Dzień Trzeci
Translated from Spanish by Edward Porębowicz
Tajna krzywda – skryta zemsta
Odzie Don Lopez?
Do pałacuWszedł i kazał, bym tu postał.
Idź i powiedz, żem pozostał,Czekając go, na tym placu.
Ciężki mi dziś trud się dostałI sumieniowi posłuchuUdzielam w myśli rozruchu,W jakie mam ubrać wyrazyTo podejrzenie obrazy,Ciążące na moim druhu.— Don Lopez godzien miłości:Wszystka dobroć weń się wciela.Zacniejszego przyjacielaNie wydały ziemskie włości.W swym domu zdawna mię gości,Majątku czerpać nie wzbrania,Swą dostojnością osłania.Jakże nie strzedz jego sławyZa takie szczytne objawyPrzyjaźni i zaufania?Mogęż milczeć, póki żywy,Że cześć jego blaski roniI nie oddać mściwej broniW usługę i ręki mściwej?Mogęż słuchać, jak złośliwySzept głosi, że KastylianicÓw, mir jego mając za nic,Wdzięczy się do Leonory,Ona doń, a do tej poryJa temu nie kładę granic?Przebóg, nie! — Gdybym jedynieWiedział, że go zaspokoiTaka zemsta z ręki mojej,Dziś jeszcze zalotnik zginie.Roztropnie, tajnie uczynięZemstę zadośćuczynieniem.— Lecz zemsta jest zemsty cieniemI intencya skutkom kłamie,Jeśli nie jest zemsty ramięWraz skrzywdzonego ramieniem.
— Więc powiem Don LopesowiOtwarcie i bez ogródek,By nie jechał. — „Lecz z pobudekJakich?“ — jeśli na to powié?...Boć go rada zastanowi.To mię nagle zbija z toru,Bo gdy z własnego waloruUtrwalił swej części miano,Wydać, że mu ją zabrano,Jest — pozbawić go honoru.Przyjacielowi co każeUczynić słuszność? AlbowiemObrażę go, gdy nie powiem:Gdy powiem, równie obrażę,Bo mu jego wstyd ukażę.— Lecz czemuż jego powadzeNie poddam się? — Taką władzęMa nademną! — Ot, nadchodzi.Sam niech tę wątpliwość zgodzi,Samego w niej się poradzę.
Manryku, pospiesz mi żwawieDo kwinty; ja w tym momencieWrócę, jeno na przyjęcieU króla czekam.
Tu prawieDon Huan chce w pewnej sprawieRozmówić się z wami panie.
Ha! czułem, że coś się stanie.— Masz mię, przyjacielu drogi!
— Jakto tchórz swej własnej trwogiKładzie nóż na własnej ranie! —
Przychodzę do cię, mój miły,Jako do szczerego druha,— Jeśli nas tu nikt nie słucha —Po pomoc w sprawie zawiłej.
Drżę, słuchać ledwo mam siłyW przeczuciu jakowejś zdrady.
Przyjaciel mój pyta radyW pewnej honoru potrzebie,Więc chcę się poradzić ciebie.
Cóż takiego?
Pośród zwadyW grze, pomiędzy szlachcicamiPrzyszło śród kłótni ku temu,Że jeden zadał drugiemuKłam, i ostremi słowami.Tamten nie słyszał imfamii,Ale nie uszła bacznościPrzyjaciela, co śród gościSiedząc, złośliwe szeptaniaSłyszał; więc pełen wahaniaW swojej o druha dbałościPyta, co czynić w tym razie:Czy mu powtórzyć wypadaTo, co się o nim powiada,Czy ma przepuścić na razieNiedosłyszanej obrazie?...Gdy sam się zemście nie przyda,Wyznać — tamtemu ohyda;Zamilczeć, — to bez ustankuCierpieć, że doznaje szwanku.— Cóż zrobi? Zmilczy, czy wyda?...
Pozwól mi jednej minuty.
Bardzo się spieszysz, honorze,Gdy jedna wątpliwość możeZwichnąć doreszty mózg wkutyW więzy mej strasznej pokuty.Że o mnie przypowieść znaczy,To się wyraźnie tłómaczy.O czemś okropnem się dowiem...Powiem, by wyznał? — Nie powiem.Poradzę zmilczeć? — Tak raczej.
— Gdy mam pomódz ci swą radą,Myśl swą oto w tem wyłożę:Mniemam, że się nikt nie możeZwać shańbiony, gdy nieświadom.Ten tylko, co z duszą bladąHańby pomścić się nie zrywaChoć zna, podłym się nazywa.W wypadku tak ważnej miaryNie nieświadom godzien kary,Lecz, co nie mszcząc się, ukrywa.— Długo ci nie będę prawił;Ale gdyby ktoś przypadkiem,Nawet jak ty, — będąc świadkiemMej hańby, mnie ją wyjawiłI przez chwilę myśl zabawiłDomysłem, że ja się boję, —Pierwszy, na którymbym swojeMścił nieszczęście, byłby sam.Bowiem to do siebie znam,Że żyć nie mógłbym we dwojePo takiej okropnej wieści.Ha! Wszak sam rozum się wściekaNa tę myśl, że do człowiekaCzłowiek powie: Nie masz cześci!A dopieroż tej boleściGdyby sprawcą miał być tkliwy
Przyjaciel... Nie! na Bóg żywy,Gdyby mi to własny duchPoszepnął, najszczerszy druh,Zdarłbym życia zeń pokrywy.
Wysłuchałem twojej mowyTak roztropnej i mojemu,Za nią powiem znajomemu,Aby milczał. — Bądź mi zdrowy!
Bezwątpienia mu nie nowyMój wstyd i chce mię uprzedzić.Niechybnie musiał wyśledzić,Że mię zdradza Leonora.— Gdy zna wstyd, to mu już poraI o zemście się dowiedzieć.I świat także, co należyDowie się. — Dosyć, honorze,Czekałeś! Podejrzeń zmorzeNie folguj, aż w złe uwierzy,Nie stój, aż cię złe ubieży.I kiedy takiej sromotyDoszły jej niecne zaloty,Niech między straszne przykładyPostawię wielkość jej zdradyI mojej mściwości groty.
Z kwinty królewskiem nazwanej imieniem,Gdzie mam dzisiejszej nocy być goszczony,Już nie powrócę z wojskiem do Lisbony.Na morskim brzegu stanęło gotoweWyruszyć, w iskrach świateł brylantowe,Wstydząc swojemi pióry i szkarłatyPromienie słońca i majowe kwiaty.
Jak tchórz do stopy królewskiej się czaję,Boleść mię pali i wściekłości płomień;Jak tchórz sie zbliżam, bo mi się wydajeW takiej rozpaczy i strachu i wstydzie,Że wszyscy wiedzą o mojej ohydzie.
Oto Don Lopez z Almeidy; w AfryceGdybym miał jego szpady błyskawice,Wnet maurytańska buta w prochby padła.
Czyżby się szpada w tej pochwie zasiadłaTak podle, gdy ty swoję, żądną wojny,Z pochew dobyłeś już, władco dostojny?Z tobą i na śmierć. — Jakieżby powodyMogły zatrzymać mię w cichej zagrodyGnuśnym pokoju?
Wszak jesteś żonaty.
Tak, ale przeto nie miękną bułatyW dłoni żołnierza; bo ma pierwsze prawaDo jego troski dobra cześć i sława.
Jakże? Małżonce młodejUcieczesz, w bitwie dopytać się szkody?
Żona ma nowej ztąd cześci nabędzie,Widząc, iż ci żołnierzaDała, co pragnie w dzielnych stanąć rzędzie;Bo jest szlachcianką i toby ją raczejUbodło, gdybym pozostał próżniaczy.Kiedym dla własnej wprzód sławy kładł zbroję,Dziś jej się muszę dobijać na dwojeI nie uczynię źle — sądzę — w tej mierze,Gdy dziś pożegnam żonę.
Już wam wierzę.
— Mówiłem przeto, że może boleśnieByłoby żonę wam żegnać tak wcześnie;Choć praw do sławy nie bronię nikomu,Brak wasz się może żywiej odczuć w domu.
Wspomóż mię Bóg! Co to znaczy?...Czy mi mózg się w czaszce paczy?Cóżeś to słyszał, mój duchu,Coście ujrzały, źrenice?...— Więc tak powszechny mój srom,Że już królewskiego słuchuDoszedł, w poszeptach ma gońca,A ja nie znam go do końca?...Jakże do mnie gżą się mary...Czy nie stało w niebie kary?Mogłoż na mnie spuścić grom,Piorunnemi stlić pożary,By śmierć prędzej przyszła sroga,Niśli królewska przestroga,Przeokropniejsza od gromu,Że — mnie — może — braknąć — w domu!Nie! co tutaj po piornnie,Kiedy jak fenix z niedoliZmartwychpowstaje popiołu.Niech mi na ramiona runieOwych łańcuch gór pospołu,Niech się spiętrzą memu czołuNieszczęsnemu w kształt mogiły!O! — mniejby mi zaciężyły,Niż ciężar takiej obrazy,Co mnie przygniotła, jak żadneZgnieść nie podołają głazy.Wieleś mi winien, honorze!Rachunek tu ci wyłożę:Jakież na mnie wnosisz skargi?Czym z tobą wchodził w zatargi,Czym do dziedzicznych wawrzynówNie wplótł lauru własnych czynów,
Pierś moją dzielną i twardąStaląc niebezpieczeństw wzgardą?Tem może mogłem cię zrazić,Że by na szwank nie narazićPrzez całe me zacne życieDla niższego byłem grzeczny,A dla szlachcica serdeczny,A dla ubogiego chętny,A żołnierzowi nie wstrętny.Ożeniony — ach niestety,Czemże popełniłem zbrodnię?Czyż nie wybrałem swobodnieNajszlachetniejszej kobiety?A dziś, w czemże me zgrzeszenie?Czyż nie kocham jej, nie cenię?Gdy więc nie zbłądziłem niczem,Kiedy przed twojem obliczemWolen jestem błędu wszego,Czego prześladujesz, czego?Jakież kiedy trybunałyNa niewinnych się miotały,Nie podstawiając przyczynySądom, katując bez winy,Bez zbrodni wydając wyroki?O prawa świata nieprawe,Że ja, ja, który z opokiStawiałem uczciwą sławę,Nie wiem dziś, czym jest shańbiony!I że honor mój dziś brudząCudze plamy winą cudzą,Że mej panem czci jest drugi,Podczas gdy cudzej zasługiNikt za moją nie poczyta.— Przeczże więc ja cześć mą tracę,Że jedna płocha kobietaI z lubieżnego kaprysuPoddała świątynię cnotyNa lekkomyślne zaloty?
Kto się waży składać z swojąCzcią w naczyniu takiem kruchem,Kto szklannym dowierza słojom,Nie wiedząc, czy lada ruchemNie pękną?... Lecz dajmy tentuPokój, bo obrażonemuPraw oskarżać głupią sprzeczność,Jestto skargi ciągnąć w wieczność.Gmachu głupstwa nie rozbiję,Anim przyszedł świat uzdrawiać;Nie żyję, by go naprawiać,Ja, ażeby mścić się, żyję.— Teraz za królem; gdy wrócę,Na zdrajców sieci zarzucę,A przyjazna mi przygodaSama zemstę w ręce poda.Zaś uczynię ją tak sławną,Jak świat nie oglądał dawno.Dowie się Król i Don Huan,Rozniesie się w świata strony,I przyszłość, czem jest, się dowie,Portugalczyk obrażony!
Nędznicy, kto kłam mi zadałI kto gardła nie postradał?
Uchodźmy, piorun ma w szpadzie!
Czy to nie złudzenie wzroku?Huan! — Masz mię przy twym boku.
Umieram!
Gdy twoje ramięTu ze mną, świat mię nie złamie!
Uciekli. — Powiedz mi, co to,Jeśli iść za tą hołotąUniesienie cię nie zmusza.
Lopesie, mrze we mnie dusza.Myślałem, że już utonąłW zabójstwie mej wstyd obrazy,A tu ja cierpię dwa razy.Hańba jak pies na mnie warczyI widzę, że nie wystarczyWtłoczyć w grób i sieść na kurhanie,By nie wstała upiorzycą.— Gdy trwało twe posłuchanie,Jam zaszedł, gdzie na opoceMorze łamie się w zatoce,W tymsamym, co ty, zamiarze,Wrócenia wcześnie do kwinty,Dokąd sądząc, że ci każeKonieczność wziąć udział w wojnie,Przeniosłeś dom. Więc spokojniePostępowałem tą stroną,Gdy ujrzałem ludzi gronoNad brzegiem; a jeden zbliskaWidząc mię przechodzącego,Szepnął: „Don Huan de Silva.“Ja usłyszawszy własnegoDźwięk — co nietrudno — nazwiska,Otworzyłem uszy oba. —Drugi rzekł: „Co za osobaTen de Silva?“ — „Czyś nie słyszał,— Odrzekł pytany — ten sam,Któremuto zadał kłam
W Indyach Don Manuel z Sozy.“— Wtedy ja już w gniewie wściekłymNa wspomnienie owej grozyDobyłem szpady i rzekłem:„Ja jestem, co Don ManuelaZabiłem, nieprzyjacielaMej czci, — a tek piorunowo,Że połknął obelgi słowo.Don Huan jestem pomszczony,Nie Don Huan obrażony,Bowiem w jego krwi czerwonejHonor wyprałem doczysta.“— Tak powiedziawszy, naoślepRzuciłem się; oczywiste,Uciekli, bo to w naturzeLeży, że są obmówcami tchórze,I że w śmiałości obcesieNie znają pono fortecyMocniejszej nad własne plecy.— Oto troska ma, Lopesie;I tak mię na żywy BógTrapi, że na skały prógWstąpiwszy, rzucę się w morze,Albo szpadą upokorzę,Karcąc sam w nieznośnym bycieTo znienawidzone życie.Powiedział: ten jest shańbiony,Nie rzekł: usprawiedliwiony.— Kto kiedy w życiu prześcignąłNieszczęście? Czyliż zamałoZdziałał, gdy się w niem oczyścił,Kiedy się życia nie wzdrygnąłNarazić w obronnej sprawieI z czcią raczej umrzeć całą,Niż chować życie — w niesławie?Ale nie! bo tysiąc razy:Odważny, by zemstę ziścić,Zacny, aby się oczyścić,Dobrowolnie wstyd o powié
Bo zemsta tego dopowié,Czego nie znano z obrazy.
„Bo zemsta tego dopowié,Czego nie znano z obrazy.“— Więc gdy krwią, co mię nieśławi,To żelazo się zakrwawi,Portugalskich ziem obszaryDowiedzą się z owej kary,Czego im krzywda nie jawi.I usłyszę z którejś stronyJa, rzkomo zaspokojony:Oto ten poszkodowanyNa czci, — nie zaś: ten pomszczony!...Cóż, choćby ma szpada wściekłaKrzywdziciela krwią ociekła?— Obrazy z niej świat się dowié,Bowiem jej zemsta dopowié,Jeśli jej krzywda nie rzekła.Zatem nic nie pozostajeW tej wątpliwości okropnej,Jak zataić. Tak, zataję— Bo skrzywdzony, gdy roztropny,Cierpi, milczy i udaje.Tając więc karę, wszej skazyUjdę, bo ujdę obmowie.W ciemności spadną jej razy;Tak już zemsta nie dopowie,Czego nie znano z obrazy.— Ot, Don Huan był szalony,Bowiem cóż zyskał z obrony,Kiedy usłyszał w tej chwili:Oto którego shańbili,Nie zaś: oto ten pomszczony.W milczeniu mój grot ukujęI w sposób chytry, kryjomyW noc go czarną wysforuję;
Ten, konin wstyd mój wiadomy,Wystarczy, że go przeczuje.— Już się więc z bólu nie zrywaj,Obrażone moje serce!Nim czci mej zduszę wydziercę,Przecierp i milcz i ukrywaj!
Hej! barkero!
Słucham, panie.
Czy nie masz tam barki próżnej?
Wszak dla was, panie wielmożny,Mam na każde zawołanie,Choć trudno o nie w tej porze;Popłynęły o zachodzieDo królewskiej wszystkie łodzieKwinty z królem — strzeż go, Boże!
Więc idźże po nią, a szparko:Chcę przejechać do mej willi.
Ma to być zaraz?
W tej chwili.
Za moment będę tu z barką.
Drugi raz do ust podnoszęI do ócz lube wyrazy,
Bo dają rozkosz dwa razyPrzypominane rozkosze.
Tej nocy król się udaje do kwinty;
Śród tłumu możesz przyjść niepostrzeżenie,
Gdzie nam okazya łatwości udzieli:
Tobie poskarżyć się, — mnie uniewinnić.
Niech cię Bóg strzeże. Leonora.
— Że nie mogę znaleść łodziNa przebycie krótkiej drogi!Że się też nigdy los srogiZ memi chęciami nie godzi.
Ha! to on; list jakiś czyta.Przekleństwo! Kto mię uprzedzi?Drżę.... Kto w list spojrzy, wyśledzi,Że w nim hańba ma wyryta.Spójrzcie: honor tchórz nad tchórze!Co usłyszę, co obaczę,Hańbą mi do oczu skacze.
Sam Don Lopez widzę...
Nuże,Dumo ma, odwagę czerpW nienawiści; gniew zahamuj,Jeszcze chwilę wściekłość tamuj,Milcz i udawaj i cierp.A kiedy wąż piersią głaszczePochlebną a pełną zdrady,Tak ja, nim wytrysnę jady,Spodlę się, skurczę i spłaszczę.
— Bardzo nisko, kawalerze,Cenisz moje dobre chęci,Gdyś wypuścił mię z pamięci,Co Ci pragnę służyć szczerze.Tak bardzo upodobałemW twym rozsądku i grzeczności,
Zdrowym sądzie i dzielności,Że w Lisbonie cię szukałem,Myśląc, że będę szczęśliwyZnowu służyć ci żelazem,Gdyby jeszcze drugim razemZnalazł się napastnik mściwy,Przed którym tu się ukrywasz,A który ci pragnie szkodzićI może śmiercią ugodzić,Kiedy najmniej się spodziewasz.
Wielce łaskę waszą cenięSenior i że odwzajemnię,Spodziewam się; — ale że mnieŻycia twego narażenieNad wszystko, panie, obchodzi,— I to dla obcego zwłaszcza,Którego swój kraj wywłaszcza, —Więc żądać jej się nie godzi.Przytem, jeśli mię nie mamiPozór, wróg jest ze mną w zgodzie,I nic stoi na przeszkodzieNic, bym był z nim ot — jak z wami.
Wierzę, — lecz baczyć konieczna;Gmach z lodu może się zwalić:Z człowiekiem się poufalićObrażonym — niebezpieczna.
Chociaż cenna to przestroga,Jam inaczej sądzić rady,Bo zkądże mam czekać zdrady,Jeśli pewny jestem wroga?
Chociaż przy swojem ja stojęI mógłbym wam dowieść, panie,Racyi, — chowajcie swe zdanie,A ja zaś zatrzymam swoje.
— A teraz: Czego szukacieTu po brzegu?
Szukam łódki,Chcąc widzieć choć przez czas krótkiOwą fetę.
PrzybywacieW porę; gdy waszmość pozwoli,Pojechać możemy społem:Właśnie barkę wynająłem.
Przyjąć muszę po niewoliŁaskę waszą; tłum się ściska,Pozabierał wszystkie sudna;Drugi raz trafić rzecz trudnaPodobnego widowiska.
Więc chodźże ze mną, gdy wola.
Chwila zemsty przyszła przecie.
Czy kiedy człowieka w świecieSpotkała tak szczęsna dola?
Dzisiaj w ręce mi się dostał,Dzisiaj z mojej zginie ręki.
Co za mąż przedziwny! Ha! ha!Stręczycielem został gacha.
Oto barka, jasny panie...
Wejdź wasze, ja wejdę drugi:Czekać muszę mego sługi.
Lub nie; niech wasze zostanie.Wszak wam znany mój służący?— My tu w łodzi poczekamy.
Nie ważcie się, panie, samy;Sznur u łodzi butwiejący,Przerwie go szarpnięcie drobne.
Niech was już nie boli głowa;Barka poczeka gotowa.
Kto widział szczęście podobne?Sam mię wiezie, sam mi służyNa honoru własną szkodę.
Już go trzymam, już go wiodęNa wieczystej próg podróży.
Na lokajów tego panaTrzy dni widzę czekać trzeba.— Lecz co to spostrzegam? Nieba!Lina u łodzi przerwanaI łódź pędzi;... zginą, lubSam Bóg chyba ich ocali...Ha! niepodobieństwo; w faliZnajdą nieczekany grób.
Sireno, na której licaWidok drżę, gorę, szaleję,Zkąd idziesz? Czy cię zachwyca,Która do uszu twych piejeSyrena, morska dziewica?
Na miłości naszej EdenSfundowałem sonet śliczny,Dowcipny i heroiczny,Z tysiąc i jednego — jeden:
Zielona, kwiatom porównana wstęgo,Która Wenerze przypasana w nerki,Zdolnaś bojowe uśmierzyć zadzierki,Samego Marsa uczynić ciemięgą;
Niech się dziś tobą dwie istoty sprzęgąI jak w pasterza sercu i pasterki,Zbudzonych tkliwe łaskotek rozterki,Sympatye poczuą a miłość wylęgą.
Kolor nadziei to i kolor złości;Lecz między nami niech złość nie zagości;— Bo kto miłości w sercu drogę mości,
Ten jak robactwo z kapuścianych liści,Niech z serca zgarnie gniewy i wyczyści,Aż sobie istny raj na ziemi ziści.
A! sonecik, jakich mało.— Ale pokaż, jeśli łaska,Czy zielona ta przepaska?
Ach! z przepaską co się stało!...— Szedłem raz nad brzegiem Tahu,Obraz widząc w zieloności:Twoich wdzięków, mej miłości,A rozkoszy w łąk zapachu.Wyjąłem wstążkę z kieszeni;I hart nadziejami trwaląc,I na zmienność twą się żaląc,Łkałem, jak niepocieszeni.
Całusy ustami kradłem...A wtem orlica przedziwnaMyśląc, że jest rzecz pożywna,Którą w pocałunkach jadłem,Zleciała gdzieś z chmur zuchwaleI porwawszy bardzo butnieWstążkę trawioną tak smutnie,Wzbiła się w powietrzne fale.Ja chociaż miałem za fraszkęSkoczyć do chmur w gniazdo ptaka.Nie mogłem znaleść szyszaka,By przed słońcem zakryć czaszkę.Z gwałtu owej drapieżnicyStworzono o twojej wstążce,I znajdziesz ją w każdej książce:Historyę zielonej orlicy.
— A teraz słuchaj, co mnie sięZdarzyło: Stoję ja sobieNa polu; wtem patrzę, w dzióbieOrlica, lecąc, coś niesie.Lecz widząc, że nie do jadła,— (Orlica tasama pewnie) —Upuściła z dzióba gniewnieRzecz, która u nóg mi padła.Nachylam się po nią w chęciPodniesienia... w trawie zwitaLeżała wstążka! — Patrz, czy taSama?
Fakt godny pamięci.
Pamiętna też nań się godziKara.
Pomówimy o tem,Ale zostaw ją napotem,Bo oto pani nadchodzi.
Sireno!
Już pani służę.
Smutna jestem.
Czemu, proszę?
Zapomniałaś, co przenoszę,Co cierpię?... Słuchaj, powtórzę.
— Pomnisz me niepokojeTego wieczoru, gdy mi dom w płonącąZmienił się strachem Troję;Dziś mąż mój rozwiał wszelką myśl krzywdzącą,Don Huan swe domysły,Don Ludwik wolny i me więzy prysły.
Odkąd na czas pokojuMamy mieszkanie w kwincie tej uroczej,Gdzie na czarownym strojuSadów pasą się zachwycone oczyI pieści gust książęcy,Don Lopez czci mię i kocha goręcej.
Więc pierzchły precz obawy,Któremi własny straszył mię szacunek;A skoro los łaskawyStworzywszy hazard, wraz zesłał ratunek,Poczynam kusić trwogę:— Słabą strach daje miniony przestrogę.
Do tego doszło tedy,Że z męża stał się najczulszy kochanek;Bo jeśli wątpił kiedy,W błąd uwierzywszy, zmiękł mi jak baranek;Czułością usta słodzi.Nic pierwszy to raz tak się miłość rodzi.
Czy to mąż pierwszy w świecie,Co sobie krzywdę czułą łaską mieni?Ach! łudzili się przecieNajbardziej mądrzy, najsławniej uczeni,Że kobieta w swej chuciKochana, dawne miłości porzuci.
Pomnę, gdy mię jedynyDon Ludwik kochał, witałam go chłodnie.Kiedy byłam bez winy,Mniemałam spełniać zbrodnię;A dziś — (o mocny Boże!) —Czczona nie kocham, winna się nie trwożę.
Przeciwnie: chłód mię Ludwika zwycięża,A lęku niema — w winnej.Więc kiedy dziś z orężaDon Lopez chwały poszedł szukać innej,Niech przyjdzie Ludwik, koniec chcę położyćJednej miłości, gdy ma druga ożyć.
Nie wiem, jak me serce umieNie zgubić się w uczuć tłumieI schwycone w żalu kleszczeDotąd mi nie pęka jeszcze.
Czy dziś mości Don HuanieDon Lopez w domu zostanie?
Darmo dziś go chyba czekać,Choć mówił, że nim rozprzędzieSłońce blask w morzu, przybędzie,
Jakże, kiedy już oblekaćŚwiat zaczęły szare mroki,Na niebie gasną obłoki.
Mnie ten zmierzch smutny i bladyNa myśl dziwne mary nęci;Do niczego nie ma chęci,Kto przed sobą uciec rady.
Ratuj mię Bóg!...
Co to za jękPrzypadł z wiatrem tak złowrogo?
Na brzegu niema nikogo.
Widzę, widzę, tam w oddaliJakiś ludzki kształt na fali.Mdła jasność nad wodą drżąca,Rysy twarzy mu zamąca.
Walczy z prądem; do krawędziDobił szczęśnie;... gdy go szczędziŁaska boża, śląc w tę stronę,Godna, abyśmy obronęNieba, nim go trud wysili,Swem ramieniem pokrzepili.
Boże mój!
Dotarł!
O ziemio,Słodka ojczyzno człowieka!
Coto? Don Lopez?
Mój mąż?...
Nie mogła boża opiekaZnaleść łaskawszego progaUtrudzeniu; moja drogaLeonoro, niewątpliwieChyba niebo tak szczęśliwieZ tej potrzeby wyjść mi dałoI tak mi ratunek piększy,Aby cios osłodzić większy.— Przyjacielu!
Co się stało?Straszniejsze na fal tych scenieRozegrało się zdarzenie,Niśli kiedy widział świat.
Gdy mi cię niebo oddaje,Nie znam takich wielkich strat,Którychbym w łzach szczęścia całaLosowi nie darowała.
Bywszy u króla, szukałemCiebie, a znaleść nie mogąc,Nająłem barkę; już miałem
Wsieść, kiedy się zbliżył do mnieJakiś szlachcic bardzo grzecznie,— Jeżeli pomnę nazwisko,Don Ludwik de Benavides —Prosząc, co cudzoziemcowi,Jeśli się przytem wysłowiRycersko, otwarcie, skromnieUchodzi, — bym w uprzejmościSwej na łódź przyjąć go raczył,Bowiem się pragnie konieczniePrzypatrzeć uroczystościW kwincie króla, gdzie wyprawyUczestnicy wsieść na nawyMają jutro. — Jak się godzi,Wskazałem mu miejsce w łodzi;Lecz ledwośmy w nią wstąpili,Ledwo ciężar zmiarkowała,— Przewoźnik jeszcze u brzeguStał, czekając, — jednej chwiliLina widocznie zbutwiała,Potrąceniem się przerwałaI łódka w niesfornym biegu,W swywoli niepowstrzymanejPrzetaczając się w bałwanyKołysząca nas poniosła.Straciliśmy oba głowę,...Próżno chciałem użyć wiosła;— I przez pole lazurowe,Przez te rozigrane wełny,Płynąłem z nim, lęku pełny.To raz się nam łódka zdębiI zawiśnie u fal szczytu,To pod sklepieniem z błękituZapada gdzieś w zimnej głębi.Aż odrzucona w tę stronę,Gdzie światełka zapaloneLśniły, rozbita na skale,Zapadła w wodnym krysztale.
— Owy rycerski kawaler,Którego w smutnej potrzebieChciałem ratować, do ląduNie dobił, bo moc go prąduPorwała; tam go pogrzebieMuł i zapomnienie...
Biada!
Leonoro!... Taka blada!Żono luba!... Ha, na Boga,Krew jej skrzepła, zamrożonaPod marmurem rąk i łona.Podnieście ją. — Don Huanie,Sam mój widok w takim stanie,Nie dziwię się, że ją wzrusza.Wrażliwa kobieca duszaTakich rzeczy znieść nie może.— Nieście ją — lekko, na łoże.
Oto szlachetne i dumneSerce, co kryjąc obelgę,Nawet zemście zbija trumnę.Oto jest zemsta człowieka,Co cierpi, milczy i czeka.
Daliśmy niepospolityHonorze przykład, jak mściwy,Ale w mściwości cierpliwy,Odpłaca się krzywdzie skrytej.— Jak odegrałem wybornieSztukę, gdy linę przeciąłem,Kiedy wiosło w ręce wziąłem,By się przybliżyć pozornie,Naprawdę, by się oddalić.
I jakem z czoła wywabiłWreszcie plamę, kiedym zabiłTego, co mi ją wypalićŚmiał, niby przestrogę wstrętu.Świadkiem sztylet ten, że głowęZłożył w łoże kryształowePod szklannego monumentuWieko ciężkie i żałobne.To me ramię łódź strzaskałoNa opoce, by się zdałoZdarzenie prawdopodobne.— Teraz, gdy wedle zakonuPraw honorowych zakłułemGacha, tak z sercem nieczułemZabiję żonę; niech z tronuNie padnie mi pełna sromuWymówka, gdy król me łożeUjrzy w krwi — niewinnej może,Że mój brak da czuć się w domu.— Dzisiejsza noc przeokropnyKres położy tej szkaradzie.Tak swym mękom koniec kładzieCzłowiek dzielny i roztropny.Leonora ma jedyna,Taka piękna, jak fałszywaI jak piękna — nieszczęśliwa,Którą, dręczoną sumieniem,Z tego nagłego odkryciaŚmierć szyderska w rękach życiaZostawiła marnym cieniem,— Umrzeć musi. Lecz zaczętąKarę śmierci majestatem,By jej nie wydać przed światem,Zwierzę czterem elementom.Już jej wiatrem i morskiemiWały dokonałem w polu.Drugą część mego mozołuOgniowi oddam i ziemi.
Oto w tę noc zemsty czarnąWłasną ręką dom podpalę,A kiedy ogniowe faleDrewniane mury ogarnąKrwawego płaszcza szkarłatem,Wydrę życie Leonorze;Świat powiadać potem może,Ze to płomień był jej katem.Honor mój świetny z popiołuI z tej mięszaniny niecnej,Z którą do chwili obecnejLeżał zmięszany pospołu,Wybłyśnie, bo się wypaliJako przeczyste kryształy,I na jaw wyjdzie wspaniałyZe związku podłych metali,Ujmujących mu waloru,Wylśni złotem ruda bryła:Już się oto w morzu zmyłaPlama mojego honoru;Niech ją teraz wiatr rozwieje,By już nikt nie wiedział o niej.Niech się gdzieś w ziemi uroni,A wreszcie w popiół zetleje.Tak wiatr, ziemia, ogień, falaNieczyste człowiecze tchnienie,Co słoneczne ćmi promienie,Zwiewa, kryje, chłonie, spala.
Zachwycone myśląc morze,Że wstępuje w jego łożeDrugie słońce, w swe namiotyGwiazd ściągnęło hufiec złoty.
Przybyłem wodą, mój Książę,Choć mogłem drogą lądową;Sądziłem, że mieć gotowąArmię na jutro nie zdążę.Przytem były nurty wodneTakie jasne i pogodne,A niebo, narcyz z lazuru,Tak się w nich czyste widziało,Że słuszniejszą mi się zdałoPłynąć pośród czółen chóru,Które w zwinnym swoim pędzie,Niby ogniste komety,Do jednej dążące mety,I niby stado łabędzie,Gdy je białe skrzydła zniosły,W lot się rozfrunęły wiosły.
Lubość jakowąś wydychaNoc wyświeżona i cicha.
A w tym lotnym bark przebieguJakie widoki po brzegu,Gdy się z zieleni wyłoniąPoodbijane w lazurzeKwinty, którym wraz i wrazNimfa piany rzuca dłonią.Jestto jak przenośne wzgórze,Jestto jakby błędny las,Migające oczom z wodyRozesnute korowody.— Bądź zdrów, słodki kraju mój,Który przecie ujrzę jeszcze.Twojej własnej bronię sprawy.Wawrzynowy wziąwszy strójI w tryumfu dostojeństwieWrócę do cię po zwycięstwie,Tronowi przysporzę sławy
I kościół w nowe przybioręCzci ozdoby.
Gore! gore!
Mój Książę, nie słyszysz gwaru?
Krzyki na trwogę pożaru.Ogień tuż w pobliskiej willi,Jeśli mię oko nie myli,Kwincie Lopesa z Almeidy.— Już ogarniona płomieniem!
Widzę; wulkanicznem tchnieniemZ rozpalonego ogniskaKłęby dymu i skier ciska.Drewniane ogarnął ścianyŻywioł lubieżnie wezbrany;Nikt się chyba nie ocaliZ tej krwawo zwichrzonej fali.Pospieszmy, może zdołamyZałożyć pożodze tamy.
Panie, to zamysł szalony.
Nie szaleństwo to, mój Książę —— Powinność.
Choćbym zwęglonyMiał paść w płomieniach, podążęLopesowi ku obronie.Wszakto jego kwinta płonie.
Wstrzymajcie tego człowieka!
Co biegniesz czynić, szaleńcze?
Pośćcie, spieszę, gdzie poręczęZacność uczciwej przyjaźni.A gdy już jesteście świadkiemNieszczęścia, słuchajcie, jakimWybuchł ten pożar wypadkiem.— Ledwośmy, dostojny panie,Poskłaniali w łożach głowy,Kiedy płomień purpurowyBłysnął i wzrósł niespodzianieTak, że zdało się, iż mściwaMyśl na dom ten go przyzywa.Don Lopez z Almeidy z żonąSą tam, w morzu ognia toną.Spieszę...
Jak czart na operzeSmaliłem się w tym kraterze.Więc rzucając pierzyn troje,Jak Eneasz niegdyś Troję,Pójdę w morzu się utopić,— Choć doprawdy, mniej się bojęSpłonąć, niżli wody opić.
Łaski! litościwe nieba.Oddam życie, gdy potrzeba,
Lecz niech życie jej ocalę.Leonoro!
Ha! Don Lope?
Ja sam, który pod twą stopęPrzypadam, jeśli mi stanieDuszy, przedostojny panie,Poznać cię, wznieść wzrok ku tobie,Prosząc, abyś spojrzeć raczyłNa mnie w tej czarnej żałobie,W nieszczęścia tragicznem dziele.Oto tu zmarła w popieleLeży bladym, blada postać,Kwiat w ogniu zlodowacony,Co go zżarł, nie mogąc sprostaćCiepłem; uniesiony złością,Że go przewyższa jasnością.Oto jest ciało mej żonyCzystej, szlachetnej, wielbionej,Której cnota na dzierżawyZiemi z ust poleci sławy.Oto jest ciało mej żony,Którą z tak męskim zapałemWierny jej czciłem, kochałem.Zważ, panie, męki straszliwe:Osnuta w płomienie żywe,Gryzącym dymem duszona,A gdy ją własnem ramieniemWyrywam, walcząc z płomieniem,Wyrwana w rękach mi kona.Na moją rozpacz bezednaPociecha została jedna:W oręża zgłuszyć się chrzęście.Gdym niepotrzebny nikomu,Brak mój czuć nie da się w domu.— Iść mi, panie, pozwolicie;Tam nędzne zakończę życie,Jeśli się kończy nieszczęście.
A ty dzielny Don HuanieOdpowiesz na zapytanie,Jakiej trzeba zemsty użyć,By w niej hańby nie powtórzyć:„Niech tego zemsta nie głosi,Czego nie rzekła obraza.“
.Wypadek, co o łzy prosi.
Racz więc, Królu miłościwy,Sam podać ucho prawdziwejPrzyczynie tego zdarzenia:Żywił pewne podejrzeniaDon Lopez, co nabrawszy siły,Na pewność mu się zmieniły.Przezornością znamienitą,Ażeby na zemstę skrytąTakie zemsty utyć skrycie,Gachowi odebrał życieNa morzu, sam na sam w łodziZ nim płynąc, i tak powierzyłZemstę ogniowi i fali,Aby się o niej dowiedziałTylko ten, co w krzywdę wierzył.
Fakt zapamiętać się godzi:Takiego nie przekazaliStarożytni; tajna krzywda
Skrytej na się zemsty wzywa.
— Oto historya prawdziwa,Cnego Lopesa z Almeidy,A koniec tragikomedyiPoczątkiem, waszych oklasków.
Comments
Loading comments…