Szatan (powieść wschodnia) Lermontowa — całość

Translated by Michał Koroway-Metelicki

Skan zawiera grafikę.Posępny szatan, duch zuchwałyNad ziemią latał górnym szlakiem,W nim wspomnień roje powstawały,I otaczały go orszakiemDni lepsze, gdy cherubinowąCzystością jaśniał pośród świata,I kiedy — lśniąc promienną głową,Pozdrowień niosąc szczere słowo —Kometa w nim witała brata;Dni, kiedy grzechem nieskalany,Żądny wszechwiedzy i mądrości,Gwiazd koczujące karawanyZ niebieskiej śledził wysokości;Gdy pełen wiary i miłości,Syn pierworodny w dniu tworzenia,Nie znał ni gniewu, ni zwątpienia,

nie groziło myślom jegoNiepłodnych wieków przemijanie...Wspominał wiele... i wszystkiegoPrzypomnieć sobie nie był w stanie.

Już dawno wlókł w pustyni świataSkazaniec życie swe samotnie.Tak wiek za wiekiem mknęły lata,Toneły w przeszłość niepowrotnie,Zmieniane jedne wnet drugiemi;A on, panując nędznej ziemi,Zasiewał złe bez przyjemności;Misterne sztuki jego sidłaNie spotykały przeciwności —I czynność złego jemu zbrzydła.

I nad kaukaskich gór szczytamiWygnaniec raju przelatywał;Brylantowymi lśniąc śniegami,Olbrzymi Kazbek świat zadziwiał;

Szczeliny paszcza była nizko,Jak żmii ciemne legowisko:To Darjał krety się ukrywał;I Terek wiódł tam fal swych szyki,Jak lew z rozwianym w grzywie włosem,I ryczał. Słuchał go zwierz dziki;Huczącym przerażone głosem —W błękitach ptaki go słuchały;I chmur złocistych tam gromadyZ południa biegły w dal na zwiadyku północy odpływały;I nad nim skały gęstym tłumemChyliły głowy zadumane,Wód Terekowych dziwnym szumemDo snu cichego kołysane;Na skałach groźnie się wznosiłyPotężne baszt zamkowych gmachy,Z piorunów śpiących dumnie drwiły —Dzielne kaukaskich gór szyldwachy!Świat dzikiej pełen był urodyI cudnie pięknym czar przyrody!Lecz szatan rzucił okiem wzgardyNa świat stworzony ręką BogaI został hardym, jak był hardy,Z nieprzejednanem licem wroga.

Obrazy innej znów krainyZakwitły w krasie żywej czyste:Rozkosznej Gruzji doliny,Ustronie szczęściem promieniste!Kobierce ścielą się wzorzyste,Jak słupy sterczą tam ruiny,Strumienie wodę srebrną leją,Barwne na dnie ich śpią kamyki;W różowych gajach słodko piejąUrodę krasnych róż słowiki,Choć róże ich nie rozumieją;Jaworów wznoszą się konary,Wieńczy je bluszcz zieleniejący;Lękliwy jeleń w czas gorącyChowa się w chłodny cień pieczary...Wszędzie przyrody pięknej łaski,I szum, i gwar, i życia blaski;W południe palą ognia żary,Wspaniałych roślin są tysiące,Aromat rosy! A gdy słońceJuż zajdzie i noc świat pomroczy,To błyszczą gwiazd promienne oczy,Jak dziewic Gruzji gorejące.

Lecz świata czary nie wznieciłyW wygnańca piersi niecielesnejGry uczuć nowych, nowej siły,Oprócz zawiści gry bolesnej.Na wszystko patrzał wzgardy okiemI oburzony był widokiem.

Szeroki dwór i dom wysokiTam książę Hudał wybudował...Łez ludzkich wiele dom kosztował,Bo ciężkie sługom są wyrokiIch panów. Gór sąsiednich stokiCień domu zwykle przyjmowały;Stopnie są w ścianie blizkiej skały,Wiodące do Aragwy wody;W rzece tej nieraz nurza wiadra,Chcąc niemi czerpnąć z fal ochłody,Tamara — córka księcia. CzadraOsłania wdzięki jej urody.

W stronę, gdzie słała się dolina,Patrzał ponury dom ze skały;Lecz dziś w nim szumi bal wspaniały,Rozbrzmiewa surma, pachną wina:Dzisiaj wesele u Hudała,Przybyła doń rodzina cała.Na dachu zdobnym kobiercamiSiedzi dziewica narzeczonaWśród towarzyszek młodych grona;W grach czas im schodzi. Za góramiSłoneczna chowa się korona.Dziewice pieją swe piosenkiI przyklaskują im we dłonie;Tamara bierze do swej rękiBęben i wznosząc go nad skronie,Z jednej ku drugiej kręcąc stronie,To nagle lżej od ptaka leci,To znów się wstrzyma i zaczeka...A rzęsy długie ma powieka,Rosą wilgotną wzrok się świeci;To na dół spuści czarne oczy,To mrugnie brewką na swą drużkę

I po kobiercu ślizga, toczyPięknie rzeźbioną, boską nóżkę.Radości pełna się uśmiecha;Dziecięca w oczach lśni uciecha.Z uśmiechem jasnym tego lica,Jak życie, młodość wesołego,Ledwo się zrówna gra księżyca,W strudze ruchomej błyszczącego.

Klnę się na gwiazd północnych błyski,Na promień wschodu i zachodu:Tak dziwnie pięknej odaliskiNie brał w miłości swej uściskiNigdy perskiego król narodu;I haremowych fontann wodyPrzenigdy jeszcze, w letnie znojeBryzgając swe perliste zdroje,Nie znały równej jej urody;Cudniejszych zaś nad jej warkoczyŚmiertelne nie widziały oczy.I klnę się, od utraty raju,Nie kwitła żadna krasawica,

Mająca takie świetne lica,W południowego słońca kraju.

Po raz ostatni dziś pląsała...Niestety! wcześnie ją czekałaSpadkobierczynię tę Hudała,Swobodną, rzeźwą i wesołą,Nic nie wiedząca o serc bliźnie —Niewola w obcej jej ojczyźnieI nieznajomych ludzi koło.Więc często chmurka wątpliwościNa lica jasne padła mrokiem,Lecz ruch jej pełen był lekkości,Wyrazu, wdzięku i skromności,Gdy się ślizgała tańców krokiem.I gdyby szatan przelatując,W on czas swe oczy na nią rzucił,To dawnych braci swych żałując,Z westchnieniem wzrok-by wnet odwrócił...

I szatan widział... IdeałyŻycia dawnego w nim zadrgałyI wypłynęły zgasłe mary,I spadły rosą na pustynięSerca niemego. I duch karyOdczuł i pojął znów świątynięPiękności, dobra i wierzenia,I długo słodkim tym obrazemSzatan się cieszył — i marzeniaO szczęściu dawnem wstały razem,Jakby za jedną druga gwiazda,Jak duchów napowietrznych jazda.Przykuty niewidzialną siłą,Z nową boleścią się zapoznał,Uczucie zmarłe przemówiło,Rodzinny język znowu poznał.Byłaż to chwila odrodzenia?Szatan fałszywych słów kuszeniaNie znalazł w myślach mimo chęci;Zapomnieć?... Nie dał niepamięciBóg, i on nie chciał zapomnienia.............

Na zachód łuk słoneczny gnie się,Zmęczony rumak jeźdźca niesie;Pan młody z sercem niecierpliwem,Z wejrzeniem czystem i szczęśliwem,Widzi przed sobą brzeg zielonyAragwy. Za nim objuczonyCiągnie wielbłądów obóz mnogi,Już pomęczyły się okrutnie,I ledwo, ledwo wloką nogi,Dzwoneczki na nich dźwięczą smutnie...On sam, dzierżyciel Synodału,Rzemieniem w biodrach przepasany,Jedzie na czele karawany;Rękojeść szabli i kindżału,I strzelba, co śmierć celnie ciska,Broń cała — w słońcu świetnie błyska;I wiatr się bawi rękawamiCzuchy, co spływa w fałdów fale,Galony zdobią ją wspaniale...A siodło barwnie jedwabiami

Szyte, a uzda z kutasami;Pod nim koń złoty, cały w mydle,Lecący szybko, jak na skrzydle;Swobodne dziecię Karabachu,Uszami strzyże i w przestrachuChrapie i patrzy w głąb z urwiska,Gdzie rzeka fale swe przeciska.Tu droga wązka, niebezpieczna:Na lewo skały, w prawo błyskaGardzielą straszną topiel rzeczna.Już późno! Tam, gdzie zima wieczna,Gaśnie rumieniec; wstały mroki...Podwoił orszak swoje kroki.

Oto kaplicy szczyt się wznosi,W niej — jak podanie dawne głosi —Pogrzeban książę, teraz święty;Zabił go człowiek w złem zawzięty.Bądź na igrzysko, bądź na bitwę —Ktokolwiek tedy się kierował,Zawsze gorliwie swą modlitwęU stóp kaplicy ofiarował,

A tej modlitwy cudna siłaOd muzułmanów go chroniła.I tak czyniły dawne rody,Lecz zwyczaj złamał książę młody:Zdradliwych sideł swych urokiemSzatan mu ducha oczarował:Książę okryty nocy mrokiem,W myślach swą lubą już całował...Wtem przed nim cienie dwa mignęły...I więcej... Wystrzał!... Echa drgnęły!I powstał książę na strzemieniu,Nasunął papach na ciemieniuI nie dał z ust wylecieć słowu:Błysnęła w ręku lufa celna,Spojona z koniem postać dzielnaLeciała z orłem... Strzał padł znowu!I dziki krzyk, jęk po nim głuchyRozniosły echa w tej godzinie...pierzchli — jako nocne duchy —Gruzińcy w strachu po dolinie.

Scichło!... Mordercy wzięli łupyI pozostały w miejscu trupy,A na nie — w strachu drżąc — patrzałyWielbłądy — zbite w ciasne kupy,I w takt dzwoneczki im jęczały.Złupiona karawana cała,I chrześcian leżą zimne ciała;Nad niemi nocny ptak ulata;Cmentarna ich nie schowa krata,Ani klasztornych głazów płyty,Gdzie proch praojców był ukryty;Nie przyjdą siostry ich z matkami,Okryte czader osłonami,Ze smutkiem, łkaniem i modłamiNa groby ich z dalekiej strony!Lecz za to chrześcian wiernych syny —Tu! pod tą skałą, u drożynyWzniosą na pamięć krzyż święcony...Gdy przyjdą wiosny narodziny,Bluszcz krzyż popieści i owinieSwych liści splotem szmaragdowym,I pod symbolem Chrystusowym

Wędrowiec — dążąc ku rodzinie —Odpocznie, krzyża nie ominie...

Leci koń — pełen niepokoju,Chrapie i rwie się jak do boju;To nagle stanie w całym pędzie,Rozdziera nozdrzy swych krawędzieI ogniem z nich płomiennym bucha,A uchem czujnem wiatrów słucha;To znów porywa się z kopytaI z roztrzepaną grzywą — wrzący —Pędzi szalony i nie pyta...Na koniu jeździec jest milczący:Do grzywy końskiej przypadł głową,Waha się w stronę tę i ową,I nie kieruje już cuglami,Zasunął nogi swe w strzemiona,Krwi zaś czerwonej strumieniamiCzaprak i czucha poplamiona...Rumaku! pana swego dzielnieWyniosłeś z boju, jako strzała,

Lecz osetyniec mierzył celnie,I kula w mroku go dognała.

Hudał z rodziną przerażony!W podwórzu ciśnie się lud tłumnie:Czyj koń przyleciał zapalonyI padł na głazy u wrót szumnie?Kto jest ten jeździec trupio bladyNa czole smagłem, choć nieżywy:Z bronią skrwawioną i z odzieniem,Ostatniem dłoni zaciśnieniemTrzymał się włosa końskiej grzywy...Nie długoś, ty, narzeczonegoCzekała — piękny mój aniele!Dotrzymał słowa książęcegoI oto! przybył na wesele...Ale już konia szalonegoNie pokieruje ręka jego!...

Na dom spokojny i bez troski —Jak piorun — spadła straszna kara;Odczuła ciężko wyrok Boski,Płacze na łożu swem Tamara;I łza za łzą po licach płynie,Jej pierś wysoko, ciężko dyszy...I oto! nagle niby słyszyCzarowną mowę gdzieś w wyżynie:„O, nie płacz, dziecię! Rosą wodyŻywej twa łza na trupie lodyNie spadnie, tylko zamgli jasneTwe oczy i blask zgasi młody...Jej żarem spalisz lice własne!Dziś on w dalekich sfer przezroczu;Nie dojdą doń twych smutków wieści,Wzrok bezcielesny jego oczuNiebieskie światło teraz pieści;On słyszy chórów rajskich dźwięki...Czem dlań ból ziemski i radości,Dziewicy smętnej łzy i jęki,Kiedy szczęśliwy w raju gości?Omówię ci, istocie biednej,

Wierzaj mi, losy ziemskiej treściNie warte są chwileczki jednejŻalu twojego i boleści!„W napowietrznym oceanie,I bez żagli i bez steru,Płyną w zgodnej karawanieGwiazdy w pośród fal eteru.Gdzie pól obszar nieskończony,Bez podstawy i sklepienia,Błądzą chmurek miliony —Tak powiewnych, jak marzenia.Żal rozłąki, czar witaniaChwilki wśród nich nie zagości,I nie mają pożądaniaNi przeszłości, ni przyszłości.Gdy w pierś twoją godzą ciosy,Kipi boleść w niej namiętna,Przypomniawszy chmurek losy,Bądź — jak one — obojętna!„Jak tylko noc na Kaukaz mrokiemPadnie i szczyty gór zaleje;Jak tylko świat, jej słów urokiemOczarowany, zaniemieje;Jak tylko wietrzyk po nad skałąRoślinką zakołysze małą,

I ptaszek, co się chował w trawie —We mroku śmielszy — frunie żwawiej,I pod zielonym winogrademPijący rosę łonem rademKwiat nocny wzniesie swe kielichy;Jak tylko miesiąc złoty, cichyTwarz swą wynurzy z gór załomu,Na ciebie spójrzy pokryjomu:Ku tobie skrzydeł lot rozwinęI na twe rzęsy jedwabisteSny będę wiewał pozłociste,Nim z jutrznią w stronę swą odpłynę“...

Umilkły słowa i zamarły,Jeden za drugim przeszły dźwięki...Zrywa się biedna, pełna mękiI patrzy... w piersi jej się zwarłyUczucia smutku, strachu jękiI zachwyt... ognie serce żarły,Spadając burzą na duch miękki.Jej dusza rwała pęt okowy,

W jej żyłach piorun przelatywał,I głos ten dziwnie dla niej nowyBez przerwy, ciągle się odzywał.I już nad ranem — snu ochocza —Zmęczone oko zasklepiła,Leo we śnie znowu ją wzburzyłaMara nieznana i prorocza:Przybysz milczący, niemy, mglisty,W nieziemskiej krasie uroczysty —Stanął u łoża cichym krokiemI patrzał na nią takim wzrokiemRzewnego smutku i miłości,Jak gdyby pełen był żałości.To nie był anioł-stróż, obrońca,Nie niebieskiego postać gońca:Wieniec promienny i tęczowyNie zdobił świetnie jego głowy;To nie był piekieł duch niesforny,Męczennik grzeszny i w złem mocny,Ale był jako brzask wieczorny:Ni światło dzienne, ni mrok nocny.

„Skan zawiera grafikę.O, przebacz, ojcze, swej Tamarze,Zaniechaj gniewu raz twojego,Ja sercu milczeć nie rozkażę,Nie płaczę z żalu daremnego...Napróżno do nas tłumną rzesząPiękni młodzieńce przybywają...Czyż w Gruzji dziewic już nie maja?Nie będę żoną. Niech nie śpieszą!...O, nie bądź, ojcze, tak surowy!Tyś sam już spostrzegł: każdy nowyDzień niesie sercu nowe blizny,Jam jest ofiarą złej trucizny!Niepokonaną marą targaMnie duch zły — ciężka moja skarga!W klasztorne powiedź córkę progi,Tam nie dostąpi mię pokusa

Tam się pozbędę serca trwogi,Tam mię obroni moc Chrystusa.Nie zaznam w świecie już wesela...Niech więc świętego gmachu cisza,Niechaj zawczasu smutna celaPrzyjmie mię, jak grobowa nisza“.

I za rodziny tęsknej zgodąPoszła w klasztorny gmach dziewica;Jej kibić cudną, jej pierś młodąOkryła gruba włosiennica.Ale i mniszki proste stroje,Jak i złotogłów przedtem drogi,Nie zażegnały grzesznej trwogi:W jej sercu wrzały niepokoje.I przed ołtarzem, wśród powodziŚwiateł i śpiewów uroczystych,Często w pośrodku modlitw czystychJej uszu znany głos dochodzi.Wznosił się obraz znanej twarzyU kapiteli kolumnady,

Dźwięk go nie zdradzał, ani ślady;W mgle woniejącej trybularzyŚwiecił jak gwiazda cichą nocą,Wabił i wołał... Ale po co?...

Pomiędzy dwoma pagórkamiŚciany skrywały się klasztoru,Zamknięte były szeregamiTopoli drzew i drzew jaworu.Gdy mrokiem gęstym noc spadała,W oknach za kratą mniszki drgałaLampa wśród ciemnych fal przestworu.Migdałów drzewa cień rzucały,I stróże grobów — krzyże stałyW milczeniu niemem i ponurem;Chór ptasi śpiewał z drugim chórem;A po kamieniach w szumnej grozieŹródeł chłodzących dźwięczne faleLeciały — skacząc, i przy skaleŁącząc przyjaźnie prąd w wąwozie,Pędziły dalej w inne strony,Wśród krzów, ozdobnych w kwiatów szrony.

Na północ gór widniały ściany.Gdy jutrzni wschodzi brzask różany;Gdy — napełniając głąb doliny —Obłoczki sine się unoszą,I z licem na wschód — muezinyLudowi chwilę modlitw głoszą;Gdy już się dzwonu głos rozlegaI drżąc w spokojnej rannej porze —W dolinie falą się rozbiega,Echem odbija się w klasztorze;Gdy cudnie marząc o kochanku,Gruzinka, schodząc z gór krużganku,Idzie, by przynieść wody w dzbanku:W chwilę pięknego tak porankuGór łańcuch wznosił pod błękityJasno-liliowe, śnieżne szczyty.A w czas zachodu blask różowySpływał na Kaukaz. Wtedy góryU stóp swych mając, na ich głowySpoglądał Kazbek z ponad chmury,Ozdobny w turban, w złotogłowy.

Ale Tamarę myśl przestępnaDręczy; jej dusza niedostępnaZachwytom czystym. Piękność świataPrzed nią się zjawia w smutku kirze;Nie bawi jej w rozpaczy wirze.Ni ranku brzask, ni nocy szata.Bywało, ledwo z nocą razemNa ziemię świeżość zstąpi rzeźwa,Już ona padnie przed obrazemW szaleństwie uczuć swych nietrzeźwapłacze; wkoło cisza głucha,Jej pierś jękami wciąż wybucha...I drżąc — podróżnik pilnie słuchaI myśli: „to duch górski jęczy,Przykuty mocno do pieczary!“I wnet kopytem rumak dźwięczy,Bo jeźdźca gonią strachów mary...

Często — w tęsknocie smętnej blada —Tamara koło okna siada —

W myśleniu niemem pogrążonaI patrzy w dal osamotniona;Tak cały dzień czekając — wzdycha...„On przyjdzie!“ mówi jej ktoś z cicha.Niedarmo miała sny radosne,W których się zjawiał duch powiewny;Niedarmo oczy miał żałosneI głos tak cudny, taki rzewny!Już dawno dusza jej w rozterce,Choć nie wie sama: skąd?... dlaczego?Do świętych modli się, a serce...Serce jej modli się do niego.Zmęczona walką tą bez końca —Już się pochyla na swe łoże,Lecz wnet się zrywa — cała drżąca —I uspokoić się nie może:Goreją plecy, pierś się wznosi,Tchu braknie, oczy zamierają,Ciało uścisków szuka, prosi,Na ustach pocałunki tają...........................

Pagórki Gruzji i dolinyJuż mgłami okrył płaszcz wieczorny;Pod klasztor przybył w odwiedzinySzatan potrzebie swej pokorny,Lecz długo, długo duch niesfornyŚwiątyni ciszy i pokutyNaruszyć nie śmiał; w te minutyJuż gotów był — jak się zdawało —Porzucić zamiar swój okrutny;Koło klasztoru brodzi smutny,A serce żądzą w nim pałało;Od kroków jego drżą drzew liście.Wzniósł oczy; widzi w jej pokojuLampę płonącą promieniście;A ona czeka w niepokoju.I wśród milczenia powszechnegoSłychać czyngara brzęczącegoDźwięk... tony pieśni się rozległy,Za nimi inne biegły, biegły,Jak łzy spokojnie i miarowo;Były to takie dźwięki pieśni,

Jak gdyby dla tej ziemskiej cieśniStworzyć je mieli niecieleśni.Może to anioł, — chcąc na nowoOdrodzić w druhu przyjaźń starą,Przeszłości dzieląc się z nim marą,Napełnił cele pieśni gwarą,Żeby osłodzić mu cierpienie?...Jej miłość smętną, jej wzburzenieRaz pierwszy pojął duch pomroku...Chce lecieć: skrzydło się nie rusza!Do głębi trwoży się mu dusza...I cudo! błysła kropla w oku,W oku, co łzą się nie zaprósza...Po dziś dzień widać koło celiKamień na wylot przepalony,Piorunem łzy tej wydrążony...Łzy takiej ludzie nie przeleli!

Już wchodzi; kochać świat gotowaDusza — dla dobra w nim otwarta;I myśli: oto! chwila nowa,Przyszłość w niej cała jest zawarta!

I uczuł w sercu duch zuchwałyNiemiły dreszcz oczekiwania,Strach niepewności oniemiały,Jakoby w pierwszy raz spotkania:Złe wróżby duszę mu zalały...I wszedł do celi już nakoniec;Przed nim — cherubin, raju goniec,Obrońca jej i jej pociecha,Koło niej stoi z czołem jasnemI nie po ziemsku się uśmiechaI ją osłania skrzydłem własnem...I promień światła anielskiegoOślepił nagle wzrok nieczysty,Zamiast witania uprzejmego —Zawołał anioł uroczysty:

„Duchu występny, w grzechu mocny...Kto wołał ciebie w mrok północnyI kto cię przysłał tu na zwiady?Tu złe przenigdy nie gościło,Świątynię sercu memu miłąOpuść i wychodź — rad, nie rady,

I niech zaginą twoje ślady!“Szatan uśmiechnął się zjadliwieI błysnął okiem nienawiści,Znów zapalała w nim złośliwieSkra dawna zemsty i zawiści.„Moją jest!“ rzekł do niebios gońca,„Nad piekieł stoi już brzegami,Przybyłeś późny jej obrońca,Nie jest ci danym sąd nad nami.Na pierś jej grzeszną moje ręcePokładły pieczęć nieśmiertelną!Świątyni twojej niema więcej;Tu ja mam władzę niepodzielna!“I anioł oczu smętnych wzrokiemNa nią raz jeszcze spojrzał szczerze,I zwolna skrzydłem swem szerokiemWionął i stopił się w eterze...............

Mowa twa pełna okropności!Kto jesteś: piekieł duch, czy nieba?Czego chcesz?

Tyś jest cud piękności!

Lecz ktoś ty? kto?... mów! czego trzeba?

Jam ten, któregoś ty słuchałaW cichości mroków, w nocnej dobie,Myśl moja w duszy twej szeptała;Mój smutek przez mgłę tyś widziała,Mój obraz blady miałaś w sobie;Jam ten, czyj wzrok nadzieję gubi,Ledwo nadzieja ta zaświta;Jam ów jest, który tem się chlubi,że każdy go przekleństwy wita.Podemną gwiazd mkną korowody;Jam biczem krwawym ludzkiej ziemiJam król wszechwiedzy, król swobody,Jam niebios wrogiem, złem przyrody,I widzisz — jam pod stopy twemi!I jam ci przyniósł rozrzewnienie,I łzy, i modlitw ciche jęki,I pierwsze ziemskie me cierpienie,I pierwsze duszy mojej męki...

Chciej pojąć gorzkich słów zwierzenie!Niebiosom może mię powrócićMiłości twojej żywe słowoI natchnąć pierś ma siłą nową,Szatańską dumą precz odrzucić,W pokorę zmienić aniołową.Niewolnik, w ciebie tylko wierzę!Do ciebie pierwsze ślę pacierze,Do ciebie pierwszy głos błagalny!Dla ciebie duch mój niezniszczalnyŚmiertelną szatę przyjmie szczerze!Gdym ciebie ujrzał, mimowoliUczułem w sobie skrę zazdrości;Opuścić ciebie?... nie! tej roliNie spełnię w żarze namiętności!I oto! przyszła dziś godzina:W bezkrwistem sercu buchnął płomień,Syknęła zmarła w niem gadzina,Zapałał stosem iskry promień!Bez ciebie czas czem nieskończony?Czem dóbr mych obszar niezmierzony?Świątynią pusta, zgasłym zniczem,Zamarłym dźwiękiem... zgoła niczem!

Opuść mię, duchu fałszywości!Zamilcz, nie wierze mowie wroga!Ja pragnę modlić się do Boga,A ty mię wikłasz w sieć chytrości...Będę ofiarą twojej zdradyTyś myśl słabnącą opanował;Twe słowa — to ogniste jady...Po coś mnie biedną umiłował?

Po co — o, piękna? Nie wiem tego,Ale z przestępnej mojej głowy,Czując prąd życia świetniejszego,Zerwałem wieniec mój cierniowyI w proch rozbiłem gmach przeszłości;Me piekło, raj mój w tobie gości!O! kocha cię nieskazitelną,Miłością dusza moja wolna,Istotą całą nieśmiertelną...Dusza twa kochać tak nie zdolna!Znam cię przez wieków długie lata,Widziałem cię, jak widzę ninie,Przez eterycznych sfer pustyniePłynącą na początku świata.

Już dawno — trwożąc serce biedne —Imię twe słodkie mnie dźwięczało;W dni szczęścia, w raju ciebie jednejDuchowi memu brakowało.Ty nie zrozumiesz: duch swobody,Znosiłem gorzkie umęczeniePrzez szereg wieków, nieskończenie,Nie oczekując w złem nagrody,Nie mając w dobrem krzty osłody,Czując i rozkosz i cierpienie;Musiałem sam się sobą nudzić,Tą walką wieczną wciąż się trudzić,A niosąc wieków potępienie,Żałować ciągle i nie pragnąć,Znać wszystko, wszystko czuć i widzieć,Wbrew woli wszystko nienawidziećI do niczego się nie nagiąć!...

Zaledwo losy się spełniły,I wyrok Boski zabrzmiał z góry,Wnet mię na wieki opuściłyRamiona świata i natury...W mgle siniejącej przestrzeń stała;Ujrzałem w on czas, jak wspaniałaDawno mi znanych gwiazd gromada

W wieńcach weselnych wśród wszechświata.Płynęła... lecz dawnego brataNie chciała świetna znać plejada!Wygnańców, losy me dzielących,W rozpaczy, ja nawoływałem,Lecz słów ich, oczu złością skrzącychNiestety! sam nie poznawałem.I rozwinąłem skrzydła w strachu,Leciałem w przestrzeń bez otuchy...W nieskończoności płynąc gmachu,Mnie omijały bratnie duchy,I raj i, świat był niemy, głuchy.Tak — ster straciwszy, łódka płyniePodczas szumiących fal wzburzenia,Niepewna swego przeznaczenia,Czy ocaleje, czy zaginie.Tak — gdy brzask ranny muska góry,Samotny odłam grzmotnej chmury,W lazurów wznosząc się otchłani,Niepewien zgoła swej przystani,Bez celu i bez śladu goni,Bóg wie, do jakich sfer ustroni!

Ludźmi nie długo kierowałem,Zakułem łatwo ich w obroże,

Wszystko — co piękne — zniesławiałem,Szlachetne wiodłem na bezdroże.Nie długo! płomień czystej wiaryJam w nich zagasił... Mojej pracyCzyż warci byli ci prostacy,Lub obłudnicy, godni kary?I skryłem się w wąwozów nory,Brodziłem, jako meteoryW głębokiej nocy gęstym mroku...I pędził jeździec z strachem w oku,Ognikiem blizkim uwiedziony,I w bezdnię z koniem zawalonyNapróżno wołał — i ślad krwawyBrzegi przepaści przyjmowały...Ale złośliwe te zabawyNie długo mi się podobały.W walce z potężnym huraganem,O! jakże często, wznosząc kurze,Z czołem — piorunem przepasanem —Leciałem szumnie w czarnej chmurze,Chcąc w żywiołowych burz szermierceNatrętne myśli swe zagłuszyćI szemrające stłumić serceI samą pamięć zawieruszyć!Czemże są ludzkie utrapienia

I nieszczęść ludzkich opowieściOd pokolenia w pokoleniaPrzed chwilką jedną mej boleściNieuznanego udręczenia?Czem ludzie? Życie ich co znaczy?Ten śmierć już widział, ten zobaczy!Sąd choć potępi, to przebaczy;Jest miłosierdzie, są nadzieje!A mnie zrozumieć nikt nie raczy,I smutku pełne są me dzieje!Smutek ten zawsze, każdą chwilę,To jako waż się pieści mile,To pali, to znów skrą omamieńŚwieci, to cięży — jako kamień —I jest jak pomnik na mogile,W której zamarło pragnień tyle!

Po cóż mam wiedzieć o żałobie,Nawiedzającej cię smutkami?Zgrzeszyłeś...

Czy przeciwko tobie?

Nas słyszeć mogą...

My tu sami.

A Bóg?

Na niebie!... Bóg spójrzeniaNie rzuci na tę ziemię ciemną.

A piekło? Meki potępienia?

Więc cóż? Tam będziesz razem ze mną!

Ktokolwiek — o! przygodny druhu,Jesteś: słuchając męczennika,Ja czuję rozkosz tajną w duchu,Choć zamęt myśli me przenika.Lecz jeśli mowa twa fałszywa,Jeśli masz zamiar samoluba...Miej litość!... O ja nieszczęśliwa!Na co ci duszy mojej zguba?Czyż niebo dla mnie jest łaskawsze,Żeś spostrzegł mię w szeregu innych,

Żeś wybrał oczy moje łzawsze?...Równie mnie piękną znajdziesz zawszeWśród dziewic czystych i niewinnych!...Nie! daj mi słowo przyrzeczenia...Powiedz! wszak widzisz me cierpieniaI widzisz smętne me oblicze!Strach we mnie pieścisz mimowoli...Lecz ty nie zechcesz mej niedoli,Tyś pojął moje sny dziewicze!Klnij mi się, że pożądań złegoRaz się zarzekasz najgoręcej!Czyliż już nienaruszonegoSłowa przysięgi niema więcej?...

Klnę się na pierwszych ni tworzenie,Klnę się na koniec świata tego,Klnę się na wiecznych prawd promienieI hańbę czynu zbrodniczego;Kinę się na gorzkie grzechów męki,Na krótkie zwycięstw mych marzenia,Na powitalne uściśnienia,Na pożegnalne twojej ręki;Kinę się na duchów szereg mnogi,Na losy braci mi podwładne,

Aniołów męstwo bezprzykładne,Gdy ku mnie błyska miecz ich wrogi;Klnę się na czeluść czarną piekła,Świątynię ziemi i na ciebie,Na łzę, co pierwsza ci pociekła,Na oko twe utkwione w niebie;Na ust niewinnych twoich tchnienie,Na falę włosów jedwabistych;Klnę się na szczęście, na cierpienie,Na ognie uczuć płomienistych:Jużem się zarzekł nienawiści,Jużem się zarzekł zemsty, pychy,Od fałszu duch mój się oczyści,Rozbiję trucizn mych kielichy;Ja pragnę z niebem się pogodzić,Ja chcę się modlić, chce odrodzić,Chcę w dobro wierzyć, chcę miłować.Złe czyny chcę odpokutować.I zetrę ślady niebios kary,Szpecące dumne moje czoło,I niech bezemnie świat ten staryKu kresom toczy swoje koło!Wierzaj mi! jeden ja jedynieCiebiem zrozumiał i ocenił,Jam w tobie uznał swą świątynię,

W niewolę władzę mą zamienił.Miłości pragnę twej — jak daru,Za chwilkę wieczność dam ci całą;W miłości, w gniewie, wierz — Tamaro,Dusze mam wielką i wspaniałą!Daj mi twój rozkaz! Rzeknij słowo:W nadziemskie cię uniosę sfery!Tam będziesz druhem mym, królową,Posłuszne będą ci etery!I bez współczucia, bez żałościBędziesz na ziemskie patrzeć sprawy,Gdzie nie masz istnej szczęśliwości,Wiecznego piękna, wiecznej sławy;Gdzie kary boskie, ludzkie zbrodnie,Poziomych uczuć gdzie pełzanie,Gdzie nienawidzieć, kochać godnie —Serca lękliwe nie są w stanie.Czyliż ty nie wiesz, czem miłościKaprysy zmienne są u ludzi?To falowanie krwi młodości,Ale dni biegną — krew się studzi.Kto z nich się oprzeć kiedy zdołaRozstania chwilom, serca nudzie,Nowości ponętnego czoła,Swawoli marzeń? próżny trudzie!

O, nie, nie tobie z licem jasnem,Wiedz! przeznaczyły tak już losy,W milczeniu zwiędnąć w kole ciasnem,Zazdrości grubej znosić ciosy,Wśród lekkomyślnych dusz i chłodnych,Przyjaciół zdradnych, wrogów silnych,Strachów, nadziei, prac bezpłodnych,Zawodów ciężkich, nieomylnych!I wierzaj mi, klasztoru wiekoNie schroni cię od namiętności,Wśród modlitw równieś ty dalekoOd bóstwa, niebios i ludzkości!O, piękna! wiedzieć tyś powinna,Twa przyszłość dzisiaj się pogłębia,Czeka cię dzisiaj droga inna,Zachwytów nowych czeka głębia!Pozostaw dawne twe żądanieI świat ten nędzny losom jego,Albowiem wwiodę cię w otchłaniePoznania świata nieziemskiego.I tłumy duchów mych podniebnychPod stopy przyprowadzę twoje;Orszak czarownych mych służebnychBędzie twe, piękna, strzedz podwojeDla ciebie z gwiazdy — tam! na wschodzie

Koronę zerwę promienistaI rosę wezmę z róż w ogrodzie,I rosą ją obryzgam czystą.Z zachodzącego słońca niciRóżowych utkam pas bogatyNa ozdobienie twej kibici,I wonne dam ci aromaty!Dziwnymi dźwięki słuch zbogacę,Obcymi dla śmiertelnych synów;Wspaniałe wzniosę ci pałaceZ turkusów cudnych i bursztynów.I spuszczę się w bezdenne morze,I lot rozwinę nad obłoki,I dam ci wszystko, co świat może,Lecz kochaj mię!...

— I zbliżył kroki,I zlekka usty płomiennemiDotknął dziewicy drżącej wargi,I odparł słowy kuszącemiJej mowy ciche, rzewne skargi.I moc potężna w jego oku,

Paliła biedną. W nocy mrokuBłyszczał, jak kindżał nieodparty,Był w żądzy jednej cały zwarty,I splamił życia czyste karty,I pocałował ją duch kary,Napełnił serce jej trucizną...Dotknięta straszną ducha bliznąKrzyknęła — czując ból bez miary...Skupiły się w tym krzyku żaryMiłości, modły, wyrzut, męki,I brak nadziei, i brak wiaryI pożegnalne życia jęki...............

Była już północ. O tej porzeZ deską żelazną, koło ściany,Pełniąc w noc służbę przy klasztorze,Zwolna stróż chodził zadumany,Stawiając kroki swoje miernie;I koło celi mniszki staryWstrzymał się nagle, bo niezmiernieZmąciły duch mu nocne mary.

Wkoło mrok nocy gęsty, chłodny!...On słyszał — tak mu się zdawało —Ust dwojga pocałunek zgodny,Krzyk, jęk chwilowy... echo brzmiało,I niepoczciwe drgnęło serce,Zwątpieniem zwykłem u człowieka...Lecz błysło mgnienie, po rozterceZacichło wszystko; li z dalekaWiatr to przybywa, to ucieka,I liście szemrzą ciche żale,I z brzegiem ciemnym szepcą fale,Które toczyła górska rzeka.Ażeby ducha złego czaryMęczące serce precz zażegnać —Modlitwę świętą zmawia stary,Niepokój z duszy chce odegnać;I pierś wzburzoną, pełną strachuZbroi w znak krzyża, miast pancerza,I wkoło klasztornego gmachuW milczeniu kroki znów odmierza.............

Jak Peri spiąca — cicha, miłaLeżała w trumnie bez tchu łona;Bielszą i czystszą, niż osłona,Bladością pięknych lic świeciła.Powieki szczelnie już zakrzepły...Lecz któżby nie powiedział, Boże,Iż wzrok cudowny zbudzić możePromienne jasnym brzaskiem zorze,Lub pocałunek druha ciepły?Ale napróżno promień złotyPo nich ożywcze ślizgał groty,I usta krewnych w niemym smutkuJe całowały już bez skutku,Bo gdzie śmierć pieczęć położyła,Tam jej nie zerwie żadna siła!

I nigdy jeszcze tak czarowny,I taki barwny, tak bogatyNie był jej przystrój: śliczne kwiaty,Jak żąda obrzęd nieodzowny,

Pysznie odświętne zdobią szatyI leją miłe aromaty,Lecz zaciśnięte martwą dłonią,Już się od śmierci nie obronią.I żadnych śladów twarz jej białaO smutnym końcu nie zdradzała,Że zgasła w walce i boleści.I była pełną tej piękności,Co na posągach tylko gości —Kutych z marmuru, tej, co treściMyślowej, uczuć pozbawiona —Jest w morzach śmierci pogrążona.Uśmiech, co w chwili jej konaniaNa ustach mignął, tak i został,W nim była mowa narzekania;Nie każdy ją odczytać sprostał,Był w nim lodowy wyraz wzgardyDuszy, co zwiędnąć jest gotowa,Ostatniej myśli smutek twardy,Bezdźwięczne pożegnania słowa;Daremny odblask chwil minionych,Uśmiech ten — wiele był zimniejszyOd oczu śmiercią powleczonych,Beznadziejnością swą martwiejszy,Tak — w czas zachodu uroczysty,

Kiedy już zapadł wóz ognisty,W otchłaniach złota roztopiony,To śnieg Kaukazu w oka mgnieniu —W odcień purpury ozdobiony —Błyszczy we mroków oddaleniu;Lecz blask promienia tego marny:W pustyni światła nie roznieci,Niczyjej drogi nie oświeciI sam zapadnie w pomrok czarny...

Krewnych, sąsiadów nieszczęśliwyOrszak wyrusza w drogę smutnie.Hudał, targając włos sędziwy,W milczeniu rażąc pierś okrutnie,Po raz ostatni już dosiadaBiałogrzywego swego konia.I pochód ruszył. Do ustroniaTrzy doby dążyć mu wypada.Tam — gdzie praojców leżą kości,Czeka przybytek spokojności...Był przodek jeden u Hudała,Grabił, rabował wciąż dopóty,

Dopóki go nie przełamałaChoroba: nastał czas pokuty;Pragnąc odkupić życia grzechy,On przyrzekł wznieść cerkiewne mury,Gdzie granit wznosi się ponury,Gdzie zamieć huczy, gdzie uciechySęp szuka, lecąc po nad chmury;Między śniegami więc KazbekuWkrótce świątynia szczyt wznosiła —I oto! mija już czas wieku;Grzesznika śmierć uspokoiła.Tak zamieniono w cmentarzyskoSkałę, co z chmurą tylko żyła,Jakoby śmierci przystań byłaCieplejszą, gdy od niebios blizko;Jakoby dalej śpiąc od ludzi,Spokojniej było w grobu cieśni...Napróżno! zmarłym nic się nie śniI nic do życia nie przebudzi!

Tam — gdzie eterów płyną fale,Jeden z aniołów skrzydłozłoty

Wysoko wznosił swe polotyI — duszy grzesznej kojąc żale —W niebieskich sfer ją niósł namioty;I słodką mową pocieszeniaJej wątpliwości rozwiązywał,I ślady winy i cierpieniaStrumieniem własnych łez omywał.Zdaleka dźwięki śpiewne rajuJuż ku nim biegły, kiedy nagleSzatan z bezdennych piekieł krajuWzbił w górę ku nim skrzydeł żagle...I groźny był, jak wicher szumny,A świetny, jako błyskawica,I w zuchwałości pychy dumnejPrzemówił: „moja niewolnica!“

Ku piersi ciśnie się aniołaZ modlitwą świętą, strachem drżącaTamary dusza — nie wiedząca,Czy Bóg, czy szatan ją powoła.Lecz szatan przed nią!... Któż go možeW tej chwili poznać? wielki Boże!Jak nienawistnem patrzał okiem!Jakiej straszliwej złości wzrokiem,Złości, co nie zna nigdy końca,

I tchnęła śmierci zimnym mrokiemTwarz nieruchoma i grożąca!

„Szczeźnij, ponury duchu złości!“Zabrzmiały słowa aniołowe,„Tryumfy twoje są jałowe,Wyroki dzisiaj przyszły nowe,Wyroki Boskiej łaskawości!Minęło próby doświadczenie:Ziemskie zrzuciła już odzienie,Spadły z niej grzechów ludzkich pęta,I będzie do nas w niebo wzięta.Dusza jej była z dusz tych jedna,Dla których życie — chwilką marną,Chwilką nieznośną i męczarną,Które dopiero Bóg pojedna.Z eterów lepszych materyałuStwórca dał fibry im subtelne,Nie dla ziemskiego ideału,Lecz czyste i nieskazitelne!Za cenę straszną odkupiłaZwątpień i mąk swych ciężkie drogi:Ona kochała i walczyła! —I raj otworzył przed nią progi!“

I anioł oczu srogich grotyNa kusiciela z mocą rzucił,Z radością, podniósł skrzydeł lotyI wesół w niebo z nią powrócił.I przeklął szatan pokonanySwych bezrozumnych pragnień mary,I znów, w swej dumie niezłamany,Został w wszechświecie nieuznany —Sam, bez miłosci i bez wiary!...

U schyłku kamienistej góry,Po nad doliną kajszaurską —Do dziś zamkowe stoją muryI okolicę zdobią górską.Kraj dotąd pełen strasznych gadek;Gdy o nich prawią dzieciom starzy,To dziatki bledną na swej twarzy...Jak widmo — dziejów dziwnych świadek —Pomnik w pośrodku drzew czernieje.Na dole nizko auł leży.I ziemia kwitnie, zielenieje,I głosów chór niezgodny bieży,

Gubiąc się... Idą karawanyI dzwonią, wlokąc się z daleka,I jako rumak rozhukany —Przez mgły spadając — leci rzeka.I krasą cudną, wiecznie młodą,Świeżością, słońcem i pogodąPrzyroda cieszy się — jak dziecię,Którego brzemię trosk nie gniecie.

Lecz zamek stoi dziś w żałobie,Spełniwszy służby swej koleje,Jak starzec biedny, kiedy w grobiePochował z dziećmi swe nadzieje,I oczekują tam miesiącaUkryci nowi w nim mieszkańce:Wtedy tam radość kipi wrząca,Brzęczą i biegną na wsze krańce.Tam pająk, dziś pustelnik nowy,Wyprzędza sieci swych osnowy;Jaszczurka igra tam rodzinna,Wesoło bawiąc się na dachu;Ostrożnie sunie się gadzinaZ szczeliny zamkowego gmachuI dalej pełznie na krużganek,W potrójny zwija się wnet wianek,

Potem wyciągnie się jak długaBłyszcząc, jak w dłoni bohateraBułat, gdy ranny już umiera,Zbyteczny, ale wierny sługa...— Tam dzisiaj dziko! Żadne śladyNie pozostały! czas zagładyDokonał. Przeszłość przeleciała,Jakoby nigdy i nie była,I Hudałowa przeszła chwała,I córa jego przeszła miła...I kości ich oddane ziemi;Ale w chmur łonie jeszcze ninieWidnieje cerkiew na wyżynie,Broniona skrzydły anielskiemi.I z nią zawarły swe przymierzeCzarne przy wrotach jej granity;Każdy z nich warstwą lodu kryty,Który im służy za pancerze,I każdy wiernie miejsca strzeże.I lawin sennych tam gromady,Spadając z gór, jak wodospady —Raptownie mrozem pochwycone,Wiszą dokoła nachmurzone.I zamieć wieczna, jak stróż chodziI pył z sędziwych ścian zdmuchuje

I albo trele swe wywodzi,Albo szyldwachów nawołuje.W dalekie kraje, w obce stronyO tej świątyni odgłos płynie,Lecz ku niej śpieszą li jedynieObłoków wschodnich legiony,I nad rodziną płyt mogilnychNikt nie wylewa łez bezsilnych.Skała Kazbeku posępnegoSwe czaty pełni przy nich stale...Spokoju grobom należnegoTu nie naruszą ludzkie żale.

Comments

Loading comments…