Akt III

Translated from Spanish by Stanisław Budziński

Czarnoksiężnik

O piękności moja sroga!Oto się zbliża chwila szczęścia błoga,Cel nadziei pożądany,Kres méj miłości i twéj ciągłéj zmiany:

Dziś koniec mego męczeństwa,Nad twą pogardą dzień mego zwycięztwa!Pośród téj góry wysokiéj,Co się jak zamek wznosi pod obłoki,I w téj jaskini podziemnéj,Co dwóm żyjącym była jak grób ciemny,Ciężką ja szkołę przetrwałem;Jam się tu magii poświęcał z zapałem,Wszech tajni doszedł osnowyTak, żem już mistrza nauczać gotowy.A widząc, że dziś słońce nowy obrót bierze,I śród ciągłéj wędrówki w nowéj staje sferze,Opuszczam me więzienne ponure mieszkanie,Chcąc poznać śród światłości com dokonać w stanie.

Niebiosa jasne, prześliczne!Słuchajcie, gdy zaklęcia wyrzeknę magiczne;Powietrze! lube twe wianieWstrzymaj, gdy mój głos straszny poruszy otchłanie;I ty, skał olbrzymie stromy,Wzrusz się w posadach na mych dźwięków gromy;Pnie, w zielone strojne wdzięki,Omroczcie ich pogodę, słysząc moje jęki;Krzewy, kwitnące wspaniale,Zadrżyjcie, gdy was echem dojdą moje żale;I wy ptaszki, piewcy leśni,Lękajcie się mych cudów, uciszcie swe pieśni;Dziki zwierzu, porzuć knieje,Podziwiaj moje trudy, patrz co się tu dzieje!I w ślepocie i w obłędzie,Zmieszane, przelęknione, przerażone wszędzie,Niebo, powietrze, zwierzęta i skały,Rośliny, mą będziecie sztukę podziwiały.Bo nie próżno przez CypryanaSztuka piekielna została zbadana.

Djabeł. Cypryanie!Cypryan. Co, mój mistrzu?Djabeł. Dla czego zuchwale,Na mą naukę nie zważając wcale,Ośmielasz się wyjść z pod ziemi,Patrzéć w oblicze słońca z promieńmi świetnemi?

Cypryan. Bo widzę, że ma potęgaGrozą, i przerażeniem głębi piekieł sięga;Żem zdołał wiedzę rozszerzyćTak, że mistrz ze mną w magii nie może się mierzyć;Nic mi już nie jest tajemno,Wszystko już dla mnie w magii otworem przedemnaą;Negromancyi linie ciemneOdkrywają mi groby umarłych podziemne;Ziemia, posiadać ich chciwa,Z łona swego ich ciała na głos mój dobywa;Nieboszczyka postać bladaPosłusznie na pytania moje odpowiada:Słońce w szybkim biegnąc pędzie,Samo tém się przeraża, gdy w dziwnym obłędzieNagle z drogi się zwraca, wsteczny bieg poczyna,I spełnia kres przeznaczeń: wybiła godzina;Dzisiaj ma boska Justyna,Ukochana, upragniona,Rzuci się w moje ramiona:Szczęście dawno pożądane.Wiedz o tém, że na żadną zwłokę nie przystanę.Djabeł. Więc pismem ziemskie obszary,I wiatrów wiew swawolny przez zaklęć swych czary,I wszystkie natury siłyPrzymuś, by twéj miłości przyjaznemi były.Cypryan. Ujrzysz co władza moja dokona,Kiedy niebo i ziemia będzie przerażona.

Zezwalam i zamiar chwalę;O, bo z mojéj nauki nie tajno mi wcale,Że, powolne na zaklęcie,Piekło może Justynę rzucić w twe objęcie.Chociaż moja potęga nawet cuda tworzy,To jednak wolnéj woli gwałtem nie ukorzy;Lecz gdy przed duszą roztoczyKrąg niepojętych rozkoszy uroczy,Co, przemocy się nie uda,Tego dokona chytréj pokusy ułuda.

Klaryn. Kochanko moja nieczuła,Coś żelaznym puklerzem serce twe okuła,Nadeszła chwila, w któréj mam nadzieję,Zbadać czy serce twoje miłością goreje;Bo oto z wielkim mozołemPoznałem całą magię, wszystko w niéj pojąłem.Więc teraz, o ja biedny! teraz będę świadom,Czyś się jakim z Moskonem nie oddała zdradom.Słuchajcie moich zaklęć, o nieba wodniste,A jak tamten powiada, o nieba przeczyste!O góry!...Djabeł. Co to znaczy?Klaryn. O mój mistrzu wielki!Zródło-m magii wyczerpał do dna, do kropelki;W dniu przeznaczeń chcę, żeby jéj wszechmocna władzaOdkryła, czy mi Libia wierna, czy też zdradza.Djabeł. Porzuć tę czczą gadaninę,Idź w tych skał niebotycznych lesistą gęstwinę:Jeżeliś cuda magii widzieć taki chciwy,Poszukaj twego pana i patrzaj na dziwy,Gdzie już koniec jego trudów;A ja tu sam chcę zostać.Klaryn. Lecę do tych cudów.Dotąd jeszczem nie zasłużył,Bym z twą pomocą tajnéj sztuki użył,Dlatego, żem ci jeszcze cyrografu nie dał,W którymbym krwią mą własną duszę ci zaprzedał.Więc teraz oto na kawałku płótna....

(Nie dziw się, że tak mokra, gdy myśl ciągle smutna)Gdy pięść po nosie uderzy,Strumień czystéj krwi pobieży;Będzie taki samiuteńki,Jak gdybym go wypuścił z piersi albo z ręki.

„Ja wielki Klaryn mówię, gdy Libię posiędę,Djabłu z duszą na wieki zaprzedany będę”.Djabeł. Jużem tobie powiedział, żebyś mię zostawił,I żebyś się tymczasem z twoim panem bawił.

Klaryn. No, nie gniewaj się daremnie;Lecz kiedy cyrografu nie chcesz wziąć odemnie,Napisanego z całą formą urzędową,Robisz mi wielki zaszczyt: chcesz wierzyć na słowo.

Daléj piekielna głębino!Niech dzikie twe potęgi prądem tu popłyną;Wypuść z twojego więzieniaDuchów rozpusty i zezwierzęcenia;Niechaj zamienią w zwaliskoŚwiątynię cnót Justyny, dziewicze ognisko;I myśli jéj niewinne, niebem jaśniejące,Niech otoczy plugawych widziadeł tysiące;Do miłości niech ją wzywaKwiat swą wonią i ptaszek niech miłość jéj śpiewa;Gdzie tylko wzrok swój obróci,Niech zaraz łup miłości jéj myśli zakłóci;Co tylko ucho usłyszy,Niech lubym dźwiękiem uczuć i miłością dyszy;Żeby jéj wiara żadną nie była obroną,Żeby przyszła się rzucić na Cypryana łono,Jego słowami zaklęta,I w chytre ducha niego uplątana pęta.Zacznijcie! ja zamilknę jakby oniemiały,Gdy śpiewy wasze czary będą rozlewały.Głos z głębi. Gdzie szczęście żywota gości?Chór. W miłości, tylko w miłości.

Głos. Wszędzie w życiu miłość płonie,Wszędzie ogień swój rozżarza;I człek żyje, nie gdy stwarza,Lecz gdy w płomień jéj utonie:I śni błogo na jéj łonie,Drzewo, ptaszek i roślina,

Ledwie życie swe poczyna.Gdzież blask życia i wdzięk gości?Chór. W miłości, tylko w miłości!Justyna. Dziwne mary i widziadła!Czemu pieszcząc tak dręczycie?Zkąd mię wasza moc owładła?Taka troska przez me życieNigdy w sercu nie osiadła.Co istnieniem mojém całémWstrząsa coraz większym szałem?Czém ten obłęd, mar zawiłość?Czém ten ból co czuję ciałemI mą duszą?Chór. Miłość, miłość!Justyna. Ach! odpowiedź na to słyszę,O słowiczku! w twojém pieniu,Co miłością taką dyszeDo kochanki, gdy w marzeniuNa gałązce się kołysze.Ucisz, ucisz twoje pieśni,Bo co w duszy méj się nie śni,To w niéj piosnka twa rozbudzi;Gdy tak czują ptacy leśni,Jakież czucie jest u ludzi!

Tu winorośl za pniem goili,W zieleń chwyta go ponętnie;To igrając niby stroni,Aż obejmie go namiętnie,Jedno tętno w nich zadzwoni.Winorośli! niechaj twojéjSzał miłości się ukoi:O! bo czuję zakłócona,Gdy krzew z krzewem tak się spoi,Jakże ludzie gdy w ramiona!

A tam bujne widzę kwiecie,Zwraca lice swe do słońca,Z blaskiem łzawy liść swój plecie;Jaka barwa pałająca,Gdy w światłości płynie świecie!Strzeż się, kwiatku: któż ocali,Gdy tęsknota ciebie spali,W proch obróci blask uroczy?Ach! gdy listek tak się żali,Jakże tęskne płaczą oczy!

Ptaszku, ucisz pieśń tęsknoty,Wino opuść twoje sploty,Kwiatku strzeż się niestałości.Zkąd ta siła, że jak grotyMnie razicie?Chór. Ach z miłości!Justyna. Miłość, dotąd mnie nieznana,Czczém widziadłem się zdawała:Lelia, Flora i CypryanaJam z pogardą odtrącała;A dziś zkądże taka zmiana?Ach! ten Cypryan śród boleściPrzepadł, zginął gdzieś bez wieści,Żem dla niego była srogą.Był u ludzi w takiéj cześci!Gdy go wspomnę, zdjętam trwogą:Cóżto znaczy? żal współczucia?Wszak i tamci żalu godni;Dla mnie cierpią śród okucia,Jakby winni jakiéj zbrodni:W zimnym lochu dla uczucia!Przestań myśli, bo w obłędzieGłos twój taką moc zdobędzie,Że Cypryana się odważęSzukać; pójdę za nim wszędzie!

Djabeł. Pójdź! ja drogę ci pokażę.Justyna. Kto jesteś, co w me ustronieWchodzisz, gdy zewsząd zamknięte?Czyś widziadłem w snów osłonie,Marą szału? Strachem zdjęteSerce w dziwny obłęd tonie.Djabeł. Jam nie marą, co myśl zwiewa,Więc się próżnéj oprzéj trwodze;Gdy cię miłość pokonywa,Ja na pomoc ci przychodzę:Wieść, gdzie Cypryan twój przebywa.Justyna. Chociaż w przyjaźń się ustrojąTwoje słowa, choć mię drażnią;Chóć pokusy niepokoją,

I owładly wyobrażnią:Nie owładną wolą moją.Djabeł. Coś w twéj myśli utworzyła,To objawić musisz w czynie.Woli twojéj marna siła;Grzech już ciebie nie ominie:Tyś pół drogi już zrobiła.Justyna. Mnie twa mowa nie przekona:Choć myśl czynu jest początek,Lecz w czyn jeszcze nie wcielona;Dłonią przerwę jego wątek,Bo w niéj czynu moc złożona.Myślą tylko dłoń nie włada.Zanim wola co dokona,Pierwéj ciału ruchy nada;Jéj potęga niewzruszona,Bo kto nie chce, nie upada.Djabeł. Myśli twoje nie zaginą,Tak, bo sztuka niepojętaW swoje więzy wnet, Justyno,Tak przemożnie cię opęta,Że z nią chęci twe popłyną.Justyna. W wolnéj woli ma moc cała;Ona będzie mą obroną.Djabeł. Mnieżby oprzeć się zdołała?Justyna. Wolną byłażbym stworzoną,Gdybym przemódz ci się dała?Djabeł (usiłując napróżno ją uprowadzić).Pójdź, gdzie rozkosz ciebie wzywa.Justyna. Rozkosz drogo opłacona.Djabeł. O! tam błogość jest prawdziwa!Justyna. Przepaść, w któréj wolność kona.Djabeł. Tam jest szczęście.Justyna. Śmierć straszliwa.Djabeł. Próżno walczyć chcesz zuchwała;Mknij za mocy méj podnietą.

Justyna. Boże! Tobiem zaufała.Djabeł (puszczając ją). Zwyciężyłaś mię, kobieto,Boś zwyciężyć się nie dała.Choć nad tobą swą prawicę,

Przeciw mnie Bóg rozpościera,Zawsze moją złość nasycę:Gdy żyjąca się opiera,To widziadło jéj uchwycę;Duch niedługo się ukaże,Co twą postać przyobleknie;Człek uwierzy téj czczéj marze,I od ciebie cześć ucieknie,I splugawią cię potwarze.Dwa tryumfy odnieść muszę,Gdy twa cnota obronioną:Gmach twéj sławy z gruntu wzruszę,I pod czarów mych osłonąGrzechem drugą zgubię duszę.

Boże! błagam Cię, o Panie!Niech ta hańba się rozwieje,Niech zeń śladu nie zostanieJak z płomienia gdy zgoreje,Z kwiatu w srogich wichrów tanie!Więc nie zdołasz... O mój Boże!I do kogóż ja to prawię?Tu był człowiek... Czyż być może?W śnież to było, czy na jawie?Nie, to mara! Cóż się trwożę?Urojenie się rozwiało.Nie! widziałam na me oczy:Postać ludzka, żywe ciało,Dreszcz mię przejął, strach mię mroczy.Ojcze! Libio!

Lizander i Libia. Cóż się stało?Justyna. Ach! powiedzcie, co to znaczy:Ztąd mężczyzna szedł przed chwilą.Dziwna! któż mi wytłumaczy?

Lizander. Co? mężczyzna?Justyna. Mnie nie myląMoje oczy.Libia. To sen raczéj:Nie widziałam tu nikogo.Justyna. Jam widziała.Lizander. Moje dziecięPróżną się nie zdejmuj trwogą:Tu zamknięto zewsząd przecie.Libia (na stronie). Oj, ten Moskon! on mi drogoTo zapłaci; on zapewne,Będąc w stancyi méj zamknięty,Tutaj wyszedł.Lizander. Smutki rzewneMyśl rzucają twą w odmęty,Gdzie się snują kształty wiewne,Gdzie świadomość jawu ginie,W postać ludzką pył się składa,Co w promieniu słońca płynie.Libia. Tak, to słusznie pan powiada.Lizander. Rzucisz smutki, to strach minie.Justyna. To nie postać, co sen stwarza,W kształty żywe przyodziéwa;Oh! ból serce me rozżarza,Na kawałki je rozrywa,I przyszłością mię przeraża.Moce piekieł, jakieś czary,Snadź się na mnie poprzysięgły,I ziściłyby zamiary,Tylko co mię nie dosięgły;Lecz Bóg łaskaw jest bez miary,On nademną weźmie pieczę,I moc wszelką zgnębi inną,Co odemnie precz uciecze;Na pokorną i niewinnąMąk niesłusznych nie wyrzecze.Libio, płaszcz mój! Do kościołaPójdę w takim duszy stanie,Gdzie przed panem korzym czołaŚród podziemi chrześcianie.

Kościół jeden tylko zdołaZgasić ogień, co mię pali.

Lizander. Idę z tobą, moje dziecię.Libia (na stronie). Idźcie sobie jak najdaléj!Ja odetchnę jak wyjdziecie.Justyna. Pan nademną się użali.Boże! moja sprawa Twoją:Tobie w modłach się polecę.Lizander Pójdźmy.Justyna. Panie bądź mi zbroją:Czyliż przeciw Twéj opieceTe pokusy się ostoją?

Moskon. Czy już wyszli?Libia. Już ich niema.Moskon. Trwoga zdjęła mię niemała.Libia. Czy cię rozum się nie trzyma:Wyjść, by pani cię widziała.Moskon. A broń Boże! jam ze drżeniemSkrył się zaraz śród schowania,I siedziałem tam kamieniem;Za cóż Libia mi przygania?Libia. Zkądże wziął się tu mężczyzna?Moskon. Chyba djabeł. Co u licha?Niechże Libia prawdę wyzna,Czy dlatego ciągle wzdycha?Libia (wzdychając). Nie dlatego.Moskon. Czemuż, miła?Libia. To dopiero jest pytanie!Całym dzień mu poświęciła,I zrozumieć nie jest w stanie.

Klaryn.... tak go kocham czule,Bo w nim rozkosz moja cała;W łzach się dzisiaj nie utulę,Jam go wczoraj nie płakała.Umiem stawić się na słowie:Nieobecność przez pół roku

Mnie nie skłoni wbrew umowieDo żadnego w życiu kroku.Jeśli z tobą nieszczęśliwaAż pół roku ciągle bawię,On niech ze mną rok przebywa,Ciebie przez ten czas odprawię.Moskon. O niewdzięczna! To frasunek!W rozpacz taka mowa wtrąca,Z uczuć robić chcesz rachunek:Jakżeś zimna i szydząca!Libia. Choć w rachunki-m te się wdała,Przy nich przyjaźń się nie zmienia.Moskon. A więc, kiedyś taka stałaTo do jutra, do widzenia!Libia. Wszak ja krzywdy twéj nie żądam,Więc już dziś cię nie zobaczę;Lecz niech jutro nie wyglądam,Na spóźnienie, niech nie płaczę.

Cypryan. Więc się zapewne pobuntowałyGwiezdziste nieba orszaki,Ciągnąc samopas w niebieskie szlaki,Stawiąc mi opór zuchwały.A i moc wszelka wgłębi podziemiNiema na moje rozkazy;I wiatry tysiąc i jeden razyZadrżały klątwy mojemi;I tyleż razy pismem tajemném,Pokryłem ziemi przestrzenie;I nie ziszczone moje pragnienie,I wszystko dotąd daremném!I moim oczom się nie ukażeTo niebo moje żyjące,Ani nie wzejdzie żywota słońce,Za którém gonię i marzę.Klaryn. Oto tysiąc jeden razy,Kreślę linie i figury,Oto groźne me wyrazy,Straszą wiatry, biją w chmury;

Jednak Libia nie przychodzi.Piękna sztuka, kiedy zwodzi!Cypryan. Ten raz jeszcze ją, zawołam,Może cudu dopiąć zdołam.Przyjdź, Justyno!

Justyna. Na wezwanieBiegłam przez las, gór bezdroże;Czego żądasz, mów Cypryanie,Czego żądasz?Cypryan. Tak się trwożę!Justyna. A więc skoro.....Cypryan. Ja drżę cały!Justyna. Tu przybyłam....Cypryan. Jam struchlały!Justyna. Zkąd mię miłość.....Cypryan. Cóż się boję?Justyna. K’tobie woła...Cypryan. Milcząc stoję.Justyna. Wypełniwszy twoje czary,Biegnę teraz w gór obszary.

Cypryan. Stój Justyno, moja droga!I cóż dumam? Zkąd ta trwoga?Daléj! może ją dogonię.Jakże spieszy! jeszcze blizko.W zmierzchu liści to ustronieDziwne da nam widowisko(Łożem ślubném by się stało).Téj miłości, któréj w świecieNiebo nawet nie widziało.Ludzie, wy jéj nie pojmiecie!

Klaryn. To mi piękna narzeczona,Nie wiem zkąd ją dymem słychać,

Aż się duszę, muszę kichać?A! rozumiem, pewno onaCzarem była przymuszonaLecieć tutaj wprost od prania,Lub od jadła gotowania;Ależ płaszczem jest okryta:Kto tam zgadnie co kobieta......

Ale oto ją dogania,Tu z nią, pędzi na dolinę:Jak się w ręku jego słania!Sposobności nie ominę:Będę świadkiem całéj sprawy,Bom ja zawsze jest ciekawy.

Cypryan. O prześliczna ma Justyno!Tu w ustroniu tém lesistém,Blaski słońca gdzie nie wpłyną.Ni powietrze tchnieniem czystém,Jesteś czarów mych zdobyczą:Zbrojny sztuką tajemniczą,Byle tylko cię posiadać,Jam przeszkody nie znał żadnéj.Ach! twój urok tak wszechwładny,Że dlań duszę chcę postradać;Lecz ta strata jakże mała,Gdy nagroda tak wspaniała!Bóstwo moje, rzuć zasłonę:Maż się słońce kryć za chmury,Odziać jasność w strój ponury?Okaż blaski twe złocone.

Co ja widzę, nieszczęśliwy?Skielet zimny dłoń mą ściska,Martwem próchnem wzrok mu błyska!Niepojęta, straszne dziwy!Zkądże w potwór taki blady,Tak szkaradny i grobowy,Jedna chwila purpurowéjKrasy mogła zatrzeć ślady;

A tak życiem lśniła młodém,Jak zaranie słońca wschodem!Widziadło. Z wszelkim blaskiem, o Cypryanie,Na téj ziemi tak się stanie.

Klaryn Choć odważny-m, wyznać muszę,Na ramieniu miałem duszę.Cypryan. Zaczekajcie martwe cienie,Mam cel inny.Klaryn. Co on prawi,Czym ja trupem? Czy dotknienieO tém cię nie przekonało?Cypryan. Więc kto jesteś?Klaryn. To mię bawi!Sam w tém kwestyę mam niemałą.Cypryan. Czy widziałeś, jak się w mgnieniuSkrył ten skielet, w ziemi łono,Czy téż w wiatru zginął tchnieniu,Piękność świetnie uwdzięczoną(Ach! cudniejszéj nie ujrzymy)Rozwiewając w proch i dymy?Klaryn. Więc ty wiesz, żem się za katyNa te smutne wybrał czaty?Cypryan. Lecz gdzież ona?Klaryn. Gdzieś zginęła.Cypryan. Trzeba szukać, więc do dzieła;To oszustwo wykryć muszę.Klaryn. Co ja, to się ani ruszę.

Djabeł. I cóżto znaczy, o nieba srogie?Wszak były czasy dla mnie tak błogie,

Żem miał i wiedzy i łaski dary,Gdym był bez zmazy. Pychą bez miaryStraciłem łaskę. Cóż gwałt robicie,Że wydzieracie wiedzy użycie?Cypryan. Mądry mój mistrzu, o Lucyferze!Klaryn. Cicho! to pewno drugi trup idzie.Djabeł (do Cypryana). Co chcesz odemnie?Cypryan. W moc twoją wierzę:Strach mię ogarnął, wszystko w ohydzie!Rozwiąż te czary, o to cię proszę.Klaryn. Nie chcę być przy tém, więc się wynoszę.

Cypryan. Ledwiem nad ziemią wyrzekł zaklęcie,Nagle zjawiła się tu Justyna,Mój cel, nadzieja, rozkosz jedyna;Zdała się piękną nad wsze pojęcie....Lecz wiesz to dobrze, cóż się rozwodzę?Zbliżam się do niéj, chwytam w ramiona,Chcę ujrzeć lice, spada zasłona:I w miejsce cudnych wdzięków znachodzęSkielet, co w prochy wiatr wnet rozgania.Trup rzekł te słowa śród pożegnania:„Z wszelkim blaskiem, o Cypryanie,Na téj ziemi tak się stanie”.Więc mi wytłumacz, bom zrazu sądził,Żem w dziele czarów w czemkolwiek zbłądził.Lecz jam był baczny; błędu-m nie zoczył,W znakach, w zaklęciach, w niczém nie zboczył;Więc ty mię zwiodłeś, dając mi mary,Gdym chciał żyjącą dostać przez czary.Djabeł. W tém ani moja, ni twoja wina:Ty pewnoś w niczém się nie omylił,Jam też ci wiedzę mą dać się silił:Ten cud zrządziła wyższa przyczyna.Lecz mniejsza o to, przyrzekam tobie:Wkrótce cię panem Justyny zrobię,Znajdzie się na to droga pewniejsza.Cypryan. Już o to nie dbam, o to mi mniejsza.Ten cud mię trwogą nabawił taką,

Że gardzę twoją sztuką wszelaką:Nie chcę już widzieć twego oblicza.Czyto przez podstęp, czy skutkiem trafu,Twa obietnica była zwodnicza:Dość, że zerwana nasza umowa,A więc zwrócenia chcę cyrografu.Djabeł. A ja ci mówię, że czcze twe słowa:Wszakżem dopełnił to com obiecał,Jam cię w nauce tajnéj oświecał,Byś mógł Justynę głosem przyciągnąć;Wiatr ją tu przyniósł na twe zaklęcie,Cóż zatém jeszcze pragniesz osiągnąć:Nasza umowa więc stoi święcie.Cypryan. Ty mi przyrzekłeś, że owoc zbioręZ ziarna nadziei, com zasiał w poręW tych dzikich wzgórzach.Djabeł. Miéj na uwadze,Żem tylko przyrzekł, iż ją sprowadzę.Cypryan. Tyś dać ją przyrzekł.Djabeł. Czyś ją w ramionaNie obejmował?Cypryan. To tylko złuda,To jéj widziadło!Djabeł. To były cuda!Cypryan. Czyje?Djabeł. On przyjął ją w swą opiekę.Cypryan. Więc powiedz, czyje?Djabeł (ze drżeniem). Nie chcę, uciekę.Cypryan. Więc na cię sztuki twojéj użyję;Zaklinam ciebie: powiedz mi, czyje?Djabeł. Boga, co wziął ją w swoją obronę.Cypryan. Wszak bogów tłumy są niezliczone.Djabeł. On nad innemi wszechmocnie włada.Cypryan. Więc przed nim siła innych upada,Więc przy nim władztwo ich jest zwodniczém?Djabeł. Nie wiem o niczém, nie wiem o niczém.Cypryan. Zrywam umowę, wszystko się maże,I w imię Boga tego ci każęPowiedzieć, czemu chciał ją ratować?Djabeł (z przymusem). Aby bez zmazy cześć jéj zachować.

Cypryan. Dobro najwyższe! On nie pozwalaWyrządzać złego, od krzywd ocala:Lecz cóż Justyna mogłaby stracić,Będąc przed ludźmi tutaj ukryta?Djabeł. Czciąby to swoją mogła przypłacić:Tłum się wszystkiego chytrze dopyta.Cypryan. Więc wszystko widzi, rządzi wszechwładnie,Że nawet przyszłą krzywdę odgadnie;Lecz czyż czar takim silnym być może,Że ten Bóg władzą swą go nie zmoże?Djabeł. Nie, On wszechmocny!Cypryan. Któż jest tym Bogiem,Bogiem wszechmocnym i wszechwiedzącym,Najwyższém Dobrem, od krzywd broniącym?Tylem lat znaleźć Go nie był w stanie.Djabeł. Ja nie wiem.Cypryan. Powiedz!Djabeł. Powiem ze drżeniem:To Bóg, którego czczą chrześcianie!Cypryan. Czemuż Justynę strzegł swém ramieniem?Djabeł. Ona chrześcianką.Cypryan. Tak swoich broni!Djabeł (ze wściekłością).Lecz już zapóźno, próżno Go wzywaćI z méj niewoli chcesz się wyrywać,A Jemu służyć. On nie osłoni.Cypryan. Jam twój niewolnik?Djabeł. Mam słowo twoje.Cypryan. Cyrograf dałem ci warunkowo,Więc go odbieram; precz z tą umową!Djabeł. Jakto?Cypryan. Natychmiast zwróć pismo moje!

Djabeł. Próżno się miotasz wściekłości szałem,Nie zadasz ciosu twojém żelazem;W rozpacz cię wtrącę jednym wyrazem:Jeszcze ci tego nie powiedziałem,Komu ty służysz: czart twoim panem!Cypryan. Co mówisz? powtórz.Djabeł. Jam jest szatanem!

Cypryan. Straszna wiadomość! Ja w służbie czarta,Co zbrodnią, żyje, wiecznie nieprawy?Djabeł. Tak, tyś jest moim. Nie wygrasz sprawy,Bo przeciw tobie świadczy ta karta!

Cypryan. Jakim sposobem zmazać mą winę?Żadnéj nadziei! Więc pewno zginę?Djabeł. Tak jest.Cypryan. Ha! cóż się waham i smucę?Mam to żelazo. Rozstać się z światem?Tak, w jednéj chwili życie me skrócę,Samego siebie stanę się katem!...Ten co Justynę od krzywdy zbawił,I Mnie bez pomocy czyżby zostawił?Djabeł. Przeciwko tobie są twoje winy,On broni cnotę, nie grzeszne czyny.Cypryan. Jeśli wszechmocnym On panem świata,To w Nim nagroda z łaską się brata.Djabeł. Nagroda z karą.Cypryan. Lecz ja się korzę:Któż karze, jeśli żałujem szczerze?Djabeł. Kto moim, Jemu służyć nie może.Cypryan. Idź precz: do Boga ja już należę!Djabeł. Więc obietnica twa nic nie wartaI krwią twą własną pisana karta?Cypryan. Tak jest: Bóg przez swą wszechmocną wolę,Gdy zechce zmoże moją niedolę.Djabeł. A w jaki sposób?Cypryan. On w swéj mądrościWié jak rozwiązać pęta twéj złości.Djabeł. Ja pierwéj z ciebie duszę wywlekę.(Walczą).Cypryan. O Boże chrześcian! w Twoją opiekę....

Djabeł. On dał ci życie.Cypryan. Obdarzy bardziéj:Ja Go szukałem, wiéc mną nie wzgardzi.

Rządca. Jakże ci się to udało?Fabiusz. Gdy ukryci w swym kościeleBoga swego czczą nie śmiele,Ja ze strażą, moją całą.Wpadam, cały dom okrążę;Wnet w podziemiu ich znachodzę,A oddanych wielkiéj trwodzeWszystkich chwytam w krępy wiążęI do ciemnych lochów sadzam.Ależ szczęsna ta godzina:Był tam Lizandr i Justyna,Których tobie przyprowadzam.Rządca. Chcesz na wyższym być urzędzie,Wziąść co tylko skarb mój mieści?Za pomyślne takie wieściWszystko co chcesz twojém będzie.Fabiusz. Sługa łaskę pana ceni;Lecz ma prośbę, jeśli pora...Rządca. Więc mów.Fabiusz. Wolność Lelia, Flora,Co tak dawno uwięzieni.Rządca. Chociaż niby w takiéj karzeChciałem przykład dać krajowi,Wszakże dziś przyjacielowiPrawdę wyrzec się odważę:Chcąc uchronić mego syna,Rok w więzieniu trzymam obu.Mścić się niéma więc sposobu,Flora groźna mi rodzina;O to miałem téż obawę,By młodzieńcy zapaleni,I miłością oszaleni,Znów nie wpadli w starcie krwawe;Osłaniałem też me plany,By tymczasem się JustynyPozbyć z jakiéjbądź przyczyny,I oddalić w kraj nieznany.A gdy teraz obłudnicaZ gruntu poznać nam się dała,

Dziś wygnanie, kara mała:Krwią, przypłaci ta zwodnica.Więc niech będą, uwolnieni,Niech się stawią tu za chwilę.Fabiusz. Panie! do stóp twych się chylę;Sługa łaskę twoją ceni.

Rządca. Ha! więc teraz żadna siłaJéj z rąk moich nie wychwyci,Ona zemstę mą nasyciZa niepokój co zrządziła:W krwawym ręku kata zginie!

Przyprowadzić ją tu macie!

Widowisko miastu dacie:Śmierć i hańba jéj nie minie.

Fabiusz U stóp twoich, jakeś kazał,Obaj więźnie kornie stoją.Lelius. Ojcze! obym winę mojąW twéj pamięci wkrótce zmazał;Bo jak syn przed ojcem gniewnym,Nie jak zbrodniarz przed sędziegoStaję; żalu łzy mi biegą.Florus. Przebaczenia i ja pewnym,Choć jam kary nie zasłużył,Lecz przed tobą schylam głowę.Rządca. Choć wyroki me surowe,Wszakże prawa-m nie nadużył.Ja nie mogłem wam darować:Byłbym ojcem nie urzędem,Co pod każdym winien względemŚciśle władzę swą sprawować.Zaniechajcie téj niechęci,

Zawiść zacnym nie przystoi;Usłuchajcie rady mojej:Rzućcie przeszłość niepamięci,Dajcie sobie bratnie dłonie.Lelius (do Flora) Więc bądź moim przyjacielem.Florus. Odtąd już się nie rozdzielem.

Rządca. Więc wam razem być nie bronię:Jakżem z tego ucieszony,Od miłości żeście wolni,I do szaleństw już nie zdolni.Djabeł (za sceną). Uciekajcie! to szalony.Rządca. Kto tu krzyczéć śmié, zuchwały!Lelius Ja zobaczę.

Rządca. Na mym dworzeTaki hałas zkąd być może?Florus. Snadź wypadek to niemały.Lelius (wraca). To rzecz dziwna! słuchaj, panie:Cypryan, zdawna zaginiony,Wraca teraz, lecz szalony:Straszne cierpi obłąkanie.Florus. W taki smutny stan młodzieńcaWtrąca myśli zaciekanie:Tak je kochał niesłychanie.Głosy (za sceną). Uciekajcie od szaleńca.

Cypryan. Nigdym nie był przytomniejszy,Wyście wszyscy w szale raczéj.Rządca. I obecność ma nie zmniejszyZuchwałości; co to znaczy?Cypryan. Słuchaj ziemi téj pretorze,Namiestniku Cezarowy,Przyjaciele, Leliu, Florze,Patrycyusze i rycerze,Wielki ludzie! kilku słowy

Dziwne rzeczy wam powierzę:Jam jest Cypryan; szkół podziwem,Byłem nauk wszech zaszczytem,I nie było nic mi skrytémNiby mędrcu nad mędrcami;Jednak jakże pozór mami,Ach! to światło me fałszywem!Bo cóż w końcu tam zdobyłem?To zwątpienie, co bez przerwyCiemną moją myśl pożera;Wtem Justyna licem miłémMnie odrywa od Minerwy,Panią moją już Wenera;Lecz Minerwie jeszcze wierny,Toczę z sercem bój niezmierny.Raz gdy morza nawałnicaDo stóp moich gościa rzuca,Strasznie wspomnieć tę godzinę,Miłość duszę tak zakłóca,Wdzięcznem licem tak zachwyca,Żem dał duszę za Justynę;Bo ten gość mię oczarował,Bo me serce obietnicą,Umysł wiedzy błyskawicąOn przemożnie opanował.I ot śród tych gór zarośliW paśmie, które najwyniośléjPod obłoki grzbiet swój ściele,Był mym mistrzem śród podziemi;I dał wiedzy mnie tak wiele,Że przenosić mogę góry;Lecz me cuda bezsilnemi,By téj ziemi pięknéj córyStać się panem, by ją słowoCiągło siłą magnesową,A przyczynę temu wiecie?Ot jest jeden Bóg na swiecie,Który ją od złego strzeże;Więc ja w Boga tego wierzę,I wszechmocnym Go uznaję:Jedno on ma panowanie,Jemu tylko cześć oddaję;Tego Boga czczą chrześcianie!Choć się piekłu zaprzedałemKrwią mą własną z duszą, z ciałem,Chociaż rozpacz mię przenika;Lecz Bóg może nie ukarze,

Może winy krwią, mą zmażę:Ja chcę śmierci męczennika.

Jeśli twoja władza krwawaŚcigać chrześcian nie ustawa,To wiedz o tém, żem ich bratem:Starzec pośród gór sędziwyDał mi wiary uświęcenie.I cóż zwlekasz? Bądź mi katem,Władco pogan sprawiedliwy;Niech mię zemsta twa ogarnie!Każ ściąć głowę; lecz to — mgnienie!Lepiéj długie daj męczarnie;Wszystko przenieść chcę cierpliwie,Nawet srogich mąk tysiące;Strachem ciszy méj nie zmącę:Bo Bóg jeden jest prawdziwie,Bóg, któregom szukał długo.Człeku nie lśnić swą zasługą,Wszelka sława ludzka zginie,Jako marny dym przeminie,Ludzkie sprawy czczym popiołem!

Rządca. Słysząc ciebie, ażem zdumiał;Za przebraną zuchwalstw miarę,Z kar najsroższych jedną karę,Nie wiem, czybym wybrać umiał:Wstawaj!

Florus. Sztywny, z sił wyzuty,Jak z żelaza posąg kuty.

Jeden ze straży. Oto, panie, masz Justynę!Rządca. Z żywym trupem ją zostawić!Może, razem tu zamknięci,Zmienią myśli, ujrzą winę;Wtedy mogą się wybawić,Jeśli błędy swe porzucą,Do mych bogów się nawrócą;Lecz jeżeli śmierć ich nęci,

To już muszą zginąć marnie,I straszliwe znieść męczarnie.

Lelius. Śród miłości i śród trwogiW zawieszeniu myśl się chwieje.

Florus. Nie wiem sam nad czém boleję,Tak mnie gnębi los złowrogi.

Justyna. I tak samą porzucacie,Nie wyrzekłszy ani słowa?Czemuż śmierci mi nie dacie,Kiedym na nią tak gotowa?

A! pojmuję! więc ta ciszaI te cztery nieme ścianyWolne dadzą mi konanie;A mam w trupie towarzysza.O! szczęśliwy nadspodzianie,Coś w początek niezbadanyTwego życia już powrócił,Jeśliś tylko błędy rzuciłI umierał w wierze świętéj.Cypryan. (Wracając do przytomności).Pyszny władco gniewem zdjęty,Czemu zwlekasz? Życie złożę....

Tu, Justyna? Wielki Boże!Justyna. Cypryan? Oczom nie dam wiary!Cypryan. Nie! Myśl z wiatru tworzy czary.Justyna. Tak, powietrze to widziadłoStwarza, aby mną owładło.Cypryan. To wcielenie wnętrznych wrażeńJustyna. Mglista postać moich marzeń!Cypryan. Czego żądasz tu odemnie?Justyna. Poco ścigasz mię daremnie?Ja nie myślę już o tobie.

Cypryan. Wcale ciebie nie szukałem;Lecz cóż robisz tu, w téj dobie?Justyna. W więzach! A ty co, Cypryanie?Cypryan. I ja także. Lecz ty?, kałem.Żadną winą, nie zmazana,Znosisz to prześladowanie?Zkąd wznieciłaś gniew tyrana?Justyna. Zanim pogan złość zaciętaW swym się gniewie upamięta,W imię święte, w Boga imieMuszą cierpieć chrześcianie:Niech w ofierze śmierć mą przyjmie!Cypryan. Bóg cię z sieci zdrad wyrywa,Więc w twéj duszy jest otucha;O Justyno! tyś szczęśliwa!Spraw niech modłów mych wysłucha,Miłosiernie niech przebaczy.Justyna. On próśb szczerych słuchać raczy.Cypryan. Ja Go z wiarą błagam szczerze,Ale wątpię: strach mię bierze,Za me winy niesłychane.Justyna. Jego łaski nieprzebrane.Cypryan. Więc przebaczy?Justyna. Niezawodnie!Cypryan. Nawet taką wielką zbrodnię,Żem w układy wszedł z szatanem,By twych wdzięków stać się panem;Że mu duszę zaprzedałem?Justyna. Tyle gwiazd na niebie całém,Tyle piasku nie ma w morzu,Ptaków w jasnych chmur przestworzu,Pyłku w świetnym blasku słońca,Iskier w ogniu gdy wybucha:Ile łaska wszechmogącaWin przebacza gdzie jest skrucha.Cypryan. A więc ufam, w łaskę wierzę;I już na śmierć chętnie bieżę.

Fabiusz. Służba panów los niech dzieli:Daléj, będzie wam weseléj!Libia. Więc, że oni chrześcianie,Jakaż nasza w tém jest wina?Moskon. Słudze zawsze się dostanie,Gdy pan krzywo cóś poczyna.Klaryn. Tom się tęgo wykierował,I pod rynnę z deszczu schował.

Służący. Pretor władca nasz, AureliZwie Justynę i Cypryana.Justyna. Dusza moja się weseli.Chwilo zgonu pożądana!Pójdź Cypryanie ze spokojem.Cypryan. Wiara, cisza w sercu mojém!Ono nad tém już nie boli,Że mam umrzeć: śmierć od piekłaPrześladowań mię wyzwoli.Gdy się dusza czartu dała,Mamże Bogu nie dać ciała?Justyna. W śmierci-m kochać cię przyrzekła.Rusztowanie nas zjednoczy,Gdy kat głowy nasze stoczy;Dziś dopełnię obietnicy.

Moskon. Czyście kiedy to widzieli?Tak wesoło na śmierć spieszą.Libia. Ale nam — żyć jest weseléj.

Klaryn. Niech się państwo tak nie cieszą,Bo mam z wami coś na pieńku,Czas potemu; pomaleńkuRzecz tę całą rozbierzemy.Moskon. O co idzie? nic nie wiemy.Klaryn. Przez rok méj nieobecności...Libia. I cóż daléj?Klaryn. Do jejmościMoskon smalił precz cholewki!A umowa — nie przelewki!Ale, choć się coś odwlecze,To, jak mówią, nie uciecze:Na rok biorę cię w mą pieczę.Libia. Więc ty myślisz, żem tak zmienna.O! jam zawsze jest sumienna:Wszak gdy koléj twoja była,Tom dzień cały łzy roniła.Moskon. Święta prawda, co tu słyszę;Chętnie na to się podpiszę.Klaryn. Czemuż, gdy dziś do jéj domuWszedłem nagle po kryjomu,Nie płakała ani chwili,Pędząc z tobą czas najmiléj.Libia Bo to nie był dzień pokuty.Klaryn. Jam nie taki łeb zakuty!Dzień gdym zginął, był mój właśnie.Libia. Gdzie tam!Moskon. Ja was w tem objaśnię:Rok przestępny, dzień parzysty,Błąd Klaryna oczywisty.Klaryn. Nie mam kłócić się ochoty;Trudno wszystko wytłumaczyć,A więc zgoda. Co ma znaczyć?Czy słyszycie? Burza, grzmoty!

Libia. Patrzcie! cały gmach się wali.

Moskon. Przestrach! wszyscy potruchleli!Rządca. Wstrząsa się niebios posada,Zda się, że na ziemię spada.

Fabiusz. Ledwie, że na rusztowanieKat Justyny i CypryanaMieczem krwawe strącił głowy,Piekieł wstrząsły się otchłanie,Ziemia z drżeniem to uczuła,Wicher zerwał swe okowy.Lelius. Lazur nieba wnet zasułaBurza ciemnych chmur całunem.Z ognistego chmury łonaBłyskawicą i piorunemOto zieje rozszalona!Florus. A na wężu tam skrzydlatymZakłębionym i łuszczatymMknie potwora obrzydliwa;Do milczenia zda się, wzywa.

Djabeł. Posłuchajcie śmiertelnicy,Co w obronie téj dziewicyZ woli niebios wam objawię:Oto imię jéj w niesławie,Choć jéj dusza jest bez zmazy!Jam jest ten co wiele razy,Przybierając kształt stokrotny,Wdzierał się w jéj dom samotny,Żeby cnotę jéj zniesławić.Cypryan, co dziś z nią przebywa,Gdzie nic szczęścia nie przerywa,Stał się moim niewolnikiem;Lecz choć wielkim był grzesznikiem,Z więzów zdołał się wybawić:Bo krwią swoją chrześciańskąTę umowę zmył szatańską.I oboje się unosząW lepsze światy śród przestworzy,W sfery czyste przed tron Boży,Gdzie cześć Stwórcy hymnem głoszą.Aż się cały w wściekłość wprawiam,Że to wszystko wam objawiamWedle Boga woli jawnéj,Choć do fałszu-m tylko wprawny!

Lelius. Straszne rzeczy!Florus. Istne dziwy!Libia. Niepojęte!Moskon. Cud prawdziwy!Rządca. Czarnoksiężnik przy swym zgonieSztuką swą te czary sprawił.Florus. Czym na jawie czy sny gonię?Czy cud zmysłów mię pozbawił?Lelius. Jam podziwem cały zdjęty!Klaryn. Ja wiem co to wszystko znaczy,Cała rzecz się tak tłumaczy:Że kto takie cuda działa,Tego niebios moc wspierana.Moskon. Chociaż spór o Libię wszczęty,Jeszcze nie jest rozstrzygnięty;Dajmy pokój podziałowi,I przestańmy się frasować:Tylko raczcie dziś darowaćBłędy czarno-księżnikowi.

Comments

Loading comments…