyszy — potężne drzewa szmer nad nim rozwiodły,Jakby owe dalekie puszcz litewskich jodły.Zamknął oczy, śpi, marzy, a słodko znać marzy;Już mu się uśmiech rozlał na sędziwej twarzy,Śni o rodzinnej Litwie; w borach wzrokiem tonie,Wiatr mu niesie woń kwiecia i żywiczne wonie,I jasna jako zorze, jakimś smutkiem rzewna,Przybliża się z uśmiechem doń polska królewna;Podaje krzyż,... do sławy wiedzie jak orlica,...I niknie w mgle. — Wtem stary król nasrożył lica.Śni mu się, że wyjechał na grunwaldzkie wzgórze;Patrzy, brat Witold z wojskiem giną w pyłu chmurze.Wielki mistrz go pomija, ale z mistrza rotyPędzi doń na rumaku jakiś rycerz złoty,Rycerz Dyppold broń wznosi, do walki go wzywa...„Ha stój, Dyppoldzie!...“ Nagle ze snu się porywa.

Zerwał się król; poznaje, co za las wokołoZcicha rzeźwiącym chłodem owiewa mu czoło.O! nie polskie to dęby, nie litewskie jodłyTaki cudny rozhowor nad głową mu wiodły.Ani też go bór kiedy owiał takim cieniem,Ani też kiedy usnął takiem słodkiem śnieniem,Jak pod temi sztandary, co mu na włos białyNa polach Tannenberga odpoczynek lały.Toż o tym śnie do zgonu pamiętał król stary,Jodłami zwąc rozpięte krzyżackie sztandary;I nieraz, gdy się w zamku z rycerstwem zabawiał,O dniach tych polskiej sławy zadumany mawiał:„Nigdy mi tak miłego snu nieba nie dały,Jak tam, gdy mi krzyżackie nad głową szumiałyJodły pod Tannenbergiem“.

Słodki sen prześniony!Przeszły wieki! — O królu! bądź błogosławiony,Że taką pieśnią Bóg ci skroń kołysał w śnieniu!

Błogosławionyś, wieku! co w czasów strumieniuTakiemi w naszej ziemi rozkwitałeś dniami! —O! kiedyż takie jodły zaszumią nad nami?!...

1860.

Z Czech wyruszyli bracia, panowieNa Rakuszana w Morawę.Na bój ich wiodą wielcy wodzowie,Jan Żyszka dzierży buławę.

Jan Żyszka ślepy; niemieckie strzałyOczu wyżarły mu dwoje.Lecz widzi duchem jakby w dzień biały,Gdy przyjdzie z Niemcem zwieść boje.

I strasznem wrogów gromi ramieniem;Szeroko grzmi o tem sława.Pierś mu goreje wielkim płomieniem:Ten płomień światło mu dawa.

A tym płomieniem szlachetna, świętaMiłość ojczyzny, cześć Boga.Wieki hetmana Czech zapamiętaI nie zapomni kark wroga.

Do Przybysławia przyszli wieczorem,Rozgrzani bojem i drogą;W krąg zatoczyli wozy taboremI warzą strawę ubogą.

I o zwycięztwach gwarzą weseli,O klęsce Niemców i zgrozie...Jutro, gdy pierwszy promień wystrzeli,Będą w Albrechta obozie.

Lecz cyt! wieść głucha gromady miesza,Mieszają tłum rozhowory.Pod namiot wodza ciśnie się rzesza:„Nasz hetman! Żyszka Jan chory!“

Zaniemógł Żyszka po boju srodze,Na twardem posłaniu leży;Dokoła niego strapieni wodzeI orszak smutnej młodzieży.

Ale nie złaman hetman na duszy,Choć wie, że przyszła godzina:Z twardego łoża jak lew się ruszyI wodzów tak napomina:

„Czesi, Morawcy, Polacy mili.Serdeczny, druży narodzie!W ostatniej, bracia, proszę was chwili,Miłujcie wy się we zgodzie.

„Noście otwarte serca przed Bogiem.Czyste, jak wasze powietrze.A kto z was kiedy bratał się z wrogiem,Niech we krwi hańbę tę zetrze.

„Nie szczędźcie trudu, rąk, ni oręża!Tchórz tylko spokój wybiera.Kto ród germański w boju zwycięża,Szatanom głowę ten ściera.

„Oni tu wnieśli hańbę, niewolę,Jak śmierć szatani do raju.Kłamstwami bożą zasieli rolę,Cześć ojców wyparli z kraju.

„Toż w boju z nimi nie odetchniecie,Nie opuścicie ramienia!A nienawidzieć ród ten będziecieWe setne aż pokolenia!

„Gdy skonam, ciało moje ciśnijcie —Niech sępom na żer posłuży.Skórą z mych barków bęben pokryjcie,Niech, bębniąc, Niemcom zgon wróży!“

Tak rzekł i skonał, i zwiesił głowęNa pierś ostygłą, bez tchnienia.Ale hetmana słowa gromoweZ pokoleń grzmią w pokolenia.

I zawsze rolnik w nocy majowej,Gdy zanocuje na błoni,Słyszy w powietrzu bęben Żyszkowy,Bijący na gwałt: do broni!“„do broni!“

1862.

Twarz taka pogodna, pod hełmem włos siwy,Na czole promienie spokoju;Powraca z daleka, choć starzec sędziwy,A jeszcze przewodził tam w boju.

Lecz tęskno Rewerze po bojach spoczynku,I życia z rodziną w zagrodzie,I gędźby przy szklance, i dum przy kominku,I słońca zachodu w pogodzie.

O! dosyć mu krwi już — i dosyć już chwały,Zdobytej na hordzie, OsmanieI Moskwie i Szwedzie; bohater on białyJuż doma do grobu zostanie.

Sześćdziesiąt lat gromi, i wiatry stepowePrześciga zwycięzką pogonią;Na morzach północy obielił on głowę,A pierwszy, gdzie w szable zadzwonią

A wielcy Rewerze rówieśni i druhy,Wódz Stefan na Czarnce i Jerzy,

Hetmani, co szwedzkie kruszyli łańcuchy,Orłowie sarmackich rycerzy.

Dziś spokój w Koronie; śmierć w bojach nie miałaDla piersi żelaznych tych gromu,Więc myślił Rewera: bądź, Panie, Ci chwała,Żywota dokonam już w domu!

Tam syn mu w sen wieczny zaciśnie powieki,Po życiu burzliwem i srogiem;Rozmawiał on z wrogiem jako step daleki,Dziś pragnie rozmowy już z Bogiem

Tu jego już błonia, bogate tak w plonyKoń stąpa dróżyną zamkową;Tam rolnik sędziwy swe orze zagony,I nuci skowronek nad głową.

Rewera tak dawno nie widział już pługa,Więc stanął, — szczęść Boże! — zawoła,I patrzył jak czarna krajała się smuga,I radość błyszczała mu z czoła.

I wzrok się promieni; wtem rolnik się zwrócił,Poznaje, — pan jego wielmożny;Więc skoczył od pługa i do nóg się rzucił,— A witaj, hetmanie, w dzień zbożny!

— Nie hetman jam, bracie, orz dalej twą rolę,Orz śmiało, ja wracam do domu;Tatarzyn już końmi nie stłoczy twe pole,Ni Bohdan przyniesie ci gromu.

I rolnik usłuchał, pług sprawił, gnał woły,Pług w ziemię się zaciął, — ustawa;Pękł lemiesz, — patrzają — o święci Anioły!Pod skibą hetmańska buława.

Podnieśli, — śniedź starli, — i podziw ich ima.A rolnik przy pługu uklęka,I patrzy na niebo łzawemi oczyma,I rzewną modlitwę wyjęka.

Od wschodu bo dziwnie widnokrąg się mroczy,I ptactwa mnogiego tam wrzawa;Wtem rolnik się zerwie, do wodza poskoczy:— O panie! to twoja buława,

— Weź broń twą, hetmanie, jam znachor twej włości,Bóg czasem mi zgadnąć pozwoli,A przyszłość wyczytać umieją i prości;Buławę weź w dani z twej roli.

Rewera się zdumiał: — Żyw jeszcze przez Boga!Nasz hetman koronny żyw jeszcze!?

A rolnik odpowie: — Idź, panie, na wroga,Źle wróżą nam ptaki te wieszcze.

— Patrz, lecą od wschodu, tam burza się zrywa,Ptak darmo od gniazda nie leci:Znać grzmi tam janczarka i burczy cięciwa,Hetmanie, pośpieszaj do dzieci! —

Rewera na trakt się zawrócił już lwowski,Bodzony ostrogą koń bieży,Wieść leci dopo drodze: zginął Kalinowski!Rewera i wierzy — nie wierzy.

I modli się w duszy rolnika słowami:— O Boże! czyż nigdy spokoju?Czyż wiecznie twój piorun grzmieć będzie nad nami?Ach, wiecznież nam latać do boju?

On wjeżdża do Lwowa, a dziwny gwar w grodzie,I odgłos go wita studzwonny,Witają go pany i ludu powodzie:— Hej! wjeżdża nasz hetman koronny!

— O ratuj, hetmanie! — wieść straszna od Boha,Chmielnicki Bohdanko znów w polu;

Legł hetman koronny na błoniach Batoha,A Kozak już hula w Podolu!

— Skąd wieści, rycerze? — hej szlachta, Bóg z wami!Podano list króla, — buławę:Rewera list czytał i zalał się łzami,I pomknął na boje, na krwawe.

1857.

Obozem hufce stanęły na błoniachSpocząć; Pułaski poglądał na morze,Złote się gwiazdy migotały w toniach,I rubinowe kąpało się zorze;Fala za falą wstawała z zwierciadła,I szła i do nóg wodzowi się kładła.

Koń jego trawę pasł nad morskim brzegiemI strzemionami dzwonił, idąc błonią:Tak mu bywało, gdy stawał noclegiemW Polsce; po siołach na pacierze dzwonią,A z pól wracali do chat robotnicyNa sen, pod skrzydła Maryi dziewicy.

We dworach ołów topiono w kominach,Lub spisywano gwałtów protestacye;Matki w ukryciu płakały po synach,Co poszli ginąć za Konfederacyę.Na przyzbach dumy śpiewali Kozacy,Po lipach na noc zasiadali ptacy.

Czy wy od Polski, fale? czy wam znanyDniepr i zielone ponad Wisłą pola?...Ósmy rok, zdala od ziemi kochanej,Po obcych błoniach goni go niedola.A jeśli spocznie, jak żóraw na straży,Za Polską wodzi oczyma — lub marzy.

Mógł on na Moskwę Częstochowę zwalić,I paść jak Samson pod gruzem kościoła,Lecz wolał Polsce Palladium ocalić;Poszedł i czekał, aż go znów powoła...I ofiarował Bogu dumną sławę,Obcej wolności bronić wsiadł na nawę.

Jeden z nim tylko druh konfederackiPoszedł za morza, na wspomnienia smętne.Na bojach żywot leci mu tułacki;Szkaplerz położył na serce namiętne,A w ręku szabla, grom na wrogów głowy,Szabla z Najświętszą Panną z Częstochowy.

I pozostały mu dotąd z pól .....Ten sam wzrok orli, ten sam duch marsowy.Z któremi spadał na służalców ....Lub stał na murach świętej Częstochowy;Blask mu na czoło bije od oręża,A kędy oręż obróci — zwycięża.

I krwią przed Nowym opisał się Światem,Jak stawa Polak za zgnębionych zdrowie!Toż bohaterskim nazwali go bratemAmerykańskich pokoleń wodzowie.Na dumę świata szlachetną miał duszę,A pod laurami krył serca katusze.

Ty jedna, święta Rodzicielko boża,Znałaś to serce wielkie — skołatane!Tobie on tylko, jasna Gwiazdo morza,Każdą śmiertelną pokazywał ranę.Skrzydłem Ty orlem byłaś jemu w bitwie,A prowadziłaś przed Boga w modlitwie.

O! ucisz, Panno, to serce spokojem,Miłości jego daj rzeźwiącą wiarę! —Na morskim brzegu usnął wódz przed bojem,Po niebie cicho szły obłoki szare,Duch jego smętny odmawiał różaniec,Gwiazdy szły gasnąć na zachodni kraniec...

Już świt. — Już wrzasły trąby ostre głosy,Słońce wnet błysło na morze i błonia;Pułaski szablę otarł z rannej rosy,Przeżegnał piersi i wskoczył na konia;Mgła się po ziemi rozścieliła ranna,Wódz pomknął, za nim grzmiało: „Na Savannah!“

Niegdyś mu grzmiała pieśń konfederacka,Orły mu siwe wskazywały drogi,Kiedy na wrogów rankiem szedł znienacka,Wpadał na działa i siekł co do nogi.Takiej tu pieśni nikt mu nie zanuci;Orły czekają w Polsce — czy nie wróci?

Smutny więc jechał, i do towarzyszaMówił o swoim zgubionym szkaplerzu:„Wkrótce, mój bracie, będzie w sercu cisza,I drobna prochu garść po twym Kaźmierzu;Zły znak!... Duch czuje drogę, bracie miły! —Jam się spodziewał w ojczyźnie mogiły“.

„Na naszych błoniach mijały mię groty;Nie było dane dłoni mej kraj zbawić!...Inny się zjawi jakiś anioł złotyW rycerskiej piersi, by ten ród naprawić.Nieszczęście wielkie — wielkich dusz kołyską;Kto wie — ten anioł może jest już blisko.“

„Bez sakramentów zginę!... Bądź Twa wola!“Rzekł, a Savannah już mu widne z dali;Cwałem więc z jazdą kopnął się na pola,Kędy Anglicy szeregami stali,I usypane reduty ze szańcówSiały kartaczów gradem na powstańców.

I w porę przypadł, bo pod jego wzrokiemWrzała już bitwa zacięta wśród łanów.Już szli Anglicy wyciągniętym krokiemZ bagnetem w ręku na Amerykanów;Wnet jedna chwila los bitwy przeważy...A jemu zapał zajaśniał na twarzy.

„Naprzód!„Naprzód!“ i w dwieście poskoczyli koni,Za bohaterem lecieli na działa;Wiatr ich zaledwie dościgał na błoni;Szable migały w słońcu, ziemia drżała,I przełamali Anglików dwa fronty,A wtem błysnęły na okopach lonty.

Zagrzmiało... „Jezus — Marya!“ wódz krzyknąłI padł; — zwycięzca padł na polu chwałyI skonał śmiercią, do której przywyknął;I leżał z szablą swą jak posąg biały,I Bóg mu rozlał na obliczu ciszę;Wkoło płakali druh i towarzysze.

I usypali mu grób pod SavannahI krzyż na grobie zatknęli brzozowy;Niech cię przed Boga wiedzie święta Panna,Tak jak ty w taniec wodziłeś bojowy!A módl się za nas, niech nam Bóg obudziTakiego jak ty pośród wiernych ludzi!

1859.

Siadł rabin w smutku, pyta ksiąg mądrości,Jakiemi słowy cieszyć lud strapiony?W łono mu co dnia, jak w urnę żałości,Zlewają swoje łzy i krew miliony...Ach! i nie budzi Pan mścicielów z kości,Polsce cierniowej nie zmienia korony!...Wstał i na miasto poglądając łzawo:„O! Jeruzalem — jęknął — o! Warszawo!“

A wtem posłowie doń z niemieckiej ziemiWchodzą i głoszą bratnie pozdrowienie:„Rabinie! — rzekną — tu HiobowemiŁzami ty płaczesz na krew i zniszczenie;Tu wróg mieczami grozi ci ostremi,Sławę zaciera i roztrąca mienie —Pójdź do nas! porzuć synagogi krwawe —My damyć mienie i spokój i sławę.“

Słucha ich rabin i rzecze: „Posłowie,Na sądzie Pana przeniewiercom biada!

Jam się tu zrodził, tu, służąc Jehowie,Zginę, gdy zginie braci mych gromada.“„Rabinie! — poseł niemiecki odpowie —Nie miotaj darów, któreć kraj nasz składa;Zważ: Przyjaciółmi nam królowie świetni,A przy tej Polsce kto stoi?“„Szlachetni“.

Comments

Loading comments…