Część szósta
Translated from English by Jan Kasprowicz
Pieśń o starym żeglarzu
«Mów bracie mów! Niech język twójPrzemawiać się nie wzbrania:
Powiedz, co robi morze to?Kto okręt ten pogania?»
«Jak w służbie człek przed panem swym,Tak morza toń milczącaRozwartem okiem patrzy wciążW srebrzystą twarz miesiąca.
A on czyż wie, gdzie wieść je ma —Boć on kieruje morzem!Odwróć się doń, patrz, jak on tońSpojrzeniem pieści bożem».
«Lecz powiedz mi, jak okręt tenBez wiatru mknie i fali?»
«Za nim obcina się ich prąd,Nie idzie przed nim dalej.
Hej, bracie, hej! Do wyży swejUchodźmy — zwłoka szkodzi!Gdy żeglarz ten swój prześni sen,Zwolnieje bieg tej łodzi!»
Zbudziłem się. Płyniemy snaćNa sprzyjającej toniKsiężyca moc rozprasza noc,A przy mnie stoją — oni!
Tak! na pokładzie stoją wciąż,Zamiast spoczywać w trumnie!W blasku miesięcznym blask ich óczCiągle się zwraca ku mnie.
Klątwa i ból śmiertelnych chwilWciąż im się w oczach szkliły:Chciałem się cofnąć, modlić się,Ale mi zbrakło siły...
Pierzchły uroki... Oto znówSpojrzałem po głębinie,Lecz, co zobaczył wprzód mój wzrok,Tylem też widział ninie.
Byłem, jak człek, co biegnie gdzieśOdludziem, zdjęty trwogą:Spojrzał raz wstecz i oczy jużOdwrócić się nie mogą,Spostrzegłszy — ach! —, że straszny wrógPodąża za nim drogą!
W tem zawiał wiatr... Łagodny wiatrDotknął się mojej skroni;Nad morzem szedł, nie krając wód,Nie marszcząc gładkiej toni.
Podnosił włos, głaskał mi twarz,Jak słodkie tchnienie wiosny;Zdawał się igrać z trwogą mą,A spokój niósł radosny.
Chyżo, chyżo okręt mknąłLekką się pianą zlewał;Cicho, cicho wicher wiał,A ku mnie wciąż zawiewał.
O śnie rozkoszny! Czyż to blaskTej naszej morskiej wieży?Kościół to mój na wzgórzu tam?Moich to pas wybrzeży?
Wjeżdżamy w port... O Boże mój,Nie skąp mi swej opieki!Spraw, bym się zaraz zbudzić mógł,Albo niech śpię na wieki!
Śród ciszy wkrąg zatoki tońLustrzane miała lica:To księżyc legł na wody śnieg,To leżał cień księżyca.
Lśnił skały szczyt i kościół lśnił,Co na tym szczycie leży,W miesięcznych blasków cichych skrachKąpał się kur na wieży.
W miesięcznych skrach zatoki toń,W tem z głębi jej, ku górze,Jakichś się cieniów podniósł huf,A każdy był w purpurze.
Tuż przy mym statku stały wrazTe cienie płomieniste!
Zwróciłem znów na pokład wzrok —I cóżem ujrzał?!... Chryste!
Pokotem trup przy trupie legł,A zaś, — o Krzyżu Święty! —Nad każdym lśnił anielski duch,Serafin wniebowzięty.
Cicho, bez słów anielski huf —Wabi mnie, wzniósłszy dłonie,A każdy z nich, jak zbawczy znak,Od lądu w ogniach płonie.
Cichy, bez słów, anielski huf —I z miejsca się nie ruszy,Lecz, jak muzyka, tak mi szła,Ta cisza do mej duszy!
A w tem retmana słyszę głosI pluskające wiosła:Odwrócę głowę — ach, to łódź,Łódź ku mnie woda niosła,
To retman, tak! i jego syn!Zaraz się do mnie zwrócą!O jaka rozkosz! Tej mi jużZmarli snać nie zakłócą.
Jest i ktoś trzeci — słyszę go...To nasz pustelnik! ChwaliStwórcę tą pieśnią, którą samWysnuł w swej leśnej dali.
On z rąk mi ptaka zmyje krew!On duszę mi ocali! —
Comments
Loading comments…