Przemiany — XLII
Translated from Latin by Bruno Kiciński
Z gniewem porzuca dziką Bakchus okolicę,Zwiedza w dobrańszem gronie Tymolu winniceI Paktol, jeszcze drogiem nie błyszczący złotem,Nie będący z swych piasków zazdrości przedmiotem.Satyry i Menady za swym bogiem śpieszą;Brak jednego Sylena między zwykłą rzeszą.Wiekiem, winem osłabły, został starzec jeńcemFrygijskich gospodarzy; ci go kwiatów wieńcemOpasawszy, przywiedli przed swojego władcę.Często Midas z Orfejem na bakchanckiej schadce,Często z Eumolpem bywał. Gdy mu się więc zjawiłSpólnik zabaw, rad z gościa, świetną ucztę sprawił.Dziesięć dni, dziesięć nocy trwała bez ustanku;Gdy jedenasta zorza gwiazdy o porankuSpędzi, Król Midas z dworem idzie w Lików krajeI Sylena młodemu uczniowi oddaje.
Wesół z mistrza powrotu bożek i szczęśliwy,Królowi wybór daru zostawia szkodliwy.Bo chciwiec zgubne dla się objawił żądanie:»Czegokolwiek się dotknę, niech złotem się stanie«.Przystaje i tę prośbę zaraz Bakchus iści,Żałując, że tak płochych zapragnął korzyści.Odszedł król, rad z spełnienia zgubnego zamiaru.Chce dotknięciem doświadczyć rzetelności daru,Ledwie wierzy, Bakchusa zdziwiony szczodrotą:Ułamał gałęź z dębu, w ręku trzyma złoto.Podnosi kamień z ziemi: aż tu złota bryła;Dotknął skiby: i skiba w złoto się zmieniła;Uszczknął kłosy: już złote żniwo go zdumiewa;Zerwał jabłko: myślałbyś, że z Hesperyd drzewa.Gdy mu tak wielkie cuda odurzają zmysły,Dotknął podwoi dłonią: i te złotem błysły.Gdy swe ręce umywa u czystego stoku,Aż płyn złoty, Danay pożądany oku.Ledwie już myślą zdoła ogarnąć nadzieje:Czego się dotknie, wszystko od złota jaśnieje.Radość króla Midasa z każdą chwilą wzrasta.Każe stawiać na stoły i wina i ciasta;Lecz gdy dotknie prawicą owoców Cerery,Czy też darów Bakchusa, już z nich kruszec szczery.To znów do ust potrawy chciwa przytknie ręka:Każda w zębach potrawa, jakby blacha, szczęka.W puhar wody przejrzystej wleje soki winne:Ledwie dotknie puharu, już z nich złoto płynne.Wpada w rozpacz i, bogacz, ubogim się widzi,I tym, którego pragnął, dostatkiem się brzydzi.Skarb głodu nie nasyca, płonie od pragnienia,
A nienawistne złoto rozjątrza cierpienia.Wznosząc ręce ku niebu, ile tylko zdoła:»Przebacz, ojcze lenejski, zgrzeszyłem — zawoła —Zlituj się nad proszącym i wybaw czem prędzej,Wybaw mię, dobroczyńco, z tej błyszczącej nędzy!«Słysząc łagodny Bakchus, jak ze skruchą żebrał,Żałującemu winy, dar zgubny odebrał.»Gdy zechcesz obmyć z ciała dar źle pożądany,Idź do rzeki, przy Sardach toczącej bałwany,Wzdłuż jej brzegów — rzekł Bakchus — kierując swe kroki,Staniesz u jej źródliska w kotlinie głębokiej,A gdzie spieniona woda jak najmocniej bije,Włóż głowę: tak się złoto i wina obmyje«.Nurza się Midas w zdroju: zaraz z jego ciałaMoc złota się rozeszła i w rzekę rozlała;Dziś w niej złota nasienie zobaczysz na oczyI dotąd z dawnej żyły złote piaski toczy.Midas, zbrzydziwszy złoto, teraz wiejskie czary,Lasy i górskie Pana polubił pieczary.Ale tępe pojęcie, jakie miał, zostało,I to mu jeszcze złego przyniesie niemało.Spoglądając na morze, wznosił szczyt swój hardyTmol, u stóp swych mający Hypepy i Sardy.Tam flet w ręku Pan niosąc, z kilku trzcin spojony,Gdy wobec nimf wesołe wydobywał tony,Śmiał wyrzec, że gra cudniej, niźli Feb na lutniBożek Tmolu nierównej został sędzią kłótni.Na swojej górze starzec z powagą zasiada,Wieniec z liści dębowych na skronie zakłada;
Patrząc na bożka bydła, mówi temi słowy:»Zaczynaj! Nie trać czasu: jam słuchać gotowy«.Z całej mocy Pan dmuchnie, dudki zapiszczały;Przytomny sprzeczce Midas rozpływa się cały.Potem schyla się bożek dla Feba słuchania,A z nim razem Febowi cały las się kłania,Feb w wieńcu laurowym, na sobie ma szatyPowłóczyste, tyrskiemi pojone szkarłaty;Lutnia z kości słoniowej, od kamieni lśniąca,W lewej, w prawej pałeczka, którą struny trąca;Już stąd znać arcymistrza. Zagrał: czarownemi tony,Płynącemi z strun lutni, Tmolus upojonyZaraz głosi nad Panem tryumf Apoilina;Tak musiała dank przyznać luyni wiejska trzcina.Ten wyrok sprawiedliwym uznali świadkowie,Sam tylko prostak Midas niesłusznym go zowie.Król Delu rozgniewany nie chce cierpieć dłużej,Że uchu tak tępemu postać ludzka służy;W szarą sierść je odziewa i pociąga w górę,Ruszać im się pozwala i zmienia naturę.Prócz tej kary człowiekiem, jak był, tak i został,Tylko uszy osiełka leniwego dostał.Wstydzi się król swych uszu i ukryć je stara,Do czego służyć miała szkarłatna tyara.Lecz pewnego dnia sługa dostrzegł jego sromu;Nie śmiał tego odkrycia powierzyć nikomu.Że nie mógł do milczenia przezwyciężyć siebie,Opodal więc na łące mały dołek grzebieI w niego cicho szepcze, jakie tego ranaNiespodziewane uszy zobaczył u pana.
przysypawszy nowinę garścią ziemi świeżej,Czemprędzej i po cichu z owej łąki bieży.Ledwie się w nowej ziemia odżywiła wiośnie,Gęstych trzcin spora kupa w owym dołku rośnieI zdradza swego siewcę, bo gdy je wiatr ruszy,Zaraz szeleszczą: »Midas dostał ośle uszy«.
Comments
Loading comments…