Zmierzyłem przepaść (Romanowski, 1913)
Zmierzyłem przepaść — straszna głąb przedemną! —Schodzę, — dokoła ponuro i ciemno.Oczom ni jeden kwiat się nie uśmiecha,Słuch mój daremnie śledzi w dali echa...Wszystko to we mnie!... a choć droga śliskaI choć daleko jeszcze do łożyska,Krok się mój pewnie w drodze nie zachwieje...Wróciłbym może — gdybym miał nadzieję! —
Ale nie! — darmo! — chód mój bez powrotu!A jednak jeszcze ten dawny świat nęci —Ten świat uroczy gołębiego lotu —Zachwyceń serca, — a dziś świat pamięci...Skonał! —Lecz pocóż w mej piersi się budziTen trup, i pocóż mami blaskiem życia?O! dziwne serce — nawet ból je łudziJeszcze i — zmusza do żywszego bicia.
Spojrzenia twego!... nieba chcą raz jeszcze!Dłoń podaj! — szczęście moje miałaś w ręku.A teraz żegnaj! żegnaj! — ja ból zmieszczęW sercu jak miłość; — patrz! idę bez lęku, —Idę i serce już się nie pokusiO nic... i wiem to, że drogi dokonam...Co mi nie dało szczęście — ból dać musi! —Potem zdobędę spokój — potem skonam. —
1 lipca 1858.
Comments
Loading comments…