Błękitne noce (Staśko, 1922)

Wiosna szalała życiem, jak strumień żywiołową powodzią — — Rozpyszniła się orgja kwiatów i zieleni z taką niezwykłą namiętnością, z takiem królewskiem władztwem, że oczy ludzkie paliły się zdumieniem nad tem zjawiskiem cudotwórczem, nad tą bujnością pełną wulkannej mocy i iście tropikalnego pośpiechu. Nim bowiem ostatnie śniegi stajać zdołały, ukazały się białe kobierce delikatnych prymulek, niedługo wzbogaciły je płomienno-żółte jaskry, szmaragdowe pościele traw zajęły miejsce śnieżnych obrusów, drzewa i krzewy poczęły pękać z jakąś szczęśliwą niecierpliwością, ocknęły się cytrynki, roje złotawych muszek — i świat z uścisku zimy dorwał się objęć ciepłego słońca, wpadł w nie stęskniony, bez końca dobierający godowych szat, coraz jaśniejszy i kwiecistszy, z każdą chwilą możniejszy, codzień bogatszy i zorzą szczęścia uśmiechnięty. Gdy przyszedł maj, pijana słońcem ziemia już była w pełnej krasie. Spóźniona wiosna zdołała wynagrodzić swe opóźnienie, obudziła wszelkie uśpione życie i różdżką czarodziejską powołać je na nową erę. I słońce, jakby dla dopełnienia onego cudu, rzuciło w glebę przyrody rzęsiste blaski, ogrzało ją w trójnasób, pieszcząc i pielęgnując z serdeczną troskliwością. Wśród pól i łąk cudowna powódź nowego życia wylewała się już poza krawędzie nieprzejrzanego łożyska biegu, a wreszcie wdarła się w miasta. I tu pomiędzy mury i zacienie, poprzez pancerze trotuarów, wniknęło przemożne słońce, ciepłemi dłońmi dotarło do korzonków, zbudziło schorzałe i anemiczne drzewa, wlewało się eliksirem w podmiejskie parki, wciągało w pędy miazgę i w piórka listków stroiło one drzewa-szarytki, poświęcone miejskim wygnańcom, te wysłanniczki matki-przyrody na wyspy ludzkiego losu, te nieodstępne siostry i koicielki, dzielęcedzielące razem to przeznaczenie... I poza mury jezuickiego ogrodu wtargnęły fale królewskiej wiosny. Jej wonne, dziewicze stopy przeszły do wnętrza pomimo ich wysokość, pomimo drut kolczasty i wierzch szkłem najeżony z kroci stłuczonych butelek — przeszły nie zakrwawiwszy ciała, nieuznające przeszkód, dla wszystkich jednako dobre, przyjazne i oddane, jednako swe włości miłujące. I tu jej hojne dłonie rozsypały bogactwo, i tu wlało się słońce. Ulewna piana różowego kwiecia zdała się dymić tęczowo na śliwkach, jabłoniach i czereśniach, że drzewa wyglądały niby olbrzymie kwiaty poustawiane w szeregach i w złotych blaskach słońca zażywające kąpieli. Opodal, w warzywnej części klasztornego ogrodu, widniała ciemna, symetrycznie pokreślona szachownica grzęd. Niektóre z nich okalały już krajami jasno-zielone roślinki świeżo sadzonej sałaty, oblicza innych przecinały równomierne pasemka wszelakich kiełkujących jarzyn, a w inne jeszcze rzucono dopiero ziarno i wyrównano grabkami ziemię z niezwykłą starannością. Tu natura rozwijała życie wedle swych praw i czasu, bo tam w inspektach, rozłożonych przy murze o południowej wystawie, przemyślność ludzka wyprzedziła kalendarz, tam chytry rozum wyhodował pod szkłami wcześniejsze o cały miesiąc owoce... Raziła poniekąd ta pewna sztuczność, ten jakby gwałt dokonywany na nieletniem dziewczęciu, jednakże pod wpływem tego szaleństwa pragnień życia jakie wpadało w oczy zewsząd, zdało się tego nie odczuwać, lub przypisywać one kaprysy nieopaniętnejnieopamiętanej pożądliwości wiosny. Bo wiosna ta zdała się nie mieć granic w swym pędzie — — Poza zewnętrzną rozbujałością niosła wonnem powietrzem jakiś narkotyk mocny, działający na dusze żądzami nieokreślonych lotów, jakąś radością przeogromną, rozpierającą piersi gwałtowną siłą, porywającą w nienazwane przestrzenie, gdzieś za obłoki, niewiedzieć po jakie sny i marzenia, do jakich dziedzin tęsknot i przypinająca im tysiące rozdrgałych krzydełskrzydeł... Odczuwali to młodzi w całej potędze, chlipali z powietrza astmicznemi piersiami starzy, a jezuita Rafał, przechadzając się wygracowaną ścieżką ogrodu — był wprost pijany tym rozpylonym czarem. Urok ten zdał się porywać go ze ziemi, to znów zalewać swemi falami. Już od dni kilku czuł się wypchnięty z trybów dziennego życia, jakby ten dur wiosenny owładnął nim docna. Walczył z nim dotąd, mocował się nadludzko, niestety! — nic nie pomogło. Nie pomogły modlitwy ni umartwienie ciała, ba, nawet chłostę sobie przepisał surowy jezuita Rafał. I to go nie odrzekło. Czuł, że w tej walce prześladuje go jakaś wielka i nieodstępna pokusa. Albowiem w dwudniowym czasie ścisłego postu, naszły go w zacisznej celi lubieżne szepty młodej sałaty, to cieplarniane ogóreczki, a biczowanie zdało się być dziką pieszczotą kwiecistej rózgi. To znów, jakby na próbę swej woli, chadzał ogrodem, upijał się ponętą nowalji poto, by ich umyślnie przy stole nie tknąćtknąć. Umartwiał się jak umiał, spał w twardem łożu, zatapiał w księgach. Dur go nie odszedł, przeciwnie, wzmagał się jeszcze bardziej. Zaniechał zatem ascetycznych praktyk, czekając, aż ten tajemniczy ogień sam się wypali... Wiosna tymczasem grała swe hymny na krociach instrumentów i rozsiewała cuda. Ksiądz Rafał nie spał teraz nocami, wprost nie odczuwał potrzeby snu. Nie pamiętał, nie widział nigdy takich wiosennych błękitnych nocy. A może nigdy nie czuł skłonności by spojrzeć w niebo i świat nakryty błękitnym zmierzchem? Może oślepł na żywe piękno przez wypatrzenie wzroku duszy na sztuczne lustra książkowych prawd i syzyfowych dociekań? Może zamarł w nim człowiek i serce czuć przestało? A może wyrzekł się świata i wzgardził pięknem, które tak inni ukochali? Vanitas... Jaki to wszystko ma cel na ziemi i czy przeminie bezpowrotnie? Do czego dąży? I co ma w sobie?

Jezuita Rafał nie zaznał dotąd takich nocy. Ten dur wiosenny stuknął go w serce, na świat powieki otwierając. Nie w serce upartego mędrca, ale człowieka. Otworzył okno celi i usiadł na framudzeframudze. Patrzył na świat uśpiony i w śnie siejący czary. Podziwiał mądrość Stwórcy, jego boską paletę i niepojętą dobroć. W tej głębokiej kontemplacji filozofował według kodeksu swoich nauczycieli, na dogmatach opierał spostrzeżenia dopóki spekulatywny umysł nie zawiódł go poprzed jeden jedyny dogmat, wobec którego wszystkie inne wydały się marnymi pyłki... Tu była otwarta księga Prawd — — Nigdy umysł księdza Rafała nie wnikał w te tajniki i żywe karty — bowiem lękał się czegoś instynktownie, wracając na udeptaną ścieżkę. Teraz jakieś olbrzymie usta przemówiły do niego od piórka trawki począwszy, a skończywszy na gwiazdach. Innego odczuł Boga, większego, pełniejszego, nie tego z ksiąg. Chwilowo przeszedł go trwożliwy dreszcz — czy to nie szatan nastawia nań swe sieci, ale te usta, mówiły tak wymownie, z taką prostotą przekonania, że lęk go odszedł. A noc błękitna odsłaniała swe kręgi coraz to dalsze i nieznane, coraz wspanialsze. Im szerszy rozwidniał się horyzont, tem mniejsze stawały się uczone prawdy księdza Rafała, on sam marniejszy, drobina tego Wszechżycia — — niczem. Ten ogrom go przytłoczył, burząc mizerne jego gmachy. Poznał, że ono wielkie Życie płynie wielmożnie w swe przeznaczenie, nie zważając, ni odczuwając, że ktoś na drodze zamknął stawidła... Tych kilka nocy wytrąciły go z równowagi i odebrały błogi spokój. Coś w duszy jego się zmieniło, jakoweś ziarnko padło na serce i jęło pękać. Wyczerpawszy zaradcze środki oczekiwał — co będzie dalej. Oczekiwał z tem większym niepokojem, iż po dokładnej analizie nowego duchowego stanu, doszedł do przekonania — że się zakochał w wiośnie... Tak jak artysta, lub poganin.

Coraz słabiej opierał się tej władzy. Nie była przecież nienawistną, ale przedziwnie błogą i jakąś słodką siłą napełniająca wnętrze. Błądząc wśród drzew ogrodu spuszczał ku ziemi zdziwione oczy, ściskał rękami nadmiernie pracujące piersi, żądne coraz większych oddechów, to znów brał w dłonie obsypane kwieciem gałązki wiśni czy jabłoni, lgnął do nich wzrokiem, śledził bajeczną pracę kwietnych owadów, bezwiedne wypełnianie rozlicznych obowiązków o niesłychanie wielkiej doniosłości, ku ustom zbliżał kwiaty — i wtedy jego skupione oczy nabierały radosnych blasków, skrzyły się żywym ogniem i pochłaniały w siebie całe wiosenne otoczenie, mijały mur ogrodzenia — by się zawiesić na lazurowych horyzontach, gdzieś ponad skąpanem w słońcu światem — — póki nie zamknął ich w zachwycie, nie zanurzył się cały w toni swej duszy, odczutej w sobie niby wielkie kryształowe jezioro. Pergaminowa jego twarz, szczupła i ściągła, o dużym, cienkim i czujnym nosie, po jezuicku wyhodowana twarz — pałała wówczas szczęsną ekstazą, jakiemś słodycznem uniesieniem, nie takiem jakie miewali święci w chwilach nadziemskich widzeń, ale zachwytem, którego treścią i wyrazem jest urok wiosny, szał rozwiniętych kwiatów, radosna pieśńpieśń, słoneczna topiel i ów utajony w wonnem powietrzu dur... Dziw, że lica księdza Rafała całował taki zachwytny uśmiech — I znów błądziła dalej wędrówka jego myśli i oczu. Zwykle po takiem uniesieniu, po zachłyśnięciu się niedoścignioną harmonją w ziemi i pięknie przyrody, jej boskiem i złotoustem kaznodzieństwem, jej najmądrzejszą księgą, duszę księdza Rafała jakby ktoś drasnął szponem. Przychodził mu na myśl jakiś ubiegły szczegół z życia, jakieś wspomnienie obce tej prawdzie, coś jak ogniwo rozpryśnięte, fałszywy akord w dźwięku tej nieśmiertelnej pieśni. Odczuwał, że tym fałszerzem tonów bywa człowiek... Że jego przewrotny rozum mimo, choć wierzy w jaką prawdę, często kłam jej zadaje... Lub z fałszu stara się ukuć prawdę... Że człek człekowi kłamie i do swych celów uświęca środki... Nauczycielskie nieraz słowa rzuca nie siłą przekonania, nie dla idei, lub je idei kradnie dla efektu. Dla niezliczonych życiowych zdarzeń... Czasem dla gry, dla żartu, albo-li ambicji. W tej chwili jezuita Rafał szeregował w duchu ten dziwny chaos, jaki go opadł właśnie. Nie szło tu o jakiś kłam, wielką przewrotność, tylko o pusty efekt. Pustym nazwał go w sercu. Ni stąd ni zowąd przyszła mu na myśl misja odbyta przed miesiącem w pewnej mieścinie. Dwóch kaznodzieji i on trzeci zjechali by zapuszczone odłogiem dusze zorać pod dobrą siejbę. Zdziwiono się niepomiernie, iż zatwardziałe serca grzesznych owieczek nie topną pod lawą kazań. Przeszło dwa dni szalonej chłosty, niemiłosiernej młocki lodowych serc, sztucznych nacierań, a tłum zbity w kościele zdał się być głuchy i nieczuły. Niebywałe zdarzenie w pracy mistrzowskich kruszycieli. Uważano misję za nieudałą, jeśli do głębi nie poruszą słuchaczy. Jezuicką ambicję zlewał tajemnie wstyd. Szło jej jedynie o to, ażeby tłum na myśl grzechów i kary zaszlochał z przerażenia. Dwóch już zwątpiło w możność takiego rozczulenia, zlewając wszystko na kark stępienia sumień przez wojnę. Jeden ksiądz Rafał nie stracił wiary, skrycie gotując się do ataku. Poszło nawet o zakład. I na kazaniu księdza Rafała o życiu, śmierci i sądzie, pod gradem strasznych słów, jakie miotały młode i silne jego piersi, kiedy zdawało się, że krocie ludzi kona w kościele w okropnych spazmach, że wyje rozpacz za życiem i nikt nie idzie na ratunek, że wargi strach powapnił, a groza krew zwarzyła, gdy niemal odór trupa rozchodził się w powietrzu i słychać było brzękot narzędzi tortur, gdy kaznodziejska twarz oblała się szkarłatem, cieknąc rzęsiście potem, kiedy już charczał prawie, nie mówił — wtedy tłum ryknął płaczem... Nareszcie po długim trudzie pękły zapory łez. Ksiądz Rafał wygrał zakład. Jak zawsze, tak więc i teraz śmierć zwyciężyła... Ta drobna, błaha rzecz, to nic pozornie, napoiło go teraz jakby goryczą. Uczuł jakowyś niesmak i jakby fałsz. Coś, co kłamało sobie, a dla tej Pieśni było skazą... Takie niby drobiazgi nachodziły teraz mózg jego coraz częściej, tem częściej, im czas wiosenny wchłaniał go głębiej w swoje tonie. Rozumiał prawdę swoich słów i śmierć jako ostatni kres wszystkiego, ale ten sposób w jaki łzy ludzkie wywoływał — palił go teraz dotkliwym wstydem. Czuł wielką niewłaściwość takiej wyprawy, poprostu zbrodnię w wywoływaniu onej grozy. Bo teraz wiosna mówiła coś do niego i to ogromne Życie, którego on, jezuita Rafał, uczuł się prochem, przed którego majestatem coraz to niżej schylał swe czoło, który zrozumiał, że głosy jego na tym bezmiernym oceanie pozostaną nic nieznaczącym wypryskiem pianki, że jego zmiecie ten prąd odwieczny, zaleje wielką falą, zrówna z pokotem przeżytych ciał, tam dążąc, dokąd myśl ludzka nie dolata — — Idąc w zadumie ksiądz Rafał zatrzymał się wśród kwietnych grządek, którym, jakby ze skąpstwa, poświęcono maleńki dział w ogrodzie. Mimo ubóstwa miejsca, te kilka kroków ziemi dobyły z siebie takie bogactwo barw i woni, taką wspaniałość rozśmianą w słońcu i błękicie, że coś gwałtownie zgięło kolana jezuity... Klęknął z bijącem sercem obok kwiecistych grządek, dłonie nad niemi wyciągnął w dziwnej pieszczocie i miłości, jakby w odruchu pogodnej, atawistycznej modlitwy i — łzy miał w oczach. Łzy szczęścia i radości, łzy hołdu Bóstwu — za łaskę życia.

Snać nie na żarty ten czar wiosenny wszczepił się w duszę księdza Rafała, jeżeli tenże, nie bacząc na powagę jezuickiej sukni, wyspinał się na jabłoń, pragnąc widocznie zatopić się w sam środek różowo-mlecznej powodzi. Oman kwietnej rozpyli dymił jak eteryczny obłok z krocia lilipucich kadzielnic, lub ledwie chwytna mgła z srebrzystej sadzi szronu. Taki cud w słońcu, taki biało-tęczowy obraz dawała bajecznie zakwitnięta jabłoń. Dopełniały go jeszcze roje barwnych motyli i metaliczny brzęk, wprost jakiś szum eolski pszczelej armii, co, zda się, uczyniła najazd na to kwieciste mrowie. Wsparty o konar, raczej przylgnięty doń uściskiem ramion, pił głodną piersią tę wonno-śpiewną narkozę. Pił spieczonemi usty i żarem szalejących oczu. Nie wiedział czem się napawać pierwej, czy chłonąć wonie, czy wielbić wzrokiem czarodziejskie obrazy. Jego młode oblicze rumienił coraz to bardziej wyraz niewymownego szczęścia, w źrenicach zapalały się płomienne ognie, a ciało rozdrżałe ze wzruszenia sączyło w siebie żywotne moce z jakichś wielkich i niezgłębionych krynic. Ledwie przytomny ksiądz Rafał spinał się jeszcze wyżej, ku wierzchołkowi. Nie czuł prawie ciężaru swego ciała, dopiero rozchuśtana gałąź nakazała odurzonej jego duszy ostrożność. Cofnął się zatem, poczem bocznym konarem dostał się z łobuzerską zwinnością na mur okalający ogród. Stanął wśród najeżonego szkła i kolczastego drutu, jakby przebyć zamierzał tę przeszkodę. Nie wiedział czemu, lecz syknął w duchu zgniewany tą ochroną. Wydało mu się to czemś wstrętnem i niegodnem. Po chwilce jakby zapomniał o tem, bo zwrócił oczy hen poza mur, w świat. Jakaż tam była rozległa, ogromna, majestatyczna wiosna! Ile blasków słonecznych i drzew kwitnących! Dech zamarł w piersiach jezuity Rafała. Coś się rozłkało w sercu, dopominało czegoś, szalało z upragnienia. Płakaćby chciał orkannnieorkannie z tego zachwytu, unieść się w błękit, w bezkres tego lazuru i bez pamięci tarzać się w słońcu. Na myśl, że brak mu skrzydeł, że światem jego lotów jest ziemia, aż skurczył się pod głazem onej prawdy. Naraz pociemniałe zawodem jego oczy zsunęły się ku ziemi, jak ptak w wyżynach ugodzony. Nie zdołał jeszcze zakryć ich smutek, gdyż znów blask je rozświetlił nowy. Na wałku ziemi runią pokrytym, o kilka kroków od klasztornego muru, siedziało młode dziewczędziewczę. Na niem zatrzymał się spadający wzrok księdza Rafała. Teraz utkwił źrenice w ten obrazek z jakąś rozkoszną i pełną uradowania lubością. — Primavera... — wybiegło szeptem z ust jezuity. Rzeczywiście ta młoda kobieca postać, podobna pączkowi róży w przeddzień rozkwitu, wyglądała jak uosobienie wiosny. Młodziutka, świeża, wypastelowana dziewiczą słonecznością, miała w sobie ten cudny wiosenny wyraz, jak kwiat o majowym poranku. Obrawszy ten zakątek nie przypuszczała, że czyjeś oko będzie ją śledzić — chciała być samą, z sobą jedynie, kąpać się w słońcu i zieleni, poddawać się bez oporu, z fatalną jakąś uległością tej boskiej władzy, która wokoło rozsnuła swoje sieci, która brała w niewolę, nęcąc bezmiarem czarodziejskich obietnic, słodkimi szepty i co tak błogo odurzała. I ją snać przywiódł w to ustronie ów dur wszechwładny, zmotał serce przędzą przesłodkich tęsknot i kazał pić z powietrza czarowne tajemnice. Przez chwilę oczy jej patrzyły w otwartą na kolanach książkę, ale widać pierwsza stronica lektury znudziła jej rozstrojony umysł, bowiem zamknęła ją coprędzej i niedbale odrzuciła na trawnik. Nie mogła skupić myśli, coś ją wołało zewsząd, jakoweś słodkie szepty, zda się — z blasków zrodzone i rozwonionych kwiatów. Jej jakby cieplarniane ciałko nieomal drżało. Poznać to było po jej kapryśnych ruchach, pełnych jakiegoś niepokoju. Jasne jak błękit nieba oczęta, zwracały się to w tę, to w oną stronę, zdumione tajemniczem wołaniem i jakby szukające tych ust ukrytych. Raz chwytała się za piersi białemi dłońmi, niby w obawie, aby nurtująca w nich siła nie rozsadziła delikatnego ich pancerza, to rozprężała zasie ramiona, nie mogąc znaleźć dla nich miejsca i chwilowego uspokojenia. Wreszcie zerwała kwiat stokrotki, a cienkie jej paluszki poczęły skubać po kolei drobniutkie płatki. — Kocha... nie kocha... kocha... nie kocha — liczyła zapewne w duchu, ciekawa wróżby kwiatka. Gdy spadł jej w sukienkę ostatni płatek, otwarła szerzej rozpromienione oczy i z wstrzymanemi powieki patrzyła uśmiechnięta w jakiś nieokreślony punkt. W wielkich źrenicach jaśniały zachwytne wróżbą szczęsne jej myśli. Po chwilce ekstatycznego zapatrzenia, zebrała w dłonie wyroczne płatki, zbliżyła ku nim usta w dziękczynnym pocałunku, poczem zdmuchnęła płatki jak confetti. Jezuita Rafał śledził z bijącem sercem każdy jej ruch, jakby ten obraz wywodził się z krainy cudów. Nie widział dotąd tak ślicznego i rozkosznego w niewinnej zabawie dziewczęciadziewczęcia. Zdawało mu się, że ma przed sobą dwie wiosny — jedną będącą już w żywiole i orgjastycznych powabach — drugą zaklętą w pączek rajskiego kwiatu, w przeczuciu tęskliwych mocy i łaknień pełnych szaleństwa i uniesień. Z istną chytrością wzroku wpił się w tę postać, doznając dziwnie drażniących dreszczy. Nagle, jakby za podszeptem nieznającej oporu pokusy, uczuł szaloną żądzę porwania w objęcia tego pąkowia wiośnianego, jedynie by jak najbliżej czuć je przy sercu, móc w oczy zajrzeć jak w dwie jutrzniane gwiazdki, pić czar wejrzenia niebiańskiego, pieścić ustami efebie ciało tak, jak się pieści kruchy, bańce mydlanej podobny kwiat. Nie szarpnęło jego nerwami jakieś zwierzęce, nieokiełzane pragnienie, ale równy uwielbieniu zachwyt i hołd, łaknący jak najczulszego wypowiedzenia się olśnionej duszy. Jednakże z biegiem uciekających chwil, to czysto platoniczne uczucie poczęło przeistaczać się w nim w coraz to większy i drapieżniejszy głód, wyotchłaniać stopniowo coraz silniejszą i namiętniejszą pożądliwość, że wprost zmagał się z sobą i gryzł zębami wargi, aby jak faun nie runąć w szale ku tej dorastającej Drjadzie. Wbił palce w ciało boleśnie i drżał febrycznie. Wzburzona krew uderzała mu do głowy, wichrząc gwałtownie biegnące filmy myśli, razem z rozsądkiem i trzeźwością. Ile mógł zdołać, wytężał wszystkie siły aby nie stracić wodzy pamięci i nie wpaść w ten magnetycznie oszałamiający wir. Lęk go ogarnął co się z nim dzieje i jakie zło go nawiedziło. Nie do zwalczenia było i nawskroś przeszywające, dając równocześnie jakąś dziką, bolesną i przejmującą rozkosz. Było zaciekłe i odurzające zarazem. Za chwilę wzmogło się jeszcze... Oto złotowłosa „Primavera“ zrzuciła z głowy kapelusz, następnie wypieszczone jej paluszki zatopiły się w jedwabnych puklach warkoczy. W jednej minucie rozplotła włosy i rozrzuciła je po ramionach skrzącą się w słońcu strugą. Uczyniła to spiesznie, nerwowo, w jakiemś rozkosznem rozdrażnieniu. — Ach!... — westchnęły niemal z sykiem drżące jej usta i naraz jakby w nagłej bojaźni, rozglądnęła się wokół. Nie zobaczyła nic, coby ją spłoszyć mogło i przerwać te słodkie niezrozumiałe dreszcze. Ksiądz Rafał słyszał ów szept namiętny, czując instynktem co się w jej ciele dzieje. Pomiędzy nim a tem dziewczęciem rozpięły się w powietrzu prądy jakichś fluidów, jakowaś sprzęgająca siła i wspólne omamienie. — Czy tu szaleństwo się wylęgło, czy grzech lubieży się wokoło? — jęknął w swej nieprzytomnej duszy. A „Primavera“, jakby się w słońcu spalić chciała, zsunęła do połowy ramion śnieżystą bluzkę, wznosząc ku niebu okoloną złotą kądzielą twarz, jakby w bezpamiętnym zachwycie. Oczy miała przymknięte, natomiast usta rozchylił jej gdzieś z wnętrza duszy idący, niedosłyszalny szept. Szept, co nie ima się warg, tylko przepływa przez nie, jak fala woni przez rośne płatki róży. Trwała tak długą, długą chwilę, pojąc się blaskiem promieni i niepojętą pieśnią marzenia. Jezuita Rafał wprost żarł ją wzrokiem. Jakaś świetlista mgła, niby ognisty opar, przysłaniała mu oczy i oślepiała myśli. Niewysłowiona w rozkoszy męka rozpiera arozpierała mu piersi, kneblując gardło. Patrzył jak w cud największy i w samo serce pokusy, graniczącej z obłędem ponęt. Nie przez swoją lubieżność i orgję powabu, ale przez czar swej rajskiej niewinności, przez swą dziewiczość nieskalaną. Mgła w jego oczach i mózgu gęstniała z każdą chwilą, czyniąc tęczowy pomost między jego i anielicy zachwytem. Z trudem pojmował, że biel jej ramion przewyższa śnieżność powiewnej markizetki, że złoto włosów zlało się z słońcem w jakąś magiczną symfonję i że ta postać zwalczyła urok wiosny. Wszystko wokół jakby przygasło nieco i ścichło w pięknie o kilka gam. Natomiast tu, wśród tej postaci, na jej gorącem ciele, zogniskowały się wszystkie kolory i cały przepych wiosennej krasy. I tu przez wychyloną z pąka kobiecość, przez jej nieujęte w słowa marzenne misterjum, dała przyroda najwyższy wyraz Pięknu... W tem osłupieniu przypomniała się nagle jezuicie „Wiosna“ Ludomira Rozdoła. Stanął mu w myśli ów rozszalały w barwach, namiętny obraz, symbolizujący rozkwitającą wiosną. Młody artysta zaklął na płótnie tę samą soczystość rozśpiewanych kolorów, tę samą powódź blasków i taką młodą dziewczęcą postać... I na obrazie nagie ramiona paliło słońce, i tam także w gorączce zakwitły usta, w ciele budziła się napół świadoma szału namiętność, łaknąca łaski kochania, miodnych upojeń i przerozkosznie rozmarzona. I tam tajemna siła prężyła pierśne jagody, odsłaniając tęskliwym myślom nowe, nieznane światy... — To ten sam obraz, to samo żywiołowe ocknienie... — szepnęły wargi księdza Rafała, podczas gdy oczy porównywały te dwa bliźniacze treścią obrazy. Jakżeż inaczej pojmował teraz tę przed miesiącem oglądaną w Salonie Sztuki „Wiosnę„!„Wiosnę“! Wówczas w Przeglądzie nazwał ten obraz nie wiosną, lecz przebudzeniem grzechu, nieletnią jawnogrzesznicą oddającą się zatrutej woni łąki i lubieżnemu słońcu. Zchłostał niemiłosiernie artystę, że zamiast piękna stworzył zgorszenie, poniżając majestat sztuki. NiaNie uznał nic w obrazie, wszystko potępił i zrównał z zbrodnią... Patrząc obecnie w ten żywy obraz uczuł, że zbłądził w swej surowości, oraz suchej doktrynie. Że życie ponad te wszystkie paragrafy jest potężniejsze, że jest jak rozpędzony strumień nie uznający brzegów ni stawideł. I czuł zarazem, że sprofanował ciężko dzieło artysty, miotając klątwą tam, gdzie natchnienie przyoblekło się w godowe szaty. Teraz zapoznał życie z strony przeciwnej, z prabytu biorącej swój początek. Poznał, że tego nikt nie zmieni, ni on, jezuita Rafał, ni cały zakon. Posunął się nawet tak daleko w swem nowem przekonaniu, już wprost do skrajnej analizy, że i korzenie swego zakonu uważał za organiczną całość z tem „przebudzeniem wiosny“ w wszechharmonji świata... Uznał je za ogniwo w bezkresnym łańcuchu stworzeń, bez którego teraz nie wyobrażał sobie życia wraz z jego nieogarnioną spoistością. Już nie grzech, nie lubieżność i zepsucie widział teraz w „Wiośnie“ z Salonu, ale mistrzowskie wypowiedzenie tego ogniwa podpatrzonego przez artystę. Może nawet z powodu ubóstwa ludzkich środków za blade w porównaniu z tem, czem jego oczy zachwycały się obecnie, lecz tu już tworzył pendzel nie człeka, ale Wszechmistrza. Olśniony jezuita filozofował po pogańsku i patrzył, zachłannie patrzył. A „Primavera“, jakby w upojnym transie, zdała się obnażać alabastrowe ramiona coraz niżej... i niżej... Wyglądała teraz niby Afrodis przeczuwająca pierwszą miłość i pierwsze pocałunki dająca — Słońcu... I jakby tchu jej już zabrakło w onej rozkoszy, jakby męka łaknienia odebrała jej świadomoźćświadomość i w sen wtrącała nieprzytomny — bowiem przegięła się jak łania, nawznak się kładąc na murawie. Ręce opadły jej na piersi, które, wychylone nieco z obsłonek, bratały się z blaskami słońca i szczerozłotą kaskadą włosów — — Zawirowało w oczach księdza Rafała, rozdrżałe usta wydały jakiś zachwytny okrzyk — — dosłyszał jeszcze przestraszony kobiecy głos — — lecz już nie widział spłoszonej z tęsknego śnienia „Primavery“, gdyż jak szaleniec spłoził się po konarach jabłoni do klasztornego ogrodu...

Jezuita Rafał rozwijał z papierów obraz... Tę grzeszną z Salonu Sztuki „Wiosnę“. On wróg jej i pogromca, co anatemę rzucał na jej lubieżne ciało, dziś przy drzwiach na klucz zamkniętych obnażał ją w swej celi i drżał ze szczęścia jakby skarb znalazł. Widziana dziś południem „Primavera“ zwyciężyła doreszty zawojowaną jego duszę, skłaniając go despotycznie do nabycia obrazu. I nie bacząc na cenę zakupił „Wiosnę“, wszak tak była podobną do tej za murem objawionej rusałki, tak była cudną i tak rozkoszną w miłosnem zachwyceniu. Musiał snać rozmiłować się jak żak w tej majowej panience, jeśli on, jezuita, zdecydował się na taki krok. Zakupił obraz nie poto, aby nie siał zgorszenia, lecz by go mieć u siebie jako odbicie tamtej, tej złotowłosej Wenus... I czuł się taki szczęśliw z posiadania onej kochanki, tak się nią cieszył bezgranicznie, jakby naprawdę była żywą boginią, od lat kochaną i wytęsknioną. Z niezwykłą ostrożnością, jakgdyby obraz był z pianki i mgły złotej, wydostał go z papierów, poczem, oparłszy o krawędź łóżka, odszedł ku oknu i ze strony światła spojrzał w tajemną brankę... Jakżeż w oczach zakochanego jezuity była ta „Wiosna“ teraz cudna i niewystępna... Ile miała w sobie boskiego dzieła i niewymownej słodyczy! Księdzu Rafałowi aż dech spierało z uwielbienia. Zapomniał, że jemu księdzu kochać nie wolno, że kala zakon i swą duchowną suknię i jak złoczyńca sprzeciwia się zaprzysiężonej regule... Stłumił w swej duszy bunt jezuicki, zdławił świadomość grzechu i świeckiem sercem wżerał się w obraz. Zresztą uznawał teraz tylko jedno „ludzkie“ uczucie, a stan obecny nie za występek, lecz boski nakaz — Po celi począł się ścielić leciuchny wieczorny zmierzch. Gęstniał z chwili na chwilę, wypłaszał dzienne światło, dopóki wreszcie jego samego nie zwalczyły częściowo miesięczne blaski. Przez długie chwile przemiany dnia w poświatny wieczór, ksiądz Rafał tonął w obrazie. Wprost jakby przywarł do niego rozkochanemi oczyma, sercem i duszą urzeczoną. Podziwiał go przy różnych skalach oświetlenia, jak w zmierzchu gasł stopniowo, to znów jak w księżycowem świetle ożył z wzmożoną namiętnością Kobieca postać z obrazu zdała się teraz prężyć w tęskliwem wyczekiwaniu pieszczot... Wszak był taki upojny, majowy wieczór, tyle się woni snuło z kwiatów i tak kusiły przemożne jakieś szepty... I w tej zacisznej celi stał przy niej człowiek w jej pięknie zakochany, pijany jej urodą, drżący, nieśmiały, a pragnący. I w taki tylko wieczór miłość spowiada się przed sobą i jedną boską chwilę przeżywa na wszystkie czasy — W taki wiosenny wieczór — — Ksiądz Rafał ruszył się wreszcie z miejsca i otwarł okno. Duszno mu było i jakoś bojaźliwie z tą sam na sam kobietą... Raz zlewał go rumieniec onieśmielenia, to zasie porywała żądza zawrotnych pieszczot i pocałunków. Już kilkakrotnie chciał przywrzeć do tej „Wiosny“ rozszalałemi usty, głodne ramiona już otwierał, jednakże zabrakło mu odwagi. Coś go płoniło i wstrzymywało w zapędzie. Jakby się lękał by jej nie spłoszyć i nie przebudzić z rozmarzenia. Ale ukryta gdzieś pokusa zwyciężała powoli. Wzmagał ją pewnie czar jaki wpływał przez okno, odurzając swoją narkozą — Ksiądz Rafał, jak pijany, wychylił twarz na świat, w wonny, balsamnie orzeźwiający ogród. Wyglądał teraz niby cudna srebrzysta baśń o szczęściu i miłości. Jakieś słodkie legendy rozprzęgły się po ukwiecionych gałęziach i mozaikowych grzędach. Cicha a tak wnikliwa ich kołysanka spływała z gwiaździstych niebios, ciemno-błękitnej przestrzeni nad ziemią rozpostartej, zewsząd się niosła i perliła. Tylko przedzierający się przez mur klasztorny przytłumiony zgiełk miasta mącił nieco ów nastrojowy urok. — Ach, świecie... świecie!... — jęknął ksiądz Rafał w jakiemś podnietnem rozdrażnieniu. — Czy ty prawdziwem jesteś szczęściem, czy chimerycznem omamieniem? Oczy jego nabrały dziwnie rzewnego blasku. — A choćby... — szepnął po chwili. — Błogosławiony bądź za tę... złudę! Myśl jego przeniosła się z gwieździstego bezkresu w cele współ-braci. — Odmawiają brewiarze — mówił do siebie w duchu — zamknięci w sobie, ślepi na one cuda... Jakże jesteście mali i krótkowzroczni, jednacy jak tryby koła... Aliści ten skryty fatalny bunt ogarniał go jakowymś lękiem. Od czasu jak go wiosna urzekła, szedł za nim niby wyrzut sumienia, towarzyszył mu przy ołtarzu i gdzie się ruszył, jakby zbrodni dokonał. Przycichał wprawdzie na jakiś czas, lecz nie zamierał. — To nic... zwyczajny ludzki nawyk — pokrzepił się bezwłocznie. — Wszak i odkrywca odczuwa taką tajemną bojaźń... I znów skierował wzrok na obraz. Coraz srebrzystsza i urodziwsza „Wiosna“ niemal gorzała cielesną upalnością. Oblicze jezuity aż się skrzywiło zmysłowym kurczem. — Kusicielko, pokuso, ty — — raju! Wszak ty tu pożar wzniecisz i z dymem puścisz klasztor! PowiecPowiedz, oszaleć z tobą? utracić zmysły? skonać na twojem łonie? — rzucał jak żagwie syczące słowa. — Zaczekaj... napij się jeszcze ze mną... Pobiegł ku szafie i dobył z wnętrza butelkę wina. Wlot przyrządził zaimprowizowaną zastawę i nie kieliszkiem, ale szklanicą przepił do swej kochanki. Wychylił ją do dna, poczem zasie napełnił. — Pij, herubinie i zapomnij, żeś w celi zakonnika... Dziś u mnie jedyne w życiu święto — — zapomnienia... Jeśli dożyję jutra — wyklną mię bracia i ty zginiesz na słocie... Nachyl-że usta, gdyż taka chwila żyje raz jeden... i nie powraca więcej... Czemu tak drżysz? Oczy zachodzą mgielnym oparem krwi — war od cię bije — — spłoniesz!... Nie ona jednak drżała, tylko puhar w ręku kochanka. Zbliżał brzeg jego ku jej ognistym wargom i tak czystym, jak rozkrajana wiśnia. — Pij, me kochanie, perełko moja jedyna... Nikt nas nie widzi... nikt nie zabrania... Długo, długo się droczył z jej uporem, ustami ust dotykał i rozplecionych włosów. Nie czuł martwoty płótna ani zapachu farb, lecz ciepłą wonność jej dziewiczego ciała. Opanowała go suggestja i całkowita nieświadomość rzeczywistości. Nie zrażony jej milczeniem przepijał dalej coraz to nową dozą złotego płynu, przyczem twarz jego nabierała wyrazu podnieconego fauna. W niedługim czasie wypróżnił trzy butelki i cały zasób pieszczących słówek. Przy czwartej odważył się na kuszące pochlebstwa i zaczepki. — Szatańsko pięknaś i powabna... Jaki mistrz toczył twoje ramiona w śnieżystym alabastrze? Kto twe piersi wypieścił, porozchylał zazdrośnie i wzdął ukropem ponęt? Kto twoje lico tęczami pastelował? Nic, to nie Ludomir Rozdoł, ale... sam Bóg!... O jakżeś słodka i czarująca! Ile rozkosznych ogni w twem gibkiem ciele, ile zapomnień bezpamiętnych!... Daj-że je w me uściski, zezwól, oszołom sobą... Wtul się w mój głód otchłanny, zatop w moje pragnienie i ugaś swemi nektary... Zbliżył się ku niej, matnię ramion nastawiał, żebrząc w gorączce o wzajemność. A ona, Wiosna, czarowała swoją ekstazą, lecz nie zstąpiła z obrazu. Chciała widocznie, by sam ją porwał i uniósł w skryty namiot... Coś go wstrzymało jeszcze — — Jak nieprzytomny stanął znowu przy oknie i głowę wparł o ramy. Cucił się nocnem powietrzem, chociaż i ono zdało się być opjumową mżenią. Oczy jego podniosły się leniwie z czubów jabłoni na dal głęboką, w świątynną nawę błękitnej nocy. Nie pojmował skąd ten błękitny oman siał się i spływał i jaki cud rozwiesił go nad ziemią. Przez pierwsze takie noce mózg jego filozofował, przez drugie marzył i modlił się przyrodzie, a teraz zlał się z owym wiosennym darem płynąc, jako i on w krańce przeznaczeń... Gubił się duszą w czarownej nocy bezwolny i zwyciężony, niemowlęcy. Nie mógł ogarnąć duszą kędy granica tej słodkiej nocy, a gdzie początek. Zewsząd płynęły pienia bez nazwy i pojęcia, zewsząd jakieś miraże wznosiły się od ziemi i szły słodyczne szepty — — Jezuita Rafał już nie miał siły, aby być widzem. Już go odbiegła możność zniesienia duru nocy, który, niby majestat przeogromny, zdawał się morzem wpływać do jego celi... Ocknął się oniemiały i jakby ku obronie podniósł ramiona. Ale zwycięskie fale parły go wstecz, krok w krok, aż natknął się na obraz. Nogi ugięły mu się w kolanach i sił oporu nie starczyło. Upadł na klęczki. — Weźmijcie mię, szaleńcze fale, ale z nią razem!... — jęknął żarliwie, porywając ku sobie obraz. Usunął się na podłogę z bezbronną i uśmiechniętą „Wiosną“, szepcąc w malignie jakieś zrywane słowa — —

Kiedy o późnym ranku zbudzona brać klasztorna, nie mogąc się dowołać księdza Rafała, silą rozparła drzwi, zastała go leżącego na podłodze z twarzą na piersiach bezbożnego obrazu. Chory coś gorączkował mając ściśnięte pięście, jakby skarb trzymał.

Comments

Loading comments…