Z dni ciężkiego trudu

Translated by Jan Kasprowicz

Ogrodnik

Z DNI CIĘŻKIEGO TRUDU zbudowałem świątynię. Drzwi nie miała ni okien, z twardych, szerokich złomów były jej ściany.Zapomniałem o wszystkiem, unikałem świata w zachwytnem skupieniu patrzący jedynie w obraz, który‑m ustawił na jej ołtarzu.Wewnątrz ciągła panowała noc, prześwietlana jedynie wonnym olejem lamp.Dym nieustanny ranił mi serce ciężarem swych kłębów.Bezsenny, rzeźbiłem na ścianach fantastyczne postaci o dzikich powykręcanych linjach — konie skrzydlate, kwiaty o ludzkich twarzach, kobiety o członkach, jak węże.Nigdzie nie było otworu, przez który mógłby się dostać do wnętrza śpiew ptaków, szelest liści lub rozgwar wsi pracowitej.Jedynym głosem odzywającym się w ciemnej kopule, był śpiew moich zaklęć.Duch mój stał się czujny i bystry, jak płomień, zmysły moje gubiły się w ekstazie.Nie wiedziałem, jak mijał mi czas, dopóki grom nie zburzył świątyni i ból nie zakrwawił mi serca.

Lampa patrzała blada i zawstydzona; rzeźby, jak sny skrępowane, wyzierały bezmyślnie ze ścian, patrząc w światło, snać najchętniej gdzieśby się skryły.Patrzałem w obraz na ołtarzu. Widziałem, jak się uśmiechał, jak żył ożywiającym tchem Boga. Noc, uwięziona przezemnie, roztoczyła skrzydła i znikła.

Comments

Loading comments…