Przemiany — LV

Translated from Latin by Bruno Kiciński

Gdy lat i rządów Numa dokonał zgrzybiały,Lud, senat i matrony zgasłego płakały.Bo opuściwszy miasto i żyjąc w gęstwinie,Wdowa się w arycyjskiej ukryła dolinieI żalem przerywała Dyany obchody.Pocieszały ją nimfy tych gajów i wodyI tezejski bohater, tknięty łzami wdowy,Z dobrego serca temi odzywa się słowy:»Nie tylko twój, Egerjo, los jest opłakany.Widząc drugich nieszczęście lżej zniesiesz twe rany.Oby nie moje smutki boleść twoją srogąNieco ukoić mogły! Lecz i moje mogą.Wszak słyszałaś, jak ojciec Hippolita płochySkazał na śmierć, zwiedziony podstępem macochy.Zdumiejesz się niemało, nie uwierzysz przytem,A przecie prawda szczera: jam tym Hippolitem.Gdy bowiem Pasyfai córka nadaremnieNieprzystojnych postępków żądała ode mnie,Czy gniewna za odmowę, czy bojąc się zdrady,Mnie przed ojcem o własne obwinia szkarady.Wygania ojciec z miasta niewinnego synaI okropnemi słowy, jak wroga, przeklina.

Do pittejskiej Trezeny wóz wygnańca zmierzaI zatoki korynckiej przebywa nadbrzeża.Wtem podniosło się morze, a wielki wód nawałPostać góry przybierać i wzdymać się zdawał.Rozstąpiły się nagle ryczące przestworza,A groźny swym wyglądem byk wyskoczył z morza;Piersią nad wodę wyższy, z otwartego pyskaI nozdrzami część morza na powietrze tryska.Pobledli towarzysze: ja, od trwogi wolny,Innych prócz trosk wygnania czuć nie byłem zdolnyWtem zlękłe, pędzą oślep aż nad morskie tonie,Stawiając w górę uszy i parskając, konie;Lecą z rozpędem w przepaść po skalistej ziemi.Ja silę się wędzidły władać spienionemi,Wtył przechylony, lejce potężniem wyprężył;I byłbym pewnie wściekłość rumaków zwyciężył,Ale koło, na wartkiej kręcące się osi,Na pniu pęka, a rozpęd kawałki roznosi.Spadam z wozu; wtem, jak mnie lejce zakręciły,Wnętrze snuć się poczęło, na pniu więznąć żyły;Część członków wloką lejce, część w drodze została,Kości strzaskane chrzęszczą, duch uchodzi z ciała,Co dla oka potworną jedną było raną.Czyż twoja boleść z moją może być zrównaną?O nimfo! ciemne kraje widziałem po zgonie,Rozgrzałem ranne ciało w czarnym Flegelonie;I gdyby mię syn Feba z grobu nie ocucił,Jużbym nigdy, przenigdy do życia nie wrócił.

Ale mocnemi zioly i sztuką PeonaZaledwiem je odzyskał wbrew woli Plutona.Nie chcąc, abym gniew jego jątrzył mym widokiem,Nieprzejrzanym mię Cyntja okryła obłokiem.W nim gdy postać mą zmieni i lat mi przyczyni,W Delos mię mieć, czy w Krecie, waha się bogini.Nakoniec w tych mi stronach wyznacza siedlisko,A chcąc wszelki ślad zakryć, zmienia mi nazwiskoI tak rzecze łaskawie bogini życzliwa:»Niech się odtąd Hippolit Wirbjusem nazywa«.Odtąd mieszkam w tym gaju, a łaską boginiWszedłszy w rząd mniejszych bożków, strzegę jej świątyni«.Obcy smutek Egerji żalu nie ulżywaI leżąc u stóp góry, łzami się rozpływa,Aż siostra Feba, patrząc na wdowę zbolałą,W zdrój ją żywy roztopi, rozrzedziwszy ciało.

Comments

Loading comments…