Dzień Pierwszy

Translated from Spanish by Edward Porębowicz

Tajna krzywda – skryta zemsta

Drugi raz, wielki władco, o tę proszęŁaskę, drugi raz szczęśliwy odnoszęMałżeństwa zezwolenie;Lecz na królewskie że zawsze skinienieWzrok obrócony trzymam, dziś rachunekPragnę z wyboru zdać i łaski drugiejŻądać. Byś mi rynsztunekZłożyć pozwolił i Marsa kolczugi

Szatą Amora zmienić, w pokojoweOliwki strojąc mu zwycięską głowę.Służyłem wiernie, a ostatnią za tęSłużbę przed królem kuszę się odpłatę.Gdy ją z rąk własnych dostojnych pozyskam,Panie, dziś jeszcze małżonkę uściskam.

Szczęścia wam życzę i wybór wasz cenię;Szczerze mię cieszy wasze ożenienie.Że nie zajęty wojnąW Afryce, szablę piastuję spokojną,Padrynem sam posłużę.

Niechaj utrzyma przez najcięższe burzeSkroń twa laurów ozdoby.

Szacunek żywię dla waszej osoby.

Cieszycie się mocno, panie?

Twarzą czci mej i ucieszeŚwiadectwo dając, nie grzeszę,Gdybym w lot na jej spotkanieMógł pędzić!...

Wiatr ci ochotyZajrzy.

Wicher, rzec zamało:Wicher leci opieszało.Niech mi Miłość poda loty,W opłomienione obszaryRzucę się, przedrę... na wietrzeKto leci, pruje powietrze,W miłości — pruje pożary.

Lecz ten pospiech — proszę — zkąd?Może nie dosyć go cenię?Racz pouczyć!

Wszak się żenię...

A! Panie, to wielki błąd,Kawalerstwa świętokradztwo,By człowiek, co się poważa,Tak się spieszył do ołtarza.Dziś wiatr skarżysz o ślimactwo,Jakieś ognie lecisz łowić...— Słowa moje, panie, zapisz:Jakże wtedy się pokwapisz,Kiedy zechcesz rad owdowieć?...

Jakżem dumał cię w odmiennySposób powitać, ojczyzno,W ów dzień, kiedym z ojcowiznąTen kraj porzucał promienny.Bogdajbym już wód twych pianyNie oglądał!... Dla nędzarza,Gdy go wstyd swój upokarza,Lepiej żyć, gdzie jest nieznany.— Ktoś nadchodzi; niepotrzeba,By mię widział w tej odzieży.

Patrzę, a oko nie wierzy.Prawda-li, czy złuda?... Nieba!Don Huan!

Don Lopez?

Dusza

Nie ufając w szczęście swoje,Wstrzymała ramion powoje.

Powstrzymaj je; wstyd mię zmuszaUmknąć się pieszczot człowiekaTak pełnego czci, powagiI waloru; nędzarz nagiPowinien trzymać zdaleka,Don Lopesie, luby druhu— (O srogie losy!) — ramionaOd tak gwieździstego łona.

Racyom tym nie dam posłuchu;Gdy z ziemi nie brak mi chleba,Tylko niebo przyjacielaTakiego, jak ty, udziela,— A cenniejsze dary nieba.

Usidla mię złota przędzaTwych słów; — ach! cięższa mię dusiBoleść; zważ, straszna być musi,Kiedy straszniejsza, niż nędza.Więc kiedy mi ulgę niesieTaka z twoich ust otucha,Łaskawego nadstaw uchaNa me dzieje, don Lopesie.

— W wyprawie sławnej podbojemIndyj, co wybrały swoimGrobem i swą trumną noc,A słońce swoją kołyską,W wiernej przyjaźni ogniskoZestrzeliwszy obie dusze,W splot przyjazny dłonie obie,Zawsze zgodni i przy sobiePrzetrwaliśmy w zawierusze.Nie chciwość bogactw wyprawyOwej, ale żądza sławyByła nam szlachetnym bodźcem:

Dumna myśl podbicia flotąKrainy, co swą ciemnotąCywilizacyi się tając,Zaległa, wiary nie znającNaszej, od wieków pogańska.Wszystka szlachta luzytańskaPowierzyła się z fortunąOkrętom, po złote runoPłynąć, śmielsza od Jazona.O tej wojnie — nie bez racyiZamilczę; inny opiejeTrwalszym niż ja głosem, dziejeNaszej niezrównanej nacyi;Wielki Ludwik CamoenszPisząc, czem się uwieczniłaW dziełach pióra i orężaJuż mój słaby głos zwycięża; —— Więc ty dzielny don LopesiePo śmiertelnym ojca kresie,Wróciłeś sam do ojczyzny;Jam nadal w Indyach pozostał.— Wiesz, że mało kto mi sprostałŚród portugalskiej tężyznyI sympatyą i opinią,Które ból mój cięższym czyniąDziś, gdy szczęście utracone.Lecz jest na serce strapioneW tem pewien balsam pociechy,Że nie zaznało ni razu,Co to szczęścia są uśmiechy. —— Tam w Goa poznałem damę,Córkę kupca, co obrotnymHandlem dobił się w zakątkuTych ziem znacznego majątku.Sam anioł i cudo same,Bo choć zwykle wrogie sobieZłączyły się w jej osobie

Razem wdzięki i roztropność,Miłość ma, usług pochopność,Zdobyła mi jej fawory.— Lecz kto wygrywał z początku,Ażeby później nie stracił?Kto był szczęsny, by nie spłaciłSzczęścia złem ostatniej pory?— Bo jedno drugiemu truna:Miłość, karty i fortuna. —— Don Manuel z Sozy — (co ojcaMiał Suzy gubernatorem),Typ prawdziwego mołojca,Tak grzecznością, jak humorem,Jak odwagą, — choć żywotuPozbawiłem go przymiotu,Tego hołd mu jest oddany, —W Wiolancic zakochany,— Bo takie imię po woliLosu dostało się ślicznejSprawczyni mojej niedoli, —W Goa moim się w publicznySposób przedstawiał rywalem.Nie uszczuplił jednym calemJej łask; pewnym był swej sprawy;A że cudzy wstyd go piększyZ każdej rywala odprawy,Mój zaszczyt stawał się większy.— W pewne rano weszło słońceNadzwyczaj promieniejące;— (O czemuż go u nieb progaNie wstrzymała ręka Boga!...) —Wiolanta weszła za niemMem gorącem pożądaniem,Czyli fatalności woląZwabiona, — gwiazda złej wróżby.W towarzystwie licznej służbyPrzybliżyła się ku molo,Gdzie stał owego momentuTłum ludzi, chcący się zblizka

Przyjrzeć wjazdowi okrętu,Który nadciągał powoliZ morza, powód zbiegowiska,Ślepy powód mej niedoli.Staliśmy więc oba w groniePrzyjaciół i oficerów,Zkąd patrzeć było wygodniej,Gdy przeszła ku naszej stronieWiolanta z taką cudnąDostojnością, że już trudnoByło wzrok oderwać od niej:Stąpała lekką postacią,Taka urokiem magiczna,Że rwała imaginacyą.Odezwał się któryś: „ŚlicznaKobieta.“ Na to powiedziałDon Manuel: „Wielki też przedział„Pomiędzy nią a kobietą„Zwyczajną: to jest okrutna.„Okrutna mówię, nie przeto,„By mię kiedy zadrasnęła„Nieczułością, lecz że mogąc„Wybrać, nie najlepsze wzięła.“— Na to ja rzekłem: „Nikt tędy„Nie dowie się, co jej względy,„Bo ich nikt tu nie zasłużył.„Jeśli nim jest kto, to ja.“„Kłamiesz“ — rzekł...Ha! mówić dalejNie mogę: głos w piersi drga,Język mi w ustach kostnieje,Mróz zimny na czoło wiejeI serce jak młotem wali,Zmysły mrą, a zmartwychwstajeBól, gdy w pamięci odtajeObelga; o zaślepienieCzłowiecze, o prawo świataNiecne... by jeden przygodny,Głupi wyraz na splamienie

Wystarczał uczciwej sławyZdobywanej długie lata,I aby człowiek czcigodnyCześć tę, którą życiem płacił,Od jednego dźwięku stracił;By honor, ten brylant szczery,Twardszy wszelkiego kamienia,Zgorzał od marnego tchnienia;By słońce, tak ze swej sferyNa świat błyszczące, ust parąZmieniło się w plamę szarą!...— Lecz odbiegiem od powieściZniesiony falą boleści:Przebacz, wiążę, gdzie przerwałem.— Więc zaledwo usłyszałem,Don Lopesie, hańby słowo,Kiedy moja szybka szpadaZ pochwy w piersi mu przepada,A tak nagle, że pojęliWszyscy, widząc piorunową,Że jak błyskawicę grom,Zemsta mój zgoniła srom.— Upadł i życie wyronił,W krwawej nurząc się kąpieli. —— Jam do stojącego blizkoKościoła prędko się schronił,A było owo schroniskoW Indyj, krainie pogańskiej,Klasztorem po franciszkańskiejRegule. GubernatoraZmarły był synem i poraDo świętego było gmachuSkryć się śród takiego strachu,Żem trzy dni w grobowym doleMieszkał żyw; kto widział kiedyTak dziwnie zmienione role:On zmarły, — ja pogrzebiony! — —— Aż w dzień trzeci takiej biedy,

Zlitowawszy się wypadkuKapitan pewnego statku,Co stał na kotwicy wtedy,A miał płynąć do Lisbony,Użyczając swej pomocy,Przyjął mię nań jednej nocy,Która mię czarną oponąOkrywszy, jak pod zasłonąPrzewiodła. Tam więc ukrytyŻyłem, aż w żagle rozwityOlbrzym wichrów i odmętu,Pognał przez kraj elementuNeptnnowego.O błądziŚwiat, gdy nielitośnie sądziKrzywdę; niech podłym nie głosiCzłowieka, co wstyd swój znosi,Lub niech go usprawiedliwi,Gdy się mści. — Bo się przeciwiSłuszności, kto upokarzaSrom, a nie odpuszcza karze. —— I dziś mię widzi LisbonaStrojna — w łachmanach nędzarza.Do miasta wejść się nie ważę...Oto smutne me wypadki;Nie smutne, bo sprawce rzadkiejUciechy, w twe mię ramionaWiodą. Oto cię oplotą,Sławny Lopesie z Almeidy,Jeśli tak lichą istotą,Co dziś od dostojnych stroni,Brzydząc się, nie cofniesz dłoni. —

Przysłuchiwałem się pilnieDon Huanie, twoim skargom,Które tak na falach łezPiersi posyłały wargom,I żywię to przekonanie,Że na twojej czystość szpady

Najjadowitszemi jadyNie rzuci się złe mniemanie.Kto od kolebki do trunyWspólnym nie podległ porządkiemZmianom czasu i fortuny?I kto był kiedy wyjątkiemZ pod złej woli lub zawiści,Lub zdrad w dwulicowem łonie,Co w podstępy zbroi dłonie,Trucizną języki syci?Nikt. — A zato taki możeSzczęsnym nazwać się sto razy,Co się dobrą sławą szczyci,Co pomścił swoje obrazy,Ciemnych plam na twym honorze,Co z tak dawna trwa i żyjeW czestnej sławie, — nie odkryje.A dziś przyjaźń między namiTrwająca, jest jak dwa ziołaTak sobie przeciwne zgoła,Że jedno jak lodem ziębiDrugie żarem pali w głębi.Z osobna są truciznami,Które gdy zmięszane obie,Stają się ożywcze w skutkuI kładą tamę chorobie.Jam szczęśliwy, tyś jest w smutku:Połóżmy na jednę szalęTwe smutki i szczęście moje,A potem w równym podzialeRozłóżmy miarą na dwoje:Twój żal, me uszczęśliwienie,Me nadzieje, twe zwątpienie,Twe ubóstwo, moje mienie,Przyjacielu; tak nam zbytekZła ni dobra nie zaszkodzi. —— Pojąłem w Kastylskiej ziemiŻonę przez prokuratora,

Której piękność — rzec tu pora —Najmniejszym między innemiJest skarbem: rodowa świetność,Cnota, mienie i szlachetność,— Oto inne jej osobyNiepospolite ozdoby.Leonora de MendozaZwie się; dziś don Bernardino,Wuj mój, do Gallickiej wsiZ nią zjedzie; więc spieszno miWyjść naprzeciw pośród wróżbyTak pomyślnej. Piękna barka,Oczekująca w postaciUszczęśliwionego drużby,Na powolność czasu sarka;Bo szczęście, co się nie spieszy,Nadszedłszy — już wartość traci.A co mię zarówno cieszy,Co za drugie szczęście stanie,To twój widok, don Huanie.Niech cię myśl nie nęka tajnie,Żeś ubogi; — jam bogaty.Luby druhu, dom mój, stajnie,Moja służba, stół i szaty,Mój majątek, honor, życieSą twoje. Niech cię ośmielaTo, żeć fortuna nie wzięłaSerdecznego przyjaciela,I że próżne jej knowaniaByły, bo ci nie ujęłaDzielności, która cię krzepi,Odwagi, coć ducha sklepi,Dłoni, co honor osłania.— Nie odpowiadaj mi, bracie!Słodkie słowa i pochlebneMiędzy nami niepotrzebne.Chodź, świadkiem cię szczęścia biorę,Co w błogosławioną poręCzeka w oblubieńczej szacie.

Dziś przywiozę do LisbonyŻonę moją; te trzy mileMorza, w którem ja się żarzę,Przepłyniemy razem w parze,Bo po tamtej drugiej stronie— Domyślam się — na mnie czeka.

Zważ, niech cześć twa nie zapłonieWstydem za me upodlenie,Bo świat nie krwi patrzy w łonie,Lecz sukni, co je obleka.

Jestto świata zaślepienie,Co zamyka rozum na to,Że ciało się stroi szatą,A dusza się częścią stroi.Chodź ze mną, druhu. — Westchnienia,Dodajcie żaglowi tchnienia,Bo przez ogni płynąć morzeMa mojej miłości nawa.

Pójdę ja poszukać barki,Którą my PortugalczycyChrzcimy imieniem mulicy.Wsiadłszy barce tej na barki,Popłyną jak sam wiatr szparki,Po napitek do mej pani,Za wieść, że do jej przystaniMąż się zbliża. NienagannieMusi bo traktować ciuryW dniu zwleczenia „starej skóry.“— Jeśli wolno rzec tak pannie.

Tutaj, u podnóża gór,W girlandowane komnatyNatury, gdzie pośród kwiatyWiosna swój zwołuje dwór,Leonoro, zstąpić racz,Aż zjedzie do tej przystaniDon Lopez, dziś mąż twój, pani.I odpuści luby płacz,Który pojmuję w tej chwili;Ani mi dziw tego żaluNa wstępie do Portugalu.Na pożegnaniu Kastylii.

Przesławny don BernardinoZ Almeidy, mych cichych łez,Gdy mi w najszczęśliwszy kresOdtąd chwile życia spłyną,Nie chciej niewdzięcznemi mienić.I uciecha łzy ma swoje:Oschną, słońcem je ukoję,Co się zniża mię spłomienić.

Dostatecznie cię tłómacząTwa roztropność i twe wdzięki,A już wierzę bez porękiTakim oczom, kiedy płaczą.Ustępuję, byś swobodnieDum rozwiła wachlarz złotyNa spędzenie tej tęsknoty.Odpoczniesz tutaj wygodnie,Przed słońcem, co głowę raniZostrzonym ognia płomieniem,

Drzew cię osłaniając cieniem.— Niech cię niebo strzeże, pani!

Odszedł już, Sireno?

Tak.

Czy nas kto nie podsłuchuje?

Nie, pani; jesteśmy same.

Niechże więc przez ust mych bramęZ piersi ból mój się wysnuje;Niech powietrze jękiem prujeSkarga, co na wargach drga mi;Ogień, co po sercu gra mi,Niech się z łona krwią wybroczy,Płaczem niech trysną me oczy,A me usta westchnieniami.Powstającym z nich oparemNiechaj się ziemia obwinie,Gdy z pod powiek lawa płynie,Gdy me jęki są pożarem.I kiedy wybuchną gwaremTakich burz i takiej fali,Niech tyle wkoło rozwaliMój żal, ile wylew niszczy,Ile pozostaje zgliszczyZ pożogi, gdy się wypali.

Co mówisz, pani, nie zważasz...Honoru niebezpieczeństwo...

Ty, co znasz moje męczeństwo,Mem cierpieniem się przerażasz,Tak mię przestrogą obrażasz?Nie jęczeć, gdy pęka łono,Nie płakać, gdy oczy płoną?

Skargi daremne, — niestety!

Daremne?... Sireno, gdzie tyDaremne widziałaś żale?Roślina szmerem lamentówŻali się, wiatrem trącona;Żali się, gdy słońce konaNa mogile z dyamentów.Żali się skala, tententówWiatrowych gdy w nią gromadaRunie — i jękami gada;A echo, leśna królewnaWszak się żali, kiedy rzewnaNa wzew jękiem odpowiada.Czuje miłość, więc się smuciPowój, kiedy oderwanyOd skały, swej ukochanej;Prosty ptak żałośniej nuci,Kiedy lubej żądna chuciPierś ptaszęca mu się ścieśni;Piosenką cieszyć się umie,W której żale się rozumie,Gdy się nie rozumie pieśni.I morze się skarży ziemi,Gdy wargami piany białejMuska usta brzeżnej skały;I ogień, gdy drga i dymi,Iskrami pryskającemiPłacząc; — więc czyż dziw, że mojeOczy pragną w żywe zdrojeZmienić się, kiedy się żalą:Płomień iskrą, morze falą,Echa, góry i powoje?...

Tak, lecz jaka rady droga?Cóż poradzisz, chociaż mężna,On umarły; ty zamężna.

Cóż poczniesz?

O! ja nieboga!Tak, Sireno moja droga.Ludwik umarł, a ja za nim.Pognębioną tem konaniemUjrzysz mię niebu posłuszną,Lecz beznamiętną, bezduszną,Związaną — lecz śmierci wiązaniem.Bo to, com raz ukochała,Bo to, com raz uwielbiła,Może zabrać mi mogiła,— Niepamięć go nie zabrała...Niepamięć, gdzie miłość pała?...Miłość kłamczynią?... PrzeklętaByłaby z nią prawda święta!Gdy miłość nie była płocha,Nie zapomni ten, co kocha;Nie kocha, co nie pamięta.Wiesz, jaką czarną żałobąSerce me po nim oblekłam;Gdy do ołtarza się zwlekłam,To, by się znęcić nad sobą.Ostatni tu raz przed tobąZ boleści się moich skarżę. —Miłości, szłaś ze mną w parze;Lecz teraz odejdź miłości,Bo jest zuchwalstwo śmiałościWkraczać po za czci ołtarze.

Fortunny ja, że spieszyłem,Szczęśliwy, że biegłem cwałem,Przebłogi, że się zmachałem,Przedumny, że przyłożyłem

Pierwszy usta w ślad tej nóżki,Co ślad swego majestatuWyciskała formą kwiatu,Jak ulotne wiosny wróżki.Zcałowawszy stóp tych noski,Całuję je znów i pieszczę,Ile je całować jeszczeWolno bez obrazy boskiej.

Ktoś waść jest?

Najniższy służkaDon Lopesa, mego władzcy,A mowca gładki, jak gładcyBiegacze, co do podnóżkaPańskiego bieżą po dary.

Niechże waść zasługę bierze.Oto. — W jakim charakterzeSłużysz waść?

Człowiek tej miaryI humoru, czyż bez grzechuMoże nosić inną maść,Jak mistrza?

Czegóż mistrzem waść?

Jestem — pani — mistrzem śmiechu.Lokaj, którego przenosząNad inne cięższe wypadki,To proszę — już lokaj rzadki,To skarb, o który się proszą.— Gdy myszkuję, intendentem;Gdy się z panem dzielę zdatnymDla mnie strojem, jestem szatnym;Krajczym, a krojczym z talentem,Gdy wybieram lepsze kąski.Sekretarzem też się głoszę,

Kiedy sekreta wynoszę.Koniuszego obowiązkiPełnię, kiedy pod pozorem,Że przeprowadzam wierzchowce,Wycieram pańskie pokrowce.Kiedy sprawdzam pańskie grzeszki,Jestem jego kontrolerem,A skrupulatnym kasyerem,Kiedy mu przetrząsam mieszki.Jestem uczciwym dostawcą,Przestając na jednym groszu,A kiedy biorę na koszuJeno kruszynę, — łaskawcą.Kuryerem, gdy strach mi kija;Forysiem jadę na przedzie,Kiedy do kochanki jedzie; —— A z tego sens się wywija,Że jestem sługa, nie — chłystek,Bo mi jest tak sztuka drobna,Każdy owy kunszt z osobna,Jak mi jest drobnostką wszystek.

Złotnikiem jestem, sprzedaję klejnoty,Co dziś kamieńmi są, a dawniej złotejPoświaty słońca zakrzepłemi ziarnySkrysztalonemi w rudzie miny czarnej.Z Lisbony idąc do kraju Kastylii,Ujrzałem tutaj na wstępie do wioskiDamę, w kobietę zmieniony cud boski;A towarzyszkę waszą. Gdy nie myliMię wieść, zamężna jest lub dzisiaj w ślubyWstępuje; a że w dniu tym zawsze lubyPodarek tego rodzaju kobiecie,Bowiem klejnoty chodzą z szczęściem w parze,

Dozwólcie, że wam mój wybór pokażę,Od gwiazd jaśniejsze skarby w nim znajdzie.Może okazya i wartość przynęciNa knpno wasze przedostojne chęci.

Trafna była myśl i bardzo szczęśliwa:W bardzo stósowny czas waszmość przybywa,Nieznanej doli schmurzoną frasunkiem,Rad, że rozerwę drobnym podarunkiem.Czekajcie tutaj, uprzedzę ją wprzódy.

Gdy opłacacie już łaską me trudy,Zechciejcie, panie, na prawdomownościMej znak okazać ten dyament oto:

Skoro Seniora jego się wartościPrzyjrzy, — nie wątpię — pozwoli z ochotąU stóp swych zjawić się.

A! skarb prawdziwy!Jaki blask, woda, jaki ogień żywy.

Jest tu, piękna Leonoro,Jubiler, handlarz klejnotów;Ukazać przed tobą gotówSwe skarby; stosowną porąPrzyszedł, bo patrzeć mię boliNa to śliczne we łzach lice.Rozwiej — proszę — swą tęsknicę,Popatrz i wybierz dowoliI smaku. Ten brylant oto,Co blaskiem własnym dowodzi,Że z blasku słońca się rodzi,Że jest słońca cząstką złotą,Rzecznikiem jego być może;Weź go. —

Ha! Czyli to czary?...Nieba!

Powiedz...

Nie dam wiary.

Czy ma przyjść?

O wielki Boże!Wszakżeto pierścień tensam...— Proście, niech przyjdzie. — Sireno!Niechże dziś rozpaczy cenąZ piekielnych wymknę się bram.Ten dyament, promieniowiSłońca zazdroszczący chluby,Poglądał na nasze śluby,Darowany LudwikowiZ Benavides. Czy lśnię łzami,Czy tensam... Ja go posiadam!Dziś, zkąd doszedł do mnie, zbadam.

Zmilcz, błagam, stoją za nami.

Jestem, piękna i dostojnaPani...

Duszą mojej kaźni,Ciałem mojej wyobraźni.

Zmilcz na Boga i spokojnaW wymuszonej ducha sileRacz być, bo w tym ambarasieJuż uwagę zwracasz na się. —

— Jestem, który na tę chwilęZbliżenia się z mą posługą,

Wypełnienia dawnych chęci,Których dziś się tryumf święci,Czekałem pani — i długo.Mam tu klejnoty na sprzedaż,Zważ roboty doskonałość.Przedstawię ci, pani, Stałość,— Namawiać się na nią nie dasz;Próżnych pochwał też nie trwonięI już w myśli szczęście rojęTej chwili, gdy Stałość mojęZwiesisz na twem wdzięcznem łonie.Mam Kupidyna z brylantów,Co godzien pierś twoją zdobić;Radbym, by się mogła robićMiłość z takich adamantów.A gdy ludzie nierozumnieZowią ją lekką i zmienną.Prawdziwie ważną i cennąMogą oto znaleść u mnie.Serce mam: wszystkie rubinkiSzczere, łez krople prawdziwe;Mam pierścień, gdzie niby żyweZ szafiru Niezapominki.Śliczny szmaragd, jakiś śmiałyZłodziej w drodze mi zagrabił;Sądzę, że go blask przywabiłW mym klejnocie doskonały.Był oprawiony w szafiry,Ale zabrał szmaragd jeno,Ten oto z niewielką ceną,Zostawiwszy kamień szczery.Skarżyć muszę waszą psotę,Nielitościwi złodzieje; —Tak zrabować mi Nadzieję,A zostawić mi Tęsknotę!Więc przeklinając wydziercę,Odkryję waszej MiłościSkarby Pamięci, StałościI to nieskruszone Serce.

Jak to ułożył uczenieDowcipny złotnik swe skarby:Nazwawszy je podług farby,Uczuć podstawił znaczenie. —

Chociaż klejnoty waszmościMają wartość, jak mówicie,Dziś, niestety, przychodzicieW najniestosowniejszej porze,I bardzo mi jest boleśnie,Widząc tak pełne waloruKamienie waszego zbioru,Że przychodzicie niewcześnie.Jakże byłabym widziana,Skoro dziś w śluby wstępujęI w tej chwili oczekujęMego dostojnego pana;Gdybym chmurzyła te chęciCiekawością, gdy nie wzrokiem,Domysłem, gdy nie widokiemTego Serca i Pamięci? —Schowajcie je; ich wspaniałośćWagęby u mnie straciła,Gdybym dzisiaj baczyłaOwę Miłość, owę Stałość.I odbierzcie pierścień, swój,Choć wiem, że oddając, ronięSkarb godny błyszczeć w koronie,Chowający światła zdrój.Nie skarżcie, że się uchylęTrud wasz spłacić należycie;Błąd to wasz, że przychodzicieW tok bardzo spóźnioną chwilę.

Oto don Lopez, mój pan.

Więc muszę bezsilne pięścieŚcisnąć na moje nieszczęścieI na zniweczony plan!...

Ha, rozpacz!...

Ha, okrucieństwo!..

Wyjdźmy wszyscy na spotkanie.

I niech się milczenie stanie,Usłyszym pierwsze błazeństwo.Pan młody, co żonę drażni,Witając ją mową słodką,Zamiast odrazu łaskotką,— Już głupieje, już się błaźni.

Cóż powiesz, wzorze kobiety,Kobiety płochej i wietrznej,Lekkiej, próżnej, niestatecznej,Jednym wyrazem — kobiety,By mi twe piękne zaletyPrzekleństwo w gardle zaparły?

Mniemanie, żeś już umarły,Długie nad śmiercią twą płaczeZluźniły moje rozpacze,Choć cię myślom nie wydarły.I gdybyś, gdym się widziałaWolną, tak stanął przedemną,Widziałbyś, czym ci wzajemną,Czym kobieta, czym nie stała.Zważ, że przemoc mię znaglała.

Tak, o przemocy powiadaj,Tak, na przemoc winę składaj;

Więc przemocą wyjdź mi z duszy,Przemocą zbaw mię katuszy,Albo śmierć przemocą zadaj.Usprawiedliwiać się raczyszMą śmiercią? — Praca niepróżna:Dola-ż ma od śmierci różna,Gdy się niewinną tłómaczysz?

Nieszczęsny, ani nie baczysz,Że tu moje szczęście grzebię,Że jesteś na mym pogrzebie.Weż-że dowód z mej przemowy;Do niego zwrócę się słowy,Lecz zastosuję do ciebie.

Ledwo twych wdzięków wieść ku mnie przypadła,O pani moja, już twa postać w duszęWstąpiwszy moję, uwiędłą w posusze,Jak motyl w kwiata kielichu w niej siadła.

Dziś widzę, ile wyobraźnia skradłaRzeczywistości i skarżyć ją muszę.Olśnion, fantazyi mej zwierciadło kruszę,Pędzel zesztywniał i poezya zbladła.

Ten, komu los cię na panią przeznaczył,Chce jeńcem zwać się, bo jeńcem anioła.Mieć cię i stracić — ktoby nie zrozpaczył?

Widząc, zapomnieć?... Nie! tego nie zdoła.Bo kto pokochać mógł, nie widząc zgoła,Jakże zapomni, skoro raz obaczył?

Zanim się z waszem spotkałam zjawieniem,Byłeś już panem mym, zmarły czy żywy;Cień wasz kochałam jeno, cień płochliwy,Lecz wystarczało, że był waszym cieniem.

Szczęsna ja, gdyby mogły za zachceniemWzlecieć te moje serdeczne porywy;Pod oczu waszych przemożnemi wpływyPłacić wam mogę jeno — uwielbieniem.

I radabym się przed tym wzrokiem schować,Tak przed wyższością waszą czuję trwogę,Ni nieśmiałości mojej nie przemogę.

Wasza to wina, — raczcież mi darować,Jako małżonka, mogę was szanować,Kochać już dzisiaj nie śmiem i nie mogę.

A teraz, wuju i panie,Przyjmcie mię na pierś swą dzielną.

Niech będzie skałą węgielnąNa wierność, miłość, poddanie.Teraz na okręt i w sferęBłogą popłyńcie bez zwłoki.

Dziś portugalskie zatokiUwielbią drugą Wenerę.

A kiedy śród takiej gloryiPan młody z swą magnifikąOdszedł, prześwietna publiko,Daruj, — tu koniec historyi.

Panie, gdy nie ma sposobuNa fakt, co się losem kreśli,

Wejdź w siebie i odwróć myśliOd melancholii i grobu.Wszak to środek ostateczny,Boć już mogłeś się przekonać...

Ha! jest środek...

Jaki?

Skonać!Lek ostatni i skuteczny.Umrzeć, kiedy promieniejeLeonora, gdy w kolebceMoję miłość dumnie depce,Kiedy depce me nadzieje.Niestety, cóż zdoła zabić,Gdy zazdrość skonu hamujeChęci! — Nie! Czemuż się truję?Nadzieja pragnie wywabićZ tych chmur otuchy promienie.— Może nie wzdycham daremno?...Wszak potępiła przedemnąZmienność swą i zapomnienie.

Zadziwiacie mię ogromnie,Panie; — jakto potępiła?

Kiedy do męża mówiła,Słuchaj, co mówiła do mnie:

Zanim się z waszem spotkałam zjawieniem,Byłeś już panem mym, zmarły czy żywy.Cień wasz kochałam jeno, cień płochliwy,Lecz wystarczało, że był waszym cieniem.

Szczęsna ja, gdyby mogły za zachceniemWzlecieć te moje serdeczne porywy;Pod oczu waszych przemożnemi wpływyPłacić wam mogę jeno — uwielbieniem.

I radabym się przed tym wzrokiem schować,Tak przed wyższością waszą czuję trwogę,Ni nieśmiałości mojej nie przemogę.

Wasza to wina, — raczcież mi darować;Jako małżonka mogę was szanować,Kochać już dzisiaj nie śmiem i nie mogę.

A! nie. — Odurzyć się chciałem.Niechże!... Nadzieję zawodnąTrucizną uczynię miodnąI złoconym puginałem.Gdy mi ból mogiłę sklepi,Toć lepsza rozkosz — o nieba!Gdy z zazdrości mrzeć mi trzeba,Toć z miłości umrzeć lepiej.Za zuchwałości namowąPójdę, prawo części zduszę;Leonorę posieść muszę,Choćbym miał przypłacić głową!

Comments

Loading comments…