Trzy listy — List pierwszy

Translated by Emil Zegadłowicz

Kiedy, znużony, lampę gaszę już późnym wieczoremi tylko zegar mierzy czas zwyczajnym torem —rozsuwam pomalutku zasłonę, by w komnatęprzywołać księżycową dalekich sfer poświatę;natenczas zmarłych wspomnień ból z północnych mroczyjak udręczony bitwą huf posępnie ku mnie kroczy.

Księżycu, władco świata — ciche twe przędziwoucisza żałość ducha, a myśl czyni żywą —oświecasz tysiąc pustyń, czarownym promieniemrozjaśniasz źródła leśnym okrywane cieniem;ileż mórz, samotności ileż uroczystychmajestatycznie koi twój poblask srebrzysty;wzrok twój cudowny mieni w dziwów uroczyskamiasta, zamki, pałace, dwory i grodziska;ileż domostw oplatasz srebrzycą kądzieli,ileż czół aureolisz wzniosłych myślicieli?!

— Tu dojrzysz króla, który nowe kreśli plany,tam biedaka co w jutro patrzy zatroskany —— choć żywot ich kształtuje różne przeznaczenie —jednakie dla nich twoje i śmierci promienie;jednakich namiętności są niewolnikamiczyli możnymi są, czyli też biedakami.

— Ten przed lustrem się mizdrzy i loki zaplata,ów chce zgłębić mądrości wszechwieków i świata —z kart zmurszałych wydobyć dawną pragnie glorję —a wykarbować imię swe w nową historję —inni wpisują cyfry w bilansowe księgi,w zwożonem zewsząd złocie szukają potęgi...

W wytartym robdeszanie przy bladej lampie siedziuczony — nad liczbami zmęczoną głowę biedzi,drży z zimna — coraz mocniej zaciska pasem szatę,szalem okrywa szyję, do uszu wpycha watę;zgarbione, chude nic — mizerak wyłysiały —ma przecież w małym palcu wszechświata ogrom cały,na mózgu ma wyryty zgon świata i poczęcie —chce przezwyciężyć noc i zedrzeć z niej pieczęcie,jak Atlas co strop nieba wydzwignął przed wiekami,chce świata tajemnicę wyrazić równaniami...

Księżyc poświatą srebrną oświetla domu ścianę,duch wieków w mrok się cofa po owo: nienazwane,pragnie aż do początku dotrzeć do przedistnienia,gdy jeszcze nie było życia ni woli w tych bezchceniach,gdzie nic się nie skrywało, skryte w otchłaniach prabytu —sam Bóg spoczywał w sobie wyczekujący świtu;czyż chaos tylko, bezdenność przepaszczą się dokoła — ?nie było, nie było istoty, która to pojąć zdoła.

Jeszcze w otchłaniach mroki, nieistniejące zdarzenianiewidocznieją w nocy i niema oczu do dojrzenia,cień wszelkich rzeczy jeszcze bezkształtem nocy się snujei ponad wszystkiem spokój bezbrzeżny, wieczysty panuje.Lecz spójrz! — maleńki punkcik umyka głusz więcierzom,punkt ten chce ojcem zostać, chaos chce być macierzą —ten punkt, ten atom czasu rusza się, świetli, mieni,staje się samowładcą w wieczności i przestrzeni.

Odtąd się wywstężyły bezmierne mgławic plamy,powstały słońca, gwiazdy i wszystko to co znamy —odtąd wokoło globu prakształty się zaroiły,które bezładne wiry poczęły i powiły.

My, dzieci, które się siłami puszą swemi,sypiemy kopce mrowisk na maleńkiej ziemi:idziemy, odchodzimy: władcy, wojska, ludy,puszymy się czynami, wychwalamy trudy,niepomni, że na chwiejnym i niepewnym łęgujesteśmy jako jętki co mkną w świetlanym kręgu,że jeno okamgnienie trwamy w świetlistości,że przed nami, za nami — wieczyste ciemności...Podobnie jak w promieniu wirujące pyły,które równo z promieniem lecz niedłużej skrzyły —i my zrządzeniem losów w świetle chwilę trwamy,zwiewną życia rozkoszą siebie upajamy —a potem śmierć i bezdeń, pranicości sfera,bo wszelki byt to złuda, kłamstwo i chimera.

Lecz badaczowi musi przyszłość się otworzyć,w jego duchu — tajń jutra już dziś musi ożyć —i oto widzi słońce słusznie życiem zwane —w bezsile i żałości jak krwawiącą ranę.Widzi krąg gwiazd wędrownych z czarów wyzwolony,krąg samotny i martwy w oddali zamglonej;patrzy na czarne nieba kirowe rozpięcie —ni jednej gwiazdy niema już na firmamencie;czas zmarły zapadł w wieczność, nic się nie przydarza,ostatnia iskra życia w popiół się przetwarza,szarością się zsypuje — głos zamiera wszelki —i znów nad wszystkiem spokój wieczysty i wielki.

Jeśli od pierwszych ludzi, którzy kiedyś weszli w życiewzniesiemy się do wyższych, stojących na władz szczycie —ujrzymy tych i tamtych pogrążonych w bytu dziwyi nie wiemy czy ten mały, czy ten wielki bardziej nieszczęśliwy;

jedno we wszystkiem włada, jednością wszystko się wygrywa —komu się uda, ten wyższy w bycie schód zdobywa;lękliwi, niepoznani grążą się w ciemności —jak na powierzchni wód powietrzne bańki mrą w nicości —los się nie troska wcale o chcenia nasze i roboty,przewala się nad nami jak burza, wichr i grzmoty.

Choć czciciele, poeci wielbią myśliciela —— powiedz z ręką na sercu — korzyści stąd wiela — ? —nieśmiertelność, odpowiesz, byt niechaj się wspinawokoło drzewa myśli jak pnąca roślina — —„Kiedyś — marzy — w przyszłości moje wielkie imiępodawane z ust do ust przez wieki zasłynie;dla wszystkich, dla wieczności trudzę się ogromnie —najdalsze pokolenia mówić będą o mnie!“ —Czyliś, człecze, w pamięci gniazdo temu uwiłczegoś zaznał, coś słyszał, coś w swem życiu mówił — ? —— Zaledwie drzazgi myśli raniące ostały,taśma zblakłych obrazów, strzęp jakiś spłowiały.Jeśli więc sam swych dzieci nie znasz, nie znasz siebie —mająż inni pamiętać? — przyszłość ma znać ciebie — ? —Może tam kiedyś jakiś szperacz, mól, czy kramarzodważy twoje książki, zbada twój kałamarz,opisem twojej składni skrzętnie się potrudzii — przetrze okulary, które pył twych ksiąg zabrudzi —machnie na ciebie ręką — raz jeszcze przygnie się:skreśli pięć słów o tobie gdzieś na marginesie — —

Możesz zbudować swój świat i zburzyć dłońmi zachłannemi —— rezultat tego jaki — ? — zaledwie kilka łopat ziemi.Dłoń co dzierżyła berło, kiedyś się w pył rozsypie w trumnie —i w czterech deskach zwietrzeje duch, który się nosił dumnie —;

twój pogrzeb, jak ironji ostrze, będzie srebrzyście­‑błyskotliwy —lecz szczerej łzy nikt nie uroni, żal będzie sztuczny nie prawdziwy —jedynie żądny wywyższenia, głupiec w kwiecistych słów oracjipożegna ciebie patetycznie — dla własnej satysfakcji;ot cały dank, który ci świat złoży do stóp gorliwie —lecz czyliż przyszłość twórczość twą rozsądzi bardziej sprawiedliwie — ?Cóż ci z oklasków niesłyszanych, które ci dadzą potomni?zapewne — przyszłość życie twe pochwali, wyogromni —zwłaszcza jeśli ustrzegłeś się przed wielkiem i dalekiemi byłeś tem czem każdy z nas — zwyczajnym tylko człowiekiem;tedy się puszyć będą w głos i chwalić ciebie będąi w pierwszych rzędach na twą cześć na akademjach zasiędą,— wielką ogłoszą cię osobą (że chwalić będą cię na feście —to było zgóry ułożone w krzykliwym manifeście);lecz już się nato zgodzić musisz, że przed tą całą zgrająwszystko pomniejszą i wyszydzą czego zrozumieć nie zdołają —znajdą plam mnogo w twym żywocie — to-tamto było źle i mętnie —przeliczne błędy, brudy, złości na twój rachunek wpiszą skrzętnie;to cię im zbliży wyśmieniciej niż światło, które zapalałeś — —— kara i wina, ten dylemat, przez który tak się nacierpiałeś,twa jaźń przyziemna, obłąkana i omroczona doczesnością,szarpiąca się w oplocie żądz i obolała powszedniością,ta cała nędza i tortura, to wszystko przez co tak cierpiałeś —to ich pociąga znacznie więcej niż to, co kiedyśtam pisałeś.

Czarownym drżeniem księżyc oświetla stare drzewai cichą, powitalną pieśń z bezmiarów nocy śpiewa —tysiące cierpień budzi się z otchłani zapomnienia,które umarły; — czasem je senne zwołują rozmarzenia —

a czasem właśnie księżyc je do izby srebrnie nawołuje;— wtedy-to po zgaszeniu świecy — zwidów korowód w krąg się snuje —Księżycu! oświecasz setki pustyń cudownym promieniem,rozjaśniasz źródła leśnym okrywane cieniem;ileż mórz, samotności ileż uroczystychmajestatycznie koi twój pobrzask srebrzysty!Lecz nas wszystkich stroskanych życia twardym, wyznaczonym znojemtylko ty i Bóg śmierci prawdziwym obdarza pokojem.

Comments

Loading comments…