Dzień Drugi
Translated from Spanish by Edward Porębowicz
Uwielbienie Krzyża
Pierś mu przeszył ołówI wyszedł krwawszy od owych aniołów,Co plamią kwiaty na dolinie boju.
Krzyż mu postawcie i niech go w pokojuChowa Bóg.
— Patrzcie, a w książkach się czyta,Że być pobożnym nie umie bandyta!
Gdy los, z którym daremnieWalczyłem, herszta zbójców zrobił ze mnie,Niechże i swoje zbrodnieNa liczbę swoich boleści rozpłodnię.Jak gdybym zabił zdradąLisarda, gdym mu odpowiedział szpadą,Mordercę we mnie ścigaKraj; a że furyj tych pierś ma się wzdryga,Własnego życia bronię,Pogrzebłszy tyłu na śmierci wygonie.Niedość majątku straty,Wiosek mych konfiskaty,Zmienili mię w nędzarza,
Myśl jutra mię przeraża.Więc nie przejdzie podróżnyTędy, abym mu nie pozostał dłużnySakiewki lub żywota.
Gdym poszedł spojrzeć, czy mu krew się miotaZ rany, posłuchaj, wodzu, co ujrzałoOko me.
— Cóż się stało?
Oto kula spłaszczonaUgrzęzła w księdze, co mu strzegła łona.Jéj winien ocalenie.Gdy padł, nie śmierć to była, lecz omdlenie.Stoi tu zdrów i żywy.
Lęk mię ogarnia jakiś na te dziwy.Ktoś jest dostojny starcze,Któremu niebo tak staje za tarczęI dla którego cudami się trudzi?
Jestem dziś, wodzu, najszczęśliwszy z ludzi,Co dotąd żyli; pokorny przed Panem,Którego zwę się niegodnym kapłanem;A profesorem byłem teologiiW Bolonii przez lat czterdzieści i cztery.Ojciec mi święty za ten trud mój szczeryZdał biskupstwo Trydentu,Studyów nagrodę; lecz z świata zamętu,Widząc, że nie przystoiByć tylu dusz pasterzem,Kiedy zaledwo strzedz potrafię swojej,Rzuciłem laury i prawdy żołnierzemWszedłem dusznego zdrowiaSzukać między te samotne pustkowia,Gdzie czystość i powagaCnoty i prawda zamieszkuje naga.
Śpieszę do Rzymu, do świątobliwościJego, by raczył mi na założeniePustelni w górach tych dać pozwolenie.Wtem twe szaleństwo skrycieW wątku chce przeciąć losy me i życie.
Co to za książka?
— Jest to moja praca,Któréj zawartość trybutem opłacaTrud wieloletni.
— Ale treść jéj jaka?
O wierzytelnym początku opiewaTego boskiego i rajskiego drzewa,Skąd Chrystus z dłońmi skłótemi i łonemW śmierci zawładł nad skonem.Tytułem: Cuda krzyżaZwie się ta księga.
— Nie dziw, że się zniżaŚmierć przed tak świetném objawieniem boskiem,A ołów staje się potulnym woskiem.Bodaj Bóg rąk mię zbawił,Gdybym jéj białe karty kiedy skrwawiłI na święte wyrazyPadły złości méj okazy.Bierz życie i pieniądze,Sobie jedynie tę księgę przysądzę. —— Wy towarzyszcie mu, aż się bezpiecznyZnajdzie na drodze.
— Niech sprawi Przedwieczny,Byś przejrzał światło w zbrodniach i grabieży.Śród których żyjesz.
— Gdy-ć me dobro leżyNa sercu, módl się, niech mi nie dopuściMrzeć bez spowiedzi.
— Oto ci przyrzekęModlić się dla cię o bożą opiekę
I przyrzeczenie-ć daję(Tak mi gniew na twą litościwość taje), —Iż każdéj chwili z méj pustelni, gdy mięWezwiesz, do cię pośpieszę,Skruszonego rozgrzeszę; —Kapłanem jestem, Alberto me imię.
Słowo mi dajesz?
— I tu konfirmujęDłonią.
— Powtórnie stopy twe całuję.
Za twemi, wodzu, tropyPo wszystkich górach zamęczyłem stopy.
Cóż, przyjacielu?
— Niedobre nowiny.
Mów! — Ostatecznéj lękam się ruiny.Cóż?
— Pierwsze złe opiewa,Iż dano Kurcyuszowi...
Skończ; ta wiadomość wiele mi stanowi.
Wolność schwytania cię zmarłym lub żywym.
Na drugą słuch rozwarłem,Bo w niepokoju okropnéj rozterceMocno mi bije serceI jestestwa posadyDrżą w przeczuciu zagłady.Mów, co się stało.
— Julia...
— NiedaremnieTrwoga się miota we mnie,Kiedy poselstwo od Julii imieniaZaczynasz. — Julia, mówisz..Dość dla mojego rzekłeś przerażenia.Bogdaj ta gwiazda światło wyroniła,Co mię ku niéj zbliżyła!Julia, — mów dalej.
— W klasztorze zamknięta.
Zanieczulenie rozpacz moje pęta.Tak w okropnéj zawiściZemstą niebo już wiejeNa stracone korzyści,Na stracone nadzieje.A gdy mnie się dlań zrzekaJulia, — na niebo ma zazdrość się wścieka.Chuci mych rozpętanie,Kiedy żyję morderstwem,Gdy się karmię wydzierstwem,Choć jeszcze zgrzeszę, gorszem się nie stanie.Niech chęć nie stawa w pędzie,Gdy już myśl wyszła za skruchy krawędzie,Czelio, Rykardo... (Kocham nieprzytomnie!)
Idę...
— Powiedz im, niech tu przyjdą do mnie.
Przejdę przez murów zakonniczych strażeNi świętokradztwa klątwy się przerażę,Bo abym panem stał się jéj urody,Szał miłosny mię goniGwałtem przedrzeć się do niéj,Złamać klauzur przeszkodyI zbezcześcić świątnicę;Tego wszystkiego w rozpaczy się chwycę.Gdyby mię nawet nie żegłSzał miłosny ku temu,
Uczyniłbym, com przerzekł,By zbrodnię zbrodni, a złe przydać złemu.
Spotkamy go tu pewnikiem,Bo mie rodzi mać w złéj dobie.
Czy ja, Mengo, nie przy tobie?Nie trzęś się przed okrutnikiem,Przed tym hersztem rzezi-miechów;Nimby cię uszkodził na czem,Spotkałby się z tym sękaczem.
Strach mi, Dżylu, jego grzechów:Za nami, jak za omastą!Przypomnij-no Sylwkę ino:Weszła do lasu dziewczynąA wyszła z lasu niewiastą.To ci dziewki nie ozdobi...
Hej, żal mi biednéj sierotki!Ze mnie, choć też strzegę cnotki,Baby ten zbójca nie zrobi.
Źleście się Jegomość wdali:Euzebiusz chadza tędy.
Uchodź Jegomość w te pędy!
Widocznie mię nie poznali.
Chcecie temu stryko-robcyWpaść pod rękę?
— Jestem obcy.Czém nagrodzę, moi mili,Tę troskę?
— Zmykaniem skorem,Przed tym zbójcą; ta maszkara,Chociaż mało się tam paraWaszym dworem i honorem,Złapawszy, — zetnie na trzaski.A gdy się wami pokrwawi,Krzyżyk na grobie postawiI to ma za zbytek łaski.
Tu został?
— Tu.
— Niech odpuściSam Bóg Waćpanu; to zbóje!...
Euzebio, co cię wstrzymujeTu?
— Euzebio zwą go?...
— Juści.
Euzebiusz jestem. Co chcecie?Czemu każdy na mnie kracze?
Dżyl, gdzie masz teraz sękacze?
Djabła mam, i niech cię zgniecie!
Z tych tam skalistych okopówPod górą któréj bark morzeBroni, w potoczystym zworze
Widziałem gromadę chłopówIdących na ciebie zbrojnie,I myślę, że już jest blizka.Tak groźnie się Kurcyusz ciskaNa ciebie w pomściwéj wojnie.Myśl, co uczynić masz zgoła.Zbierz ludzi i śpieszmy daléj.
Chcę, byście ze mną zostali,Ta noc gdzieindziéj mię woła.Zabieram z sobą więc obuI ufam, że w ręce praweZdaję me dobro i sławę.
Nie zawiedziesz się do grobu,Już byt nasz z twoim jest zrosły.
Wieśniacy, daję wam życieNa to, że mi posłużycieDo mego wroga na posły.Kurcyuszowi opowiécie,Że ja przy dzielnéj drużynieŻycia mu wzbraniam jedynie,Nie czyham na jego życie.Źle, że z tak liczną gromadąNarusza mię w mym pokoju,Bom Lisarda w równym bojuWyzwany zabił, — nie zdradą.Walczyliśmy ciało z ciałem;Mógł mi w piersi szpadę wbić.A nim jeszcze przestał żyć,W mych ramionach go dźwigałem,By przed księdzem odbył spowiedź.Za co mi się cześć należy;A gdy na mnie mieczem mierzy,Ja mu mieczem dam odpowiedź.
A ci, aby nie zdradzili,Gdzie idziemy, najroztropniéjPrzywiązać oboje do pili.Tak się trop za nami zmyliPrzed wojskiem.
— Powiąż szlachciankę!
Zrobili ze mnie kapcanaŚwiętego Sebastyana.
A ze mnie Sebastyankę.Wiąż panie, ani nie beknę,Lecz oszczędź tego nędzarza!
Panie, niech ze mnie k... rzaZrobią, jeżeli ucieknę.I jéj także daruj życie;Przysięgnij tak samo, Mengo!
Już są związani i tęgo.
Wszystko idzie wyśmienicie,Noc czarna nam się zwiastuje,Ciemności niebo obiegły.Dziś, choćby cię nieba strzegły,Julio, — twych wdzięków skosztuję.
Niechże, Mengo, padnę trupem,Jeśli widząc, jak niepieknieTu stoim, każdy nie rzeknie:Stoją pod katowskim słupem.
Ratuj mię, Dżylu, niebogę,Odwiąż, bo już żal mi trzewi.
Ty mię, Mengo, odwiąż drzewiéj,A potem ja ci pomogę.
Chodź ty pierwszy, bez baj-bajek;Jesteś gaduła i nudziarz.
Nie przejdzież tu jaki dudziarz,Jaki wędrujący grajek,Ktoś, co się zerwał ze stryczka,Albo, co ich nigdy nie brak,Od klasztoru jałmużniczka,
Albo z próżnemi dwojakiJakiś studencina głodny?...Nie przyjdą, boja dziś szkodny!...
Słyszę jakiś głos; w te krzakiPójdźcie i obaczcie prędko!
Ktoś jest, człecze? Miejże tkliwość,I rozwiąż mi tu wątpliwość,W któréj pocę się na miętko.
Jeżeli szukacie, panie,Powroza w téj leśnéj dziurze,To tu wam powrózkiem służę.
Mój twardszy, na dłużéj stanie.
Już przeto, żem jest niewiasta,Należy mi się pierwszeństwo.
Nie zważaj-ta, gdzie starszeństwo,Rozwiążcie mię wprzód i basta!
Z tamtéj strony głosy słyszę.
Bodajś zgorzał!
— Dżylu, to ty?
Czart się zagził! O mój złotyTyrso, odwiąż, ledwo dyszę.Gadki potem.
— Cóż to?
— Panie,
W dobrą przyszliście godzinę,Żeby skarać tę gadzinę.
Któż to odszedł was w tym stanie?
Kto? Euzebio; i powiedziéćKazał, — nie wiem co; i w parzeZwiązał tak, żeśmy w tym jarzeDo dnia sądu mogli siedzieć.
Nie becz-że teraz, ciemięgo.Mógł się obejść mniéj wspaniale;Złego nie wyrządził wcale,Kiedy zostawił cię z Mengą.
Nie tego ja się rozbabrał,Tyrso, iże mi nic złegoNie zrobił.
— Więc czego?
— Czego?Tego, że Mengi nie zabrał.Antkowi zabrał i blizkoPół roku czynił niewieścieGwałt, a gdy wróciła wreszcie,Sprawiliśmy weselisko.Antek wytrząsł sto reałów.A Bartolo: pomnij ino,Ożenił się z Katarzyną:Nie czekając dwu kwartałówZległa; więc w wielkiem nadęciuMówił: Kto ci zrobi więcéj?Coś ty kuł dziewięć miesięcy,Z tém ja się załatwił w pięciu.
Żaden gwałt mu nie zaduży.
Ten człek środkiem niesłychanymStał się już tych stron tyranem.Taka czelność w końcu znuży.
Myślcie, panie, jak go złapać.
I kobietom już obrzydłyTe sprosności; wziąwszy widłyPójdziem oczy mu wydrapać.
Pewna, że się tu gdzieś wwiercił,Wszystkie te, panie, krzyżyki,Których tu widzicie szyki,Stawia tym, których uśmiercił.
To najgłębiéj utajonyKąt lasu.
— Nieba! PoznałemMiejsce to: tutaj ujrzałemÓw dowód nadprzyrodzonyNieskalaności bez zmazyI niewinności bez cienia,Na których blask podejrzeniaŚmiałem rzucać tyle razy,Tak widocznie bezpodstawne.
Jakie pasye, panie, draźniąTwą wzburzoną wyobraźnią?
Wspomnienie to bólu dawne,Oktawio, co duszę mroczy,A wstyd, którego przed nikimNie wygłosiłem językiem,Teraz mi tryska przez oczy,Każ, Oktawio, niech żołnierzePoczekają w głębi jaru,A ja z méj troski ciężaruJeszcze raz niebu się zwierzę.
Ziskać się, a baczyć na wszeStrony.
— Jako?...
— Darmo z pyska-ć
Wyszło pytanie: wyiskaćKaże się i baczyć na wsze.
Kto z doświadczeń własnych nie wie,Że lepiéj w żalu i gniewieCzuć piekło bólu i sromu,Niżeli wyznać je komu?Tak ja z duszą własną sprzeczny.Kołatam rozpaczą, zaczemJuż westchnieniami i płaczemDościgam morza i wiatruI sam sobie dostatecznyTowarzysz śród drzew i krzaków,Oddaniem całego mieniaGotów okupić cierpienia,Nawet już źródeł i ptakówZa świadki ich mieć się boję;Bo nakoniec szepcą zdroje,A ptak w piosence wyśpiewa;Nie pragnę innéj kompaniiNad te niechowane drzewa;One jedne mię nie znają:Tajemnicę mą zatają.Zaszło więc na gór tych scenieNajcudowniejsze zdarzenie,Jakie od starożytnościGwałtowi ślepéj zazdrościPrzeciwstawiła niewinność.Ale jakże nie przełamieZaufania podejrzenieTemu, komu prawda kłamie?...Zazdrość jest miłości skonem,Nielitośną na nic zmorą;Nie zmiękczysz chłopską pokorą,Ani odstraszysz jéj tronem.Ot — w tem samem miejscu właśnieNa Rozmirę — gdy myśl wspomni,Zda się w gardle głos mi zgaśnie
I duch się ubezprzytomni;Tu mię liść szelestem trwoży,Każdy kwiat się na mnie sroży,Kamień oczy we mnie wdraża,Każdy pień mi włosy zdębia,Każda skała mię przygnębia,Każda góra mię przeraża...Wszystkie one są świadkamiMojéj okropnéj infamii, —Podniosłem szpadę: a onaSpokojna, nieprzelękniona,Bo dzielność nosi w orężuZawsze i honor i cnota,Rzekła: Zatrzymaj się, mężu;Bo gdy ci przyszła ochotaZabić mię, bezbronna stoję,Gdyż bronić gdzież mam przyczynę,Życia, co wiecznie jest twoje?Niech tyle tylko uzyskam,Że mi oznajmisz mą winę,Pozwolisz, że cię uściskam.Ja rzekłem: W wnętrznościach własnychOddawna nosisz tę żmiję,Która cię dzisiaj zabije.W nich dostateczny się mieściDowód twej — niecna! — bezcześci,Lecz go nie wydasz przed światem,Bo wprzód niewinnéj dziecinyI twoim stanę się katem.— Kiedy już — na to odparła —Twe dochodzenia cię wiodłyKu wierze w czyn taki podły,Słuszna jest, abym umarła.Ale te Chrystusa rany— Stał tu, jak dziś krzyż drewniany— Mówiła — na świadki biorę,Iż nie wiem, bym w jaką poręSkrzywdziła cię; ufam żywię,Że się im usprawiedliwię.Wtedy ja w żalu i skruszeUczułem, że już się muszęRzucić jéj do nóg, gdyż biłaNiewinność z jéj czystéj twarzy.
Lecz kto się chwyta potwarzy,Niechaj baczy, co poczyna.Bo gdy raz na nią się waży,Choć potem uciszyć chce się,Twierdząc, że była przyczyna,Wątpienie spokój uniesie.Nie przeto-ż, iż nie wątpiłem,Że dostateczna jéj wina,Lecz, że w ten sposób méj zbrodni,Ogłuszając się, broniłem,Podniosłem ramię wzburzonyI szpadą na różne stronyCiąłem; — ostrze zdala od niéjKrajało jeno powietrze.Ciało jéj od chusty bledszeLegło pod krzyżem; ja-m uciekł,Lecz kiedym wrócił do domu,Stanąłem, jak rażon od gromu,Znalazłszy piękną jak zorza,Gdy niesie słońce na ręku,Rozmirę; dziecina hożaObraz piękności i wdzięku(Uciecha nieogarniona!)Leżała u matki łona.Porodziła dziecię w boruTego samego wieczoruW tém miejscu u krzyża stóp.A dla jéj zaszczytu, lubBy swojego majestatuZnamię Bóg pokazał światu,Nowonarodzone dziecięNosiło na piersi krzyżKrwią i ogniem malowany.Tłumiła tę rozkosz przecieTa okropna pewność, iżTam w górach druga istotaZostała, bo położnicaCzuła śród bólów żywota,Iż rodzi dwoje. Ja wtedy...
Z doliny zbrojne czeredyZbójców widne; trzeba zatem,Nim się zwali noc nad światemI potyczkę udaremni,Iść ku nim; bo gdy się ściemni,Oni góry znając lepiéjUszkodzą nas.
— Niech się skrzepiWojsko i naprzód posuwa.Wszelką mi chwalę zatruwaMyśl, żem się nie pomścił jeszcze.
Chodź cicho i pod tym kątemPrzystaw drabkę.
— Jestem gotówIkarem zostać bez lotówI bez ognia Faetontem.Wspiąć się dziś myślę na słońceI jeśli mię wesprze światło,Rozbujawszy się aż na tłoNieba, firmament roztrącę.Miłość uczy być tyranem,Gdy wejdę, drabkę odstawcie,Tu na dole się zabawcie,A przyjdźcie znowu za danymZnakiem. W górę huraganem,Kto się pnie, czy jutro spadnie,Czy mu prochy wiatr rozkradnie,Już owa upadku mękaSławy jego nie ponęka:W bólu rozkosz będzie na dnie.
Czemu czekasz?
— I wahanieCzemu twe dumne porywyHamuje?
— Nie widzisz?...Ogień mi odgraża.
— Panie!Fantazyi cię rozigranieStraszy.
— Straszy?...
— Wejdź!
— Już wchodzę.Oślepły w blasków pożodzeWkoło siebie ognie czuję.Lecz nic mię nie zahamuje,Piekielne żary przebrodzę.
Już w górze.
— Jakaś go trwożyŚród strachu upolowanaZłudzeniem ugruntowanaMara z fantazyj bezdroży.
Weź drabinę.
— Aż do zorzyCzekać nam tu pewno każe.
Było to ogromnie wraże!...Choć ja, zamiast gonić mary,Wolałbym spać przy méj staréj.Lecz — znajdziem się jeszcze w parze.
Po gmachu snuję się całymZatopionym w czarnéj ciszy.Wszyscy śpią, nikt mię nie słyszy.Upornym wiedziony szałemDo każdéj celi zajrzałemPrzez drzwi zaledwo przymknięte:Wszędzie śpią mniszeczki święte.Nie wiem, gdzie Julii ukrycie.Gdzież bez celu mię gonicieWy, nadzieje nieujęte?...Jaki strach, ciszy powaga.Ciemność roztoczyła sieci. —Co to?... W téj celi się świeci?
To Julia!... Czemu się wzdragaStopa? Tak-że mię odwagaWspiera, że zbliżyć się boję?Czemu-ż w ziemię wrosły stoję?Ha! w takim myśli nieładzieŚmiałość zbroję na mnie kładzie,Śmiałość ściąga ze mnie zbroję.Ktoby powiedział, że dodaJéj wdzięku ta suknia zgrzebna?Tak; szat krasa niepotrzebna,Kiedy jest czysta i młoda.Jéj niezwyczajna uroda,Przekleństwo mego kochaniaPowstrzymuje mię i skłania,Bom już nie zaznać nie zdolnyDla piękna chuci swawolnej,Dla cnoty poszanowania. —Julio, Julio!
— Kto powtarzaMe imię?... O rany Chrysta!Czy to moja myśl nieczysta,Czy tęskność tę marę stwarza?...
Tak cię mój widok przeraża?
Któżby twego się widokuNie lękał?
— Straszny wyroku!
Czego chcesz, formo bez ciała,Na mą duszę naleciała,Nie widna, jeno dla wzroku?Czy ty jesteś moją karą,Czy wyobraźni wyrazem,Czy złudzenia obrazem,Albo pokusy maszkarą,Albo chłodnéj nocy marą?...
Jam Euzebiusz w własnem cieleCo do nóg się twoich ściele.Wszak gdybym był myślą tylko,Stałbym z tobą każdą chwilką.
Ha! teraz widzę cię w dzieleGodnym ciebie i porywaTakie mię drżenie rankoru,Że milszy byłby upioruWidok, niż postać prawdziwa,Tu, gdzie płacząc konam żywa,Gdzie żyjąc cierpię męczarnie.Czego chcesz? Lęk się na mnie garnie.Czego szukasz? Słucham konając.Czego żądasz? Blednę, czekając.Co zamierzasz i bezkarnieJakeś tu się wejść odważył?
Miłość się nie lęka kar.Twa uporność a mój żar,Dziś wahanie me przeważył.Dotąd jam cierpiał, bom marzył,Iż dobiję się twéj ręki;Ale widząc twoje wdzięki.Dla mnie stracone, jam w złościNie uszanował świętości,
Bezpiecznych z prawa poręki.Czyli słusznie, czyli bez prawaWinę ponosim oboje.Ja — mam sprzymierzeńców dwoje:Chuć i gwałt siłę mi dawa.Samo niebo mi przyznawa— Tuszę — zabiegów nagrodę:Nim odjęto ci swobodęByłem tobie poślubiony,A małżeństwo i zakonyWszak nie wchodzą z sobą w zgodę.
Tak: byłam z tobą związanaW padołach waszego świataTym węzłem, co słodko splataDwie wole; wzajem kochanaNawet mężowskiego mianaNie wzdragałam się; bezsprzecznieTwoją byłam dawniej, lecz nieDzisiaj, gdy — patrz — muszę czystaByć oblubienicą Chrysta,Bo zaprzysięgła mu wiecznie.Jego jestem, przecz mię kusisz?Wyjdź; świata się katem stajesz,Gdy niewiastom gwałt zadajesz,Mężczyzn zarzynasz i dusisz.Euzebio, przytłumić musiszTo serca oszołomienie.Niech cię chwyci przerażenie,Żeś zgwałcił mury klasztoru! —
Wpływem twojego oporuPodrasta moje zachcenie.Więc przemogłem nocą czarneŚcian tych straże i daremnie?— To nie miłość żyje we mnie,To zmysłów chęci niekarne.Chodź, i niechaj cię przygarnę,Lub powiem, że mię w zamknięciuDla swych chuci od dni pięciuUtrzymujesz w własnéj celi,I tak mię rozpacz ośmieli
W mojém gwałtownem zacięciu,Że zawołam i powtórzę...
Euzebio, czekaj!... (O Panie!)Zda mi się, słyszę stąpanie,Stąpanie ludzi na chórze.Nieba! Strachem myśli mrużę.Skryć go w celi jedna droga.Tak uczynię; jedna trwogaDrugą z duszy méj wygania.
Jaka miłość mnie pochłania!
Jaka dola moja sroga!
Już trzecia. Wczesna godzina!
Komu się uciechy darzą,Rykardo, pod nocy strażą,Słońcu się nie przypomina.Szyję dam, że mu się zdaje,Iż się nigdy nie kwapiłoTak bardzo i przyśpieszyłoDziś wschód.
— Zawsze ono wstajePóźno temu, co pożąda,Wcześnie temu, co używa.
Ręczę ci, że się nie gniewa,Ani na wschód nie pogląda.
Dwie godziny już!
— Nie sądzę,Aby je poczuł Euzebio,
Bo go w rozkoszy kolebiąNiepomne na zegar żądze.
Wiesz, że mi się podejrzanąZdaje sprawa owa cała.Julia wezwać go musiała:Gdyby go nie przywołano,Kto ma dość odważną minę,By sie przez klasztorne muryDarł?
— Rykardo, słychać z góryJakiś szmer.
— Przystaw drabinę.
Puść mię, kobieto!...
— Więc kiedyTwemi żary spłomieniona,Na gorące prośby zmiękłaI westchnieniami zalękła,I łzami rozpancerzona,Dwa razy obrażam Boga,Bo Boga i Oblubieńca,— Rzucasz mię i nie posiadszyŻart czynisz z mego poddaniaI hańbę z mego rumieńca?Dokąd chcesz ujść?...
— Puść, niech skryjęTwarz; z twych ramion na mnie patrzyBóstwo i przystępu wzbrania.Z twoich oczu płomień bije,Twój oddach — fala ogniowa.Wulkanu snop — twoja mowa,Każdy warkocz — żmija złota;Każdy wyraz śmiercią wionie,
Piekłem twa każda pieszczota;Takich nabawia mię dreszczyZnak dojrzany na twem łonie.Stygmat to dla mnie złowieszczy;A niech niebo nie dozwoli,Abym zbezcześciwszy ciebie,Cześć pogwałcił razem krzyża;Bo gdybym go na swawoliMojéj zawezwał świadectwo,Zniósłby-ż podłe me jestestwo,Gdy się k’niemu z hołdem zbliża?...— Wróć, przeznaczeń nie odwlekaj:Serce me tobą nie gardzi;Idę — bo dziś wielbię bardziéj. —
Wstrzymaj się, Euzebio! Czekaj!...
Tu drabina...
— Błagam, zostań,Albo weź mię stąd!...
— Nie mogę.Więc tak z tryumfu pobladłemNa rozpacz licem — odchodzę.
Ratuj mię, niebo! upadłem.
Co się stało?...
— Nie widzicieWichru rozognionych chłostań?Nie widzicie, jak niebo w pożodzeZarzuciwszy krwawe płaszcze,Chyli się na mnie... przygniecie!Ha! gdzie skryję się, jak spłaszczę?.Krzyżowe drzewo, przysięgamI tu najsroższemi sprzęgamKlątwami wzniesione ręce,Że gdziekolwiek znak twój ujrzę,Ukorzony bożéj męceOdmówię Zdrowaś Maryja.
Dusza mrze, mózg mi się zwija.Więc taka była, niewdzięczny,Twoich przysiąg nieugiętość,Taka twéj miłości świętośćI taka jest świętość mojej?Pókiś mię na twéj rozpustyWstyd nie skłonił groźbą, łzami,Pragnąłeś; lecz nad złamanemSercem ledwo swéj zawlekłeśRządy woli i mym panemNazwać się mogłeś — uciekłeś!Nad cię kto uciekł w zwycięstwie?Konam, litościwe nieba!...Na co są jady w przekleństwieNatury, gdy nie potrzeba,By zabić, — nic, jeno wzgardy.I nowe stąd dla mnie smutki,I nowy wstyd się wydziela,Bo pożądam — wzgardziciela.Kto widział miłości skutkiTak dziwne? Gdy na rozkoszeŁzami Euzebiusz mię kusił,Nie chciałam; — dziś on mię zmusiłPłakać: — on wzgardził, ja proszę.Bo taka sprzeczność się mieściChęci w naturze niewieściej,Że bronim się im w téj saméjMinucie, gdy pożądamy.Kto chce rzucić nam przynętę,Niechaj ma serce zamknione:Bowiem gardzimy wielbione,A kochamy odepchnięte. —I nie to jest mi sromotąŻe nie kochał, lecz, że rzucił. —— Tu upadł. Skoczę i zginęLub go dopędzę!... Lecz co toWidzę u muru? Drabinę?...— Jakież w myśl mi błyskawiceBiją! Zblednij, wyobraźni,Roznamiętnieniem nie drażnij,Bo gdy cię na chęć pochwycę,Tuż zbrodnia spełni się za nią.
A Euzebiusz?... Czy nie dla mnieNa klasztorne darł się ściany?I gdy niezahamowanyZawisł nad klątwy otchłanią,Czy nie schlebiał mi? Więc czemuWaham się, lękam i cierpię?Zstępując, odpłacę jemuOdwagę hazardem własnymI w jego uśmiechu jasnymSłodkiéj nagrody zaczerpnę.Już za grzechu przyzwolenieJak za grzech kary się głoszą,Więc gdy pewne me zhańbienie,Niechaj mu ulżę rozkoszą.Tak; chcę; — już Bóg odjął ze mnieSwe dłonie, zepchnął mię w ciemnie.Lecz spełnionego w rozpaczyWystępku czy nie przebaczy?On litośny... Na cóż czekam?
Przed światem, honorem, Bogiem,Zbyłam szacunku i cnoty,Kiedy tak oczy oblekamOkropnéj bielmem ślepoty.Demonem jestem, co strąconyZa niebios runął opony,Gdy utraciwszy nadziejęOdkupienia, nie szaleję.Za święte wyszłam warownie,A noc w ciemności i ciszyJakimś strachem ku mnie dyszy,Jakąś grozą ku mnie wieje.Stąpam w okropnym bez-echu,Gubię się w czeluściach grzechuI potykam w nim ponownie.Co czynię, co chcę, gdzie dążę?W takiem osłupieniu krążę,W takiéj okropności trupiej,Że mi krew pod sercem krzepnieI włos na głowie się słupi.Wyobraźnia, nim oślepnie,W próżni kształty jakieś tworzyI szept ponury mię trwoży
Głoszonego na mnie sądu.Występek dumnie wezbrany,Co w śmiałość we mnie się spiętrzył,Teraz się w bojaźń rozjętrzył.I ledwo śmiem dźwignąć nogi,Bo téj saméj olbrzym trwogiDo nóg mych przypiął kajdany.Czuję, — ciśnie mi ramionaJakieś przekamienne brzemięI gnę się i wrastam w ziemięJak posąg zlodowacona.Nie; — naprzód krokiem nie ruszę;Wrócę napowrót do celiI modlitwą się pokuszęO przebaczenie; a tuszę,Że mi go jeszcze udzieliDobrotliwość bożéj łaski,Bo nie tak na niebie słońcaLiczne, a nad morzem piaski,A ciał atomy na wietrze,Jako liczne te przewiny,Które litośnéj godzinyBóg mój zapomnieniem zetrze.Lecz co to?... Stąpania słyszę...Tutaj cofnę się w tę niszęAż przejdą, potem niezwłocznieWrócę do celi.
— WidocznieW przestrachu zapomniał o niéjEuzebio i wziąć nie kazał.Mógłby ktoś, gdy się odsłoniDzień, ujrzeć ją...
— Już ich niéma.Więc teraz wrócę bezpiecznie
Skąd wyszłam, poszlaki zgonię,Co to?... Własnemi-ż oczymaPatrzę? Nie po tej-że stronieStała u muru drabina?...Może po téj drugiéj?... Lecz nie!Więc tu mi zostać potrzeba;Więc tu się grób mój poczyna.Tak mi zagrodzono drogęDo żalu; bo gdy mą butęPragnę przemodlić, pokutęCzyniąc, wstrzymana — nie mogę.Więc gdy mi Bóstwo nie raczyUdzielić łaski, obaczy,Co jest kobieta w rozpaczy.Czyny me niebo zachmurzą,Zbrodnie moje świat odurzą,Podziwieniem będą wiekom,Grzechu twarz w bladość oblekąI przerażą samo piekło!
Comments
Loading comments…