Akt pierwszy

Translated from French by Tadeusz Boy-Żeleński

Zwady miłosne

AKT PIERWSZY.

SCENA PIERWSZA.ERAST, KASPER. ERAST: Mam ci wyznać? więc jakaś tajemna obawa Szczęściu mojego serca wciąż na poprzek stawa. Tak, żadna mnie pociecha dziś nie zaspokoi: Lękam się oszukanym być w miłości swojej; Nie wiem, czy mogę ufać twojej dobrej wierze, Lub czy się sam nie łudzisz, choć nawet i szczerze. KASPER: Mnie pan mniemasz być zdolnym takich sztuk szatańskich! Powiem zatem, z amorów przeproszeniem pańskich, Że krzywdzisz serce, co tu bije pod siermięgą, I że na fizjognomjach znasz się niezbyt tęgo. Człowieka z taką gębą pomówić jest trudno, Aby się miał spaskudzić zdradą tak obłudną; Tak wielkiegom zaszczytu nie godzien, prawdziwie, I żyję sobie prosto, skromnie, lecz poczciwie. Żebym się dał oszukać, to wreszcie być może; To prędzej; i to jednak między bajki włożę. Dalibóg, że nie widzę (lub całkiem zgłupiałem), Gdzie do podejrzeń powód w tem zdarzeniu całem. Miłość Łucji niesłusznie strachu cię nabawia, Wszak ciągle pana szuka, wciąż z panem rozmawia; A Walery, co wzdycha do niej tak natrętnie, Nie zdaje mi się przez nią widzianym zbyt chętnie. ERAST: Nieraz złudna nadzieja kochanka uwodzi, I niezawsze wzrok czuły z sercem w parze chodzi; Zapały, do jednego pozornie zwrócone, Często dla innych uczuć stanowią zasłonę. Bym wierzył, iż niechęci tej wyraz jest szczery, Nazbyt spokojnym mi się wydaje Walery; Jego chłód, obojętność, z jaką sobie patrzy Na to, w czem ty jej łaski znak widzisz najrzadszy, To zatruwa mi niemal każdą szczęścia chwilę, Budzi gniew, który próżno przytłumić się silę, Wlewa w duszę zwątpienie i wzbrania mi wiary, Czy Łucja szczere żywi względem mnie zamiary. Pragnąłbym, by w słodyczy trwać niezamąconej, Widzieć, jak go zazdrości żar trawi szalony; I wówczas jego troski, gniewy i zgryzoty Byłyby dla mnie słodkim zakładem jej cnoty. Czy wierzysz, iż ktoś mógłby z tak pogodną twarzą Oglądać, jak rywala jego szczęściem darzą? A jeśli nie, to powiedz: na dziwy takowe Patrząc, czyż nie mam przyczyn łamać sobie głowę? KASPER: Może gdzieindziej swoje obrócił zapały, Skoro spostrzegł, iż tutaj na nic się nie zdały. ERAST: Skoro serce się spotka z odprawą tak jawną, Unika tej, co wszystkiem była mu niedawno, I, krusząc łańcuch, duszy kochanka tak drogi, W spokojności nie wytrwa z pewnością tak błogiej. Tej, którąśmy kochali, widok nazbyt bliski Odnawia w sercu dawnej miłości pociski, I gdy ten obraz wzgardy w nas wzbudzić nie zdoła, To znak, że jeszcze płomień ów nie wygasł zgoła. Zresztą, wierz mi, choć miłość zda się już umarłą, Nieco zazdrości zawsze szarpie nas za gardło, I nie pozwala patrzeć bez srogiej boleści, Że serce, niegdyś drogie, inne czucia pieści. KASPER: Kiepska z tych filozofij do życia omasta: Ja, co widzę oczami, w to wierzę i basta, Juścić chyba sam sobie ten życzy najgorzej, Kto, zanim ma przyczynę, zawczasu się trwoży. Pocóż tyle mędrkować i, z własnej ochoty, W swej mózgownicy czerpać powód do zgryzoty? Miałbym dociekaniami głowę sobie kręcić! Najpierw niech przyjdzie święto, a będziem je święcić. Strapienia dobrowolnie szuka tylko dudek: Ja się tam w nie nie bawię bez ważnych pobudek; A choć czasem naprawdę rzecz smutku jest warta, Udam, że nic nie widzę i ślę ją do czarta! W miłości, chęci pańskie dzielę sercem całem; Twa dola lub niedola i moim udziałem; Gdyby pana zdradziła twoja piękność słodka, I mnie od pokojówki lepszy los nie spotka. Lecz przypuszczać najgorsze na co tutaj zda się? Wolę wierzyć, gdy słyszę: kocham cię, grubasie; I nie pytam, by chwalić szczęsne swoje losy, Czy Maskaryl z rozpaczy targa się za włosy. Ech! że moja Marysia czasem i pozwoli, Że ją tam ktoś popieści albo poswywoli, I uśmieje się przytem z nią nakształt warjata: — I ja śmiać się potrafię, a jeszcze, u kata, Zobaczym, kto z nas śmiechu przyczyn się doczeka! ERAST: Bajże, baju. KASPER: Ha! ona: widzę ją zdaleka.

SCENA DRUGA.ERAST, MARYSIA, KASPER. KASPER: Pst! Marysiu! MARYSIA: Ty! skądże się wziąłeś? KASPER: Tak sobie. Zgadnij, z kim w tejże chwili mówiłem o tobie? MARYSIA: Pan Erast także tutaj! właśnie ścigam pana Już od dobrej godziny. Uf! całam zdyszana. ERAST: Jakto? MARYSIA: No, szukam pana, jak mówię, wytrwale, I mogę ręczyć... ERAST: Za co? MARYSIA: Że niema go wcale W kościele, w rynku, w domu, ani na spacerze. KASPER: Przysięgnij na to, Maryś. ERAST: Ciekawość mnie bierze, Kto ci kazał mnie szukać? MARYSIA: Niech się pan założy, Że ktoś, co panu życzy wcale nie najgorzej; Poprostu, moja pani. ERAST: O, Marysiu miła! Mamż wierzyć, iż to ona głosem twym mówiła? Powiedz mi, nie ukrywaj złowróżbnej nowiny, Wszak ciebie winić o nią nie miałbym przyczyny: Na Boga, wyznaj szczerze, czy twej pani lubej Serce w zwodnych igraszkach nie szuka swej chluby? MARYSIA: Co! skądże to znów panu strzeliło do głowy? Czy nie dosyć uczucia jej mają wymowy? By nareszcie dać wiarę miłości tak szczerej, Czegóż pan żądasz jeszcze? KASPER: Póki się Walery Nie obwiesi, dopóty się nie ułagodzi. MARYSIA: Jakto? KASPER: Taki zazdrosny jest mój pan dobrodziej. MARYSIA: O Walerego? Dobryś! To koncept wspaniały! Dziw mi, że takie myśli w głowie twej postały. Miałam go za mędrszego, lecz dziś przyszła kolej Zwątpić, czy pan w swym mózgu masz jakowyś olej. Pomyliłam się, widzę że nie miałam racji. Czy i tyś się nabawił tej samej warjacji? KASPER: Ja, zazdrosny! chroń Boże mnie od takiej biedy, By mi z tego cierpienia brzuch miał schudnąć kiedy! Prócz tego że niezmienną wiarę kładę w tobie. Zbyt dobre mam mniemanie o własnej osobie, Bym się lękał, że przy mnie ktoś ci w oko wpadnie. Takiego jak ja gaszka gdzież znajdziesz tak snadnie? MARYSIA: Otóż to: takim winien być każdy mężczyzna! Choćby i był zazdrosny, niech tego nie przyzna. Cóż zyska, kogo brzydki ten płomień rozpala? Wspiera tylko zamiary własnego rywala, I na zalety tego, który go tak trwoży, Nieraz swym gniewem oczy kochanki otworzy. Nie jeden już w ten sposób wygrał swoją sprawę Przez czułego rywala przedwczesną obawę. Wciąż się lękać by nie być wywiedzionym w pole, To znaczy grać w miłości dość mizerną rolę, I samemu się stroić na dudka przed czasem. To sobie pan pozwoli powiedzieć nawiasem. ERAST: Więc dajmy temu pokój. Mówisz, że mnie kocha? MARYSIA: Wart byłbyś, aby z panem podrożyć się trocha; I, aby pana skarać, powinnabym dłużej Ukryć przed nim cel mojej godzinnej podróży. Masz, spojrzyj i uspokój swą trwogę nieznośną. Wszak niema tu nikogo, możesz czytać głośno. ERAST czyta: „Miłości twej zapał — oto twoje słowa — „Nie cofnie się dla mnie przed niczem: „Niechajże więc dłużej swych chęci nie chowa, „I stanie przed ojca obliczem. „Niech kreśli wymownie swe prawa, na zawsze „Wyryte w dziewiczem mem sercu, „A jeśli wyroki uzyska łaskawsze, „Wnet staniem na ślubnym kobiercu“. Cóż za szczęsna wiadomość! o ty, coś jej posłem, Wydajesz się w mych oczach jakiemś bóstwem wzniosłem. KASPER: Wszakże panu mówiłem: niech pan co chce gada, Wszystko zawsze tak będzie, jak Kasper powiada. ERAST odczytuje: „Niech kreśli wymownie swe prawa, na zawsze „Wyryte w dziewiczem mem sercu, „A jeśli wyroki uzyska łaskawsze, „Wnet staniem na ślubnym kobiercu“. MARYSIA: Gdybym jej powtórzyła pańskie posądzenia, Słów tak czułych wyparłaby się bez wątpienia. ERAST: Ach, ukryj jej, przez litość, ten obłęd tak krótki, Co w serca niepokojach czerpał swe pobudki; A jeśli jej powtórzysz, dodaj, żem gotowy Śmiercią mą spłacić zbrodnię omyłki takowej, I, że spieszę, u stóp jej, bodaj tysiąc razy. Ofiarą życia mego mścić się jej obrazy. MARYSIA: Nie mówmy tu o śmierci, nie czas teraz na to. ERAST: Zbyt wiele ci winienem; wiem to, i z odpłatą Nie zwlekając, niebawem ziszczę to, com dłużny Staraniom posłanniczki miłej i usłużnej. MARYSIA: Ach, czym mówiła panu, gdziem go po próżnicy Jeszcze szukała dzisiaj? ERAST: Gdzież? MARYSIA: Na tej ulicy, Co pan już wie. ERAST: Na której? MARYSIA: No... tam... przy tym kramie, Gdzie miesiąc temu, jeśli ma pamięć nie kłamie, Obiecał mi pan kupić pierścionek. ERAST: Pojmuję! KASPER: A szelmeczka! ERAST: To prawda, i winnym się czuję, Żem zapomniał wywiązać się ze swych przyrzeczeń. MARYSIA: Przecież ja nie dlatego, żebym swoją pieczeń... KASPER: O, gdzieżby! ERAST dając jej swój pierścień: Ten pierścionek może ci przypadnie Do gustu; przyjm go w zamian: bardzo ci z nim ładnie. MARYSIA: Pan żartuje; takiegobym nie śmiała nosić. KASPER: Biedna trusia: a bierzże! nie dajże się prosić; Odmawiać, kiedy dają! czyś z zmysłów obrana? MARYSIA: Więc dobrze; wezmę jako pamiątkę od pana. ERAST: Kiedyż u stóp anioła mego złożę dzięki? MARYSIA: Myśl pan, jak z ojca wydrzeć prawa do jej ręki. ERAST: Lecz, gdyby mnie odrzucił... MARYSIA: Wówczas się pokaże; My uczynimy wszystko, co serce nam każe. W ten czy ów sposób, musim złączyć was oboje; Rób pan zatem co możesz, a my zrobim swoje. ERAST: Żegnaj; dzisiaj rzecz całą wyjaśnię z pewnością.

Erast odczytuje pocichu list. MARYSIA do Kaspra: A my, jakże tam stoi znów z naszą miłością? Nic mi o niej nie mówisz. KASPER: Niby w naszym stanie, Dosyć prędko załatwia się takie kochanie. Ja cię chcę, chcesz mnie także? MARYSIA: Ze szczerą ochotą. KASPER: Dość więc; daj łapę. MARYSIA: Bywaj, Kasprusiu, me złoto. KASPER: Moja gwiazdko! MARYSIA: Pochodnio moich słodkich chęci! KASPER: Kometo mojej duszy, tęczo mej pamięci!

Marysia wychodzi. Bogu niech będą dzięki; dobrze sprawa stoi: Wszak Albert nie odmówi panu córki swojej. ERAST: Walery ku nam idzie.. KASPER: Żal mnie bierze szczery Teraz na niego patrzeć.

SCENA TRZECIA.WALERY, ERAST, KASPER. ERAST: Cóż, panie Walery? WALERY: I cóż, panie Eraście? ERAST: W jakimż dzisiaj stanie Twe zapały? WALERY: A pańskie? ERAST: Rosną niesłychanie. WALERY: Moje także. ERAST: Dla Łucji? WALERY: Ano, oczywiście. ERAST: Doprawdy, że podziwiać cię trzeba: siarczyście Wierny jesteś. WALERY: Nie: pański to płomień tak stały Może służyć za przykład potomności całej. ERAST: Co do mnie, obcą taka miłość duszy mojej, Która patrzeniem samem swoje chęci poi; I tak szlachetnem sercem nie szczycę się wcale, Bym czyjąś wzgardę umiał znosić tak wytrwale. Kiedy kocham, to pragnę być również kochanym. WALERY: To bardzo naturalne; zgodzę się tu z panem: I najmilsza osoba nie uczyni ze mnie Wasala, jeśli serca nie da mi wzajemnie. ERAST: Jednak Łucja... WALERY: Tak, Łucja, gdy pan do niej wraca, Wszystkiem, czegobym pragnął, mą miłość odpłaca. ERAST: Tak łatwo zadowolić pana? WALERY: Mniej wszelako, Niż panu się wydaje. ERAST: Ja bo mam niejaką Przyczynę wierzyć w chęci jej dla mnie przychylne. WALERY: Ja zaś wiem, że w jej sercu mam miejsce dość silne. ERAST: Nie łudź się lepiej, radzę. WALERY: Niechaj mi pan wierzy, I rojenia zbyt śmiałe cokolwiek uśmierzy. ERAST: Gdybym ci mógł pokazać pewien znak jaskrawy Jej uczuć... Nie: to byłby cios zanadto krwawy. WALERY: Ja, gdybym mógł uchylić tajemnicy pewnej... Nie, wole nic nie mówić; nazbyt byłbyś gniewny. ERAST: Wyzywasz mnie, doprawdy, i, wbrew chęci własnej, Twej pysze przeciwstawić muszę dowód jasny. Czytaj. WALERY przeczytawszy: Treść bardzo miła. ERAST: Pismo pan poznaje? WALERY: Ręka Łucji. ERAST: Cóż? jeszcze się panu wydaje... WALERY śmiejąc się i odchodząc: Bywaj mi zdrów! KASPER: Oszalał chyba poczciwina! I gdzież tu, u stu djabłów, do śmiechu przyczyna? ERAST: I mnie to dziwi wielce; któż teraz odgadnie, Jaka w tem tajemnica ukrywa się na dnie? KASPER: Patrz pan, to jego sługa. ERAST: Tak, widzę go zdala; Wybadajmy zeń chytrze zamysły rywala.

SCENA CZWARTA.MASKARYL, ERAST, KASPER. MASKARYL na stronie: Może mówić ten sługa o losie dotkliwym, Kto miał pana młodego i z sercem kochliwem! KASPER: Dzień dobry. MASKARYL: A, dzień dobry. KASPER: W jakież spieszy kraje Maskaryl; idzie, wraca, czy też tu zostaje? MASKARYL: Nie wracam, bo nie byłem; wszak to jasne: ano Nie idę też, bo właśnie mnie tu zatrzymano, I nie zostaję również, bo wraz stąd w te pędy Umykam. ERAST: Coś nieskory dzisiaj do gawędy Imć Maskaryl? MASKARYL: Wybaczy mi pan z łaski swojej... ERAST: Cóż tak spiesznie ucieka? mnie się może boi? MASKARYL: O twą szlachetność, panie zbyt jestem spokojny. ERAST: Daj rękę: już nie mamy powodów do wojny; Zgoda z nami; ustąpić z własnej chęci wolę I wam, jako szczęśliwszym, wolne daję pole. MASKARYL: Daj Boże! ERAST: Kasper świadkiem: już sprzykrzyło mi się. KASPER: To prawda; ja ci również daruję Marysię. MASKARYL: Ją zostawmy na boku i, co do tej sprawy, Możem obaj żyć w zgodzie bez wszelkiej obawy. Ale czy to rzecz pewna, że już odkochana Wasza Wielmożność, czy też to są żarty pana? ERAST: Przejrzałem sam, że pan twój w szczęśliwszej miłości Zbyt daleko już zaszedł; odtąd więc nie rości Żadnvch praw moje serce do tej pięknej damy. MASKARYL: Miło mi niewymownie, że się tak zgadzamy. Prócz tego, że twych przeszkód baliśmy się nieco, Cieszę się i za pana, żeś skończył z tą hecą. Tak, dobrześ pan uczynił, żeś rzucił do djaska Tę grę, że już nie zwodzi cię czułości maska; Tysiąc razy, sam wiedząc jak tam rzeczy stoją, Bolałem jaknajszczerzej nad prostotą twoją: Przykro patrzeć, jak z człeka zacnego drwią sobie. Ale jakże pan poznał się na tym sposobie? Wszak o ślubie, zawartym dzisiaj w nocnej porze, Oprócz mnie i dwóch innych nikt wiedzieć nie może. I w najgłębszym sekrecie dotychczas się chowa Dwojga serc kochających wieczysta umowa. ERAST: Co ty mówisz? MASKARYL: Powiadam, że jestem zdumiony I nie rozumiem zgoła, jak i z której strony Mogłeś się pan domyślić, iż czułość udana, Co, wszystkich oszukując, uwiodła i pana, Ma na celu tych dwoje zawieść przed ołtarze. ERAST: Kłamiesz wszystko bezczelnie. MASKARYL: Panie, jak pan każe. ERAST: Jesteś łajdak. MASKARYL: I owszem. ERAST: I za czelność swoją Doczekasz się, że kijem plecy ci wyłoją. MASKARYL: Owszem; do usług pańskich. ERAST: Och, Kasprze! KASPER: Tu jestem. ERAST: Próżno staram się łudzić mym słabym protestem!

Do Maskaryla. Chcesz uciekać? MASKARYL: Nie, panie. ERAST: Powtórz więc wyraźnie: Łucja... MASKARYL: Nie, kpiłem sobie. ERAST: Kpiłeś sobie, błaźnie! MASKARYL: Nie, nie kpiłem. ERAST: Więc prawda, co mówisz? MASKARYL: Nie, panie, Nieprawda. ERAST: Więc cóż tedy? MASKARYL: To boskie skaranie! Już się boję, że powiem coś źle. ERAST: Gadaj śmiało! Prawda-li to, czyś zmyślił tę opowieść całą? MASKARYL: Jak się panu podoba: ja się w ten ambaras Nie chcę już więcej wdawać. ERAST wyjmując szpadę: Odpowiesz mi zaraz? Oto sposób, by język ci rozwiązać snadnie. MASKARYL: Ejże, panie, bo głupstwo znów z tego wypadnie! Jeśli łaska, już wolę, może się pan zgodzi, Niech mi szybko da kijów parę pan dobrodziej I pozwoli mi odejść bez wszelkiej obrazy. ERAST: Zginiesz tu, albo prawdy najświętszej wyrazy Z ust twoich wraz usłyszę. MASKARYL: Dobrze, powiem tedy; Lecz zlituj się pan, wszak jam nie winien tej biedy! ERAST: Mów, lecz wiedz, że tu idzie o twą własną szyję; I że przed mą wściekłością nic cię nie ukryje, Jeśli choć jednem słowem zboczysz z prawdy drogi. MASKARYL: Zgadzam się, połam mi pan i ręce i nogi, Zrób mi pan jeszcze więcej, zabij mnie, zezwalam, Jeśli najmniejszem kłamstwem usta me pokalam. ERAST: Prawdą jest to małżeństwo? MASKARYL: Widzę sam z boleścią, Żem się jak Piłat w Credo wpakował z tą wieścią; Lecz niemniej rzecz jest prawdą, i nie w mojej mocy Zaprzeczyć, że, po schadzkach odbywanych w nocy, Podczas kiedy pan za dnia był im parawanem, Przedwczoraj połączyli się małżeńskim stanem. Mimo to, Łucja jeszcze staranniej ukrywa Z mym panem ją łączące miłości ogniwa, I żąda, aby znosił, jak, na oczach ludzi, Jej serce ciebie ogniem udanym wciąż łudzi, Szukając w tym podstępie najlepszej ochrony. By sekret ten przed czasem nie został zdradzony. Jeśli, mimo mych przysiąg, wątpisz o mej wierze, Niech Kasper kiedy ze mną w nocy się wybierze, A pokażę mu, stojąc pod oknem na warcie, Że do pokojów panny wchodzim dość otwarcie, ERAST: Precz z mych oczu, hultaju. MASKARYL: Na pierwsze żądanie; O nic więcej nie proszę. Maskaryl wychodzi.

SCENA PIĄTA.ERAST, KASPER. ERAST: I cóż? KASPER: A cóż, panie, Zle z nami obydwoma, jeśli on nie kłamie. ERAST: Nie, mowa ta zbyt jawne prawdy nosi znamię. Jak rzecz stoi, pojmuję teraz oczywiście: Jego śmiech na słów widok zawartych w tym liście, Wskazuje na ich zmowę i świadczy dowodnie, Że mną się ta zwodnica zasłania niegodnie.

SCENA SZÓSTA.ERAST, MARYSIA, KASPER. MARYSIA: Przychodzę panu donieść, że dziś, o zachodzie, Moja pani nań czekać przyrzeka w ogrodzie. ERAST: Śmiesz jeszcze mówić do mnie, zdrajczyni niegodna? Idź, powiedz swojej pani, żem przejrzał ją do dna, Że pisanie liścików to próżny jest zbytek I oto, jaki robię z nich dzisiaj użytek. Drze list i wychodzi. MARYSIA: Powiedz, Kasprze, czy mucha ugryzła go jaka? KASPER: Ty śmiesz przemawiać do mnie, babo ladajaka, Krokodylu zdradziecki, ty, co w piersiach serce Masz gorsze niż satrapy, niźli ludożerce! Idź, zanieś tę odpowiedź swojej pani godnej, Że koniec już nareszcie jej grze tak wygodnej, Że wreszcie już naiwność w nas obu osłabła, I że może wraz z tobą iść sobie do djabła. MARYSIA sama: Moja biedna Marysiu, czy to sen czy jawa? Doprawdy, na szaleństwo to jakieś zakrawa; Jakto! takie przyjęcie za dobroci tyle! Biedna pani; zadziwi się bardzo niemile!

Comments

Loading comments…