Bajeczka o kominiarczyku (wyd. 1914)

Anonymous translation

I.

Lato nastało i upał najsilniejszych ludzi zmagał w okrutny sposób.Wielu umierało na udar słoneczny, a w armii grasowała dysenterya, ta plaga wojskowości, na którą pora­dzić tak trudno. Lekarze byli w rozpaczy, leki ich bowiem i nauka — której zresztą niewiele posiadali — wydawały się zupełnie bezskutecznemi.Wówczas cesarz zwołał najsłynniejszych doktorów, surową miał do nich przemowę i spytał, dlaczego dają jego żołnierzom umierać. Czemże są właściwie, lekarzami, czy tylko po prostu mordercami? Na to, naj­starszy i najpoważniejszy morderca — przepraszam, lekarz, chciałem powiedzieć, powstał i w te słowa się odezwał:— Robiliśmy, co mogliśmy, najjaśniejszy panie, a że się nam nie udało, przyczyna tego prosta. Oto na tę chorobę niema lekarstwa. Tylko silny bardzo organizm może się jej oprzeć. Stary jestem i wiem o tem. Ani doktor, ani żadne lekarstwa pomódz na nią nie mogą, powtarzam to raz jeszcze. Czasami na pozór lekką ulgę przynoszą, ale w rzeczywistości większa z tego szkoda, niż pożytek.Cesarz medycyny nie studyował, zbeształ więc tylko uczonych ostatniemi słowami i kazał im się wynosić z przed swego oblicza.Kilka dni później sam jednak zachorował. Wiadomość o tem pobiegła z ust do ust i cały kraj w rozpacz pogrążyła.Wszyscy mówili o tem strasznem nieszczęściu i mało było takich, których nadzieja nie opuściła. Sam cesarz zaś zasmuconym był bardzo i powiedział:— Niech się dzieje wola boska! Poślijcie po morderców i niechże raz będzie temu koniec.Przyszli wezwani, wzięli go za puls, kazali mu język pokazać i posławszy po domową apteczkę, wylali mu zawartość jej do gardła. Potem usiedli i czekali cierpliwiecierpliwie, nie płacono im bowiem za wizytę, lecz rocznie.

II.

Tommy miał szesnaście lat i był wesołym chłopakiem, ale nie należał do wyższego towarzystwa. Stanowisko jego było bowiem zbyt skromne, a zajęcie zbyt podłe. Był on tylko pomocnikiem swego ojca, który śmiecie wywoził i różne inne rzeczy. Najlepszy jego przyjaciel nazywał się Jimmy i był kominiarczykiem. Ten miał lat czternaście, dużo zręczności i dobrego serca i utrzymywał chorą matkę z tego, co mu przynosił niebezpieczny jego zawód.W miesiąc po zachorowaniu cesarza spotkali się dwaj przyjaciele o dziewiątej wieczorem. Tommy szedł na nocną robotę, to też nie miał na sobie odświętnego ubrania i nie bardzo przyjemną woń wydawał. Jimmy zaś wracał do domu po całodziennej pracy, miał szczotki na ramieniu, a torbę na sadzę przy boku, sam zaś był tak czarny, że tylko ożywione oczy widać było w jego twarzy.Usiedli sobie na kamieniu i ucięli gawędkę; oczywiście o chorobie cesarza, bo był to temat, który naówczas cały naród zajmował. Jimmy miał wielki projekt w głowie.— Słuchaj, Tommy — rzekł — ja mogę wyleczyć najjaśniejszego pana; wiem, jak się to robi.Tommy bardzo się zadziwił.— Co? Ty?— Tak, ja.— Ależ durniu jeden, najwięksi doktorowie tego nie potrafią.— Wszystko jedno; a ja potrafię. Mogę go wyleczyć w piętnaście minut.— Et, pleciesz! Po co takie głupstwa gadać?— To nie głupstwa, a prawda.Jimmy mówił tak poważnie, że Tommy zaczął mu trochę wierzyć.— Widzę, że nie żartujesz, Jimmy? — rzekł. — Wszak nie żartujesz?— Daję ci słowo, że mówię na seryo.— No, to powiedz mi, czem go wykurujesz.— Każę mu zjeść kawałek dojrzałego kawona.Tommy wybuchnął śmiechem, ale widząc, że Jimmy czuje się tą wesołością dotknięty, uspokoił się prędko, i poklepał kolano przyjaciela, bez względu na sadzę.— Nie gniewaj się Jimmy — powiedział. — Już śmiać się nie będę. Ale widzisz, wydało mi się to takiem śmiesznem, bo ile razy dysenterya w obozie wybuchnie, to zawsze doktorowie stawiają tablicę z napi­sem, że kogo przyłapią na jedzeniu kawona, ten zostanie obity, aż z nóg się zwali.— Wiem o tem. Idyoty! — zawołał Jimmy ze łzami w oczach. — Tyle jest kawonów, że ani jeden żołnierz nie powinien był umrzeć.— Ale Jimmy, skąd ci taki koncept na myśl przy­szedł?— To wcale nie koncept; to fakt. Czy znasz tego starego, siwego Zulusa? Otóż on od dawna leczy ludzi w ten sposób, i matka moja to widziała, i ja to widziałem. Trzeba tylko zjeść parę kawałków kawona, i bez względu na to czy choroba świeża, czy zastarzała, człowiek wyleczyć się z niej musi.— A to zabawne! Ale Jimmy, jeśli tak jest rzeczywiście, to trzebaby powiedzieć o tem cesarzowi.Naturalnie— Naturalnie. Moja matka kilku osobom to już mówiła, w nadziei, że dojdzie do cesarza. Ale to biedni ludzie, i nie bardzo mądrzy, nie wiedzą więc jak się do tego zabrać.— Pewnie, że nie wiedzą, — rzekł Tommy pogardliwie. — Ale ja to zrobię.— Ty? Ty, nocny śmieciarz i kanalarz?! — I teraz Jimmy roześmiał się na całe gardło.— Śmiej się ile chcesz, a ja to przecież zrobię, — zapewnił Tommy tak stanowczym tonem, że to Jimma zastanowiło.— Czy ty znasz może cesarza? — zapytał z całą już powagą.— Czy ja go znam? Co też ty pleciesz! Naturalnie że nie.— Więc jakże to zrobisz?— W bardzo prosty sposób. Zgadnij! Jak ty byś to zrobił, Jimmy?— Napisałbym list. Nie przyszło mi to na myśl dotąd, ale ręczę, że takim jest twój projekt.— Otóż wcale nie. Powiedz-że mi, jakże list byś posłał?— Przez pocztę oczywiście.— Och! ty durniu jeden, co ty sobie myślisz? Toż, każdy idyota to samo robi! Na myśl ci to nie przyszło?— No — nie.— Byłoby ci to jednak na myśl przyszło, gdybyś nie był taki młody i niedoświadczony. Cóż, nietylko cesarza, ale nawet każdego zwykłego generała, czy poetę, czy aktora, zasypują listownie radami, skoro zachoruje. Słuchaj Jimmy! każdej nocy wywozimy sześć wozów takich listów z wewnętrznego podwórza pałacowego. Ośmdziesiąt tysięcy listów w jedną noc! Czy sądzisz, że je kto czyta? Akurat! To samo stałoby się i z twoim, jeśli go napiszesz — ale przypuszczam, iż nie zrobisz tego?— Nie — westchnął Jimmy, zupełnie pognębiony.— No, nic nie szkodzi, Jimmy; nie martw się. Jest więcej niż jeden sposób obdarcia kota ze skóry. Już ja się postaram, aby to do niego doszło.— Ach! Tommy, gdybyś mógł to uczynić, kochałbym cię za to przez całe życie.— Bądź spokojny, i polegaj na mnie.— Ano, spuszczę się na ciebie, Tommy, bo ty tak dużo rzeczy wiesz. Ty nie jesteś jak inni chłopcy; oni nigdy nic nie wiedzą. A jak ty to zrobisz, Tommy?Tommy, bardzo kontent z komplementu, poprawił się na siedzeniu i powiedział:— Znasz ty tego obdartusa, który myśli, że jest rzeźnikiem, dlatego, że roznosi w koszyku zgniłe wą­troby i mięso dla kotów? Otóż najpierw jemu powiem.Jimmy zmartwił się i rozczarował się srodze.— Wstydziłbyś się, Tommy — rzekł z wymówką. — Wiesz, jak bardzo mi na tem zależy, a kpisz sobie i żar­tujesz.Tommy poklepał go przyjaźnie po plecach.— Uspokój się Jimmy. Już ja wiem, co robię. Zobaczysz! Ten obdarty rzeźnik powie tej starej, co to sprzedaje kasztany pieczone na rogu — to jego największa przyjaciółka. Poproszę go o to. Ona zaś, na prośbę jego, powtórzy to swojej bogatej kuzynce, która ma owocarnię na rogu o dwie ulice dalej, a ta znów przyjacielowi swemu, który ma sklep z dziczyzną. On powie policyantowi, a policyant swemu kapitanowi, a kapitan sędziemu, a sędzia szwagrowi swemu staroście, a starosta szeryfowi, a szeryf burmistrzowi, a burmistrz prezesowi rady, a prezes rady...— Na Boga, Tommy! Ależ to cudowny plan! Skądże ci...— Admirałowi, a admirał głównodowodzącemu, a głównodowodzący wielkiemu łowczemu, a wielki łowczy wielkiemu koniuszemu, a wielki koniuszy szambelanowi, a szambelan wielkiemu mistrzowi ceremonii, a wielki mistrz ceremonii ulubionemu paziowi, a paź uklęknie przed najjaśniejszym panem i szepnie mu do toto do ucha. Ot i już!— Hurrah! Tommy. Pomysł to genialny. Skądże ci on przyszedł do głowy?— Nie skacz, jak sroka, tylko siadaj i słuchaj, to ci powiem parę słów mądrości — a nie zapomnij ich aż do śmierci. Kto jest najlepszym twoim przyjacielem, przyjacielem, któremu nie umiałbyś niczego odmówić?— Ty, Tommy. Wszakże wiesz o tem.— Przypuśćmy, że chcesz o wielką przysługę poprosić kociego rzeźnika. Nie znasz go i odesłałby cię do dyabła, bo to tego rodzaju człowiek. Ale jest on po tobie najlepszym moim przyjacielem i nogi by schodził, aby mi zrobić przyjemność. Co więc lepiej, czy żebyś ty go poprosił, by powiedział przekupce kasztanów o kawonowej kuracyi, czy żebym ja to za ciebie uczynił?— Naturalnie, że żebyś ty to zrobił; ale nigdy by mi to na myśl nie przyszło. To cudowny pomysł!— To jest filozofia. Tak się to nazywa, a wynika z następującego prawidła: każden człowiek, mały czy duży, ma przyjaciela, który kontent jest, gdy mu przy­sługę wyświadczyć może — kontent, tak że do szpiku kości. I dla tego wszystko to jedno, skąd pochodzisz i dokąd dążysz. Chodzi tylko o to, abyś znalazł pierwszego przyjaciela. Rola twoja tu się kończy, bo on sam już znajdzie drugiego, a drugi trzeciego itd. przyjaciel za przyjacielem, jak ogniwo za ogniwem, aż uformuje się cały łańcuch.— To prześliczna rzecz, Tommy!— A tak łatwa, jak a—b—c. Tylko, że nikt jej nie popróbował, bo każdy jest durniem. Idzie taki bał­wan do pierwszego lepszego obcego, albo pisze do niego list i dziwi się odmowie. A no, dobrze mu tak, kiedy taki głupi. Cesarz mnie nie zna, ale to nic nie szkodzi — zje on jutro swojego kawona. Zobaczysz! Hihi — czekaj no! Idzie tam koci rzeźnik. Dopędzę go. Do widzenia, Jimmy.Tommy dopędził rzeźnika.— Słuchaj no, chcesz mi wyświadczyć przysługę?— Czy chcę? Naturalnie! Gadaj co, a zaraz lecę!— A więc idź i powiedz przekupce kasztanów, żeby wszystko rzuciła i zaraz poszła powiedzieć najlepszej swojej przyjaciółce, że cesarz powinien zjeść kawona, to wyzdrowieje. A niechaj prosi ją, by wiadomość tę puściła dalej.W ten sposób dobra rada kominiarczyka ruszyła w drogę do cesarza.

III.

Następnego wieczora, około północy, stroskani doktorowie szeptali w pokoju najjaśniejszego pacyenta, albowiem cesarz bardzo źle się miał.Nie mogli temu zaprzeczyć, że czuł się coraz gorzej, ilekroć dali mu połknąć nową kolekcyę lekarstw. Cho­ry leżał z zamkniętemi oczami i do kościotrupa podobny, a ulubiony jego paź wachlarzem spędzał z niego muchy i popłakiwał po cichu. Wtem chłopak usłyszał szelest jedwabnej portyery i ujrzał we drzwiach wielkiego mistrza ceremonii, który gwałtownie kiwał na niego. Zerwał się więc i na palcach pobiegł do swego ukochanego przyjaciela, wielkiego mistrza, ten zaś szepnął mu na ucho:— Weź to, mój, mały, i namów najjaśniejszego pana, aby raczył to zjeść. To go uratuje.— Dobrze, moja w tem głowa, aby zjadł — odparł chłopak, biorąc talerz z dwoma kawałkami kawona.Nazajutrz rano rozeszła się po całym kraju wieść, że cesarz wyzdrowiał i kazał powiesić swoich lekarzy. Cały naród cieszył się i radował i zaczęto robić przygotowania do iluminacyi.Po śniadaniu najjaśniejszy pan pogrążył się w zadumie. Czuł ogromną wdzięczność dla swego wybawi­ciela i rozmyślał nad tem, jakby go odpowiednio a wspaniale nagrodzić. Nareszcie ułożył cały plan i za­woławszy pazia, zapytał go, czy on to wynalazł ten sposób na dysenteryę.Chłopak odpowiedział, że nie — dowiedział się o nim od wielkiego mistrza ceremonii.I znów cesarz się zamyślił; wielki mistrz był hrabią; nada mu więc książęcy tytuł i wielkie posiadłości, należące do jednego z członków opozycyi. Ale przywołany wielki mistrz był uczciwym człowiekiem i na pytanie jego cesarskiej mości odpowiedział, że dowiedział się o lekarstwie od szambelana. Posłano więc po szambelana. Ten był wicehrabią, należało go więc zrobić hrabią z dodatkiem pięknych włości, ale i on nagrody przyjąć nie chciał, powołując się na wielkiego koniusze­go. Cesarz wymyślał coraz mniejsze nagrody, zastosowane do stanowiska zasłużonych, aż nareszcie mu to obrzydło i wezwał naczelnika policyi. Temu polecił wyśledzić doradcę cudownej kuracji, aby go módz należycie wynagrodzić.O dziewiątej wieczorem naczelnik policyi stawił się znowu w pałacu i oznajmił cesarzowi, że owym nadzwyczajnym lekarzem był kominiarczyk, zwany Jimmy.— Poczciwe chłopczysko — zawołał najjaśniejszy pan z głębokiem uczuciem — ocalił mi on życie i nie pożałuje tego!I posłał mu parę własnych butów i to jedną z lepszych wcale jeszcze nie podartych, ale że były na Jimmy za duże, więc dostał je stary Zulus i tak sprawiedliwości stało się zadość i wszystko jak najlepiej się zakończyło.Skan zawiera grafikę.

Comments

Loading comments…