Akt II
Translated from French by Stanisław Wyspiański
Cyd
SCENA 1.DON GOMEZ, DON ARIAS.
DON GOMEZWyznaję, przyznać muszę,żem uniósł się nad miarę.Gdy obelżywą mowąmarne mi rzucił słowo,spłaciłem dług z powrotem.Rzecz, skoro już się stała,nie mówmy więcej o tem.
DON ARIASPrzychodzę z woli króla,w imieniu króla mówię.Król zajął się tą sprawąi wielce rozgniewany,wyrzekł o tobie hrabioże mimo twą powagę,zasługi i znaczenie, —choć on sam trud twój wielbi, —znać musisz jego prawo.
DON GOMEZNiech król sam, jako zechce,mem życiem rozporządzi.Samowola go łechce,Biada, jeśli pobłądzi.
DON ARIAS«Jaką wymierzę karę,przyjąć ją będzie trzeba.Chcę, aby był posłusznykrólewskiej mojej woli.Chcę! — Posłuszeństwa żądam.»
DON GOMEZW myśli jego nie wglądam.Jestli tak małoduszny?Ślepego posłuszeństwaniech król nie szuka u mnie.
DON ARIASMówicie hrabio dumnie,ostrą i twardą mową. —Czy to ostatnie słowo?
DON GOMEZNie gnę przed nikim czoła. —Jak sąd królewski padnie;Don Fernand, jeśli zdoła,niech po mą głowę sięgnie.Obaczym, czy nie pękniestrop na tronowej sali:czyli wraz ze mną Państwow ruinę się nie zwali,nad mym grobem płaczące nie klęknie?
Czyli w domowej wojnie,gdy wstanę przed nim zbrojnie,to hydra się nie zlęgnie,co stu szczękami kąsa.Przed grozy tej obliczemkról, co się na mnie dąsa,co chce mnie zgnieść swem prawem:król się okaże — niczem. —
DON ARIASWięc lżysz Majestat tronu?!Z jakiem-że to obliczemszedłbyś na dwór królewski?Wszak to wyraźna zdrada.
DON GOMEZSądowi memu biada!Ja się nie lękam zgonu.Potrafię w mocy mojejwstrząsnąć posadą tronu;Niech król mnie nie bezcześci;(miłe mu tronu blaski)bo jeźli berło pieści,to może z mojej łaski.
DON ARIASW tej burzy, co nadchodzi,wy się lękajcie gromu;by piorun was nie spalił.Czyście ponad rozumy?Czy już nie znacie sromu?Winniście łasce królasławę waszego Domu.
DON GOMEZNie mierz mnie swoją miarą.Jestem wyższy nad tłumy.Gróźb serce się nie lęka,ani nie lęka gromu.Czyjaż go rzuci ręka?Mogą mię losy skazaćna nędzy cierpką dolę,lecz to zachowam zawdy:honor i własną wolę.
(Don Arias odchodzi).SCENA 2.DON GOMEZ, DON RODRYGO.
DON RODRYGODwa słowa hrabio.
DON GOMEZ Słyszę.
DON RODRYGO Don Diego ci znany?Wszak to wiesz: jak powinien być poszanowany?
DON GOMEZWiem. Być może.
DON RODRYGO Być może? To wam i przypomnę:jako ramię Don Diega bywało niezłomne;Jako był rówien tobie.
DON GOMEZ Być może — nie pomnę.
DON RODRYGOSpojrz mi w oczy, wszak widzisz, że ogień w nich płonie.Ogień ten po mym ojcu, pali się w mem łonie.
DON GOMEZNie wiele mnie obeszło.
DON RODRYGO Ku temu was zmuszę!
DON GOMEZTak o sobie rozumiesz?
DON RODRYGO O to się pokuszę.Chociem młokos, jak prawda, lecz kształcę mą duszę,bym niedorosły latmi, lata ubiegł czynem, —by mnie ojciec mógł poznać godnym siebie synem.
DON GOMEZSięgasz ku mnie, zuchwały? O próżność bez miary!Któż ciebie widział z mieczem, byś miał tyle wiary?
DON RODRYGOTacy, jak ja, dwa razy poznać się nie dają.Cios na cios. Pierwszą chwilę mistrzem sobie mają.
DON GOMEZMiarkuj się!
DON RODRYGO Tak?.. Być może. Kto inny, zapewnespieszyłby się ustąpić, żeś brwi zmarszczył gniewne.Czyli z pod lauru, co czoło twe wieńczy,twe oczy w śmierć skazały zapał mój młodzieńczy?
Uderzam dzisiaj śmiały w to zwycięzkie ramię;wierzę, że śmiałosćśmiałość moja sile mej nie skłamie.Ojca jeno mam w myśli, że ma być pomszczony!Nie zwyciężono ciebie, będziesz zwyciężony!
DON GOMEZOdwaga! Nie od dzisiaj odgadłem ją w tobie.Wierząc w to, że ojczyzny szczęście w niej złożone,spokojny, córkę moją dawałem za żonę.Znam twą miłość a jednak widzę to z radością,żeś obowiązek twardy stawił przed miłością.Lituję się nad tobą, młodości lituję;zwolń mnie z nierównej walki, gdy kres jej zgaduję.Zbyt mały zaszczyt dla mnie: pastwić się nad tobą;abym miasto trofejem, czoło krył żałobą.
DON RODRYGOLitość podłą przydajesz memu pohańbieniu!Cześć odbierasz a życie me ważysz w sumieniu.
DON GOMEZOddal się ztąd!
DON RODRYGO Mów ciszej. Nie odstąpię krokiem.Godzina mnie lub tobie śmiertelnym wyrokiem.
DON GOMEZMasz-li już dosyć życia?
DON RODRYGO Trwogę znasz daremną!?Czyli się śmierci boisz?
DON GOMEZ Idę.
DON RODRYGO Idź przedemną!(wychodzą).SCENA 3.INFANTKA, SZIMENA, ELEONORA.
INFANTKASzimeno, bądź spokojna.
SZIMENASpokojna? Ja? Tej chwili,gdy się rodzice nasitak nagle powaśnili?Rodryga ojciec tak zelżonybezwzględnie, popędliwie;przepełnia serce moje trwogą,że dług nie będzie niespłaconyi że Don Diega przyjacielezapłacą odwet zemstą srogą.
INFANTKASzimeno, bądź spokojna.Sroga dwu domów kłótnia,sroga dwu domów wojnazakończy się weselem.Król jest wam przyjacielemi mocno wziął do sercaten zatarg tak niemiły.Znajdzie więc tyle siły,by kres położyć zwadzie.Obiecał nawet radzićo tem w królewskiej Radzie.
Niech tylko hrabia Gomeztrudności nie przymnożyi niech się, gdy obraził,przed Diegiem upokorzy.
SZIMENADon Gomez, hrabia Gormas,miałby się upokorzyć?Któż śmiałby ojcu memukajdany te nałożyć?I przed kim?
INFANTKA Przed Don Diegem.Wszak to ojciec Rodryga.
SZIMENAMój ojciec upokorzon?!Serce się wstrętem wzdryga.
INFANTKAZaślepiony w swej dumietwój umysł, lękiem strwożon,rozpoznać już nie umie:czem hrabia jest zagrożon?Jakie niebezpieczeństwogrozi mu każdej chwilia nikt go nie przestrzega — ?
SZIMENAOd kogo!?
INFANTKA Syn Don Diega:Rodrygo, który jeszczeswej nie próbował szpady.
Rycerz pełen ogłady, —rycerz pełen honoru,kwiat kastylskiego Dworu.
SZIMENANie będzie śmiał, — zbyt młody.Słucham cię z przerażeniem. — — —
INFANTKAZa ojca pozwoleniem,by sunąć powodymej troski i obawy, —zanim król nie uzyskazałagodzenia sprawy, —Rodrygo, jako więzień,tu będzie zostawiony.Więc możesz być spokojna,bo będzie rozbrojony.
SCENA 4.INFANTKA, SZIMENA, LEONORAELEONORA, PAŹ.
INFANTKAPobiegniesz za Rodrygiem. Najdź mi go tej chwili.
PAŹHrabia i Don Rodrygo przed chwilą tu byli.
SZIMENADobry Boże!
INFANTKA Drżysz czego?
SZIMENA Litości nad nami.
INFANTKAWięc widziałeś ich razem?
SZIMENA Mów, czy byli sami?
PAŹPrzed chwilą, razem spiesząc, pałac opuścili.Może mnie się zdawało...
INFANTKA Co?
PAŹ Że się kłócili.
SZIMENASkładają się. Zda mi się — szpady w uszach dzwonią..!Czyli ich ręce moje od ciosów osłonią!?
(wybiega)
SCENA 5.INFANTKA, ELEONORA.
ELEONORAKsiężniczko, co jest tobie,że ręce własne ściskasz;w trwodze je załamujesz;oczyma dziwnie błyskasz?Czy mnie ty okłamujesz,udając raz wesołą —to znowu nagłym smutkiemmarszcząca brew i czoło?
INFANTKAJa dziwną mam nadzieję:jakąś nadzieję straszną.
W królewskim dyjademie,w mych szat królewskim stroju —uwierzysz? — mnie za ciasno. —Ja nie wiem na co czekam,gotowam pragnąć złego!I dzieło, co jest moje,com sama go pragnęła,cieszę się, — że los zwlekapozornie wbrew mej woli.Czy los tak igra możez tem, co człowieka cieszy,z tem, co człowieka boli?Dopiero blizkie byłymłodych obojga śluby, —już domy się zwaśniły.
ELEONORAO czem księżniczko mówisz?Kogóż to masz na myśli?Czyli Rodryga znowu?
INFANTKALos dziwne koła kreśli.I to mnie zastanawia;to naraz mnie zadziwia,i naraz mnie zabawia.Nadzieję mam okrutnąi tę ci wyznać muszę:że w walce tej Rodrygozabije Don Gomeza!
ELEONORAJak możesz pragnąć tego?
INFANTKAPragnę, na moją duszę!Mówiłam: sama nie wiemdlaczego pragnę złego?
(wychodzą).
SCENA 6.DON FERNAND, DON ARIAS, DON SANSZO.
DON FERNANDCo?! Hrabia mnie zadziwia.Mówisz, że nieposłuszny,że w gniewnym słów porywieprzyjął cię opryskliwie?Prośbie mej się sprzeciwił,a groźbę za nic ważył?Tem hrabia mnie znieważył,że nie wiem dokąd zmierzaw zamiarów swych zapędzie.Liczyć nań już nie mogę.Straciłem w nim żołnierza.Upłynie czasu wiele,nim inny go zastąpi,nim jemu równy będzie.Niechaj mnie zwą tyranem, —nie będzie praw mych burzył,uznać mnie musi Panem.Przyganię, jak zasłużył.Łagodnym byłem zrazu,przemocy nie użyłem; —teraz nic mnie nie wstrzyma,bym nie wydał rozkazu:
Niechaj go straż poima.Sądzon będzie do razu.Ta głowa, co się dumnieponad koronę wznosi,upokorzyć się musi,choć setne laury nosi.
DON SANSZOBo może nazbyt naglerygor nań przykry spada, —jeśli Don Gomez hrabiatak szorstko odpowiada.Lepiej byłoby możeostawić rzecz czasowi?
DON FERNANDDon Sanszo, milcz! — W tym sporze,jeźliś niebacznie stanąłpo stronie Don Gomeza,jesteś przeciw — królowi.
DON SANSZOPrzez litość jednak proszę,pozwól się za nim wstawić.
DON FERNANDSłucham. — Jakaż to litośći jakie to wstawianie?
DON SANSZONie błagam o to, Panie,byś karał go łaskawie;
lecz pozwól, by się rycerzmógł po rycersku sprawić:z bronią w ręku. Los wtedygdyby dlań był pomyślny, —zamiast ludzkiego sądudałby — ułaskawienie.
DON FERNANDMiarkuj się. — Lecz wybaczammłodej odwadze, śmiałej.Jako król, mam w pamięcimyśl o Ojczyźnie całej:tej jeno służę Sprawie.Tej krwi szanować muszę,co mej Ojczyźnie służy.Jak sternik nawę wodziwśród mętnej morskiej burzy.Na słowa twe żołnierzamówię odpowiedź króla:Ktokolwiek mnie posłusznypod mą się skłania wolę,ten może ufać pewny,że swej nie szkodzi sławie.że równo mnie dosięgacios, który weń uderza.Toż samo Gomez hrabia, — Lecz więcej nie mówmy,nad ważniejszą się sprawą teraz zastanówmy:Wieść ta, chociaż niepewna, wieść to wielkiej miary:Dostrzeżono okrętów nam wrogich sztandary,jak nocą w gardło rzeki pełzały bezczelnie.Wypadnie czujność zdwoić.
DON ARIAS Moc twoja i siłyznaną Maurów potęgę przed tobą skłoniły.Zwyciężon tyle razy, Maur, już serce traci;nie tak się łatwo z nami zwycięztwem wzbogaci.
DON FERNANDZazdrość ich jadowita tem się zapaliła,że niegdy Andaluzję dłoń ta przykłoniłapod władzę mą; że berło zawładło tym krajem.Kraj ten ich chciwym oczom, dziś straconym rajem.Powód to był jedyny, bym w Sewilli tworzyłstolicę, żebym tronu podstawę położyłtu dla całej Kastylli; bym z blizka stąd badał,jakieby Maur na przyszłość podstępy zakładał.Abym go z blizka śledził i głosząc orędzie,zamysł ledwo poczęty w puch rozbijał wszędzie.
DON ARIASObawy Wasze próżne.
DON FERNAND A próżność w ufności.Zbyteczna ufność sama ściąga gromy.Wam chyba nie od dzisiaj bieg rzeczy wiadomy,że pełnem pędząc morzem, sama morska falaich okrętom aż tutaj dopływać pozwala.Gdy jednak ledwo pierwsze mam o tem nowiny,nie chcę nadmiernym gwałtem ściągać na się winy,iżem zbyteczną trwogą w noc gród wstrząsnął cały.Starczy wysłać zdwojoną straż w przystań na wały.Starczy zdwojona czujność...
SCENA 7.DON FERNAND, DON ARIAS,DON SANSZO, DON ALONZO.
DON ALONZO Hrabia padł.Wnet syn Don Diega hańbę rodu zmazał.
DON FERNANDOdkąd mi znany cios ciężkiej zniewagi,wyrządzonej domowi zacnego rycerza,gdym hrabiemu Don Diega przeprosić rozkazał,gdy hrabia do słów moich nie przykładał wagii nie spieszył się wcale Don Diega przeprosić, —co więcej: bardziej hardo głowę począł nosić,w butności swej nie przyjął mnie za pośrednika,przewidywałem koniec: znalazł przeciwnika,co go prześcignął w gwałcie dumnej samowoli. —Ale cóż to za wrzawa?
DON ALONZO To Szimena woła,by ją do cię wpuszczono. Rozpaczą wiedziona,skargę przed króla niesie. Prosto tutaj zmierza.Biegnie tuż Don Diego, o syna strwożony.
DON FERNANDNiechaj wejdą. Rycerzy moich wódz stracony.Dziś, gdy go potrzebuję w tak niepewnej chwili;gdy trzeba, aby wszyscy w chorągwie spieszyli,hrabia padł. — Czyja wina; i kto tutaj błądzi,gdy Ojczyzna w nieszczęściu, niech rzecz Bóg sam sądzi.Któż z ludzi tylu klęskom grożącym podoła?
SCENA 8.DON FERNAND, DON ARIAS, DON SANSZO,DON ALONZO, DON DIEGO, SZIMENA.
SZIMENAKrólu, sprawiedliwości!
DON DIEGO Sprawiedliwy królu!
SZIMENADo nóg twoich przypadam, w żalu, w nędzy, w bólu.Najznaczniejszy z rycerzy twych dla cię stracony.Wysłuchaj oskarżenia!
DON DIEGO Wysłuchaj obrony!
SZIMENASkarzesz, Panie, junaka, skarcisz szalonego!Ojca mojego zabił!
DON DIEGO Pomścił Ojca swego!
SZIMENAWinien jesteś poddanym całe serce twoje!
DON DIEGOSłusznej pomsty nie karać!
DON FERNAND Powstańcie oboje.
SZIMENAPanie, krew ojca przed memi oczamipłynie z okropnej rany! Litości nad nami.Nad ojcem, nad rycerzem, który razy tylezyskał zwycięztwo bitew w niezrównanej sile.
W boju winien był zginąć, nie z ręki Rodryga.Przybiegłam, darmo ręka głowę stygłą dźwiga.Wybacz boleść.
DON FERNAND Odwagi córko. W twej żałobietwój król, gdy brakło ojca, ojcem będzie tobie.
SZIMENAPanie! — —
DON FERNAND(zwracając się do Don Diega) Odpowiedź twoja Diego?
DON DIEGO Jestem winny.Na mój rozkaz jedynie — syn był tutaj czynny.On jedynie mój rozkaz i wolę wykonał.W woli mej bezlitośny byłem dla cię synu;sam nie byłbyś się nigdy rwał do tego czynu.Jeśli Szimena żąda kary sprawiedliwej, —ja będę ukarany, syn zostanie żywy.Oddam żywot bez żalu, gdy cześć ocalona;przyjmę, jaka mi dola będzie przysądzona.
DON FERNANDSprawa jest wielkiej wagi, więc na pełnej Radzierzecz rozważać będziemy o dwu domów zwadzie.Tymczasem, nim rzecz jasno będzie rozsądzoną,Szimena pójdzie do dom, pod Sansza osłoną.Don Diego pozostanie; — słowom jego wierzę.Niech mi znajdą Rodryga, gdziekolwiek się kryje.Złożę sąd. Sprawiedliwość, jak słuszna, wymierzę.
Comments
Loading comments…