U wiecznych wrót tęsknicy — całość
»Życie dźwięczało w każdej ducha strunie,Moc było słychać w każdym moim kroku«.
»Wielkości! komu nazwę twą przydano,ten tęgich sił odżywia w sobie moce,i duszą trwa wielekroć powołaną,świecącą w długie narodowe noce;więc choć jej świeży grób opłakiwano,przemoże Śmierć i trumien głaz zdruzgoce;powstanie z martwych na narodu czelew nieśmiertelności królować kościele«.
»Lichy nawet wróbel nie padnie bez dopuszczenia Opatrzności.To samo i ze mną.Jeśli się to stanie teraz, — nie stanie się później.Jeśli się później nie stanie, stanie się teraz.Jeśli nie teraz, — to musi się stać później.Wszystko na tem polega: — żeby być w pogotowiu«.
»iskra jedyna, gdy dogasa,cała jej wtedy widna krasa...«
»Dziś wszystko dnia jednego zdolę,gdy wszystko mam stracone«.
»Wstajesz w chwale, sławie żywej,masz w koronie dębów liść;koło bieży w bieg straszliwy,musisz z kołem na dół iść.
Chwilę jeno w górnym szczycie,chwilę jeno w słońcu świeć;złudnym jeno blaskiem życie,w kole wiecznem na dół leć.
Szczęście kołem bieg swój toczy:dziś u szczytu, jutro w dół;koło płynie z wód przeźroczy,w wodę ginie, w piach i muł«.
»Struny harfiane przez pierś moją grająi dźwięczą jęk i rozpacze«,
»Byłam wolną,buntowna przemocy,oto mię w kajdany zakuto.Byłam panią, oto mam być sługą,bom dłoń wzniosła,skowaną dłoń nieudolną. —Zagojone mi rany rozpruto.Otom w niemocy,żelazną spowita kolczugą«.
»Leć nasz orle, w górnym pędzie!«
1. »Bywało, bywało,wesele się śmiałoi Gody.A owo jak ptacywesele pierzchałoi gasły jak zorze urody.
2. Jak Zorze, jak Zorze,wesele się śmiało;nie smętni byliśwa,nie tacy.A owo jak wodawesele spływało;kaj w czeluść zapadło, jak wody«.
»Tak was proszę, weźcie w dłoniez mojej torby ziaren garść;wraz zakwitnie w zieleń błonie...
Hej, bo ziarno ze mną tonie,hej, bo ziarno idzie w nic;weźcie ino trochę w dłonie,wraz zakwitnie w zieleń błonie,będzie można siec...«,
»ten trud co mnie zabijał«,
»w marność idą ziarna moje,kto wie, kto je siał?«
»A kiedyż się wypłaczą łzy,i spłyną lód i kry —?A kiedyż przejdzie straszna noc,i wróci krew i moc?« —
»Miałeś chamie złoty róg,miałeś chamie czapkę z piór:czapkę wicher niesie,róg huka po lesie,ostał ci się ino sznur,ostał ci się ino sznur...«
»Miałeś, chamie, złoty róg...Miałeś, chamie, złoty róg...«
»Jezu, Jezu!...Hej, hej, bracia, chyćcie koni!Chyćcie broni, chyćcie broni!...
Nic nie słysom, nic nie słysom,ino granie, ino granie,jakieś ich chyciło spanie...«
»Miałeś chamie złoty róg..Ostał ci się ino sznur...Ostał ci się ino sznur!...«
»Pod skejskim donżonem, na blankach, na murachpancerni przysiedli stróżowie;łby wsparli na szpadach, na srogich kosturach,na czatach na zamku w Krakowie.Noc w mieście głęboka, Skamander połyska,wiślaną świetląc się falą...«
»Hej, Wisłą płynie kra...Wiosna, — kto jej doczeka?...«
»Nie będzie już bólów ni łez!...
Przybywasz oto włady Lew,na wozie Bóg ognisty;ognisty deszcz, gdy zmarszczysz brew,O Wielki, Wiekuisty!O Nieśmiertelny, ponad świat,nad światy władny mnogie;położysz kres niewoli lati pęta ujmiesz wrogie.Pokruszysz pęta, w skrzydeł lotna nieśmiertelne trwanie.Niechaj na dzwonach bije młotTwe wielkie Zmartwychwstanie!«
»Leć, nasz orle, w górnym pędzie...«
»Rzeź wam wróżę! A śmierci wam życzę,któren pierwszy mnie pojrzy w oblicze!...«
Joas. »Bracie, mnie jasność przejmywai widzę wtedy wskróś sercai czytam wtedy pisanemyśli na czole ojcowémi wiem, że są sprawiedliwe.A gdy się, o broń że Jehowa,myśl jakaś wkradnie mętliwa,to zaraz mię serce zaboli.Muzyka się moja urywa...Natan. Myślisz ty, że Bóg tobie gada?Joas. Że Bóg przezemnie ostrzegaprzed karą, co późna spada...«
»Grzesznico, — Bóg cię skarze!Kajaj się życia twego! Strzeż dusze;
zdala od domu tego idź we skrusze!Pobierz het wszystko, co twoje;idź sama precz daleko,nim na cię Boże Sądy się zwleką...«
»mam się strzedzczyjego przeklinania,bo stałoby się prawdąco ze snu wiem«.
Priam. »Ja ino ku temu patrzę, co przyjdzie, im dalej, im dalsze, tem mnie milsze i duszy mojej...Hekuba. Cieszą cię dzieci moje?Priam. Nie, — to już minęło.Hekuba. Radują cię dzieci dzieci moich?Priam. Nie, — to już minęło.Świat ich się zamknął,mój stoi otworem.
Ja widzę dalej, het poza ich żywot,który się zdaje krótki«.
»Prawda Twawe śmierci jeno wiecznie trwa.Gdy żywi życiem poczną żyć,z żywymi Ty nie możesz być«.
»Ducha twego siłą zgonu mierzą«.
»Duch wielki zadrżał we mnie znów na głos wojenny.Drżę, drżę, to radość, ton, — Sen, Los niezmienny.Z założonemi na piersiach rękami,czekam, aż sen się stanie prawdą żywą,a rzeczywistość zasunie się mgłami.
i widzę gwiazdę mą szczęśliwą... leci,jak meteoru błysk ogniowy, —upadła w otchłań,... na dnach otchłanijeszcze zwodniczym błyskiem gwiazdy świeci...— Los niech dopełni się...; Fatum mnie mami.Dobrze i dobrze, z wami idę, z wami!«
»Iść muszę, kędy sztandar mój,kędy proporzec załopoce;przeznaczeń wicher go podrywa;tam wiem, że Bóg Hektora wzywa,bym szedł i walcząc przetrwał noce.
Wiem, jaka moja moc i siła,Wiem, jaka wola...«
»...W męce,we wiecznej męce ducha.Jakowejś władzy górnej słuchai ognie ma w sobie...«
»Dusza«.
»Ojcze, — to co ja robię,czynię dla się i przez się«.
»Pokrusz me ciało, spal i zniszcza duszę daj zwycięską,niech zapanuje duch nad zgliszcza Sława ponad Klęską!«
»Jestem na to postawionwalką, ustawną walką...
Wytrwam i będę zbawion«.
»Wiara znaczy:co masz w twem sercu — strzeż i tego słuchaj;głos to jedyny który prawdą wołai nie pozwoli splamić rąk ni czoła.«
»Chcę w czynach swoich obaczyć swą duszę«,
»od czynów muszę zacząć byt, by myśl rozwinąć......bo myśl własną zdobyć można jeno w walce«.
»A czyny wielkie to są czyny prawe!«
Hestja. »Strzegę twoich ócz i twoich rąk,uchylam od cię mąk,zdejmuję z czoła znamię trwóg,byś był, jako ten, co nie pamięta,przez jakie przeszedł ciemnie dróg.
Ty masz być z Bożych sług.
Panem będziesz moim i sługą.Strzedz tobie ognia, który palęrękoma mojemi.Wziąć tobie topór oburączi siąść stróżem u proga.I nie zwolić ni piędzi ziemi.Co Bóg rozwiązał — łącz!Z rozkazu i woli Boga!«
»Niegodni, niegodni istnienia!zaparliście się tworzenia,odprzysięgliście sumienia,cóż ręce wasze mogą?Trwożliwe duchy, zaprzańce,precz w otchłań, w Noc zapomnienia —Niegodni, niegodni istnienia...«
»Gdy straci żarów świętą siłę,choćby w ofierze dla narodu —dościgną mściwe Erynije,doścignie sęp wiecznego głodu«.
»Już biegną w stronę drzwi gromadą...Zaparte wrota. Nadaremno.Wracają znów na scenę — noc:szukają wyjścia w noc tę ciemną; —żelaznych wrót żelazna moc!
Ku innej stronie znów się rzucąi bieżą, gonią i znów wrócą,szukając wyjścia w Noc tę ciemnądaremno, zawdy nadaremno«.
»pójść tam musisz, — gdzie się palipłomień dla twego ducha,gdzie ciało lżyli i stargaliże schnie jak prątka krucha;chociaż się dusza męce żali,
pójść musisz ciężar przyjąć twóji przyjąć wieniec łez, korali,którym cię truli i kochaliw ten sam doczesny znój«.
»Wytrwam, — i będę zbawion.
I walcząc przetrwam noce«.
»idziesz przez świat i światu dajesz kształt przez twoje czyny,spójrz w świat, we świata kształt, a ujrzysz twoje winy«.
»Żywot twój nie na jednym zakończy się bycie.Będziesz się błąkał duchem we gwiazd zawierusze,Aż trud podejmiesz nowy, nowe zaczniesz życie...W odległe wbiegniesz puszcze, nad jeziorne głusze.Jako orzeł polecisz na skrzydłach niesiony.
Wzbudzisz nowe narody do siły i czynu.I zginiesz, jako teraz, gdy sięgniesz wawrzynu«.
»Oto wieki ożywię idące.Wieki i lata, co przyjdą,żyć będą ziaren tych treścią.Ziemia rodzić będzie,kędy siew padnie zdrowy.Ludzi zbudzę, roześlę orędzie,na żywot, — żywot nowy!
Pokoleniom ostawię czyny —po ojcach wielkich, — wielkie wskrzeszę syny, —kiedyś, — — będziecie wolni!Co złego w was i co marne,to jako plewy i ziele złe zgarnę;co chwastu na waszej rolii co szkodzi wam i co was boli,to ukoję — czasu przebiegiem...Przejdziecie jeszcze niejedną nędzęi niejedną przebolicie próbę.A jeżeli lichego serca ludziew was samych gotują wam zgubę, —ja ich powołam, — i jak plewo zmiotę!I w ziarnach tu — na dnie — przechowam cnotę!Za czas znów wrócę — i jeszcze razy wieleprzyjdę — Wiosna, z gwiazdą na czelei żywot dam, — tlejący w zgliszcz popiele!«
»Ludów przedemną idzie rząd,ich żywot zwarty pisem ksiąg,jak rzeka płynie mętem wód,myśl je przechodzi w bród,na wierzch dobywa szponem węd,co kryje tajń w topieli głąb:jasno widzę ich Sąd.
Rodów przedemną idzie ciąg,jako ten gajnych dębów krąg;padają, źre je grzyb i pleśń,a jużci nowy pnie się pęd,jak moja pieśń, —za nimi idzie moja pieśń«.
»Chcę dzisiaj modlić się do Ciebiena dobie tej jutrznianej,bym opowiedział słońcu siebie,jakom jest powołany.Żem powołany jest tu zostaćprzy harfie mej na straży,Twoję widzący złotą postaćna szczytach u ołtarzy.Że jestem mocen twoją woląi wolą Twoją silny;
że wszystkim trudom ręce zdolą,gdy głos Twój nieomylny«.
»we gwiazd zawierusze«,»w nieśmiertelności kościele«.
»W Ciemnosmreczyńskich skał zwaliska,Gdzie pawiookie drzemią stawy,Krzak dzikiej róży pons swój krwawyNa plamy szarych złomów ciska.
U stóp mu bujne rosną trawy,Bokiem się piętrzy turnia śliska,Kosodrzewiny wężowiskaPoobszywały głaźne ławy...
Samotny, senny, zadumany,Skronie do zimnej tuli ściany,Jakby się lękał tchnienia burzy.
Cisza... O liście wiatr nie trąca,A tylko limba próchniejącaSpoczywa obok krzaku róży.
Słońce w niebieskim lśni krysztale,Światłością stały się granity,
Ciemnosmreczyński las spowityW blado-błękitne wiewne fale.
Szumna siklawa mknie po skale,Pas rozwijając srebrnolity,A przez mgły idą, przez błękity,Jakby wzdychania, jakby żale.
W skrytych załomach, w cichym schronie,Między graniami w słońcu płonie,Zatopion w szum, krzak dzikiej róży...
Do ścian się tuli jakby we śnie,A obok limbę toczą pleśnie,Limbę, zwaloną tchnieniem burzy.
Lęki! wzdychania! rozżalenia,Przenikające nieświadomyBezmiar powietrza!... Hen! na złomy,Na blaski turnie, na ich cienia
Stado się kozic rozprzestrzenia;Nadziemskich lotów ptak łakomyRozwija skrzydeł swych ogromy;Świstak gdzieś świszcze z pod kamienia.
A między zielska i wykroty,Jak lęk, jak żal, jak dech tęsknotyWtulił się krzak tej dzikiej róży.
Przy nim ofiara, ach! zamieci,Czerwonem próchnem limba świeci,Na wznak rzucona świstem burzy...
O rozżalenia! o wzdychania!O tajemnicze dziwne lęki!...Ziół zapachniały świeże pękiOd niw liptowskich, od Krywania...
W dali echowe słychać grania:Jakby nie z tego świata dźwiękiPłyną po rosie, co hal miękiAksamit w wilgną biel osłania.
W seledyn stroją się niebiosy,Wilgotna biel wieczornej rosyBłyszczy na kwiecie dzikiej róży.
A cichy powiew krople strącaNa limbę, co tam próchniejącaLeży, zwalona wiewem burzy«.
»Tak! Nie wiedziała ma dusza i nie wie,Co znaczy spokój. Cisza przenajświętsza,Drzemiąca w mroków świątynnych zalewie,Była jej obcą!... Precz od swego wnętrzaMknęła, jak z gniazda na bezlistnem drzewieUcieka ptactwo, gdy się nad niem spiętrzaZwał chmur, nasycon strawą burz, a przed niąBiegł goniec z nowych szarpań gorzką przepowiednią«.
»W życia przeboju, ach! w życia rozterceJakże bezdenną grób przepaścią zieje,Gdy gaśnie skra po iskierce;
Gdy znikające człek widzi nadzieje,Kiedy na dążeń promieniste zniczeNoc swój ponury mrok leje...
Są wtedy duchy, co straszne goryczeChłoną z spokojem, co z przedziwną cisząPatrzą w rozpaczy oblicze...
Lecz są znów duchy, co gdy nic! usłyszą,Jęczą, jak dęby, gdy dzikie wichuryIch konarami kołyszą.
Rwą się w rozpaczy, jak jodły, gdy buryGrom w nie się wryje, gdy śmiercią szeleściLas naokoło ponury.
I nieraz w niebo krzyk bluźnierczej treściI krew rzucają z ropiejącej ranyBy znów zamilknąć — w boleści...«
»rozbijających się w swoich elipsach...«,
»wyciągnąć swe członki do ogromu krzyża«
»co na złocistym spocząwszy trójkącie,krzyż trójramienny mając u swych stópproch gwiazd w klepsydrze przesypuje złotej«,
»i płodź żywoty,aby tak klęły, jak ja;aby płakały, jak ja;aby w szarpiącej modlitwie,co jako dzwon ten łka,o zmiłowanie prosiły;aby się wlokły z gromnicami w dłoniku tej nieznanej ustroni,do tej — ostatniej mogiły;aby tak wyschły, jak łza,którą już oko me płakać nie może;aby tak marły, jak ja —o Święty, Nieśmiertelny! Święty, Mocny Boże«!...,
»Masz-li Ty grom —Masz-li Ty chmurę w ten południa skwar,aby z niej piorun padłi od szatana uwolnił ten świat?...Wal błyskawicą, wal!Niechaj się łamie,niech się rozkruszy ta zdrada,która nad życiem i nad śmiercią włada!...«
»grom nie pada«,
»Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?«
»niema Boga!« —
»i modli i płacze, i wzdycha i modli«,
»Zlituj się, zlituj nad ziemią,gdzie ból i rozpacz drzemią,gdzie ból i rozpacz dzwonem się rozlegai w strasznej pieśni brzmi!«
»w ten pozbawiony końcaPańskiego gniewu dzień«,
»tą wielką godziną konania«
»tak dawnych,że o nich wieśćzagasnąć miała czas«,
»wszystkiego co rośnie i pełza i kwitnie,wszystkiego co szumi i szepce i dźwięczy,wszystkiego, co płonie i gaśnie«
»w Pańskiego gniewu nieskończony dzień«,
»w którym konają wieki,i wraz się rodzą nowena cięższą jeszcze niedolę«...
»kiedy na wieki — na wiekigaśnie jej dzień«,
»już na ostatni ton«, —
»dzwon się rozlega,z jękiem się czołga po spalonej łące,z płaczem się wznosi nad umarłe błonia,łkaniem wyschnięte chce poruszyć wodyi zrozpaczony zamilka u brzegai znów się zrywa i jęczy i płaczei łka i płynie i płynie i płyniew tej rozpłakanej godzinie«...,
»upiory wieków, naznaczone sromemwiny i grzechu,i klną i bluźnią i płaczą,jęczą, i syczą, i dysząnieustającą rozpaczą,od szaleńczego zamierają śmiechuw ten Pańskich gniewów nieskończony dzień«...
»wloką, popędzani mocąstrasznego lęku.A każda głowa ku ziemi się słania,każde kolano się chwieje,a krzyże posmutniałe drżą w wychudłych ręku,a w wietrze chorągwie trzepocą,a w martwem niemem słońcu gromnice się złocą,a Śmierć przed tłumem kroczy,wielkimi kroczy odstępamii z śmiechem na trupich ustach
wywija kosą stalową,połyskującą w południowym skwarze.A nad jej głową,jak wieniec z czarnych ziół,rozkwitłych podmuchem żałoby,gdzie drzemią stuleci groby,zgłodniałych kruków krążą stadachmurą ściemnionąi wysunąwszy dzioby,żądliwie chłonąten wiew, który idzie od ziemi —trujący, śmiertelny wiew...
A ci się włokąwloką,świetlistą mgieł sierpniowych odziani powłoką,jak cienie,do wielkiej się wloką mogiły...Za nimi dziewannyz piaszczystych wydm się ruszyły,z miedz się ruszyły krwawniki,z poza zapłoci bez się ruszył dziki,tatarak zaszumiał w wądolcachi, z mułu otrząsnąwszy pachnące korzenie,idzie wraz z niemi...Z mokradeł kępy rogoży,z przydrożyosty o żółtych kolcach,szerokolistne łopiany,senne podbiały,fioletowe szaleje,
cierniste głogiwstałyi idą...Liśćmi miękimi,wierzb zaszeleścił rządi w cichej, rozpaczliwej sunie się żałobieśladem ich drogi...Całe rżyskami zaścielone łanyoderwały się w tej dobieod macierzystej ziemii niby olbrzymie ścianywzniosły się w górę i płyną,tą wielką żalu godziną...« (Święty Boże).
»Święty Boże! Święty Mocny!Święty a Nieśmiertelny!Zmiłuj się, zmiłuj nad nami!«»W tej gniewu Twego straszliwej godzinieŚwiat niecił się kaja, lecz niechaj nie ginie!«
»Z olbrzymich snopów ognia,jakby młóconych niewidzialnym cepem,sypią się ziarna skierw okrąg na niebo i ziemię!
Księżyc się zająłi w mgnieniu oka wyrósłszyw ogromną kulę ognistą,zaczyna rwać się w kawałyi płomiennemi wali się bryłamina cielska płonących gór,na popiół smreków spalonych.Płoną jeziora,sto wód się palii tysiąc dróg!Z rozszalałego wnętrza ziemiogniem buchają wulkany,gwiazd miliony tną błyskawicamispieniony potop płomienii z hukiemginą w czeluściach czerwonych...«
»który sam jedenwszechmocny posiada głos,
który sam jeden rozpieśniaduszę słabego człowiekaw natchnioną pieśń,zapładniającą światy...« (Święty Boże).
»tak dawno,że o niej wieśćzagasnąć miała czas«, —
»czemu mnie ścigasz?Gdzież jest Twa wielka, uwielbiana miłość?«
»na które patrzeć się muszęna Weroniki chuścietyle, ach! tyle lat!«,
»gubiących się w głębimojej i waszej niedoli...«
»od niepamiętnych już czasównie mające chwili —może nie miało jej nigdy« —
»zapomniała o swej strasznej nędzy...«
»Iskarjota,źródło upodleń i cierpień«,
»A tam z tej głębi mgieł —Cóż to się snuje?Cóż to tak idzie na mnie?Boże dziecięta idą szlakiem śniegów!Bielutkie mają giezłeczka,w ręku lilije,a naokoło ich skroni
kręgi jasności,rozświetlającej ten ponury świat.Idą —śpiewają —cóż one śpiewać mogą?Cicho!Czemu wy na mnie idziecie?Wy, białe, niewinne duchy! —Jam go w ranną wiodła zorzę,by jaśniał, jak ona —Pochłoń mnie ciemna przepaści!Lub wy przepadnijcie,wy niewiniątka!Sza!Ktoś mię potrącił w ramię!To kamień w przepaść spadł!Sza! to ta gałąź oliwna,na której wisi mój stryczek!To liść jej się ruszył!Któżby się trwożyłszelestu śmierci,która mu gryzie wynędzniałą duszę?Któżby się lękał kamienia,spadającego w czarną, głuchą przepaść!?«
»Wszyscyśmy zdrajcy!Człek człowiekowi jest równy —
ja zwę się Judasz, i tyś jest Judaszem,wszyscy my, bracie, Judasze...
I tyś jest zwierzem, i ja jestem zwierzem,wszyscy my, bracie, zwierzęta!
Kain maczugę wziął, by zabić Abla,a mem narzędziem morderczemten przyjacielski całunek!Jakaż różnica?jedno i drugie zabija!Jestem złodziejem i tchórzem,aleć nie pierwszym,i nie ostatnim,i nie jedynym...«
»pramatka Grzechu, jasnowłosa Ewa,z gadziną zdrady u swych białych stóp«...
»Salome, białolistny kwiat Herodyady,zerwany ręką grzechu z świadomości drzewa,w pożarze wieków łuny rzuca pieśń swą krwawą,swą nieskończoną pieśńi woła cię, proroku, przyjdź.
O przyjdź,O boski przyjdź proroku!Salome ciebie woła z płomieniami w oku«...,
»Jak twe źrenice, choć umarłe, płoną!« —
»O jakie blaski w twoich oczach drżą!W jakąż muzykę głos się twój przemienia!...«
»Ach! przyjdź!...Ach! przyjdź, kochanku, przyjdź!...«
»A ty czyjąś duszętak umiłował, abyś mógł zapomnieć,że jest granica między złem a dobrem?W czyjeś ty serce spojrzał z taką wiarą,aby jej siła mogła ci je rzucićdo twoich stóp nieskalanych?
Nigdyś nie kochał!Łam się!Pomiędzy sobą a morzem miłości,huczącem pieśnią potężnych zapomnieńi przepotężnych pożądań,i nieodkrytych Twórcy pełnych głębini uświadomień potężnego szczęścia,sameś piekielną budował opokę.
I kłamstwo było i niemocw twoich akordach, co wielbiły miłość!
Łam się!«
»Nędzą,która jest wszędzie —w miłości i w cierpieniu«,
»Górą na snopkach słomy,zamknięte w sosnowej skrzyni,śpi snem nieprzespanymżycie biednego człowieka«...
»razem z żałobnym orszakiem...
i zdjąwszy z ramion swych krzyż —ach, ten przeciężki, wielki, czarny krzyżo smutną opiera go skrzynię,i modli się, i płacze, i wzdycha, i modli«,
»i wraz z tęsknotą, świataśpiewa hymn przenajświętszy:Salve Regina!«
»przesłodki hymn,zasłyszan ongi — tak dawno, tak dawno,że o nim wieśćzagasnąć miała czas«,
»Idę-ć ja, biedna Maryja,idę-ć przez piaski pustynihen! ku tej rzece nieznanej,gdzie Chrystus cuda swe czyni.
Tęskność mnie wielka niesie,a słońce skronie mi piecze —daleko-ć jeszcze do celu,wylękłe serce człowiecze!
Szukam wieczystej wody,żadnej krynicy nie minę:niema takiego źródła,gdziebym swą zmyła winę..
Tylko krwi Twojej świętejzbawi mnie pomazanie —każ sobie przekłuć ręce,umieraj, Chryste Panie!...
Umieraj, Chryste Panie,straszliwe znoś katusze!Bez Twoich wszak udręczeńja, grzeszna, zginąć muszę«...
»A któż mi śmie powiedzieć,że grzech w mem sercu noszę?
Że świętszem jest wyrzeczenienad święte me rozkosze?
Że te w źrenicach Bóluprzymarłe skry są świętsze,niż jasny płomień żądzy,co me rozpala wnętrze?...
Biedna ja, grzeszna Maryja!Idę i idę przez wiekihen! ku tej rzece nieznanej,hen! ku tej ziemi dalekiej.
Idę przez piaski pustyni,przez wielkie płynę morza,ku Niemu gna mię tęsknica,a przy mnie litość boża.
Biedna ja, biedna Maryja...«
»ze wszystkiem, co rośnie i pełza i kwitnie,ze wszystkiem, co szumi i szepce i dźwięczy,ze wszystkiem, co płonie i gaśnie«,
»O moi bracia i siostry,z jarzmem na plecach,z ciężarem konwi na głowie!Już ja w rzemiennem przepasaniu swojemnie mam-ci złota ni srebra,już ja rzuciłem laskę i trzewikii spieszę ku Wam, ubogi,tylko bogaty tem Słowem,co mnie przy słońca zachodzie,przy dźwięku dzwonów i przy szepcie trawwyrwało z obieży zła.Już ja się nie gnę przed blichtrem i próżnią,lecz idę ku wam, aby jarzmo waszewziąć na swe barkii, konwie wasze dźwigając na głowie,nierozerwalny zawrzeć ślubz wyzwalającą miłością!
O nućcie braciszkowie, i ty siostro pszczółko,albowiem rodzi się Miłość,i dźwięk płynie po ziemi, nigdyć nie słyszany,gdy życie było li ciałem.O nućcie, me ptaszęta i ty siostro muszko,i ty, mój świerszczu polny,i ty, mój bracie wietrze,i ty, mój ogniu, wiekuisty ogniu,albowiem Miłość się rodzi
i pokolenia idą w imię Duchado walki z przemocą i zdradą!A w bohaterstwo okuta ich pierś —we wielkiej idą procesyi,w śmiałym szeregu,a czystość wieńczy im skrońa hasło: zbawienie przez Miłość! —
Raduje się moje serce,raduje się wielką radością,żeś ręce mi przekłół i nogi,że krew mi z boku ciecze,że mogę patrzeć w krzyż,że mogę cierpieć cierpieniem,z którego rodzi się Miłość«...
Ach, bowiem
»Jedno jest tylko w przestworzach widomem,jedno w zachodniej płomienieje zorzynad płomiennemi falamiwiekuistego Żywotai nigdy w ciemnię grobu się nie złożyi nigdy ciężkich stóp swych nie poruszy,by iść i iść i iśćpoza granice duszy —jedno jest tylko Jednem,grzmiącem miedzianą surmą archaniołaponad pokoleń pokoleniem biednemw Pańskiego gniewu nieskończony dzień:wielki, wszechmocny Ból«...
»który sam jeden rozpieśniłduszę słabego człowieka«
— Kasprowicza Jana —
»w natchnioną pieśń,zapładniającą światy«,
Tułacz, proch ziemi, w marzenne snów daleWieczyście tęskną wysyłam źrenicę...Nie kwilę łzawo, ni losów się żalę:Woli obręczą okułem tęsknicę.
Lecz czasem — zda się — na popiół się spalęŻarem tajonym... Więc harfę pochwycęI rozpętaną w szał tęsknot wichrzycęW pieśni natchnionej słów dźwięki skrysztalę —
Chwilę, jak orzeł, pod niebem zawisnę,Chwilę, jak gwiazda, w przestworach rozbłysnę,I wnet znów tęsknot rój rwący się ścisnę
Woli w żelazie kowaną obręczą:W harfie mej woli skroś życia niech dźwięcząCzynem, dzierzganym marzennych snów tęczą.
Comments
Loading comments…