Przemiany — II

Translated from Latin by Bruno Kiciński

Złoty pierwszy wiek nastał. Nie z bojaźni kary,Z własnej chęci strzeżono i cnoty i wiary.Kary, trwogi nie było; groźnych nie czytanoUstaw na miedzi rytych, ani się lękanoSędziów ostrych: bez sędziów byli bezpiecznemi.Jeszcze sosny dla obcej odwiedzania ziemiNie zstąpiły do morza, ścięte z gór rodzinnych,I człowiek prócz ojczystych nie znał brzegów innych.Grodów nie otaczano spadzistemi wały,Proste trąby i surmy zagięte nie brzmiały;Hełmu, miecza nie było, a bez wojsk narodyUżywały w spokoju bezpiecznej swobody.Radłem, broną nie tknięta i jeszcze spokojna,Wszystko z siebie dawała ziemia w dary hojna.Przestając na pokarmie, zrodzonym bez pracy,

Z drzew owoc, z gór poziomki zbierali wieśniacy,Tarnki i ostrężnice na krzakach ciernistychI żołędzie upadłe z dębów rozłożystych.Wiosna była wieczysta. Zefiry łagodneRozwijały tchem ciepłym kwiaty samorodne.Zboża na nieoranej rodziły się ziemiI łan ugorny kłosy połyskał ciężkiemi.Hojną płynęły strugą i nektar i mlekoI z dębu zielonego złote miody cieką.Gdy strąciwszy Saturna w ciemne piekieł kraje,Jowisz wziął berło świata, wiek srebrny nastaje,Gorszy, niżeli złoty, od miedzi szczęśliwszy.Natychmiast starożytnej wiosny czas skróciwszy,W zimę, w niestałą jesień i w lata upałyI w krótką wiosnę Jowisz rok rozdziela cały.Wtedy jęło powietrze wrzeć skwarnemi spieki,Wiatry ścięły w lód wodę i zamarzły rzeki.Szukano domów: były domami gęstwiny,Pieczary i szałasy z chróstu i wikliny.Zaczęto w długie skiby ukrywać nasionaI jękła para cielców, jarzmem uciśniona.Wiek trzeci był miedziany, dziki, niespokojny,A choć wolny od zbrodni, już skory do wojny.W końcu nastał wiek, twardem przezwany żelazem,Z nim wszystkie na świat zbrodnie wylały się razem.Wstyd, niewinność i wiara i prawda uciekła;Ich miejsce wzięła chytrość, zdrada, zemsta wściekła,Gwałt i grzeszne łakomstwo, wszech zbrodni przyczyna.Na wiatry, których nie zna, flis żagle rozpina,I te, co długo stały na wyniosłej górze,Płynąc, sosny po morzach wyzywają burze,

Wprzód wspólną, jak powietrze, jak słoneczna jasność,Człowiek ziemię pomierzył i zajął na własność.Zboże na wyżywienie rodzić ją zmuszono;Mało tego, zaczęto ryć jej własne łono.Kopią ludzie bogactwa, do złego sprężyny,Zapuszczając się po nie w Styksowe głębiny.Od złota podżegana, a żelazem zbrojna,Wśród mordów i pożogów wyszła na świat wojna;Błysła hartownym mieczem krwią zlana jej ręka.Żyją z łupiestw; już gościa gospodarz się lęka,Teść zięcia, brat własnego brata nienawidzi,Mąż w żonie, żona w mężu wroga swego widzi;Macocha swym pasierbom jad gotuje skrycieI syn chciałby przed czasem ojcu skrócić życie.Ginie cnota; krwią zlane widząc ludzkie plemię,Ostatnia z bóstw, Astrea, opuściła ziemię.I żeby nawet niebo pokoju nie miało,Olbrzymy je szturmują z potęgą zuchwałą;Kładąc górę na górę, aż do gwiazd się wzbili.Lecz Jowisz cisnął piorun — i tej samej chwiliOlimp przewierci, Ossę z Pelionu zrzuciI przygniecie zuchwalców i pychę ich skróci.Tak utraciwszy dzieci, wzrosłe z swego łona,Ziemia, jeszcze kurzącą ich krwią zrumieniona,Bojąc się, by mieszkańców z nimi nie pozbyła,Krew po wierzchu ciekącą w ludzi przemieniła.Lecz i ten ród bezbożny przez zbrodnie dowodził,Że we wszystkiem był godzien krwi, z której się rodził.

Comments

Loading comments…