Przemiany — XIV
Translated from Latin by Bruno Kiciński
Spór wiódł Jowisz z Junoną; pytanie podnietą,Czy lepiej być mężczyzną, alboli kobietą.Jowisz większy dział szczęścia przyznaje kobiecie,Junona, że mężczyzna szczęśliwszy na świecie,Przybrany za rozjemcę przez obiedwie strony,Tyrezy stanąć nie mógł po stronie Junony.Urażając się zbytnie w tak płochym przedmiocie,Juno sędziego w wiecznej pogrąża ślepocie.
Co jeden bóg uczyni, drugi nie odmienia.Nie mógł Jowisz zgubnego cofnąć przeznaczenia,Przynajmniej mu w nagrodę za złe, co się stało,Odkrył przyszłość: tak karę wynagrodził chwałą.Wróż po miastach aońskich wydawał niezwłoczniePragnącemu ludowi niemylne wyrocznie.Lirjopa, gdy ją doszła tego wieszcza sława,Przybywa, dociec syna przyszłości ciekawa.Wróż, spytany, czy Narcyz lat szczęśliwych dozna,Odpowiedział: »Jeżeli sam siebie nie pozna«.Wróżba zdała się nie mieć prawdy podobieństwa,Lecz ją sprawdził skutek — śmierć i nowość szaleństwa.Jedna wiosna do wiosen piętnastu dodanaPowab niezrównanego rozwija młodziana.Łączył w sobie dziewicze, łączył męskie wdzięki:Niejedna piękność jego zapragnęła ręki.Lecz zimnym był na miłość, głuchym na westchnienia.Raz gdy w sieci drżącego naganiał jelenia,Odgłos dająca nimfa ujrzała go w tłumie,Która, jak pierwsza mówić, tak i milczeć umie.Echo nie czczym odgłosem, była jeszcze ciałem,Choć szczupły dar mówienia stał się jej udziałem,Bo t}rlko słów ostatki mogła z ust wyronić.Juno tak ją skarała, bo raz, chcąc zasłonićJowisza podejrzane schadzki i bezprawia,Echo zręczną rozmową boginię zabawia:Tymczasem zniknął Jowisz. Juno zdrad dociekła.
»Przez mowę mię zdradziłaś: stracisz mowę« rzekła.Groźbę potwierdził skutek: Echo, już niemowa,Ledwie jeszcze ostatnie dopowiada słowa.Widzi, jak Narcyz w dzikie zapuszcza się knieje:W ślad jego postępuje i skrycie goreje.Ilekroć chciała lube uczynić wyznaniaI słodkie łączyć prośby, wstyd i cnota wzbrania.Więc to czyni, co może: w gęstwinie schowana,Czeka, kiedy powtórzyć wyrazy młodziana.Narcyz, zbłąkany w lesie, złudzony szelestem:»Tu jestem« rzekł do swoich. Echo na to: »Jestem«,»Przyjdź!« mówi Narcyz, słucha i patrzy dokoła,Dziwiąc się, że go wzywa ten, kogo on woła.»Cóż to? ode mnie stronisz?« gniewny Narcyz fuknie.»Stronisz« głos mu nieznany z gęstwiny odhuknie.Zdumiał się, a nie wiedząc, kto się w lesie chowa,»Tu się zejdźmy!« zawołał. Nigdy chętniej słowaNie powtórzyła, jak to, zachwycona EchoI słowo w czyn zmieniając, wybiega z uciechą,Pewna, że jej udręczeń już koniec jest bliski.»Śmierć raczej — krzyknie Narcyz — niż twoje uściski:Nigdy cię nie pokocham«. — »Kocham« nieszczęśliwaTem jednem jeszcze tylko słówkiem się odzywa.Wzgardzona, w las ucieka, twarz spłonioną kryje:Mogłaby przeżyć miłość, wzgardy nie przeżyje.Wszelki pokarm odrzuca, zamyka się w skale;Bez końca, łzy ją niszczą, wycieńczają żale.W ulotne cząstki ciało rozdziela się całe,Głos pozostał, a kości zmieniły się w skałę.Duch jej błąka się dotąd po górach i w lesie,Dotąd koniec pytania w odpowiedzi niesie.
Wszystkie nimfy podobnej doznały pogardy:Tak był nadobny Narcyz z swej piękności hardy.Więc jedna z pogardzonych ręce w górę wznosiI bogów o tę karę na dumnego prosi:»O niechże sam pokocha, nie kochan wzajemnie!«Prośbę panna Ramnuska słyszy niedaremnie.Świeża była krynica, pełna czystej wody,Nie znały jej po górach pasące się trzody;Ani ptak ani zwierzę ani gałąź spadłaNigdy jej przejrzystego nie mąci zwierciadła.Wkoło rosła darnina, rzeźwiły ją zdrojeI las przed słońcem cienie rozpościerał swoje.Polowaniem znużony, Narcyz przy tym zdrojuSzuka w upał spoczynku, chłodu i napoju.Jedno gasi pragnienie, drugie w sobie budzi:Pijąc, własnej piękności widokiem się łudzi;Kocha obraz bez ciała, kocha się w swym cieniu.Niewzruszony, jak posąg, cały w zadumieniu,Patrzy, tam pochylony nad przejrzystą wodą:Niebaczny, sam się swoją zachwyca urodą.Szyja, która białością mleko przypomina,Włosy, godne Bakchusa, godne Apołlina,I uśmiech czarujący oko jego zwabia.Podziwia wszystko, w czem sam godny podziwienia,Sam jest celem swych pochwał i swego pragnienia;W jednej osobie razem i pali i płonie.Ileż razy wyciągnął ku krynicy dłonie!Widząc w wodnem zwierciedle cel swych życzeń bliski,
Czcze tylko zimnej wodzie przesyłał uściski.Nie może dojść, co widzi, lecz widok go wzrusza,A tem oka złudzeniem zapala się dusza.Nieszczęsny! złudną marę chwytasz w złej godzinie!To, co widzisz, jest niemem: odwroć się, a zginie.Obraz, widziany w wodzie, twoim jest obrazem;Nic własnego on nie ma, ożył z tobą razem,Z tobą razemby zniknął, gdybyś odejść zdołał.Próżno głód go odrywał i próżno snu wołał:Narcyz był niewzruszony, a klęcząc na trawie,Przyglądał się dni całe łudzącej postawie.Jak szron ranny pod słońcem, jak wosk pod płomieniem,Tak on znika, powolnem dręczony cierpieniem;Trawi go ogień skryty, stracił powab zwykły,I z bielszej nad śnieg twarzy wszystkie róże znikły;Znikła czerstwość i siła i piękność wspaniała,Którą wszyscy cenili, Echo ubóstwiała,I choć jej Narcyz życia odebrał nadzieję,Przecież Echo nad jego nieszczęściem boleje.Ilekroć nad okropnym użalał się losem,Echo »Ach!« jego swoim dzieliło odgłosem.Łkania jego powtarza i jęki oddaje,Gdy Narcyz raz ostatni nad krynicą staje;»Żegnam cię — rzekł — napróżno kochany młodzianie!«I Echo mu toż samo daje pożegnanie.Wreszcie głowę znużoną Narcyz w trawę tłoczyI wielbiące twarz własną śmierć zamyka oczy.Ale nawet zeszedłszy w podziemne osiedle,I tam się jeszcze w Styksu podziwia zwierciedle.Płaczą po nim Najady, bratu święcąc włosy,Płaczą Dryady: Echo wtóruje odgłosy.
Niosą urnę, pochodnie, wznoszą stos wysoki,By ostatnią posługą uczcić jego zwłoki;Ale już ich nie było: w tem miejscu z pod ziemiWyrósł kwiat złoty, liśćmi uwieńczon białemi!
Comments
Loading comments…