Przemiany — LVII
Translated from Latin by Bruno Kiciński
Muzy, wieszczów boginie, przed których oczymaI najdalsza się przeszłość w tajni nie utrzyma,Wy objawcie mi teraz, z jakiego powoduWszedł Eskulap w rząd bożków Romulusa grodu.Sroga niegdyś zaraza w Rzymie panowała,Wysysając wybladłym mieszkańcom krew z ciała.
Pogrzebami znękany gdy lud cały widzi,Że zaraza z lekarzy i doświadczeń szydzi,Idą nakoniec błagać pomocy od nieba,Aż do śródziemnych Delfów, do wyroczni Feba,I proszą, aby radę pomocną objawiłI tak potężne miasto od zagłady zbawił.Zadrżał zdrój, laur i strzały błaganego bogaI taki głos proroczy z świętego trójnogaWzruszył wylękłe serca: »Nie w naszej krainie,Bliżej ci było rady szukać, Rzymianinie!Nie Apollo cię wesprze, lecz syn Apollina.Pod szczęśliwą więc wróżbą śpiesz do mego syna«.Roztropny senat, o tej wróżbie pouczony,Wyśledza, gdzie syn Feba odbiera pokłony,I nad brzeg epidaurski szykuje wyprawę.Tam ledwie wiatry krzywą przypędziły nawę,Wchodzi do rady starszych poselstwo i prosiO wydanie mu boga, co jak wyrok głosi,Rzym uwolni od klęski i rany zagładzi.Różnią się w zdaniu Grecy: ci dać pomoc radzi,Inni, których wstrzymuje i wiara i trwoga,Chcą na zawsze zachować swój skarb, swego boga.Jeszcze radzą, gdy światło przed zmierzchem ucieka,A noc ciemna krąg ziemski pomroką powleka.Wtem bóg pomocny staje przy posła łożnicyW postaci, w jakiej zwykle widać go w świątnicy;W jednej ręce kij trzyma, a zaś brodę długą,Aż na pierś spadającą, głaszcze ręką drugąI tak swoją mu łaskę życzliwie wyraża:
»Nie bój się: ja przybędę, zstąpiwszy z ołtarza.Widzisz węża, co wkoło tej laski się kręci?Byś go poznał, twarz jego zachowaj w pamięci:W niego się przeistoczę i tobie objawię,Ale w większej i bogom właściwszej postawie«.Bóg z głosem, z bogiem znikło lube snu marzenieA ze snem nocy razem ustąpiły cienie.Zaledwie przed jutrzenką pierzchnie gwiazd gromada,Gdy nie pewna, co robić, śpieszy starszych radaDo żądanego boga, prosząc, by przed ludemWłasną okazać wolę jawnym raczył cudem.Gdy przestali, bóg w wężu z złocistym grzebykiemJuż zdaleka swe przyjście zapowiada sykiem.A w tem ołtarz i posąg, tron marmurem kryty,I podwoje się wstrzęsły i złocone szczyty;Wąż pierś podniósł do góry w pośrodku świątyniI skrzącem okiem tocząc, jakby przegląd czyni.Lud zbladł, a białą taśmą mając włos opięty,Tak rzekł, poznawszy boga, kapłan jego święty:»Oto bóg! Wzywam wszystkich, abyście milczeli,A ty, dostojny, wspieraj swą łaską czcicieli!«Tak mówił; cała rzesza, obecnie zebrana,Czci bóstwo, powtarzając wyrazy kapłana.I sercem i słowami Eneja potomkiŁączą modlitwy swoje z wężowymi ziomki.Na znak ich wysłuchania bóg błysnął grzebykiemI trzykrotny na zgodę syk wydał językiem.Poczem zsuwa się z stopni; na znak pożegnaniaPrzed swym dawnym ołtarzem głowę na dół skłaniaI z przybytkiem wieczyste już biorąc rozbraty,Przez rozsiane po ziemi przewija się kwiaty.
Czołgając się przez miasto, wprost do portu zdąża,Co go wygięta grobla półkolem okrąża.Tam stanął i z swym ludem i całym orszakiemZdał się rozstawać mile i z radości znakiem.Schodzi w nawę auzońską: zaledwie w niej stawa,Poczuła ciężar boga zagłębiona nawa.Wtem na brzegu zabiwszy byka, EneadziKręte liny czemprędzej rozwięzują radzi.Lekki wiatr żagle wzdyma. Bóg stoi wysokoI z nawy na wód błękit pilne zwraca oko.Śpieszy z błogim Zefirem przez Iońskie morzaI ledwie po raz szósty zabłysnęła zorza,Widzi już Italię, Lacyńską świątynięI około nadbrzeży Scylacejskich płynie.Lekkiemi wiosły morze zamiatając śliskie,Mija nawa Japygów i skały Amfryskie;Z prawej Kocyntu mija połupane góry,Potem Romet, Narycję, Kaulonu mury;Płynie w sykulskiej cieśni mimo szczyt Peloru,Obok kruszców temeskich i Eola dworu;W tyle zostają sławne z róż pestańskie sady,Leukosja, Kaprea, przylądek PalladyI na wzgórzach Surrentu słodkie winogrona,Stabia i przez Herkula warownia wzniesiona,
Partenope, co życiu rozkoszy przyczynia,I kumejską sybillą słynąca świątynia,Cieplice, Lintern, płodny w mastyksowe drzewa,I ziemia, którą Wolturn piaszczysty oblewa;Sinuessa, co białe gołębie rodziła,I Minturna niezdrowa i mamki mogiła,Gród Antyfata, Tracha, przykrych bagien bliska,Ziemia Cyrcy, już widać ancyjskie skaliska.Tam, rozpuściwszy żagle, gdy nawa przybija,Bliską strwożona burzą, bóg kręgi rozwijaI w ogromnych pierścieniach tocząc łuskę lśniącą,Dąży w ojca świątynię, nad morzem stojącą.Lecz skoro się po burzy niebo wypogodzi,Bóg epidaurski z ojca świątyni wychodzi,A używszy gościnnej w jego domu łaski,Orze chrzęszczącą łuską ponadbrzeżne piaski,Na ster śpieszy i póty wspiera na nim głowę,Aż ujrzał Kastr, Lawinjum i ujścia Tybrowe.Przeciw niemu lud cały, ojce, matki biegąI dziewice, co Westy świętych ogniów strzegą,Głośno boga witając. W całym rzeki bieguDymią rzędem ołtarze na oboim brzegu;Na nich trzeszczy kadzidło i palą się daryI pod nożem zbroczone padają ofiary.Pośród dymu kadzideł i modłów naroduGdy do stolicy świata, do rzymskiego groduDostał się Wąż dostojny, świetną szyją błyska
I upatruje siebie godnego siedliska.Wtem się Tyber w podwójne rozszczepił korytoI utworzył w pośrodku wyspę, nurtem mytą:Przyjęła jego imię; tam latyńską nawęOpuściwszy, syn Feba bierze ją w dzierżawę.Tam przemienia się w bożka i cały promienny,Klęskom położy koniec dla grodu zbawienny.
Comments
Loading comments…