Akt I

Translated from French by Stanisław Wyspiański

Cyd

SCENA 1.SZIMENA, ELWIRA.

SZIMENAWięc mówił?

ELWIRA Że się cieszy,że wybór twój pochwala,że na śluby z Rodrygiemzezwala.

SZIMENA Więc zezwala?

ELWIRAMówił to, że w Don Sanszugodnego ma rywala;ale Rodryga więcejpoważa i szanuje.

SZIMENATak tedy skłonność sercamojego odgaduje.

ELWIRACo prawda, nie mówiłam,że serce twe się skłaniawięcej ku Rodrygowi.Rzecz całą przedstawiłam,jako niepewną jeszcze:Że obydwaj młodzieńcerówno godni kochania.To ucieszyło hrabięi sam w pospiesznej mowiewychwalał ród Rodryga;Diega liczne zasługi,ich przodków szereg długi.Mówił, że go zniewala:ród, zasługi, przodkowie.»W pierszym rzędzie ich kładę«,rzekł, »Kraj przez nich się dźwiga.dźwiga.«Lecz spieszył się na Radę,gdzie król i senat radzą,komu na wychowaniepowierzą królewicza.Don Gomez pewny prawie,że jemu to oddadzą, —spodziewa się zaszczytu, —niespodziewa rywala.Czyli się nie przelicza?Król widząc go łaskawiewśród rycerzy u szczytuw wojewódzkiej opończy,radby pewno, by goniłza surm wojennych dźwiękiem.

Królewicz, gdy nieletni,ojciec go będzie chroniłprzed broni ostrym szczękiem.Zaś gdy się Rada skończy,Rodrygo ojca skłonił,aby o twoją rękęnatychmiast hrabię prosił.Czas więc już bardzo krótkiod przyszłości nas dzieli,by szczęście twoje głosił, — —w weselnym dźwięku fletnizakończył twoje smutki.Jeszcze się boisz o swego Rodryga?

SZIMENABo wielkie szczęście los zazdrosny ściga.Gdy człowiek naprzód dolą swą się cieszy,już tajemnicze, niezgadnione mocecios dlań gotują, co szczęście zdruzgoce.

(odchodzą).

SCENA 2.INFANTKA, ELEONORA.

INFANTKANareście dzieło mojejuż będzie ukończone,gdy Don Rodrygo pojmieSzimenę pięknolicą.Jak więc miłosne prawowiąże orla z orlicą.Szczęście im się zaśmiało.Czyli Los da rękojmię?

Don Gomez już się skłaniaoddać mu ją za żonę.Teraz Eleonoropowinnabym się cieszyć,że mi się tak udałozłączyć dwa wielkie rody,żem pięknego młodzieńcaobdarzyła dziewicą,najpierwszą z mego dworu.Miłość ta nieodrazuzajęła się płomieniemtakim, jak dzisiaj płonie.Jednak, mimo oporu,Rodryga wnet przykłonię,Dziś serca im gorejąjednem ino pragnieniem.Lecz, czyli mam się przyznać,że równocześnie ze mną(Ach! to cię będzie śmieszyć)dziwne rzeczy się dzieją.Twoje oczy się śmieją?Ty może odgadujesz?Zgadujesz?

ELEONORA Nic trudnego.Pewno ci się podobaswatany rycerz młodyi żal ci swatanego?

INFANTKADaj rękę do mej dłoni,przytul ją tu do serca,

czy serce moje czujeszjak bije, silnie bije!To może władztwo czyje?To może tyle znaczy:że książęce serduszkokogoś uznawać raczypanem, — że pokochało? —

ELEONORAAh, dziwię się niemało;przelotne jakieś drżenie.

INFANTKAO miłości! Srogi tyranie!Amorze, wszechwładne bóstwo.Jakżebym była wdzięczna tobie,gdybyś, wejrzawszy w me ubóstwo,dał wielką miłość i kochanie.Po stopniach tronu droga do mnie.Przybywaj, przybądź w snach wyśniony:wiary dochowam ci niezłomnie,Amorze, bóstwo niezbyte!Dozwól dojść do się, upragniony,choćby przez poświęcenie.Krzesaj w serdeczny blask pożaru,co w głębi serca skryte.Przybywaj, przybądź w łunach czaru;rwij kwiaty nierozwite.

ELEONORAO kim księżniczko mówisz?Za kim wyciągasz ręce?

Czyli Amora bogawołasz w serdecznej męce?

INFANTKABoga, samego bogaAmora ze skrzydłami!

ELEONORAAleż, księżniczko droga,twój bożek lata górnie,wysoko ponad nami.

INFANTKAOn mój, mój, ten skrzydlaty,co wzniesion ponad światy,grot złoty ciska w ludzii dusze śpiące budzi.Nie Rodryga mam w myśli.Chcesz mi to wypominać?Nie przed lada miłostkąksiężniczce czoło zginać.Miłość marna, młodzieńczanie wabi mnie, ni nęci.Córka Gomeza hrabiniech cieszy się Rodrygiem.Dla siebie chcę rycerza,co laurem hełm uwieńcza,jak owi z nieba święci:Jerzy, jak Anioł Michał,co zabija Demona!Takiemu dusza tęsknapragnie być poślubiona. —

(oddalają się).

SCENA 3.DON GOMEZ, DON DIEGO.

DON GOMEZWięc zyskujesz pierwszeństwo; zaś powolność królastawia cię na wyżynie równej prawie ze mną.Ty masz być pedagogiem księcia.

DON DIEGO Odznaczenie,jakie ród mój spotkało, — wykazuje jawno,że monarcha dług spłacił, zaciągnięty dawno, —że zasług dawnych pomny...

DON GOMEZ Dzisiejsze pomija.I królowie się mylić mogą, — często mylą;jako, że to jest ludzkie. I właśnie ten wybórwszem w obecności całego dworactwadowiódł najlepiej...

DON DIEGO Więc mówić co niema,skoro cię to tak mocno dotknęło. — Być może,że powolność zdziałała, co zasługa może.Lecz władza pozostaje władzą; jest jedyna.Skoro król mnie powierzył wychowanie syna,trudno wnikać w powody, przyczyny, pobudki.Król chce, — więc jego wola wszystkiem; wywód krótki.Radbym ja o czem innem pomówić tej chwili:ot złączmy dwie rodziny w węzeł nierozłączny.Wszakże oba te rody to Ojczyzny duma.

Ty masz jedyną córkę, ja jednego syna;ich małżeństwo dwa domy w przyjaźni pokuma.Przestań się żalić na mnie, że mam uczyć księcia;bądź łaskawy i syna bierz na twego zięcia.

DON GOMEZNiechaj wyższych zaszczytów ten piękny syn szuka;zwłaszcza, gdyś nowej sławy przysporzył do dawnej.Więc niech was wzdyma próżność tej komedyi jawnej,jeżeli was to bawi. — Ucz, — pouczaj księcia:jak ma rządzić poddanym krajem, jak panować,jak ma nagradzać dobrych, a złych jak strofować.Lecz przedewszystkiem ucz go sam wojennej sztukii przykład, — przykład mówię, — przydaj dla nauki:Jak to bezsenne noce spędzać ma na koniu,cały we stal zakuty; — jak brać wstępnym bojemmury miast; — całą ufność mieć w ramieniu swojem.Przykładem ucz, — a pewno będzie doskonały,gdy na jego usługi kunszt twój oddasz cały.

DON DIEGODzieje mojego życia pouczą przykładu.Czytać je będzie książę, — naprzekór zazdrości.Z długiego ciągu czynów nauczy się ładu,nauczy się porządku — —

DON GOMEZ Z czytania? — Nie sądzę.

Dzień jeden żywych trudów wart więcej niż księga.Dzień jeden mego życia więcej niż ciąg długilat twoich; — dzień mój jeden więcej niż zasługitwoje, czy czyjekolwiek. — Jeśli byłeś niegdypierwszy czujny, — to jestem czujny dziś i jestem pierwszyi ramię to podporą państwa jest, — państwa ostoją.Grenada i Aragon drży, — bo mnie się boją.Ochroną jestem Kastylii, — bezemniewnetby kto inny rządził tu, inny królował.Więc jest słuszna, bym księcia uczył i wychował.

DON DIEGOZnam cię aż nadto dobrze i sam wiem najlepiej,żeś jest królowi wierny w służbie i oddaniu.Widziałem, jak walczyłeś przy mnie na zaraniutwej sławy, — pod rozkazem moim i pod wodzą.Rad cię widzę w tej samej mojej własnej roli. —Gdy zaś zbyteczne zwady sprawie dobrej szkodząi trudno, by sprzeciwiać się królewskiej woli; —tym byłem swego czasu, kim jesteś w twej dumie;sam uznasz, że król obu nas rozróżnić umie.

DON GOMEZCo się mnie należało, dostało się tobie.

DON DIEGOKto rzecz wziął ponad ciebie, snać lepiej zasłużył.

DON GOMEZKto jest w dziele sprawniejszy, ten godniejszy bywa.

DON DIEGOGdy kto odejdzie z kwitkiem, — znak to nieomylny.

DON GOMEZŁasiłeś się pochlebco, — danoć czegoś żądał.

DON DIEGOSława mych niegdy czynów była po mej stronie.

DON GOMEZPowiedzmy: — król starości twej robi honory.

DON DIEGOGdy król działa, — to męstwo nad wszystko jest miarą.

DON GOMEZTą więc miarą nie tobie a mnie rzecz sądzona.

DON DIEGOKto czego nie otrzymał, — widocznie wart nie był.

DON GOMEZNie był wart!? — Ja?! —

DON DIEGO Z pewnością.

DON GOMEZ Za bezczelność twojęweź nagrodę, —

(uderza go).

DON DIEGO Do broni! Rozpraw się z żywotem!Wstyd w rodzie niesłychany!

(dobywa szpady). Złóż się!

DON GOMEZ(z dobytą szpadą) Ty chcesz czego?Czegóż ty chcesz dokonać tem słabem ramieniem?

(składają się).

DON DIEGO(któremu szpada wypadła z dłoni)O Boże, — siły uszły; — słaba dłoń, — znużona...

DON GOMEZBroń twą zabiorę. — Nie. — Zbyt byłbyś dumny,próżność sycący twoją na moich trofeach.Zabierz ją. — — Teraz księcia krwi możesz pouczać.A zacznij twą naukę od powieści życia;życie opowiedz twoje — i wspomnij niebawem:jakoś wpadł ze mną w zwadę, rej chcąc wodzić jademjęzyka w pustych bredniach; — czemu ja kres kładę,zrumieniwszy policzkiem lica nazbyt blade.

SCENA 4.

DON DIEGO(sam)O starości okrutna, — bezwstydna niemocy!Czyliż żyłem lat tyle, bym w hańbie dni konał?Wojny nademną przeszły, — ostała siwiznana mych trudów oznakę; laur dała ojczyzna, —a laur, dzisiaj zdeptany nogą przeciwnika,wszystką cześć mego domu w grób nędzy zamyka. —Ojczyzno, ocalona tylekroć tą ręką,

czyliś ty dziś nie ze mną w litości nad męką,męką twego żołnierza, męką twego syna?Ojczyzno, tobie jeno służyłem, jedyna.Dla cię straciłem siły i przez cię jedynie, —jakoż dziś mnie odrzucisz, — dziś, w bolu godzinie?

(podnosi porzuconą szpadę).Niechaj miecz, który niegdyś walczył w twej obronie,przejdzie w inne, mocniejsze, — szlachetniejsze dłonie.

SCENA 5.DON DIEGO, DON RODRYGO.

DON DIEGORodrygo, — jestżeś mężem?!

DON RODRYGO Każdemu dowiodę,żem godzien twego miecza.

DON DIEGO Ty siły masz młode!Lecz czyliś siebie pewny, — czyliś pewny siebie?!

DON RODRYGONa ten miecz, jestem syn twój; jako Bóg na niebie,ciebie godny.

DON DIEGO O jakąż cieszę się radością,gdy cię widzę ku ojcu tchnącego miłością;bo tę twoją żarliwość dziś stawię na próbę,dziś, gdy wszystko się sprzęgło na wstyd, na mą zgubę.

DON RODRYGOCo mówisz ojcze?!

DON DIEGO Mnie starości brzemięzgięło. — Dziś mnie złamano, — oplwano, opluto,cześć moją mi wydarto, — pokalano w brudzieohydnych słów.

DON RODRYGO I któżby śmiał potworny?!

DON DIEGO Ludzie!Na ojca twego podniesiono rękę!Musisz mię pomścić, pomścić: — policzek mi dano.O nieszczęsna starości! — Byłbym go tym mieczem...Lecz ramię mnie zawiodło, — ręka cios zmyliła.Boże, toż samo ramię, — to, którego siłalat tyle na ojczyzny służbie... — Leć, zabijaj!Żeleźce to oddaję z nieudolnej ręki;bierz je. Zabijaj, leć, — lub nie powracaj.Wróg to możny, — wróg wielki, — zaszczyt ci przyniesie:wziął chrzest na polu walki i nieraz był w pyle,zbryzgany krwią. — — Co więcej — i to tknie twej duszy;to nieszczęście wrogowi znacznej przyda ceny:Ten jest...

DON RODRYGO Któż jest, — przez litość!

DON DIEGO To ojciec Szimeny.

DON RODRYGOTo...

DON DIEGO Nic nie odpowiadaj. — Znam twoje kochanie.Lecz cóż po życiu w hańbie i po dniach sromoty?Ile droższy dla serca, tem cięższa obraza.Tu zemstę trza wymierzyć, chociaż serce boli.Nakoniec: znasz mą hańbę, w zemście czerp ochoty.Tej hańby dla nas obu starczy do sytości.Słowa nie rzeknę nad to: mścij się, mścij się synu!I jeżeliś mnie godny, — czekam od cię czynu!Leć, biegnij, bież coprędzej, — mścij się, mścij się doli.

(odchodzi).

SCENA 6.

DON RODRYGO(sam)1. Krew ścięła się od grozy:Cios niespodziewany,tak pewną ręką zadany.Mnież to pomsta przypada?W rozterce tej mój honor pada,jeślibym śmiał za sercem biedz...Zmartwiałem, — duch poddanypod cios, co srogie niesie rany.Mnież pod ciężarem lęku ledz?O Boże! Czyliż mogłem wierzyć?!Gdy się ze Szczęściem chciałem zmierzyć,gdy tchną płomieniem piersi, lica,ojciec Szimeny lży rodzica!

2. W rozterce pierś faluje:Zda się, że miłość honor zgina.Mścić ojca muszę. — Ją utracić?Czemże me serce mam bogacić;czyli uczuciem, czyli dumą?Jedyna rozpacz dziś mnie kumą:Bo albo będę żył bez cześci,albo mię czeka los boleści.O Boże! Czyliż mogłem wierzyć? —gdy się ze Szczęściem chciałem zmierzyć,gdy tchną płomieniem piersi, lica,ojciec Szimeny lży rodzica!

3. Ojcze, — kochanko, — honor, — serce moje.Miecz w ręce moje dano.Czyliż na to, by zamkły się Szczęścia podwoje;by radość moją żywotną grzebano?Jakoż nie spełnić rozkazu rodzica,gdy dumą pierś faluje?Czemuż miłosnem drżeniem palą lica,gdy zaszczyt miłość truje?Budzi się pomsty myśl-orlica, — —Szimeny ojciec lży rodzica!

4. Po śmierć, po śmierć, ach, biedz po czyn!Obojgu jestem winny cześć:Jak mściciel — zebrać klątew plon;bezczynny — w hańbie żywot wieść.Jakoż niewiernym być dla miłej,jakoż niewiernym ojcu memu?Daremno silę moje siły,by jarzmu zdoleć straszliwemu.

Wszystko zwiększa mą winę;gdy raz znam już przyczynęi gdy raz znam tę zwadę,na szalę wszystko kładę!O Boże! Czyliż mogłem wierzyć:gdy się ze Szczęściem chciałem zmierzyć,gdy tchną płomieniem piersi, lica,ojciec Szimeny lży rodzica!

5. Mnież to umierać, — skoro myśl się błąkai rozum, niezdolen rady,memi usty młodzieńca żałość moję jąka,wylękły przed czynem zdrady.Ojczyzna mnie się wyprze, żem nie umiałhonoru domu bronić;że gdy przystało, bym jak wicher szumiał,łzym jeno umiał ronić.Gdy ją na wieki mam utracićniechaj Ojczyzna mi zostanie.Gdy miłość nie chce mnie bogacić,niech miłość kraju starczy za nię.O Boże! Czyliż mogłem wierzyć;gdy się ze Szczęściem chciałem zmierzyć,gdy tchną płomieniem piersi, lica, — —ojciec Szimeny lży rodzica!

6. Wyzwolon umysł, myśl już wolna;wprzód byłem pod obuchem.Ręka do pomsty, czynu zdolna;urosłem chwilą jedną duchem. —Czy zginę w walce, czyli z żalu,krew moja będzie czysta.

Ojczyzna pozna krew w koralu,gdy zemsta rwie ognista. —O chyżej, prędzej! — Pomsto bywaj!Oskarżam się o zwłokę.Już dawno winien byłem walczyć,cóż hańbę jeszcze wlokę?! —O Boże! Czyliż mogłem wierzyć?Gdy się ze Szczęściem chciałem zmierzyć,gdy tchną płomieniem piersi, lica,Szimeny ojciec lży rodzica!

Comments

Loading comments…