Trzy listy — List trzeci

Translated by Emil Zegadłowicz

Zamczysko opuszczone w jeziornych fal rozświecicieniście w nurtach śni od wielu już stuleci —smukłe, milczące wieże czernią się w ponadborzu,kołyszą się jak mroczne sny na niezgonionem wód przestworzu;— przez wytłuczone okna widać ogłuchłe komnaty,firanki zdarte wiszą w pustelni sal szroniatej —księżyc omlecznia pola, krajobraz się bezmiernitu srebrny, groźny tam — w atramentowej czerni;u bram olbrzymie dęby na dumnej stoją straży,pamiętne szczęsnych dni, kwiecistych wirydarzy;w nadbrzeżnych oczeretach łabędzie śnią bieliste,(w ciszy — jak mowa wspomnień — śklą kręgi okoliste)oto majestatycznie podnoszą skrzydła białei prują toń przymgloną jak lustro wypłowiałe,trzciny się nachwiewają w zadumie pól spłoszonej,w ściernisku zagrał świerszcz z bezwładu obudzony —powietrze się rozwieśnia i wonnie w czerwiec zmienia —— przed kratą narożnika — tam — rycerz śle westchnienia,a okno całe w kwiatach! — w nadobnych myśli wtórzepłoną w oplocie liści czerwone, wonne róże —— czar nocy serce okuł — — więc rycerz lutnię stroiby miłość swą wyśpiewnić i piękno pani swojej:

„o ukaż się jak ongi w jedwabnej sukni złotejutkanej z gwiazd promieni przybranej w skry­‑klejnoty,o niechaj jeszcze raz przed czarem wzrok zasłonię,gdy w złocie włosów twych skwitają białe dłonie;o przyjdź najdroższa ku mnie — wiązankę rzuć uschniętą,wiązankę polnych kwiatów do piersi w dzień przypiętą —

— na struny kwiaty rzuć by cichą pieśń wyłkały —— o, spójrz jak cudna noc! — jakoby śnieg spadł biały — !O pozwól wejść, o piękna, do cnej komnaty twojej —niech łoża twego woń szaleństwem mnie upoi;Amor, wieczyście baczny, wstydliwość uszanujei fijołkową lampę przeźroczą mgłą zasnuje”.

Zadrżały pnące róże, zmąciły srebrną ciszę,zieleń u krat okiennych leciuchno się kołysze;— zpoza okratowania — przez zielne róż gęstwiskozjawia się doskonałe anielskich snów zjawisko —czerwoną rzuca różę — na wargach palec kładzie —przechyla się — z rycerzem w szepczącej trwa naradzie...

Najpierw ją wiodą kroki w głąb domu przyciszone,a potem ją unoszą sandały uskrzydloneku niemu; — oto stoją podobni jasnym zwidom,oboje piękni, młodzi — o siebie wsparci idą!Przy zacienionym brzegu — do wąskiej schodzą łodzi,wiatr z lotnym żaglem igra, płonące lica chłodzi.Wraz z wielkiem szczęściem mała łódź w świat nowy ich poniosła,w srebrzycy bezszelestnych wód pluskają zwinne wiosła...

Bezbrzeże fal chwyciła w sieć wysoko lśniąca pełnia,cała się przestrzeń tli i śkli i niepojęcie zwełnia —perlą się bezdna, grzywy skrzą, migotem bliż jaśnieje,wieczności nieprzebrany sen w skrach fal fosforycznieje;pogłębia się obecność barw, zawodzia się zbliżają,fale jeziorne, siny brzeg coraz się powiększają —już olbrzymieje czarny bór wynagla się i zbliża,olbrzymi księżyc wzmaga krąg — ku ziemi się naniża,

cieniste lipy wonny kwiat w źródlanej topią wodziei drżą w ten bezszelestny czas, na przedjutrznianym chłodzie;— na złotowłosą srebrny czar cichutko się zsypuje,— miłowanego drżeniem rąk lękliwie obejmuje —głowę skłoniła mu na pierś — a usta jej szeptają:„— jakże twe słowa, miły mój, przedziwnie mnie wzruszają,w jasyr mnie wziąłeś — czucia twe nieznane dla mnie zdroje,ogrom zwycięski tęsknot twych — oto jest szczęście moje.Głosu twojego słodka moc! — Zdobyła mnie twej mowy siła,jakoby dawnych czasów baśń urokiem cudnym mnie spowiła;twój chłodny wzrok, twe sny, nadziejeoto co we mnie szczęściem dnieje!Pozostań przy mnie, niech twój wzrok odemnie się już nie odwracawierne patrzenie w oczy twe oto dozgodna moja praca —póki ócz moich blaski tlą. — Cudny szum idzie nad falami,z gwiazdami gada serce wód ponad naszemi miłościami —— ciemnice borów, lasy, góry, błękitniejące w mgle kryniceszepcą ze sobą mową świtu i nasze głoszą tajemnice —— słońca, planety tam błyszczące w wiecznych przestrzeniach nieb bezmiernie —ziemia i woda — wszystko wkoło kocha nas czule, kocha wiernie;— puść wiosła z rąk! łódź nasza niechaj sama płynie,niechaj nas niesie kędy chce po nienazwanej mórz głębinie,choćby i przystań miała być w czeluściach mroku i w niebycie —spojeni z sobą bądźmy tak po wieki już, na śmierć i życie!“

O wyobraźni, wyobraźni! — Gdy tobą jestem nawiedzonylot mnie unosi ponad ziemią w świat wielki, wolny, niezmierzony.Cóż to widziałeś, przyjacielu, o czem mówiłem dziś tak śmiało — ? —w czternastym wieku tylko tak wszystko się ładnie­‑składnie działo.

Lecz dzisiaj wyobraźnia twa niechże, pamiętaj!, nie swawoli —nie możesz dziś do dziewy swej umizgać się dowoli,nie możesz żądnie objąć jej, usta z ustami spoić,ni patrzeć w ciepłe oczy jej i szczęściem troski koić.Bo jakże — ? — zważ! zaledwie się stęsknione dłonie dotykają,już wchodzą ciotki i wujenki, już drzwi się zewsząd otwierają —już w ziemię patrz, opuszczaj wzrok, boś winowajcą przecie,bo dla miłości niema dziś zacisza w całym świecie.Stoisz a wkoło mumji krąg, zwany, wszak wiesz, rodziną,która nie znała wczoraj cię, poznała przed godziną —i powieściowo srożysz wąs i papierosa palisz —narzekasz na współczesność — ach, — wyborną kuchnię chwalisz...

Nuży mnie, nudzi życie — tak bezużyteczne,praca, gorycz i nędza, uganianie wieczne.Czyż rzekę łez trza wylać, czyliż ma być błędemto co dla ptaków leśnych jest żądzy popędem — ?

Nie my działamy — inny ktoś pragnienia snujei naszą wargą mówi, sercem naszem czuje;byt nasz płynie przed siebie jak za falą fala —on jeden, on Demiurg stąd się nie oddala;o obcości w kochaniu nic zgoła nie wiecie —chcecie cudów! — a głupstwo chwyta was w swe siecie.

Wszakże prawo natury kusi was namowąna kołyskę pokoleń, na nienawiść nową;wasz śmiech rodzi płacz dzieci, wieczne narzekanie,jeszcze was wnuków czeka słuszne przeklinanie;kukłą jest tylko człowiek — i cnoty i grzechysą skrzeczeniem papugi — i znikąd pociechy,

— ręka Wielkiego Mistrza poza kulisamiw ruch wprawia tępe lalki — z tajnemi sznurkamiporaz tysięczny głucha sparza cię konieczność;jak dziś — będziecie skakać i działać — po wieczność!

A ty — ? — Gdy cichy księżyc srebrzy dębów czubyczyż będziesz w naiwności znów tęsknić do swej lubej — ?czyż będziesz na ulicy stać w śnieżycy i we wichrze —przed odsłonionem oknem snuć marzenia swe najcichsze — ?czyż cierpieć będziesz, że tam ktoś w głupawej galanterjipaplaniem wciąż pobudza ją do śmiesznej koketerji — ?Usłyszeć chcesz ostrogów brzęk — ? — jakże się puszą i kozaczą! —a teraz, zakochany, spójrz! — jak to miłośnie na się patrzą!ona coś szepce — a on jej naznacza schadzkę, uśmiechnięty —przemarzły — chceszże jeszcze stać — na dudka wystrychnięty — ?Kochasz! — a wielka miłość twa nieukojona trwa — bezcenna;ona kaprysem się kieruje i jako kwiecień tak jest zmienna!ona ci kradnie zdrowy sens — krzywi się na cię, gardzi...a ty podziwiasz cięgiem ją i kochasz coraz bardziej —jak zimny posąg, który nas napełnia podziwieniem!O głupcze! — jakżeś śmieszny jest z tem nudnem rozmarzeniem!

Jam także o dziewczynie śnił, która me troski podzieli,przy boku moim będzie stać i życie przeanieli,która rozumieć będzie mnie jak nigdy nikt na świecie —zdumieje ludzi piękna baśń o przecudownej kobiecie!Minęło, prysnął pusty czar, pieśń stara się kołaczeo ciszy wiecznej, w której już na wieki mrą rozpacze.

Pęknięte struny; moja gra nieskładnem drży pieśnieniemjak poszum zły podziemnych rzek nakrytych turni cieniem.Jedynie czasem czysty ton wichr niesie nad oparemi pogrzebowa wstaje pieśń — ów carmen saeculare;pozatem dziki, głuchy dźwięk zawodzi i boleśni —niestrojny akord ciągle brzmi i huczy w mojej pieśni.Burza rozwala chory mózg — ogniście spąsowiała —strzelista o wieczności pieśń — i ona paść musiała...Kędyż te czyste jasne dni, z których natchnienia moje trysły — ?strzaskana lira, — zmilknął śpiew, — mistrz, mistrz postradał zmysły!!

Comments

Loading comments…