Przemiany — XXXV

Translated from Latin by Bruno Kiciński

Skończył Acheloj; wszyscy milczą z zadziwienia.Ale syn Iksyona, co w bogów nie wierzy,Szydzi z łatwowierności przytomnych rycerzy:»Zbyt wielką ci się, rzeko, władza bogów zdała,Kiedy myślisz, iż mogą przeistaczać ciała«.Obruszyli się wszyscy po bluźnierczej mowie;Pierwszy Leleks roztropny w te stówa odpowie:»Wierzaj mi, niezmierzoną mają moc niebianie,I cokolwiek pomyślą, to się pewnie stanie.Raz mię w kraj pelopejski Piteusz wyprawił,Tam, gdzie ojciec się jego mądrym rządem wsławił.Tam we Frygji widziałem pod stopami góryDąb przy lipie niskiemi opasany mury;Obok mętne jezioro, ziemia dawniej żyzna,Teraz zaś wodnych nurków i łysek ojczyzna.

Tu Jowisz i Merkury, ludzką wziąwszy postać,Do tysiąca chat przyszli, chcąc przytułek dostać.Tysiąc chat drzwi zamknęło; jeden tylko bogiSłomą poszyty domek przyjął w swoje progi.Tu Filemon podeszły, przy nim Baucys stara,Szczęśliwie od lat młodych połączona paraDoszła wieku późnego; przestając na małem,Nie czuli, że ubóstwo było ich udziałem.Panów ni sług nie znają przez cały wiek długi;Dwoje ich tylko w chatce: i pany i sługi.Gdy do szczupłego domu prowadzącej sieniPrzez niskie drzwiczki weszli bogowie schyleni,Wita gości i ławkę przysuwa staruszek,A Baucys zgrzebnych parę podłoży poduszek;Zbiera liście i korę i idzie do pieca,Ciepły popiół odmiata, zgasły ogień wznieca,Słabymi go dmuchając, ożywia oddechy.Przynosi suche trzaski i szczapy z pod strzechy,Rąbie, kładzie pod kocioł, zaś potem warzywa,Które z ogrodu przyniósł mąż, z liści obrywa.On tymczasem słoniny uwędzonej kawał,Z pod okopconej belki widłami dostawał;Dostawszy, kęs ucina i w ukropie warzy.Gdy tak około uczty krzątają się starzy,Na miłej pogawędce trawią czas niebianie.Wisiał ceber bukowy na haku przy ścianie;Weń wlewa ciepłej wody i znużone z drogiFilemon swoim gościom sam obmywa nogi.Wierzbowe łóżko w środku swej izdebki mieli,Na niem była rogoża na miejscu pościeli;Szatą ją pokrywają, chowaną od święta,

Choć i ta gruba, dawne już lata pamięta,Godna takiego łoża. Tu spoczęły bogi.Drżąca Baucys przystawia stół, co miał trzy nogi,Ale trzecią nierówną; skorupką podpieraI stół, mocno stojący, świeżą miętą ściera.Na nim dwufarbny owoc, święcony Palladzie,Tarnki, w lagrze moczone, i sałatę kładzie;Dalej rzodkiew i sery, wytłaczane z mleka,I jaja, które w ciepłym popiele przypieka,Wszystko w misach glinianych. Wreszcie na ochłodęW glinianym roztruchanie daje wino młodeI w kubki je bukowe wywoszczone wczyni.Wkrótce z żaru potrawy niesie gospodyni;By wetom zrobić miejsce, wino odstawiono.Tu świeżutkie szkarłatem rumieni się grono,Tu w koszyku plecionym mnóstwo jabłek leży,Suche figi, daktyle, śliwki, orzech świeżyI plastr miodu jasnego. Tę ucztę ubogąKrasi twarz starców, z serca dających co mogą.Widząc oni, że mimo częste nalewanieWina jakoś w glinianym nie ubywa dzbanie,Dziwią się i tak mówiąc, ręce ku nim wznoszą:»Godnie was przyjąć dla nas byłoby rozkoszą;Darujcie, że jesteśmy nieprzysposobieni«.Dla straży małej chatki gęś trzymali w sieni,I tę dla swoich gości zabić chcieli sami.Ptak szybki męczy starców, schylonych latami,I zwodząc ich dość długo, do bogów ucieka.

»Dajcie pokój, bo chroni gęś nasza opieka:Myśmy bogowie — rzekli — Na sąsiady spadnieTo, na co zasłużyli: skarżem ich przykładnie.Wy jedni tylko z wszystkich ujdziecie zagłady.Opuście strzechę waszą, idźcie w nasze śladyI pośpieszcie za nami na górę wysoką«.Posłuszni woli bogów, słabe nogi wlokąI o kiju krok wloką w górę ociężały.Oddaleni od wierzchu tylko o lot strzały,Patrzą i widzą wszystko tonące w powodzi;Tylko niska ich strzecha nad wody wychodzi,Gdy się dziwią, gdy płaczą nad zgubą współbraci,Dom, wprzód dla dwojga szczupły, postać swoją traci,Zamienia się w świątynię, w kolumny podpórki,Dach się złoci, podłogę zaścielą marmurki;Brama, pokryta rzeźbą, zdobi wchód świątyni.Wtem Jowisz im łagodnie to pytanie czyni:»Powiedz, dobry staruszku, co sobie życzycieWraz z żoną, z którą miałeś szczęśliwe pożycie?«Filemon krótką chwilę z Baucydą rozmawiaI potem wspólne zdanie tak bogom objawia:»Chcemy być kapłanami, żyć w waszym kościele;A że z sobą lat zgodnych spędziliśmy wiele,Chcemy i umrzeć razem; niech grobu mej żonyNie widzę, ani od niej będę pogrzebiony«.Wysłuchał bóg ich prośby; straż świątyni mieli,Życie im przeznaczone spędzają weseli.Syci wieku, gdy stali przy świątyni schodachI rozmawiali z sobą o miejsca przygodach,Postrzegł starzec, iż Baucys w liść się przyodziewa,Widzi Baucys, iż mąż jej bierze postać drzewa;

Krew się ścięła w ich żyłach i zmartwiały członki.»Bądź zdrowa!« — rzekł Filemon do drogiej małżonki.»Bądź zdrów!« — do Filemona rzekła Baucys tkliwa.Wtem naraz twarda kora już usta zakrywa.Jeszcze dziś tam ciekawym frygijskie wieśniakiPokazują dwa bliźnie z ciał powstałe pniaki.I ja rzekłem, mój wieniec mieszcząc w innych rzędzie:»Szczęśliwy, kto czci bogów: i sam uczczon będzie«.

Comments

Loading comments…