Wieczorny zmierzch rozsiewał się nad światem. Upalność lipcowego dnia stopniała nieco po zachodzie, choć cień idącej nocy nie niósł balsamicznego chłodu. Nawet perlista rosa nie padła cudownem mżeniem deszczu na wypalone skwarem drzewa i trawy, sucho było i jakoś dziwnie dusznie pod jakby obniżoną ku ziemi oponą niebios. Doznawało się wrażenia, że dzień trwa dalej znojny, gorący, a tylko cień ogromny odgrodził słońce i wstrzymał jego oślepiającą siejbę blasków. Parna, spaloną wonią dysząca noc rozpościerała ciemno-błękitne skrzydła. W naturze była gniotąca cisza, zmęczona i tak głęboka, jak przed niechybną burzą. Ale nieba na horyzontach nie skaziła najmniejsza chmurka, całe wzdymało się przejrzyście, jak nieskalana tkanina nacętkowana opalowem mrowiem iskrzących gwiazd. Ametystowe barwy wieczoru rozpierzchły się i znikły, wsączyły się w mgielne błękity, jak dym w tonie powietrza. A noc w znużeniu roztuliła swe wiewne szaty, zniżała się nad ziemią, skąpa w rośne atomy, sama strudzona i pragnąca, niby królewna, której miłosne żary rozpaliły usta, wtrącając w słodyczną niemoc omdlenia. Zdawało się, że gdyby teraz jaka wędrowna chmura opuściła rzęsisty deszcz, tak wszechstworzenie ziemi porwałby szał przerozkosznej kąpieli i wszelka nagość jęłaby tarzać się radośnie w chłodnych strumieniach wody. Nie był to głód długotrwałej posuchy, ale tęsknota dwóch dni ostatnich w których prażyło nielitościwie słońce, nocom wykradłszy rosę, by nie podźwigła z upalnego omdlenia schylonych kwiatów i obwiśniętych liści. Widać, rozkochane w przyrodzie słońce chciało napoić się widokiem zmęczonęjzmęczonej pieszczotami kochanki, nacieszyć się jej ciałem snem upowitem, w którym pijana dusza przeżywa po raz wtóry zachwytną miłość i echo nektarnych pocałunków — — W altance zdanowickiego dworku też być musiała ta ciężka, wonna parność co i nad całem światem. I tam w półmroku pod festonami dzikiego wina za duszno było Jakliczównie, i tam ją również naszedł ów pełen dreszczów szept, wołanie jakieś bliskie, a utajone, jakby te tajemnicze usta były tuż ponad jej główką, w bujnych włosach ukryte, to przyczajone do ramion, takie natrętne i nużące, a jednak słodkie usta. Od kilku dni już chodził za nią, niby uparty cień, ów niepojęty szept, wnikał w myśli i duszę, coś zbudzał, dźwigał i brał za rękę, jak matka ucząca dziecko pierwszego kroku, rozwidniał okrąg spojrzenia, coraz to nowe ukazując ścieżyny i mówił pieszczotliwie, mówił... mówił... Niekiedy, gdy myśl zajrzała w jakąś kryjówkę, chwytał jej ciało dreszcz, rozkoszny wprawdzie, lecz i dziwnie bolesny. Jakowyś lęk przebiegał jej żyłami razem z wartkim potokiem wiośnianej krwi, brał serce w niespokojne uściski, dech więził w piersiach, zaś przed oczyma przesuwał krocie cudnych obrazów, nie w całej pełni, ale w urywkach, jak strzępy kolorowych filmów, lub garście kwietnych płatków rzucane przed źrenice rozradowaną dłonią. Pierwszy raz w życiu coś ją tak władnie ogarnęło. Przyszło nagle i niespodzianie, najprzód jak krótki błysk w urszulańskiem liceum, w ostatni wieczór przed wyjazdem na wakacje i znów onegdaj. Aliści teraz nie jak błysk, ale jak tęcza, przyszły te szepty jak pieśń bez końca i wytchnienia i iść poczęły za nią wszędzie, nie dając miejsca odpoczynku wabiąc gdzieś w pola i ogrody, rodząc tęsknoty niepojęte i zamęczając snem pełnym przywidzeń i grzesznie obnażonych obrazów. Znane i zasłyszane przez urszulańskie okno melodje splatały się jej w głowie w szum bezustanny, w jakiś muzyczny chaos, zmuszając do powtarzania w duchu a nawet śpiewu różnych urywków arji. Były chwile, że ten przedziwny stan napawał ją poważnym lękiem, to znów rozwiewał się jak mgła, a wtedy odczuwała ptaszęcą lekkość, cudowne skrzydła u ramion i chęć podsłonecznego lotu, tańca wśród kwiatów i żądzę pieszczot róż, szaloną, dlatego właśnie, że mogą ukłóć do krwi, której nadmiar czuła dotkliwie w rozpulsowanem ciele. Ta niezrozumiała rozterka nauczyła ją pierwszych strof marzeń. Nigdy jeszcze nie odczuwała potrzeby samotności, jak teraz od tych dni kilku. Przez dzień błąkała się po ogrodzie, pieściła kwiaty, to w przystępie nagłego spazmu radości targała je na cząstki, kąsała perłowemi ząbkami i uciekała w pola pokryte lasem zboża, kłójąc się po miedzach ostami w jakiejś niepohamowanej pasji. Utrudzona gonitwą zaszywała się znowu w wysokie gąszcze żyta i wczytywała się w powieść, wypożyczoną z niezwykłą ostrożnością i w tajemnicy od przyjaciółki z sąsiedztwa. Serce pukało jej gwałtownie i pulsy biły na skroniach w obliczu tej zakazanej książki. Z zapartym tchem czytała o miłości i pocałunkach, płoniąc się cała i drżąc cała jak w febrze,febrze. O czem mówiono przed nią w szeptach i na uboczu, to głosem wielkim wołało z kart powieści i rozniecało dreszcze. Nowe światy poczęły się wyłaniać z mroku jej myśli, stawać się coraz bliższe i przyjaźniejsze, kuszące jak zakazany owoc, to znów spowite jakimś oparem trwogi. Jednak wchłaniała się w szepcące karty książki, trzymana na uwięzi jej beztajemną mową i magnetycznym czarem. A serce biło jej coraz gwałtowniej i coraz szybciej jęły pracować piersi i krew okrążać żyły. Nie pojmowała wiele rzeczy, gubiąc się w nieznanych dla dladla niej labiryntach. Niekiedy coś jej szeptało ponad uchem, że popełnia śmiertelny grzech przez to czytanie. Takie tam wszystko było niezwykłe i nie do wiary i bezwstydliwe... Jakżeż ta młoda panna mogła zezwolić, aby mężczyzna całował ją po ustach, oczach i szyji, a nawet w... piersi! Czemu od niego nie uciekła, ale drżała w jego objęciu i sama usta podawała? Dlaczego? Tysiące podobnych pytań wirowało jej po rozpalonej głowie, szukając odpowiedzi. Umysł szesnastoletniego dziewczęcia silił się nad rozwiązaniem wielu zagadek, gubił się w różnych domysłach, wtapiając się uporczywie w tę legendową z opowiadań książkę. Dopiero ubiegłej nocy przed świtaniem skończyła jej czytanie, cała zalana rzęsistemi łzami. Powieść pełna początkowo słońca i wiosny, tajemniczych schadzek i pocałunków, skończyła się tragicznie. Jakliczówna nie spała już do rana. Tysiące słów i zwierzeń, jakich nie znała, a które trwożnie dawały się niekiedy przeczuwać w chaotycznem przyćmieniu — teraz runęły nań jak snop ostrych promieni i oślepiły sobą. I stało się w chwili, kiedy w dziewiczem jej serduszku dziwna czyniła się przemiana i napływały w ciało niepokojące moce. To podsyciło budzącą się kobiecość, roztaczając przed wyobraźnią coraz większe przestrzenie pełne stubarwnych zorzy i bezimiennych wizji. Zmęczona, już nieomal w malignie goniła po tych zorzach i rozpostartych światach, wśród nieuchwytnych czarów i szeptów, uznojona niby w gorączce, doprowadzona do rozpaczy nieustającym kołowrotem myśli, aż wreszcie, kiedy już ranne słońce wtoczyło się kaskadą blasków na zburzoną pościel jej łóżka, wtedy znużona imaginacją, nie wiedzieć jak, pod czyjem tchnieniem wysnuła z złotych promieni jasnowłosą postać młodzieńca, o jasnych skrzydłach, pięknego jak cherubin o wielkich, modrych oczach, znanego jej z obrazka i kochanego skrycie miłością dziecka do błyszczącej zabawki. I ów cudowny młodzian płynął ku niej strugą słonecznej jaśni, aż cały w złocie stanął u jej węzgłowia... Widziała jeszcze jak się pochylał nad nią, odczuwała coraz bliższe zapachy jego różanych ust i dreszcz ją przeszedł na myśl, że on jej niesie pocałunek... Czuła, że ją płomień oblewa i lęk wstrzymuje oddech, chciała odwrócić usta, lecz sił jej brakło. Coś stanęło przeszkodą w tej ucieczce — czy te cudowne oczy, czy jego skrzydła jasne, czy ten rozkoszny lęk — nie pojmowała. Trwała w tem płochem oczekiwaniu, wciąż do ucieczki skora, jak kilkudniowa sarenka. I naraz musnęły ją po twarzy jego kędziory, jakiś dech ciepły, prawie gorący i uczuła na swoich ustach jego słodkie, różane usta... Drgnęła, przeszyta jakimś rozkosznym prądem, chciała coś krzyknąć — lecz wziął ją bezład wielki, zachwytny, czarodziejski — Otoczyły ją złote skrzydła i w pocałunku tym zasnęła — — — Słońce było wysoko, kiedy zbudziła ją służąca. Leżała jeszcze długą chwilę, bezwładna i otoczona nimbem rajskiego snu, z przedziwnie miłem uczuciem w piersiach i smutna, że ta urocza złuda pierzchła. Cały dzień chodziła jak pijana, patrząc w pożarne słońce, ale młodziana nie znalazła w jego promieniach, tylko gdzieś w głębi duszy, w najskrytszej komórce serca odszukała przejasną jego postać i oczy modre w oprawie jedwabistych kędziorów — Poza ustami książki mówiły teraz do niej tęczowe usta snu i jego niewymowna rozkosz. Fala za falą uderzały w nią myśli przyjazne i zrozumiałe, to znów pierzchliwe i nieuchwytne, jak motyle. W sadzie było jej ciasno, źle, wszystko bawiło krótką chwilkę, bo wciąż te szepty... Kto chodził za nią, czyje usta trudziły ją bezustannie, co zbuntowało jej myśli pełne dotąd spokoju? Szukała przyczyn i nie znalazła. Nie zawiniła nawet książka, gdyż jeszcze kiedyś naszła ją ta niespokojna zawieja. Była chwila, że płacz ją wzbierał — nie z bólu i nie z trwogi, ale z niemocy zrozumienia tego słodkiego knebla, co uwiązł jej gdzieś w krtani głęboko i łechtająco dotykał się wciąż serca. Pewną ulgę dawało jej namiętne całowanie kwiatów, szczególnie róż. Z dziką lubością przyglądała się kropelkom krwi na dłoniach, które powodowały kolce. Były bordowe i gorące, jak i te róże powiędłe w słońcu. Oszołomiona wonią uciekała z ogrodu drżąca z bojaźni, że jej ta siła niewidoma rozsadzi piersi, lub mózg zamroczy szałem. Tak przepędziła dzień niemal w ogrodzie, unikając spojrzenia matki i zbytniej troskliwości — — czemu ma takie gorączkowe wypieki... Uspokoiła matkę, że jest zupełnie zdrowa, a tylko słońce tak nieznośne. Po wieczerzy wymknęła się ze swego pokoiku do ogrodowej altany. Pragnęła chłodu i rosy, by móc ostudzić piekące skronie i pić ją z kwiatów głodnemi wargi. Niestety nie przyniósł wieczór ożywczej rosy, był parny jak i dzień, tylko zamiast pożogi blasków zawisł nad światem zmierzchliwy błękit. Wodziła dłonią po trawach i gałązkach jaśminu, coś niecoś tylko były zwilżone, ale nie rośne i nie chłodne za czem po pierwszy raz tęskniła. Idąca noc, zamiast ukołysania myśli ogarnęła ją jeszcze gęściejszą siecią marzeń. Wszystko do niej mówiło, zwierzało jej tajne zakątki czaru i piękna, i nauczyło tęsknić do podsłonecznych krain, skąd przyszedł do niej młody, złotoskrzydły cherubin z słodycznym pocałunkiem. Tak te tęsknoty były wielkie i poszept nocy tak odurzał, że wprost uczuła fizyczny ból w głowie i piersiach. Już znieść nie mogła omdlałego powietrza i ciężkiej woni powiędłych kwiatów. I oto wyszła z altany podobna pliszce wypłoszonej, cała w nienaturalnych rumieńcach, nerwowa i cierpiąca. — Ach, co się dzieje ze mną, Boże! — jęknęła spazmatycznym szeptem. — Duszę się, duszę! Stała chwilę niezdecydowana, patrząc to w niebo, to w cichy ogród pełen zmierzchliwych legend. Gdzieś tam w półmrocznej głębi drzew, niby w świątyni nocnej bogini, mlaskał cudownie słowik natchnione trele. Głęboka cisza zdała się martwieć w zasłuchaniu i w najwznioślejszej ekstazie. A pieśń się wiła poprzez cienie, słodka, przewładna. Jakliczówna nakryła nagle sprężone piersi dłońmi, jakby dech chwycić chciała. — Naprawdę, to jakiś czar śmiertelny, zabijający! — szepnęła trwożnie. — To nie jest zwykła noc, to coś — jak czad!... I pędem pobiegła ku domowi. Znalazłszy się w swym skromnym buduarku, zapaliła rozdrżałą ręką lampę, poczem leniwie jęła rozplatać włosy. Coraz dotkliwiej odczuwała ból w pąkach piersi, jakby ta siła nocy zraniła je niewidzialnym lancetem. A może... Zgorączkowana fantazja podjęła szybko przypuszczenie. Ból był nieznośny i szczypiący, jakby krew ciekła z rany. Za chwilę stała obnażona jak do kąpieli i z sercem żywo bijącem spuściła oczy na dwa dziewczęce pierśne wzgórki. Wstyd ją oblewał i palił jak płomieniem, jednak patrzyła, szukając domniemanych ran. Nie było śladu krwi, widać rana musiała być wewnętrzną, bowiem za silniejszem naciśnięciem piersi odczuwała jeszcze dotkliwszą boleść. Na myśl, że to jakaś utajona choroba, przeszedł ją zimny dreszcz. Gładziła dłońmi swe aksamitne ciało, wyszukując istotne miejsce bólu. Lecz nie znalazła — ból gnieździł się w jej całych, silnie nabrzmiałych pąkach. — Boże, ja nie przetrzymam tego! — żaliła się przez łzy. — Takie to dziwnie bolesne, gorsze od rany... Już na myśl grzechu podniosła rękę po koszulkę, lecz naraz ją wstrzymała. Był to przelotny moment, w którym objęła wzrokiem całą swą nagość. Zapomniała chwilowo o grzechu i cierpieniu, i w ponsach cudownego zawstydzenia poczęła się przyglądać swojej postaci. Pierwszy raz w życiu zwróciła uwagę na całą swoją nagość i ten wstydliwy zachwyt sprawił jej dziwne polotną rozkosz. Miała wrażenie, że jest z eteru i może unieść się w powietrze, jak ptak na skrzydłach. W tej niespokojnej adoracji skoczyła zwinnie poprzed lustro, by się móc widzieć całą, wyprostowaną, taką — jak posążek bogini na tatusiowem biurku. I usta rozchyliły się w zachwycie. — PrzcieżPrzecież ja jestem piękna i... dorosła!... — wyrwało jej się z warg nabiegłych krwią szkarłatną. Patrzyła w siebie i jednocześnie uczuła gwałtowną miłość ku sobie samej. Olśnione oczy wpiły się w alabastrową postać odbitą w lustrze i tak cudowną, jak pąk lilji mający dziś rozkitnąćrozkwitnąć... Wstrzymała oddech, nie słysząc nawet głośnego stuku serca w wezbranej radością piersi. Po chwilce podniosła lewe ramię ponad w bok pochyloną główkę, zaś z prawej ręki uczyniła wstydliwą figową zasłonę... Były to ruchy tak finezyjne i wytworne, jak okiem arcymistrza wyuczone. Różowy błysk nagości młodego gibkiego ciała zdał się unieśmiertelniać w kryształowej tafli zwierciadła. Wyglądała teraz jak tanagryjska tancerka studjująca taneczny poemat ciała. Ciemno-blond włosy rozlewały się błyszczącą kaskadą po jej śnieżnych rozkwitających dopiero ramionach, zdradzając dorastające piękno greckiej bogini. Wdzięk wionął od niej hasyszowy i tak śnieżuchny, jak z ust ockniętej wiosny. Takie widzenia miewał chyba Paxyteles, gdy rzeźbił swe nieśmiertelne boginie. Naraz niedościgniona modelka, jakby pozująca czarującemu snowi, obróciła się profilem do zwierciadła, zlekka się przeginając. Pragnęła widocznie upić się sobą ze wszystkich stron — wszak rozkochała się w sobie... Teraz dopiero zobaczyła, że ma ślicznie skrojony tors i piersi naprawdę klasycznie osadzone, jak jej zazdrośnie mówiły koleżanki podczas figlarnych nocy w pensjonacie. Najbardziej zachwycały ją linje nóg i bioder, co kiedyś podziwiała na posążku. Nigdy nie czuła, by jej tak pachło ciało, jak dzisiaj właśnie. Zdało się być nardem natarte i rozpalone jakimś przesłodkim ogniem. Drżała nie z zimna, lecz z niewymownej rozkoszy i gwałtem hamowanego zawstydzenia. — Gdyby tak teraz — coś jej szepnęło w duchu — wpłynął przez okno ten... ten słoneczny młodzieniec?... Co byś, co byś zrobiła? Rozkrzyżował nagle ramiona i wraz zakryła oczy dłońmi. — Ach, czy ja wiem!... Spaliłabym się ze wstydu i... i uciekła... Lecz znów przez palce spojrzała w lustro i w stronę okna, czy on tu przypadkowo nie zagląda. — No, a gdyby nawet... Wszak jesteś piękna! — szepnęła jej kobiecość rodząca się przemożnie. Tęskniła za młodzianem, jednak wolała, że go tu teraz niema. I rozchyliła stopy, wznosząc z gracją prawą nogę ku górze, jakby do tańca. Aliści zanim uczyniła właściwy ruch i obróciła się na palcach, zaśmiała się nie wiedzieć z czego i w tym niezdecydowanym geście spojrzała zasie w lustro... Jeszcze, jeszcze rzuciła ognie źrenic na swoje usta uśmiechnięte, na wzdęte piersi, łono — i błyskawicznie, nowym kaprysem, czy wstydem podniecona, przymknęła oczy i z rozkrzyżowanemi ramiony — zatoczyła na miejscu szaleńcze koło piruetu. Trwało to mgnienie oka, jak czar rozpryśniętej rakiety. — Jaka ja głupia — — dziecinna! — wymknęło się jej z ust i jednym skokiem znalazła się na łóżku. Prędko, jakby w ucieczce, schowała się pod kołdrę, nakrywając się wraz z głową. Leżała tak przez chwilkę ukryta i dysząca, łowiąc spłoszone myśli. Lecz nim zdołała je cośkolwiek uszeregować, uczuła nagle gwałtowną żądzę tańca, lub choćby wreszcie jakiejś gonitwy oszalałej. Ciało paliło ją jak ogień i ciągłe dreszcze nie dawały spokoju. Pragnęła czegoś, na co nie miała nazwy i wyraźnego określenia, a co by było odurzające, mocne i dzikie. Niechby do krwi kąsało, niechby dławiło ciało w uścisku, lecz niechby było drapieżne, brutalne i... Nie wiedziała jak to już nazwać. Czuła, że to zesłałoby jej ulgę i dało ciału uciszenie. Głód ją zamęczał niepojęty, wszczepiony w całe ciało i wprost przerażający swoją istotą tajemniczą. Wychyliła twarz z pod kołdry czerwoną i rozpaloną. Oczy szukały czegoś po suficie i spoglądnęły w okno z ukrytem drżeniem. Postać młodziana z jasnemi kędziorami przeistaczała się z wizji w coraz to plastyczniejszy obraz i coraz bardziej upragniony. Jednak za oknem była pustka i noc omdlała z suszy. Wtopiła twarz w poduszkę, gryząc ząbkami wargi niemal do krwi. Ciężarem ciała zgniatała piersi do pościeli, ażeby wreszcie ten ból piekący zdławić. — Nie, już nie mam siły... nie wytrzymam! — jęknęła prawie że rozpacznie. — Ja się zapalę chyba i spłonę — — spłonę!... Coś myśl jej widać podszepnęła, bo niespodzianie wyskoczyła na dywan i jęła spiesznie się ubierać. — Pójdę się kąpać — — nie ścierpię tego dalej! Za kilka chwil, cicho jak kotka, wysunęła się z sypialni, potem z tą samą ostrożnością minęła korytarzyk i otworzyła drzwi na ganek. Widno było niemal jak w dzień od będącego w pełni księżyca. Tylko tuż ponad ziemią wisiał w powietrzu ledwie widomy błękit, przechodząc w ciemniejsze tony pod powałami drzew, przez które przesiewały się gdzie niegdzie misterne miesięczne blaski, podobne ze swoją wiewnością do flandryjskich koronek. Jakliczówna pobiegła wprost nad staw, znajdujący się w obrębie ogrodu. Kiedyindziej czułaby pewnie lęk przed tą wycieczką o zapóźnionej porze, dziś nawet nie pomyślała o tem. Żar piekł jej ciało i męt jakowyś otulał myśli napół pijanem rozdrażnieniem! Dobiegła już do miejsca stałej kąpieli i przystanęła nagle. Zdawało jej się, że ktoś wpadł prędko w gąszcze krzewów. Dostrzegła nawet rozkołysane lekko gałęzie. Stała przez chwilkę wpatrzona uważnie w podejrzane miejsce, lecz już gałązka nie zadrżała i szmer nie doszedł żaden. — Widocznie nocny ptak... spłoszył się... — pomyślała. Wrócił jej zupełny spokój, a nawet radość — że wśród tej głębokiej ciszy jest w jej pobliżu dyskretny ptak, że nie jest samą. Nim Jakliczówna poczęła się rozbierać, rzuciła rozmarzone oczy na osrebrzony staw, tak cudny, jak jeszcze nigdy się jej zdawał. Okolony drzewami wyglądał teraz jakby z baśni, cichy, zaśnięty, w poświacie melancholijnych blasków. — Jakżeś ty teraz śliczny mój stawie! Jak najpiękniejszy obrazek, jak złoty sen — szepnęła zachwycona. Wmig pozrzucała z siebie szaty i zajaśniała na brzegu naga, piękna jak nimfa, wprost wywołana z natchnionej boecklinowskiej fantazji. Stała tak moment, nie wiedząc jaki bajeczny obraz tworzy i że sam miesiąc zazdrości jej śnieżnego alabastru. Cisza upalnej nocy zdała się westchnąć z zachwycenia na widok tej legendowej zjawy i klęknąć przed nią, jak przed Drjadą. Za chwilkę ozwał się cichy plusk — nimfa wskoczyła w wodę. Od brzegu stawu poczęły płynąć srebrne kręgi — — A ktoś tam, ukryty w gąszczach, plózł się na raczkach ku brzegowi, w półtrwodze, z rozczochraną czupryną i sercem walącem niby młotem... — O Jezu, panienka to, cy boginka? Mówił ekonom, że takie są i w lesie i we wodzie... Cy by tez ona, taka naguśka... Zatamował oddech, co rwał mu się ku ustom prawie że krzykiem. I on, pastuch zdanowickiego dworku, też nie mógł zasnąć na żaden sposób w tę noc zaklętą... I jego coś w sad powiodło, nie tyle obowiązek pilnowania owoców, ile jakowyś dur... Strach zdjął go wielki, gdy zoczył białą postać biegnącą wprost na niego. Poznał — nie poznał kto tym „duchem“, ale i nie dowierzał sobie. Ukrył się w krzakach strwożony rozszeptaną wyobraźnią, czekając bez oddechu co teraz będzie... I oto, ona — nie ona? — wypatrywał osłupiałemi oczyma. — Gwałtu! Dyć to nasa panienka, nie Dianka — poznał ją wreszcie. I dygotał gwałtownie, podnosił głowę coraz wyżej i rozum tracił oślepiony... Zdawało się, że mu oczy z orbit wystrzelą, lub się udusi onem szczęściem — Syrena kąpała się dość długo, dopóki widocznie woda nie przygasiła jej pożaru. Gdy wyskoczyła na brzeg, lśniła w miesięcznym blasku jak marmurowy posąg. Pastuchowi zamarło życie w gardle. Nie wyobrażał sobie tak wielkiej cudowności nad tę, w którą się teraz wchłaniał. Przestał oddechać, myśleć i tylko pragnął, aby ta chwila trwała przez wieki, do końca świata. I on żeby tu siedział w krzakach... Lecz jak naprzekór jego pragnieniu, „jasna panienka“ owinęła się w prześcieradło i jęła się osuszać. Utajony wielbiciel omal nie jęknął rozpaczliwie, że — czar ten pryśnie niezadługo. Wyglądała teraz w jego pojęciu jak biały duch, ale niechby choć tak spowita pozostała jeszcze kilka pacierzy... I jeszcze, raz jeszcze zobaczył ją „naguśką“, aż mu z wrażenia zgęsiało ciało i krople potu wystąpiły raptownie na czoło i na skronie. Panienka tymczasem wdziała koszulę i okrywała się w szaty, których on nazwać już nie umiał. Mimoto jednak już ją miłował do szaleństwa, do ostatecznych granic, bardziej jak świętą. Szczęście bezkresne i huraganny szloch wyły w nim razem, a przecież wstrzymał się od okrzyku, łapiąc powietrze jak mógł najciszej. — O Jezu, jakiś ty dobry, żeś me tu przywiód! — dziękował Bogu w niewinnej swej prostocie. I cały świat wydał mu się teraz jak niebo, zgrzebna koszula tak miękka, jak i ta jej bieluśka, a ogromna słoneczność rozlała mu się w piersiach. Nigdy nie czuł się tak szczęśliwy i taki pełen niewymownej błogości, jak właśnie na tem cudownem miejscu — — Ta nocna kąpiel orzeźwiła wprawdzie Jakliczównę, lecz nie wyssała z niej istoty pragnień. Czuła się żywszą, jeszcze bardziej lotniejszą i odświeżoną w myślach. Teraz upalna noc podziałała nań z wzmożoną siłą i gdzie spojrzała jeno — nasuwała jej przed oczy skrzydlatego młodziana o oczach jak dwa chabry i pałających ustach. Już ją wstydliwość gdzieś odbiegła i myśl o grzechu, pragnęła teraz całem swojem urzeczonem jestestwem jego pożarnych warg i gradu pocałunków tak, jak w powieści, tak jak tam było. I czuła pewność, że miast się bronić — sama w objęcia by mu wpadła i całowała po kędziorach, po oczach, ustach — wszędzie. — Przyjdź... przyjdź! — szepnęła, wyciągając ramiona ku niebiosom — kocham cię — — kocham!... Brutalne szczeknięcie psa przed dworkiem skaziło czar jej miłosnej modlitwy. Oprzytomniała. Poznała, że to jej Nel zaszczekał. Zagwizdała na niego swoim zwyczajem i schyliła się leniwie po prześcieradło. Nie ubiegła minuta, a Nel był przy niej zdyszany, ucieszony. Nim miała czasczasu poklepać go po karku, pies warknął groźnie i wpadł w zarośla. — Nel tu! do nogi! Posłuszne psisko usłuchało rozkazu, lecz zawróciło zasie, podszczekując radośnie. Nie ulegało wątpliwości, że pies coś znalazł. SmiałaŚmiała przy Nelu Jakliczówna zajrzała w gąszcze. Wzdrygnęła się, lecz nie cofnęła z miejsca. Na ziemi leżał człowiek twarzą do ziemi, jakby się pragnął w nią zakopaćzakopać. — Kto tu? — spytała nieco drżąco, ale odważnie, pies bowiem nie ujadał. — Pytam się, kto tu? — podniosła silniej ton głosu. — To ja — odstęknął za chwilkę trwożliwy głos. Nel ucieszony tarmosił go za poły. — Co za ja? nie poznaję! Znów głos się ozwał dygocący. — Wawrzek... Poznała już pastucha i jednocześnie zaszumiało jej coś w głowie. — Wawrzek!? Co ty tu robisz, tu... tu? — złość ją porwała prawie z płaczem. — Podpatrywałeś, co? Bezczelny! Wychodź mi zaraz, ja się tu z tobą rozmówię, bękarcie jakiś! Chwyciła za kołnierz delikwenta i wyciągnęła z krzaków. Rozczochrana Wawrzkowa czupryna zjeżyła się jeszcze bardziej. Zagasły mu nagle w oczach niebiańskie światy i błogość z piersi rozwiała się docna. Urocze jego bóstwo stanęło teraz przed nim w groźnej postawie, no a co dalej będzie — bał się pomyśleć i nie miał na to czasuczasu. — Powiedz, podpatrywałeś, co? ty błaźnie, ty — — ty! no mów! Czemu nie mówisz? I jak ty śmiałeś, ośle skończony!? Słuchaj, dawno tu jesteś? Przyznaj się, bo ci uszy ukręcę! — groziła, choć pastuch wzrostem jej dosięgał. Przeczuwane nieszczęście otwarło Wawrzkowi usta. — A może pacierz... — Pacierz? I widziałeś jak się kąpałam? Nie umiał skłamać, lub nie mógł w tej nagłości. — Widziałek od pocątku... Jakliczównę jakby biczem uderzył. Słowa uwięzły jej w przerażonym gardziołku. Okrutna prawda Wawrzka zbiła ją z tropu i pomieszała myśli. — Kłamiesz! — krzyknęła, niedowierzając. Lecz Wawrzek już runął jej do stóp i obejmował nogi w przeprosinach. — Rety, panienko droga, nie gniewajcie sie... Jam tu jus beł od pierwy... pierwy nimeście przysła... Pilnowałek na sadzie i tak me coś wodziło... to tam... to tu... ze ani rady... — A tu pocoś się schował? — Myślałek, ze to boginka... ze wodna panna... i chciałek zbliska ją uwidzieć... Karbowy pedał, ze są takowe, ze on sam widział... — Pleciesz i łganiem się wykręcasz! — rzuciła słabszym w srogości tonem. — Na Boga mego, nie cyganię... — Wstawaj, bałwanie, i nie rycz! — rozkazała. Wawrzek dźwignął się z klęczek. — Ale później poznałeś mię, co? mów! — Późni poznałek... Znów ją zawiała silniejsza fala gniewu. — A czemuś precz nie poszedł, ty bezwstydniku jeden? Czemu? — Urzekło me i przywiązało do ziemi... Nie było wtedy rady i zatraciłek rozum... Rety! wyście taka jak z nieba, tajak z obrazka — nie mogłek sie napatrzeć... Ta nie do wiary naiwność poczęła rozbrajać Jakliczównę. Śmiać jej się chciało, wytargać go za uszy, a wkońcu przebaczyć mu bezczelność. Miły był chłopak i usłużny, szczególnie dla niej. Płakał z radości, gdy zjechała na wakacje i tego jeszcze dnia przyniósł jej pełne naręcze polnych bławatów. Wyrastali razem od dzieci, tylko ona we dworku, a on w czworakach i jedną ssali pierś, dziedziczka bowiem nie karmiła. Łączyło ich więc poniewolnie takie cienkie, słabe włókienko... — Wawrzku, czemu ty jesteś taki nie dobry? Wiesz ty, że tak podglądać — to grzech śmiertelny? Nasamprzód ucałował jej ręce, a potem szepnął: — Darujcie jus... Ja bych za wami w ogień skocył... Zaśmiała się wesoło. — Kochasz się może we mnie, co? — Śnicie mi się po nocach taka maluśka, z dawna... — Ee, głupi jesteś! Ja ci się pytam, czy ty się we mnie kochasz? Wawrzek otwarł oczy szeroko. Nie rozumiał. Na jego sposób miłość pisała się inaczej. Nie pytała go już nadal, gdyż inna myśl strzeliła jej do głowy, wprost ekscentryczna. — Nie rób takiej baraniej miny i słuchaj co ci powiem: wybaczam ci po pierwszy raz i ostatni, ale zato musisz mię zanieść aż pod ganek... Przygodny faun nie dowierzał. — Nie chcesz, czy niemasz na tyle siły? — Kce! — odrzekł natychmiast i zabrał się do dzieła. Ujął ją w ręce powyżej kolan i dźwignął z ziemi. Sprostał zadaniu, gdyż krzepkość jego wzmocniła się w dwójnasób. Jak drugi Atlas, dźwigał cały swój świat i wszystkie nocne majaczenia. Niósł ją jak kwiat pachnący i delikatny. Jakliczówna oburącz trzymała go za szyję, wyczuwając ramieniem jego naprężone siły. Miło jej było w tem uścisku i za gorąco. — Czemu on nie jest tym cherubem, tylko pastuchem? — rzuciła w duchu zapytanie. — Czemu? — i oczy zasłoniła jej jakaś słodka mgła. Wawrzek słapał rycersko, strofując po drodze Nela, który zawadzał mu swą psią radością i podskokami. — Dosyć już, stanij. Widzę, żeś silny i żebyś doniósł mię do ganku — wstrzymała go w połowie drogi. — Jesce bych dalej niesł, choć by na koniec świata... — Gentleman z ciebie, Wawrzku — pochwaliła jego gotowość, wolno mu się po piersi zesuwając na ziemię. On również ostrożnie postawił ją na nogach, nie przeczuwając jak wielka czeka go zapłata. — Dlaczego się tak trzęsiesz? — spytała cichym głosem, sama rozdrżała. Widocznie ważyła coś w swych myślach, albo piersi Wawrzykowe przejęły ją swą febrą. — O, tak... tak jeno... Nie umiał rzec inaczej, bał się, a wreszcie kompletnie oszołomiło go to szczęście. — Teraz idź Wawrzuś, spać — szepnęła, gdzieindziej będąc myślą. — Pilnować muse sadu — odrzekł z głębokim smutkiem. Jemu i jej urywały się zdania. W obydwóch piersiach wzbierały jedne moce, jedne obłędy ich wodziły i ta noc jedna czarowała. — No, to dobranoc. W milczeniu pocałował ją w rękę, ona nieznacznie dłoń mu ścisnęła i zatrzymała w swojej. — Sadu będziesz pilnował? — Muse; złodzieje penetrują po nocach. — Kiedyż się wyśpisz? Patrzył na mą jak w tęczę. — Trochę nade dniem i w połednie. Krótkie milczenie odjęło obydwojgu mowę. — Muszę już iść, a ty idź pilnuj sadu. Już dłoń mu z ręki wypuszczała, gdy znów coś ją wstrzymało w miejscu. — Jeszcze nie miałam kiedy podziękować ci za te bławaty... Ucałuję cię za to, że pamiętałeś o mnie.. I nagłym ruchem pantery chwyciła go za szyję, całując gdzie dopadła, w czoło, policzki i wreszcie w usta. — Obejm mię w pół... bardziej... co siły! — rozszeptała się namiętnie. — Jeszcze... jeszcze!... — i cisnęła się do niego w rozkosznym spazmie, mocno, do zdławienia oddechu. Gdy po szalonej chwili wypadła z jego ramion, zatoczyła się jak w malignie, ledwie przytomna i przerażona czynem. — Idź — — idź już!... — ozwał się wrący, stłumiony lękiem głos. Jak srebrny sen pobiegła ku dworkowi i znikła w ganku — A on stał niemy, oczarowany snem, czy jawą, nic nie wiedział... Czuł tylko, że gdzieś się zapadł w raj, gdzie się nie myśli, gdzie pije się rozkosze wszystkiemi cząstki ciała. Upadł na trawnik, płakał i tarzał się po ziemi, jako i ona tam — na swem panieńskiem łóżku — — Parna, błękitna noc ziściła cud. Srebrzysty księżyc uśmiechał się coś z boku, jakgdyby mówił: — To stare dzieje...
Comments
Loading comments…