Akt drugi

Translated from French by Kazimierz Zalewski

Świętoszek

Nie, ale w sekrecieChciałbym pomówić z tobą, więc patrzę dokoła,Czy kto nas tu z ukrycia podsłuchać nie zdoła,Lecz jesteśmy bezpieczni. Otóż uważ sobie,Że ja zawsze łagodność oceniałem w tobieI zawszem w tobie widział dziecko dla mnie drogie.

Dobrze mówisz; lecz by ta miłość była trwała,Potrzeba, byś mej woli we wszystkiém słuchała.

To rozumna odpowiedź. A więc mów w ten sposób,Że nie znasz przyjémniéjszych i uczciwszych osóbNad niego, że w twem sercu nosisz jego postaćI chciałabyś z mej woli żoną jego zostać.Cóż?

Ja mam powiedziéć, — ojciec chciał w téj chwili,Że czyją, w sercu mojém mam wyrytą postać,I czyją to ja żoną pragnęłabym zostać?

Nie, w ten sposób ja mówić nie zacznę,Na cóż kłamstwa powtarzać i takie dziwaczne!

Owszem powinnaś mówić prawdę, prawdę całą,Bo ja chcę, by to prawdą dla ciebie się stało.

Tak jest, córko, myślęTartuffe’a z naszym domem złączyć przez to ściśle,Więc małżeństwo, gdybyś go za męża przyjęła,Czego pragnę... gdyż ja chcę...

Zkądeś się tu wzięła?To dopiéro musisz być stworzeniem ciekawem,By aż tu podsłuchiwać, no, i jakiém prawem?

Doprawdy nie wiem jeszcze zkąd się to zaczyna,Lecz to o tym zamiarze nie pierwsza nowina,Już mi ktoś o tém wspomniał, nie pamiętam właśnieKto; ale uważałam to za prosta baśnię.

Niech panienka nic ojcu nie wierzy w téj chwili,Żartuje.

Dobrze, już ci wierzymy, ale to tém gorzéjDla pana. Jakto, pan chcesz by za pańską zgodąTakie rzeczy się działy? człowiek z siwą brodą,Taki jak pan, że się tak powiedziéć ośmielę...

Słuchaj-no, ty tu sobie pozwalasz za wiele,Wiedz o tém, że ja takiéj śmiałości nie znoszę.

Mówmy bez gniewu, panie, o cierpliwość proszę,Czy pan sobie kpisz z ludzi, nawet myśleć o tém,Pańska córka ma złączyć się z takim bigotem!On ma inne zajęcia, pobożne rzemiosło,A potem to małżeństwo cóżby ci przyniosło?Jeśli nawet majątek od pana otrzyma,Toć brać zięcia gołego...

Milcz! jeśli nie nie ma,Ztąd zasługi dla niego i szacunku żniwo,Bo jego nędza, pewno jest nędzą uczciwąI każda wielkość na nią chętnie się zamienia.Jeśli pozwolił obrać się ze swego mienia,To dla tego że nie chciał doczesnych dóbr świata,A myśl jego w wieczności przestworzach ulata.Lecz moja pomoc wkrótce tak rzeczy rozstrzygnieŻe wróci do majątku, z kłopotów się dźwignie.Jego dobra są znane w stronach zkąd pochodzi,A on sam, jak go widzisz, ze szlachty się rodzi.

Tak, on to utrzymuje; może prawda, aleTa próżność z pobożnością nie zgadza się wcale.Kto staraniom o niebo oddaje się cały,Ten z urodzenia swego nie pożąda chwały,Nazwiskiem się nie szczyci w nierozsądnéj dumie,Bo ambicya z pokorą złączyć się nie umie.Na co ta pycha?... Widzę, że już się pan złości,Więc o samym już będę mówić jegomości.Pan wyrzuty sumienia miałby nieustanne,Za takiego niezdarę wydać taką pannę.A potem pomyśl-że pan, że w czas bardzo krótki,Z tego małżeństwa jakie wynikłyby skutki?Wiedz pan, że się kobiety cnotę tém naraża,Gdy przeciwko swej woli idzie do ołtarzaI kiedy się jéj skłonność gwałtem przezwycięża.Cnota żony zależy od przymiotów męża,A wyśmiani, których świat wytyka palcami,Żony swoje tém czem są, uczynili samiI niewierność w tym razie wcale nie jest zdrożna,Gdy męża w żaden sposób pokochać nie można.A kto córkę chce gwałtem przymusić w téj mierze,

Ten rachunek przed Bogiem za jéj błędy bierze.Pomyśl pan jaki ciężar uczujesz w tym względzie.

Zostaw ją, moja córko, z jéj głupiém gadaniem.Co dla dziecka potrzeba ojciec wié najlepiéj,Ten Walery niechaj się od ciebie odczepi;Dałem mu wprawdzie słowo, ale jego wina,Że jest graczem i mają go za libertyna.Nie modli się, w kościele widują go mało.

Chcesz pan, by nabożeństwa godzinę miał stałą.Po to, by go widziano, ma bywać w kościele?

Proszę cię przestań i tak gadałaś za wiele.Tamtemu niebo sprzyja i łaski ma boże,Jakież bogactwo ziemskie z tém zrównać się możeWasz związek, gdy otrzymasz miano jego żony,Przyjemnością, słodyczą będzie przepełniony,Życie wam jakby w raju na modlitwie zleci,Jak turkawki będziecie żyć, jak małe dzieci;Nigdy zajść między wami, nigdy kłótni plama,Nakoniec zrobisz z niego to, co zechcesz sama.

Wygląda na to powołanie.Mimo cnoty panienki, ja najmocniéj wierzę,Że przeznaczenie jego spełni się w téj mierze.

Przestań-że mi przerywać i przez miłość nieba,Nie sadzaj tam języka, gdzie go niepotrzeba.

Tak czci pańskiéj bronię jakby własnej głowy,Nie chcę byś siebie rzucał na pastwę obmowy.

To jest obowiązek,Bronić panu, byś córce doradzał ten związek,

Bo już mnie w wściekłość wprawia ta historya cała;Każę ci najsurowiéj, ażebyś milczała.

Myśl sobie, kiedy tak chcesz, ale myśl w cichości.(Do córki.)I nie mów ani słowa. Ja wszystko w téj mierzeObmyślałem rozważnie.

A to wściekłość bierze,Nie módz mówić.

Z urody choć się nie przechwala,Tartuffe jest jednak wcale...

Przystojny i sympatyą obudzić jest w stanie,Jego cnoty...

Gdyby ze mną mężczyzna spełnił taką zbrodnię,Po ślubie karę za gwałt miałby niezawodnie,I zaraz po weselu doszedłby sekretu,Ze kobieta ma zawsze pole do odwetu.

Do pana nic a nic,Ja do siebie mówiłam.

Zuchwalstwo bez granic,Lecz wnet je tęgim razem skrócę w sposób znany.

Moja córko, powinnaś potwierdzić te plany,I jeśli wybór męża dla ciebie się zmienia,

Nakoniec ojca wolę będziesz miéć na względzie,I sądzę, że małżeństwo wkrótce się odbędzie.

Ty zarazę przy sobie trzymasz moje dziecię;Bez grzechu nie mógłbym tu wytrzymać z nią dłużej,Tak mnie strasznie zmęczyła. Kłótnia umysł nuży,Pali mnie głowa, czuję, mówiłbym od rzeczy,Pójdę — wolne powietrze może mnie uleczy.

Cóż znaczył ten w milczeniu upór nieustanny?Czyż to mnie wypadało przyjąć rolę panny?Ścierpiéć by pannie związek radzono szalony,Bez żadnego oporu, bez słówka z twej strony.

Mówić, że w wyborze gusta same biega,Więc że dla siebie za mąż chcesz iść, nie dla niego;Ponieważ to dla ciebie ten związek się składa,Więc tobie, a nie ojcu wybierać wypada.Gdy dla niego jest Tartuffe przystojny i młody,To może się z nim żenić bez żadnej przeszkody.

Przyznaję, władza ojca przéjmuje mnie trwogą,Słowa oporu z ust mych wyrwać się nie mogą.

Rezonujmy: Walery kocha ciebie szczerze,A panienka go kocha? cóż?

Rozpacz mnie bierze!Nawet i ty Doryno i ty jesteś w stanieZrobić w sposób poważny, tak dziwne pytanie?Czyżem ci ze sto razy o tém nie mówiła,Że go kocham i jaka jest mych uczuć siła?

Alboż ja wiem, czy serce mówiło przez usta?Czy to miłość prawdziwa, czy zabawa pusta?

Krzywdzisz mnie kiedy wątpisz o tém choć na chwilę,Ja ukrywać tę miłość nawet się nie silę.

Więc rzecz łatwa jest do przewidzenia,Ze chcecie się połączyć.

Ślicznie! żeśmy też dotąd o tém nie myślały!Zabije się panienka — środek doskonały,Lekarstwo przecudowne. Człowiek w wściekłość wpada,Gdy usłyszy, jak mu kto takie rzeczy gada.

Mój Boże! czem się w tobie współczucie obudzi,Kiedy nie masz litości nad nieszczęściem ludzi.

Nie mam współczucia, gdy ktoś słowa składa zgrabnie,A jak przyjdzie do rzeczy, to jak panna słabnie.

I to mnie téż złości,Bo miłość w sercu wielkiéj wymaga stałości.

Tak, a dla Walerego cóż się pozostanie;Otrzymać mnie od ojca, to jego zadanie.

Jeżeli ojciec panny jest dzikim człowiekiém,Nabiwszy sobie głowę Tartuffem jak ćwiekiém,Chce teraz cofać słowo i kręcić zaczyna,To na kochanka panny ztąd ma spadać wina?

Jeśli tamtym zbyt głośno wzgardzić się ośmielę,Dowiodę, że mam w sercu miłości za wieleDla Walerego, że on jeden tam się mieści;A gdzie powinność córki, a gdzie wstyd niewieści?Chcesz by wiedzieli wszyscy... bo świat się nie nagnie...

Nie, ja nic nie chcę. Widzę, że panienka pragnieNależeć do Tartuffa i po mojéj stronie,Błąd wielki, że od tego związku pannę bronię.Co ja mam za interes zwalczać twoje chęci,To jest wyborna partya, słusznie pannę nęci.Pan Tartuffe! ho, ho! cóż to, biorąc rzecz inaczéj,Pewno pan Tartuffe także dużo w świecie znaczy.Ludzie go cenią, jego przyjaźnią się szczycą,To wielkie szczęście zostać jego połowicą.Nie ma czém tak wycierać ust, jego osobaZnakomita, jest szlachcic, przytem się podoba,Bo ma uszy czerwone, cerę téż czerwonąI szczęśliwą zostaniesz, będąc jego żoną.

Próżno mówić język się wytęża,Jaki los świetny dostać tak pięknego męża!

Ulituj się nademną i skończ już te żarty,Aby wynaleźć środek, mów w sposób otwarty.Wszystko zrobię co każesz, by zerwać ten związek.

Nie! posłuszeństwo ojcu córki obowiązek,Choćby ci dał za męża małpę, nie człowieka,Czego się panna skarży? świetny los cię czeka.Do miasta, zkąd pochodzi, w nowym koczobrykuPojedziecie z nim razem; tam znajdziesz bez likuWujów, kuzynów jego, a co pójdzie za tém,Wkrótce poznasz się w mieście z całym wielkim światem;

Z ławnikiem, burmistrzowa, z całą miejską władzą,Przez szacunek miejsce ci na kanapie dadzą.Późniéj, możesz nadzieję miéć, że w karnawaleW takiém mieście dla ciebie będą dawać bale,Gdzie do tańca przygrywać będą kobzy ładnie,A może i fagoty sprowadzić wypadnie.Z mężem, by ta rozrywka nie była jedyną,Pójdziesz na maryonetki czasem...

O Doryno!Poradź mi, zamiast męczyć.

Nie chcę, próżne błagania będą z panny strony;Pokosztujesz Tartuffe’a, dla panny stworzony.

Wszak jam ci wszystko była powierzyć gotową,Zrób to.

Dobrze, kiedy niedola moja cię nie wzrusza,Zostaw mnie, a w rozpaczy pogrążona duszaWynajdzie sobie środek; tak jest, w samej rzeczyZnam lekarstwo, które mnie z wszystkiego uleczy.

Wróć się panna. Pocóż brać moją złość tak ściśle,Mimo to co mówiłam, pomagać ci myślę.

Gdyby się wola ojca gwałtem w tém uparła,Potrzeba, widzisz sama, ażebym umarła.

Niech się panna nie martwi, znajdziemy w téj biedzieSposób. Ach! pan Walery właśnie tutaj idzie.

Doszła mnie tu przed chwilą nowina wesołaProszę pani, o której nie wiedziałem zgoła.

Tak jest i wskutek téj zmiany,Przed chwilą mi przedstawiał nowe swoje plany.

O! nie było tu mowy o żarcie,Zalecał mi ten związek głośno i otwarcie.

To odpowiedź uczciwa i szczera.Nie wiész?

Tak się to kocha! Oto miłości rozkosze!Kiedy ty...

Oh! przestańmy o tém mówić, proszę.Powiedział pan otwarcie, słowa się nie zmażą,Że powinnam iść za mąż, tak jak mi rozkażą;A ja znowu oświadczam, że jestem gotowaTę radę tak zbawienną spełnić co do słowa.

Nie trzeba się tłómaczyć winą z mojéj strony,Ten zamiar był przez panią dawno ułożonyI nasunąłem tylko sposobność przyjemną,Żebyś z niéj korzystając, mogła zerwać ze mną.

Wolno mi; lecz w téj sprawie inny koniec będzieI chociażem się pani dał uprzedzić bardzo,Znajdę takie, które też mem sercem nie wzgardzą.

O! pan łatwo wzajémność pozyskasz kobiety.Wszakże pańskie zalety...

Porzućmy zalety.Mam ich za mało, pani za dowód mi stanie;Lecz jeszcze znajdę taką, mam to przekonanie,Co zechce szczery udział przyjąć w mej niedoli,I po mej stracie kochać się jeszcze pozwoli.

Strata nie jest tak wielką i ta losu zmiana,Bardzo się łatwo w radość zamieni dla pana.

Będę się o to starać; bo godność się kładzieW tém, aby jak najprędzéj zapomniéć o zdradzie;A ten którego szczęście w ten sposób się złamie,Gdy nie może zapomniéć, niech pozorem kłamie;Niechaj na obojętność udaną się sili,Bo to hańba kochać tych, co nas porzucili.

Słusznie, bo je świat cały za takie uznaje.Jakto? sądziłaś pani, że już w głębi duszyNic nigdy mej miłości dla ciebie nie skruszy,Że kiedy mnie porzucasz, pokocham tém bardziéj,Nie oddam innéj serca, którem pani gardzi?

Moje myśli, jak widzę, znasz pan bardzo mało;Jabym chciała, przeciwnie, by się już tak stało.

Nazbyt ostro raniąTe słowa, a więc idę zadowolnić panią.

Ja tylko słucham pani zdania,Proszę pamiętać, że to jedynie mnie skłania.

I że pani zamiar spełniłem w tym względzie.To pani przykład.

A ja wnoszę,Żeście oboje rozum stracili po trosze.Dałam się wam spokojnie wykłócić do woli,By wiedziéć, co wyniknie z całéj téj swawoli.Hola! panie Walery! (Zatrzymując go za rękę.)

Nie, przez wzgardę i uczucia giną.Nie wstrzymuj mnie, wypełnię to, co każe ona.

Drażni go mój widok, więc odejść ztąd wolę.Tak, ustąpię,,będzie miał tutaj wolne pole.

Jéj wstręt do mnie objawia się na każdym kroku;Potrzeba ją uwolnić od mego widoku.

Dosyć do licha, skończcie raz te niepokoje.Zaprzestać mi tych żartów! chodźcie tu oboje.

To głupstwo obustronne. Pragnie jak najszczerzéjDla pana się zachować, niechże mi pan wierzy.,

Zostać twym mężem, jego pragnienie jedyne,On o tém jedném marzy tylko, niechaj zginę.

Oboje zwaryowali i przyznać się boją..Dajcie mi ręce.

By skończyć rzecz całą.Wy się bardziéj kochacie, niż wam się zdawało.

Na co ten przymus, sądzę, że można najprościéjPopatrzeć w moje oczy, w twarz, bez żadnéj złości.

Bo skarżyć się na ciebie, czyliż nie mam prawa?Czyż nie jesteś złośliwą, — nazywam rzecz skromnie, —Ażeby takie rzeczy dzisiaj mówić do mnie.

Dokończycie tych sporów, ale w innej porze.Pomyślmy, z ojcem panny jak rzecz skończyć ładnie.

Jednak najlepiéj będzie, według mego zdania,Niechaj panna do jego zamiarów się skłania,Abyś w razie nacisku mogła z swojéj stronyPowstrzymać na jakiś czas związek zamierzony.Byle czas był, z wszystkiego można wybrnąć snadnie.Najprzód jakaś choroba na pannę wypadnie,Potem gdy już cierpienia panienki ustaną,Znajdziemy nową zwłokę i niespodziewaną,Na którą bardzo łatwo wszyscy się dziś łapią,Oto, przeczucia smutne wciąż panienkę trapią:Spotkałaś pogrzeb wczoraj, dziś zbiłaś zwierciadło,To znów o mętnéj wodzie w nocy śnić wypadło.Nakoniec, masz najprostsze do zwłoki powody,Bo do ślubu koniecznie potrzeba twéj zgody.A zatem rzecz się uda, ale nie inaczéjTylko gdy nikt was od dziś razem nie zobaczy.

Idź pan, swoich przyjaciół używaj w potrzebie,By do nas upominać się przyszli za ciebie.My tutaj pobudzimy brata do działaniaI macocha się również bardziéj do nas skłania.A teraz do widzenia.

Nie wiem, czy wolę ojca me prośby rozbroją,Lecz niczyją nie będę, Walery, jak twoją.

Kochankowie w rozmowie są nienasyceni!Wychodź pan.

Proszę nie gadać tak długo;Ruszaj pan w jedną stronę, a panna chodź w drugą.

Comments

Loading comments…