Hymny J. Kasprowicza

»W Ciemnosmreczyńskich skał zwaliska,Gdzie pawiookie drzemią stawy,Krzak dzikiej róży pons swój krwawyNa plamy szarych złomów ciska.

U stóp mu bujne rosną trawy,Bokiem się piętrzy turnia śliska,Kosodrzewiny wężowiskaPoobszywały głaźne ławy...

Samotny, senny, zadumany,Skronie do zimnej tuli ściany,Jakby się lękał tchnienia burzy.

Cisza... O liście wiatr nie trąca,A tylko limba próchniejącaSpoczywa obok krzaku róży.

Słońce w niebieskim lśni krysztale,Światłością stały się granity,

Ciemnosmreczyński las spowityW blado-błękitne wiewne fale.

Szumna siklawa mknie po skale,Pas rozwijając srebrnolity,A przez mgły idą, przez błękity,Jakby wzdychania, jakby żale.

W skrytych załomach, w cichym schronie,Między graniami w słońcu płonie,Zatopion w szum, krzak dzikiej róży...

Do ścian się tuli jakby we śnie,A obok limbę toczą pleśnie,Limbę, zwaloną tchnieniem burzy.

Lęki! wzdychania! rozżalenia,Przenikające nieświadomyBezmiar powietrza!... Hen! na złomy,Na blaski turnie, na ich cienia

Stado się kozic rozprzestrzenia;Nadziemskich lotów ptak łakomyRozwija skrzydeł swych ogromy;Świstak gdzieś świszcze z pod kamienia.

A między zielska i wykroty,Jak lęk, jak żal, jak dech tęsknotyWtulił się krzak tej dzikiej róży.

Przy nim ofiara, ach! zamieci,Czerwonem próchnem limba świeci,Na wznak rzucona świstem burzy...

O rozżalenia! o wzdychania!O tajemnicze dziwne lęki!...Ziół zapachniały świeże pękiOd niw liptowskich, od Krywania...

W dali echowe słychać grania:Jakby nie z tego świata dźwiękiPłyną po rosie, co hal miękiAksamit w wilgną biel osłania.

W seledyn stroją się niebiosy,Wilgotna biel wieczornej rosyBłyszczy na kwiecie dzikiej róży.

A cichy powiew krople strącaNa limbę, co tam próchniejącaLeży, zwalona wiewem burzy«.

»Tak! Nie wiedziała ma dusza i nie wie,Co znaczy spokój. Cisza przenajświętsza,Drzemiąca w mroków świątynnych zalewie,Była jej obcą!... Precz od swego wnętrzaMknęła, jak z gniazda na bezlistnem drzewieUcieka ptactwo, gdy się nad niem spiętrzaZwał chmur, nasycon strawą burz, a przed niąBiegł goniec z nowych szarpań gorzką przepowiednią«.

»W życia przeboju, ach! w życia rozterceJakże bezdenną grób przepaścią zieje,Gdy gaśnie skra po iskierce;

Gdy znikające człek widzi nadzieje,Kiedy na dążeń promieniste zniczeNoc swój ponury mrok leje...

Są wtedy duchy, co straszne goryczeChłoną z spokojem, co z przedziwną cisząPatrzą w rozpaczy oblicze...

Lecz są znów duchy, co gdy nic! usłyszą,Jęczą, jak dęby, gdy dzikie wichuryIch konarami kołyszą.

Rwą się w rozpaczy, jak jodły, gdy buryGrom w nie się wryje, gdy śmiercią szeleściLas naokoło ponury.

I nieraz w niebo krzyk bluźnierczej treściI krew rzucają z ropiejącej ranyBy znów zamilknąć — w boleści...«

»rozbijających się w swoich elipsach...«,

»wyciągnąć swe członki do ogromu krzyża«

»co na złocistym spocząwszy trójkącie,krzyż trójramienny mając u swych stópproch gwiazd w klepsydrze przesypuje złotej«,

»i płodź żywoty,aby tak klęły, jak ja;aby płakały, jak ja;aby w szarpiącej modlitwie,co jako dzwon ten łka,o zmiłowanie prosiły;aby się wlokły z gromnicami w dłoniku tej nieznanej ustroni,do tej — ostatniej mogiły;aby tak wyschły, jak łza,którą już oko me płakać nie może;aby tak marły, jak ja —o Święty, Nieśmiertelny! Święty, Mocny Boże«!...,

»Masz-li Ty grom —Masz-li Ty chmurę w ten południa skwar,aby z niej piorun padłi od szatana uwolnił ten świat?...Wal błyskawicą, wal!Niechaj się łamie,niech się rozkruszy ta zdrada,która nad życiem i nad śmiercią włada!...«

»grom nie pada«,

»Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?«

»niema Boga!« —

»i modli i płacze, i wzdycha i modli«,

»Zlituj się, zlituj nad ziemią,gdzie ból i rozpacz drzemią,gdzie ból i rozpacz dzwonem się rozlegai w strasznej pieśni brzmi!«

»w ten pozbawiony końcaPańskiego gniewu dzień«,

»tą wielką godziną konania«

»tak dawnych,że o nich wieśćzagasnąć miała czas«,

»wszystkiego co rośnie i pełza i kwitnie,wszystkiego co szumi i szepce i dźwięczy,wszystkiego, co płonie i gaśnie«

»w Pańskiego gniewu nieskończony dzień«,

»w którym konają wieki,i wraz się rodzą nowena cięższą jeszcze niedolę«...

»kiedy na wieki — na wiekigaśnie jej dzień«,

»już na ostatni ton«, —

»dzwon się rozlega,z jękiem się czołga po spalonej łące,z płaczem się wznosi nad umarłe błonia,łkaniem wyschnięte chce poruszyć wodyi zrozpaczony zamilka u brzegai znów się zrywa i jęczy i płaczei łka i płynie i płynie i płyniew tej rozpłakanej godzinie«...,

»upiory wieków, naznaczone sromemwiny i grzechu,i klną i bluźnią i płaczą,jęczą, i syczą, i dysząnieustającą rozpaczą,od szaleńczego zamierają śmiechuw ten Pańskich gniewów nieskończony dzień«...

»wloką, popędzani mocąstrasznego lęku.A każda głowa ku ziemi się słania,każde kolano się chwieje,a krzyże posmutniałe drżą w wychudłych ręku,a w wietrze chorągwie trzepocą,a w martwem niemem słońcu gromnice się złocą,a Śmierć przed tłumem kroczy,wielkimi kroczy odstępamii z śmiechem na trupich ustach

wywija kosą stalową,połyskującą w południowym skwarze.A nad jej głową,jak wieniec z czarnych ziół,rozkwitłych podmuchem żałoby,gdzie drzemią stuleci groby,zgłodniałych kruków krążą stadachmurą ściemnionąi wysunąwszy dzioby,żądliwie chłonąten wiew, który idzie od ziemi —trujący, śmiertelny wiew...

A ci się włokąwloką,świetlistą mgieł sierpniowych odziani powłoką,jak cienie,do wielkiej się wloką mogiły...Za nimi dziewannyz piaszczystych wydm się ruszyły,z miedz się ruszyły krwawniki,z poza zapłoci bez się ruszył dziki,tatarak zaszumiał w wądolcachi, z mułu otrząsnąwszy pachnące korzenie,idzie wraz z niemi...Z mokradeł kępy rogoży,z przydrożyosty o żółtych kolcach,szerokolistne łopiany,senne podbiały,fioletowe szaleje,

cierniste głogiwstałyi idą...Liśćmi miękimi,wierzb zaszeleścił rządi w cichej, rozpaczliwej sunie się żałobieśladem ich drogi...Całe rżyskami zaścielone łanyoderwały się w tej dobieod macierzystej ziemii niby olbrzymie ścianywzniosły się w górę i płyną,tą wielką żalu godziną...« (Święty Boże).

»Święty Boże! Święty Mocny!Święty a Nieśmiertelny!Zmiłuj się, zmiłuj nad nami!«»W tej gniewu Twego straszliwej godzinieŚwiat niecił się kaja, lecz niechaj nie ginie!«

»Z olbrzymich snopów ognia,jakby młóconych niewidzialnym cepem,sypią się ziarna skierw okrąg na niebo i ziemię!

Księżyc się zająłi w mgnieniu oka wyrósłszyw ogromną kulę ognistą,zaczyna rwać się w kawałyi płomiennemi wali się bryłamina cielska płonących gór,na popiół smreków spalonych.Płoną jeziora,sto wód się palii tysiąc dróg!Z rozszalałego wnętrza ziemiogniem buchają wulkany,gwiazd miliony tną błyskawicamispieniony potop płomienii z hukiemginą w czeluściach czerwonych...«

»który sam jedenwszechmocny posiada głos,

który sam jeden rozpieśniaduszę słabego człowiekaw natchnioną pieśń,zapładniającą światy...« (Święty Boże).

»tak dawno,że o niej wieśćzagasnąć miała czas«, —

»czemu mnie ścigasz?Gdzież jest Twa wielka, uwielbiana miłość?«

»na które patrzeć się muszęna Weroniki chuścietyle, ach! tyle lat!«,

»gubiących się w głębimojej i waszej niedoli...«

»od niepamiętnych już czasównie mające chwili —może nie miało jej nigdy« —

»zapomniała o swej strasznej nędzy...«

»Iskarjota,źródło upodleń i cierpień«,

»A tam z tej głębi mgieł —Cóż to się snuje?Cóż to tak idzie na mnie?Boże dziecięta idą szlakiem śniegów!Bielutkie mają giezłeczka,w ręku lilije,a naokoło ich skroni

kręgi jasności,rozświetlającej ten ponury świat.Idą —śpiewają —cóż one śpiewać mogą?Cicho!Czemu wy na mnie idziecie?Wy, białe, niewinne duchy! —Jam go w ranną wiodła zorzę,by jaśniał, jak ona —Pochłoń mnie ciemna przepaści!Lub wy przepadnijcie,wy niewiniątka!Sza!Ktoś mię potrącił w ramię!To kamień w przepaść spadł!Sza! to ta gałąź oliwna,na której wisi mój stryczek!To liść jej się ruszył!Któżby się trwożyłszelestu śmierci,która mu gryzie wynędzniałą duszę?Któżby się lękał kamienia,spadającego w czarną, głuchą przepaść!?«

»Wszyscyśmy zdrajcy!Człek człowiekowi jest równy —

ja zwę się Judasz, i tyś jest Judaszem,wszyscy my, bracie, Judasze...

I tyś jest zwierzem, i ja jestem zwierzem,wszyscy my, bracie, zwierzęta!

Kain maczugę wziął, by zabić Abla,a mem narzędziem morderczemten przyjacielski całunek!Jakaż różnica?jedno i drugie zabija!Jestem złodziejem i tchórzem,aleć nie pierwszym,i nie ostatnim,i nie jedynym...«

»pramatka Grzechu, jasnowłosa Ewa,z gadziną zdrady u swych białych stóp«...

»Salome, białolistny kwiat Herodyady,zerwany ręką grzechu z świadomości drzewa,w pożarze wieków łuny rzuca pieśń swą krwawą,swą nieskończoną pieśńi woła cię, proroku, przyjdź.

O przyjdź,O boski przyjdź proroku!Salome ciebie woła z płomieniami w oku«...,

»Jak twe źrenice, choć umarłe, płoną!« —

»O jakie blaski w twoich oczach drżą!W jakąż muzykę głos się twój przemienia!...«

»Ach! przyjdź!...Ach! przyjdź, kochanku, przyjdź!...«

»A ty czyjąś duszętak umiłował, abyś mógł zapomnieć,że jest granica między złem a dobrem?W czyjeś ty serce spojrzał z taką wiarą,aby jej siła mogła ci je rzucićdo twoich stóp nieskalanych?

Nigdyś nie kochał!Łam się!Pomiędzy sobą a morzem miłości,huczącem pieśnią potężnych zapomnieńi przepotężnych pożądań,i nieodkrytych Twórcy pełnych głębini uświadomień potężnego szczęścia,sameś piekielną budował opokę.

I kłamstwo było i niemocw twoich akordach, co wielbiły miłość!

Łam się!«

»Nędzą,która jest wszędzie —w miłości i w cierpieniu«,

»Górą na snopkach słomy,zamknięte w sosnowej skrzyni,śpi snem nieprzespanymżycie biednego człowieka«...

»razem z żałobnym orszakiem...

i zdjąwszy z ramion swych krzyż —ach, ten przeciężki, wielki, czarny krzyżo smutną opiera go skrzynię,i modli się, i płacze, i wzdycha, i modli«,

»i wraz z tęsknotą, świataśpiewa hymn przenajświętszy:Salve Regina!«

»przesłodki hymn,zasłyszan ongi — tak dawno, tak dawno,że o nim wieśćzagasnąć miała czas«,

»Idę-ć ja, biedna Maryja,idę-ć przez piaski pustynihen! ku tej rzece nieznanej,gdzie Chrystus cuda swe czyni.

Tęskność mnie wielka niesie,a słońce skronie mi piecze —daleko-ć jeszcze do celu,wylękłe serce człowiecze!

Szukam wieczystej wody,żadnej krynicy nie minę:niema takiego źródła,gdziebym swą zmyła winę..

Tylko krwi Twojej świętejzbawi mnie pomazanie —każ sobie przekłuć ręce,umieraj, Chryste Panie!...

Umieraj, Chryste Panie,straszliwe znoś katusze!Bez Twoich wszak udręczeńja, grzeszna, zginąć muszę«...

»A któż mi śmie powiedzieć,że grzech w mem sercu noszę?

Że świętszem jest wyrzeczenienad święte me rozkosze?

Że te w źrenicach Bóluprzymarłe skry są świętsze,niż jasny płomień żądzy,co me rozpala wnętrze?...

Biedna ja, grzeszna Maryja!Idę i idę przez wiekihen! ku tej rzece nieznanej,hen! ku tej ziemi dalekiej.

Idę przez piaski pustyni,przez wielkie płynę morza,ku Niemu gna mię tęsknica,a przy mnie litość boża.

Biedna ja, biedna Maryja...«

»ze wszystkiem, co rośnie i pełza i kwitnie,ze wszystkiem, co szumi i szepce i dźwięczy,ze wszystkiem, co płonie i gaśnie«,

»O moi bracia i siostry,z jarzmem na plecach,z ciężarem konwi na głowie!Już ja w rzemiennem przepasaniu swojemnie mam-ci złota ni srebra,już ja rzuciłem laskę i trzewikii spieszę ku Wam, ubogi,tylko bogaty tem Słowem,co mnie przy słońca zachodzie,przy dźwięku dzwonów i przy szepcie trawwyrwało z obieży zła.Już ja się nie gnę przed blichtrem i próżnią,lecz idę ku wam, aby jarzmo waszewziąć na swe barkii, konwie wasze dźwigając na głowie,nierozerwalny zawrzeć ślubz wyzwalającą miłością!

O nućcie braciszkowie, i ty siostro pszczółko,albowiem rodzi się Miłość,i dźwięk płynie po ziemi, nigdyć nie słyszany,gdy życie było li ciałem.O nućcie, me ptaszęta i ty siostro muszko,i ty, mój świerszczu polny,i ty, mój bracie wietrze,i ty, mój ogniu, wiekuisty ogniu,albowiem Miłość się rodzi

i pokolenia idą w imię Duchado walki z przemocą i zdradą!A w bohaterstwo okuta ich pierś —we wielkiej idą procesyi,w śmiałym szeregu,a czystość wieńczy im skrońa hasło: zbawienie przez Miłość! —

Raduje się moje serce,raduje się wielką radością,żeś ręce mi przekłół i nogi,że krew mi z boku ciecze,że mogę patrzeć w krzyż,że mogę cierpieć cierpieniem,z którego rodzi się Miłość«...

Ach, bowiem

»Jedno jest tylko w przestworzach widomem,jedno w zachodniej płomienieje zorzynad płomiennemi falamiwiekuistego Żywotai nigdy w ciemnię grobu się nie złożyi nigdy ciężkich stóp swych nie poruszy,by iść i iść i iśćpoza granice duszy —jedno jest tylko Jednem,grzmiącem miedzianą surmą archaniołaponad pokoleń pokoleniem biednemw Pańskiego gniewu nieskończony dzień:wielki, wszechmocny Ból«...

»który sam jeden rozpieśniłduszę słabego człowieka«

— Kasprowicza Jana —

»w natchnioną pieśń,zapładniającą światy«,

Comments

Loading comments…