Ballada rycerska — całość
MODLITWA
Matko Boska od AniołówMatko Boska od pająkówŚnieżnych żagli smagła PaniSygnaturko z kolczykamiMatko Boska z żółtą twarząMatko Boska z orlim pióremMatko Boska kolonialnaŁzo astralna i kopalnaWędrująca na pirodzeFruwająca na korwecieNa Holendrze latającymW dumnej pozie na lawecieDługoręka długoszyjaZłotopalca krągłogłowaPysznooka wąskostopaŻyzna w ludzi jak EuropaO kopalnio naszych natchnieńO fabryko naszych pogódO kościele naszych cierpieńNa księżyca wąskim sierpie
Matko Boska mądra takaŻeś jak ogród z plonem łaskRzuć najmniejszy choćby blaskW ciemne wiersze Grochowiaka
DON KISZOT
Antoniemu Podsiadowi
Kiedy Don Kiszot wędrował przez świat...Akacja — jabłoń — czarne wąsy w winie —Wciąż świszczał za nim okrutny bat,Mszczący się srogo na chudej oślinie.
Don Kiszot przebył wiele, wiele dróg...Kobiety, dzbany, rude włosy nocą —A Sanczo osła tłukł, tak jak mógł,Osioł zaniemógł. A Pansa szedł boso.
I wtedy rycerz napotkał Ją —Biodra-księżyce. Oczy — ostre piki...Sanczo żarł kiszkę z bydlęcą krwią,Oczyszczał gnaty zagiętym nożykiem.
I wreszcie rycerz obumarł. Klap!...Trumna i wieńce. Świece do nieba,A Pansa spłodził szesnaście bab,Pięciu chłopaków do tego, co trzeba.
I ten, co domy — i ten, co cię wiezie,I ta, co idąc, nie idzie, a tańczy —I nawet w sklepie obwiną ci śledzieW moje liryki — wnuka Sanczo Pansy.
KINO WIEJSKIE
Dawano Hamleta nam w kiniePod wielkim nawisem jabłoni.Patrzyli chłopi w głębinęMelancholii.
Potem przez wrzosy, przez strużkiDo chat skradali się cicho.I po raz pierwszy całowali nóżkiZdumionym kobitom.
A chłopcy — wieczorem — nad rzeką,Z twarzami nad wodą leżeli.Patrzyli: jak dziwnie, jak lekkoPłyną włosy głupiej Ofelii...
BUDOWA
Nikowi Rostworowskiemu
Tam gdzie się kurzy na czerwonoW zielonej bluzie gdzie różoweWierzchołki piersi — góry złoteGdzie granatowa zwisa morwaTam gdzie owoce w słonym pocieObmyte — w usta na pospiesznieDziewczyna zrywa tam gdzie obłokBiały jak łabędź nad cegłamiI śpiew jest lekki tam gdzie pociągSycząc jak czajnik na kółeczkachDymkiem zagrywa tam gdzie kotyrodzą tuziny palą fajkiI słodko chłepcą rosę z trawyTam idzie chłopak z chustą w groszkiA w chustce niesie ser i chlebTudzież zalane w sztok piccoloZa dużo piło ostrej śliny
HUMANIZM
Przepływały słodkie statki po różowym morzu,Wiatr ochładzał marynarzom malowane torsy...Na okrętach wieźli złoto, cielęta i pakiZe sznurami dzikich pereł. Cynamon i pieprz.
Jedni kupcy mieli brody posplatane w warkocz,Drudzy kupcy mieli wąsy jak szable zagięte,Suknie na nich falujące, szumiące puszyście,A za złoto całowali śniade brzuszki dziewcząt.
O, malarze niepośledni. Obrazy, o dziwa —O, statuy, o solniczki z toczonego złota,O, magnolie w grzywach kobiet płynniejszych niż koty,O, śnieżyste koty sjamskie przy wazonach róż.
Z tej to bajki wyrósł prosto ślepiec płaskonosyWielkie brzuchy chudych dziewcząt wgniecionych w kąt pryczy,Psy, co jedzą naleśniki, dzieci bardzo krzywe,Papierowe w błocie łódki, aspiryna, ość.
Z tej to bajki wyrósł prosto smrodliwy ogarek,Kwaśna zupa na talerzu, zgnieciony ogórek,Gwizd syreny w ciemnym mieście, co urąga światłu,Z tej to bajki wyrósł prosto Ska — Syn — and Co...
I dlatego, Czytelniku, aż nad wyraz czuleMówię wyraz wyświechtany, zużyty na słupach —Mówię słowo najpiękniejsze: rzeczownik Socjalizm.Socjalizmu... Socjalizmem... Zwykły socjalizmie!
KIERAT
Obraz malowany smołą na kudłatej desce:Dwa czarne karki oooj!Zaparte w ziemię suche stopy eeej!Bolące ojej — ojej bolące ręce!Kierat w kółko, w kółko jak arena.Raz — w grzbiet!Raz — w łeb!Raz — w brzuch!
Uch, co za wywrotna ziemia!A za oknem w tysiącu muślinów,Wymów to, serce zakochane — wymów:Że dziewczyna, że twarz — no, kamienowanie,Cierpienie, pożądanie — jej ramię.Jej ramię — jej palec, wiolin,Pisze na szybie kółka,Koła, kółka, kółeczka powoli.
Tak powoli jak kierat.Tak powoli jak stopy.Tak powoli jak grzbiety.
Ten obraz widziałem w saloniePewnej bardzo bogatej kobiety.— Ach!
PIEŚŃ O MARCHOŁCIE
Nic nie spadło prosto z nieba,Nic się z chmurki nie wykluło —Wiatr przynosi to, co wiatr...Ziemia w kamień szczodrobliwa.
Tak więc ziemię łzą się kwasi,Korzeń zębem się wyrywa —Nic nie spadło prosto z nieba,Nic się z chmurki nie wykluło.
Dziad nasz był piersiasty chłop,Łeb miał kuty sztyletami,Nos na bakier, uszy z głowy,Stukilowy krzepki brzuch.
Zwał się Marchołt, w śliskich portkach —A gitara w nim jak owoc.Ledwo smyk! paluchem w strunę,Już dymiły w trony króle.
Czule śpiewał, gniewnie śmiał się,Na dzban wody bidnym dał się,Starym matkom synem stał się,Taki chłop.Pieroński chłop.
Wy, co ledwo że kwilicie,Smarujecie coś w poszycie,Posłuchajcie — rąbie dzwon,Marchołt bidę w bary klepie.
Hej, niedźwiedzie na jarmarkach,Tańcujące małpy różne,Senatorom dyga brzuch,W który Marchołt godzi nożem.
Nic nie spadło prosto z nieba,Marchołt gdyby spadł, to dziura —Wyrósł z krwawych kolan matki,Mógł się mścić i nieba żądać.
Bo widzicie: Bóg gdy kleił,Skleił takich, co panują,Ale kiedy ci kantują,Bóg ulepia wielkie łby.
I bum! rąbie prosto z ziemiMarchołt gruby a wnikliwy,
A gitara w nim jak owoc,W giętką strunę smyk! i brzdęk!
Kocioł smoły przytaczają,Ładne panny sprowadzają,Tuż przy ogniu je sadzają,Marchołtowych słów słuchają.
Blask po łbie Marchołta łazi,Bąble plaszczą w czarnej mazi,Ktoś piosenkę płaczem skazi,Dym rozłazi się po mazi.
Nędza rośnie przypomnieniem,Gniew przywala brwi kamieniem,Ostre palce ryją ziemię,A ten: brzdąk!I tili-tąk!
Planko, kanko, pili-planko,Tiuli, tiuli-tali tan.W garściach noże kiełkiem wschodzą,Wargi psom się marszczą w trąbki.
A ten brzdąk! i tili-tąk!Złotą rybką w strunach pluska,Chłopy idą przez cmentarze,Pochodniami wloką dym.
Rosną ognie nad pałace,Magnat kopie się w pierzynach,Pierze leci z rżących okien.W wielki ogień mały śnieg.
Nic nie spadło prosto z nieba,Nic się z chmurki nie wykluło,Ziemia w kamień szczodrobliwa,Korzeń zębem się wyrywa.
TY
Ja, z pięściami wbitymi pod oczy,Stwórca cienia chudego na ścianie —Pożądałem twych cienkich warkoczy,Białej ręki na wietrze rozwianej.
I wstąpiłaś do domu mojego,Gdzie po nocach wędruję skulonyZ ciemną flaszą napoju cierpkiegoJak alchemik z magicznym balonem.
Ty zaś czytasz przy lampie lub spodnieMe oglądasz i martwisz się: łata!A w mej głowie tabunem tygodnie,Huraganem miotane mkną lata.
Wreszcie walę się w łoże jak kłodaI bezsilny pod twymi palcamiŚnię, że rośnie krzaczasta mi broda,Ty toporek mój ostrzysz o granit...
MY I BÓG
Cichym dmuchnięciem zagasiwszy świecęKładziesz wichurę swych płomiennych włosówNa grzbiet mój czujny jak plecy psa.Ciężko zapada czarne wieko nocy.
Wówczas — uśpieni, opleceni sobą —Nie wiemy wcale, że przychodzi Bóg,Chodzi na palcach po naszym pokoju,Poprawia kwiaty. Przegląda się w lustrze.
A lustro czarne jest — głęboka studnia,Tylko w iskierce dalekiego dnaFaluje blada niespokojna postaćTwoja — idąca przez laguny snu.
Bóg się uśmiecha. Widzi cię, dotyka.Lustro musuje jak skłębione wino —I gdzieś ulicą przemyka muzyka:„Dziewczyno, cóż mogę ci powiedzieć”.
OCZEKIWANIE
Ani słowa. Nie wyrąbiesz.Kilof — pióro.A tu wiatr na wielkiej trąbieJedzie górą.
A tu Panny i Bliźnięta.Wielkie pługi.I pieluszka już rozpiętaDo żeglugi.
Och, syneczku! O, córeczko,O, nieznani!Płynie sobie me pióreczkoDo przystani.
A w przystani siedzi żonaNastroszona.I przyciska mnie do łona,Zgłupiałego Posejdona...Żona, żona.
Oto maleńkiOto główkaOto paluszki jak zwierzątkaOto i gęba rozdziawionaGul-gulMniam-mniamDziękuję
Przybył tu do nas utrudzonyPan Bóg go nosił w prawej dziurceNosa wielkiego czerwonegoKichnąłI proszęI dziękuję
Leży maleńkiLeży w koszuPłynie po morzuCiepło w nimO mamaMamo
Ugryź w nosekKich-kichWynikły z tegoJesieńKaloszeI śniegulki
NIEZNAJOMA Z SEKWANY
Tak nazwano zwłoki niezwykle pięknej samobójczyni-topielicy znalezionej w zielonym wnętrzu paryskiej Sekwany
Ten uśmiech łagodny komu oddajesz?Kto Ciebie chciał wrócić? Który nieznany?Wciąż jeszcze przebaczać, kochać się zdajesz —Marząca o śmierci Resztko z Sekwany...
Przyniosą Ci kwiaty: fiołki i chabryTak pięknie ciążące do Twojej bieli,Zapalą lampiony i kandelabryI będą całować płatki grążeli.
Ten uśmiech łagodny łzami okłamią,Wzdychając, że miłość... trudna... za młodu...Nie zgadną przenigdy, że stałaś z krtaniąStłumioną rozpaczą i skurczem głodu.
Że wlokłaś swe ciało poprzez bulwary,Opięta oślizłą ostatnią kiecką —I nikt Ciebie nie chciał. Z tamtej ofiaryPojęłaś jedynie, żeś jeszcze dziecko.
Ten uśmiech łagodny, który pożądaOkruchu miłości, myłaś w Sekwanie,I tylko została druga Gioconda,I tylko zostało puste pytanie —
Czy szedłbym jak inni wielbić swą wolę,Czy miałbym doniczkę z kwiatem begonii,Czy kładłbym pasjanse na białym stole,Czy może bym czytał linie na dłoni?
EGZEKUCJA
Hiszpanii, której synem jest Goya
Spod czarnej niepojęcie chmury(A wokół była pustka)Szli malutcy nad wyrazDwaj palcami worani w chmurę.
Wiatr kaktusami wstrząsał.Piasek skwierczał jak owad.Sino było i żółto. I niewymownie srogo.
Kiedy weszły w powietrze strzały,Padli ze szlochem na twarze.
Chmura spadła wraz z nimi,Rozpętała się burza.Za kaktusem dziewczynaObliczała pociski.
Cień jej, kiedyś rzeźbiony,Odkopano spod ziemiBez głowy i z wielkimi szczerbatymi skrzydłami.
NA ŚPIEW IMY SUMAC —PERUWIANKI
ODA
Jej głos — smaganie wichru,Jej krzyk — wołanie łani.
Ima śpiewa zemstę, przeraża i niszczyLudzi świszczących długimi biczami.
Przy błękitnym głośniku — Cortez,Przy telewizorze — Pizarro.
Ima śpiewa pieśń kapłańską,Broczą jej piersi jak winogrona.
My, którzy mamy zmęczone twarze,My, którzy kochamy zgwałcone dziewczęta,My, których uczyniono mydłem,My, których włosami wypchano fotele,Silni i żywi podejmujemy pieśń Imy,Stajemy groźni nad zwełnionym oceanem.
Kładziemy ręce-pontonyNa tryskających falach-wybuchach,Uciszamy morze...
Jej głos — wietrzyk poranny,Jej krzyk — latarnia morskaPrzesuwa się ukojeniem po palcach naszych,Wiąże fale,Spaja maszty,Z błyskawic uplata jasność.
Wracają żeglarze...
ŚWIĘTO
Czerwone chorągwie powitały dzień —Trzydzieści sześć armat wypaliło w niebo,Nie po to, by starzec ogłuchły jak pieńWyskoczył z piernatów i spytał: dlaczego?
Bo po co nam straszyć i smutny ich strachNa oknach zawieszać białymi nosami?Po nocach świetlistych i burzliwych dniachPodrepczą z kotami, kanarkami, psami...
I będą sprzedawać kanapy swe stare,I tylko deszczykiem aura ich opłacze —...I nagle się znajdzie pod jakimś filaremNagrobek z wianuszkiem. Pistolet i szpaczek.
ZWĄTPIENIE
Powiedz mi, Jerzy, przeżywałeśMoment, gdy patrzysz i truchlejesz:Oto się Bóg twój w mgłę rozlewa,I nic — i tylko mgła się chwieje...?
A ty jak piorun walisz czoło,A wszystko tracisz. Nawet łzy.Na oknie krzywo siedzi gołąbTrzymając w dziobie pasmo mgły.
ŁASKA
Nadpływa Łaska. Noc. I blask.Stoisz z toporem przed tą łuną.Suchym płomieniem fruwa las,Ledwo że wody nie wyfruną.
I biegnie w trwodze czarny ryś,Wilki uchodzą płaskim sznurem.Teraz ci trzeba w ogień iść,Gdzie Feniks błyska chłodnym piórem.
WIERSZ METAFIZYCZNY
Oto ostatni salut. Schodzi,W głąb morza głębokiego schodziTa trumna flagą okutanaJak zbir — okryty po sam nos.
Morze pochłonie ją i piasek —Ten nieodkryty nigdy piasek,Wełnisty może, może czarny,Może brzemienny w tuzin farb.
I tam dopiero — umarłego,Oczy zapadłe umarłegoUjrzą wspaniałość nowych światów:Roślin, planktonu, świateł, małż.
Och, jakże cudne, fosforyczne,Sfery świetliste, fosforyczne!Och, jakże piękne dżungle nocne,Och, jakże wielki cudny grób!
Płacze na mokrym oceanie,Żona na zimnym oceanie,Kapitan patrzy w sine niebo:Ciężko od czarnych ostrych chmur.
A dziecko? Dziecko śpi w kajucie —Szarej jak woda z górnej warstwy,Muchy wędrują mu po nosieI gryzie w oczy z działa dym.
ŚWIĘTY SZYMON SŁUPNIK
Powołał go PanNa słup.Na słupie miał domI grób.
A ludzie chłopaka na szafot przywiedli,Unieśli mu głowę w muskularnej pętli.Powołał go Pan na stryk.
Powołał go Pan,By trwał.By śpiewał mu pieśńI piał.
A ludzie dziewczynę wśród przekleństw gwałciliI włosy jej ścięli, i ręce spalili.Powołał ją PanNa gnój.
Powołał go PanNa słup.
Na słupie miał domI grób.
A ludzie mych wierszy słuchając powstająI wilki wychodzą żerującą zgrają...Powołał mnie PanNa bunt.
NA ZDOBYCIEMOUNT EVERESTU
Zofii Krall
Szli gwiżdżąc i nie doszli,Dochodząc, stąd odeszli —Śpiewajmy wciąż donośniejOdeszłe przeszłe pieśni.
A dziś przekłuty krzyżemTen szczyt się w chmury wgniata —Nie tutaj, ale wyżejNastąpił koniec świata.
Więc bierzmy się za szpadle —Niepokój nas ocali:Wzniesiemy prostopadleTę samą drogę dalej.
By znowu szli — i padli,Dochodząc — znów odeszli —Śpiewajmy wciąż zajadlejZwycięskie nasze pieśni.
Pisałem Cię konwalią i zmierzchem —I byłaś jak fontanna strzelista.Mówiłem Ci zwierzenia najlżejszeNa stokrotkach, w wierszach i w listach...
I nie kochałem Ciebie. Zbyt dużoPrzepaliłem miłości na słowa...Jak gdyby ktoś na usta rzucił zwiędłą różę...Jak gdyby poprzez różę Twe usta całował.
Czy rozumiesz? Dziś wracam powszedni,Każdym słowem z tych dawnych bym krzywdził i kłamał,Widzę oczy Twe smutne i płaszczyk Twój biedny:I teraz już na pewno jesteś Ukochana.
Zimą nad sercem zmalałym nie panuj,Podaj mi palce — po cichu — na palcachPójdziemy ścieżką śniegiem obsypanąNa małą stację, z której się nie wraca.
W małej kolejce będziesz w szybkie krążkiOddechem karmić — i wyrosną drzewa,Las, w którym rządzą srebrzyste zajączki,Dom z wielkim piecem, który ładnie śpiewa.
W domku dróżnika zamieszkamy. DwojePod jedną, biedną pierzyną powszednią.Pantofle twoje i marzenia twoje,Białe pasjanse z czułą przepowiednią.
Zmęczonym oczom światło karbidowe,Zmęczonym ustom herbaty lipowe,Zmęczonym nogom połacie domowe,Szal na migrenę, kompresy na głowę.
I będzie stygła wielka misa czasu,I będę pisał wiersze beznamiętneO tym, że wyszłaś po drzewo do lasuI że mnie czekasz za siódmym zakrętem.
Lecz nagle błyśnie jak piorun na torzeNieubłagany nasz pociąg pospieszny,Światłem obrzuci nasze czułe łożeI dom nasz śmieszny, i zaułek leśny.
Nadzy, czerwoni wybiegniemy z domu,Na białym śniegu dwa żałosne cienie...
Zimą nad sercem serdecznie się pomódlO wieczne trwanie przez wieczne zmęczenie.
KOCHANA JEST CHORA
Kochana jest chora. Daleka KochanaW dalekim szpitalu wśród obcych jej twarzyPrzytula koperty mych listów do twarzy.Kochana. Kochana.
I nikt Jej nie mówi, że jest Ukochaną,Nikt z białych powiek nie zdejmie tęsknotyPrzez ogląd, słuchawkę, przez szkiełko i dotyk.Zgubiłem wśród bieli mą białą Kochaną.
A do mnie przychodzą zdumieni krytycyI mówią z zadumą: „Poezja ta chora”.Nieprawda, pomyłka, panowie krytycy,Kochana jest chora, Kochana jest chora.
JESIEŃ II
Nazbieramy lipy w garstki — w zimno — w deszcz.Tak pójdziemy w twych pończoszkachMałą dróżką — buraczkowąW deszcz.
Nagie drzewa pozdrowimy, krzyżom polnym — przeziębniętym,Matce Boskiej wystudzonej w taką jesień, w chłód.
Potem jeża pozbieramy,Jeża w domu otulimyW twą haleczkę z pajęczyny,Niechaj śpi.
Śpi i mruga...Popatrz, popatrz!Małą dróżką do nas człapie:We śnie pogrążony jeż.
Idzie, ugryzł kęs księżyca,Ciemno, chłodno, chorowicie.
Nazbieramy lipy w garstki —Nazbieramy drewek w lesie,Napalimy,Wypijemy,Potem wejdę w twoje łapki.
KRÓL ZABITY
W trawie wilgotnej leżał. W mokrej,W koszuli tylko z drobnym szlaczkiem.Lecz szyję nagą i okrągłąProstował ciągle, dźwigał. Zawisł.Wargi wypukłe, brwi napięte,Chrapy czerwone miał, nadęteJak trąby. Trąbił bez hałasuW zielone zwały rannych zórz.
Leżał tak, nogi krzywiąc chude,Obrosłe włoskiem cieniuteńkim,Palce skurczone i żałosne,A pięty białe i łagodne.Klon nad nim w gong czerwony walił,Ostrą łodygą węszył mlecz.
A tam się puhar w bok odtoczył,A tam różaniec żmijką zastygł,A tam królestwo w gruzach padło,A tam zaskrzypiał złoty tron.
Lecz że zabity król, poznaliDworzanie po tym, że piwonię,Którą mu wpięła w brodę córkaZ uciechy może, może w psocie —Porwał i uniósł chudy pies,I pod śmietnikiem w dół zakopał.
BALLADA II
Hej, wędrowcze, dokąd gnaszNa tej dzikiej szkapie?Pyta z lękiem nocna strażI za łuki łapie.
Bo to: księżyc ledwo lśni,Mgła po świecie dymi,Na zawiasach jęczą drzwi,Wyją psy przed nimi.
— Hej, strażnicy, konia tnę,Bo mi żona rodzi!Krzyczy jeździec w srebrną mgłęI na szlak wychodzi.
Bo to: ciepły wieje wiew,Gwiazda migotliwa —A pod skronią szumi krewJak w beczułce piwa.
BALLADA I
Często przy ogniu siadywali,On patrzył w blask na jej pończosze,Łakomy był,Wstydliwy był,Za ucho psa tarmosił.
I jakoś — rok choć mijał, księżycPowlekał twarz swą patynami,To ani on,To ani ona,Nie śmieli spojrzeć w stronę łóżka.
A łoże było z główką lwa,Nad nim makatka z aniołkami,I ani on,I ani ona,Nie śmieli skazić tych skrzydełek.
Więc mówił jej o dumnych sprawach,Aż się łapała za nos: ojej!I potem strzelbę wziął i poszedłW ogromny las miliona drzew.
I umarł biedak z kulą w ustach,Niemcy go w dół zepchnęli srogi,A ona czeka: lato, zima,Firanką wieje w mokry mrok.
Łoże ją tuli zestarzałe,W makatce bledną już aniołki,Dłonie jej zżera suchy czas —A dobry Bóg,A dobry BógNiech się nie cieszy tą bolesną cnotą!
WDOWIEC
Wziąłem twój ślubny welon,W pomiętą zwinąłem gazetę —I było to takie brutalneJak ból.
A potem pantofle najczulsze,Łódeczki najmilsze, najdroższe,I w puszce od maggi schowałem kolczyki,Dwie krople rosy.
Nocą podzwaniam tą puszką,Płaczę nad paczką z welonem,Kopię w rozpaczy w krzesłoPuste,Zimne,Niedobre.
Mam jeszcze mydło po tobie,Którym mydliłaś piersi —Włosy mydliłaś gorące,I nos mydliłaś — i nos.
Całuję ten śliski kamyczek,Pożeram ten śliski kamyczek —Na jutro mi już nie starczy,Mój Boże, i zacznie się głód.
O — 1945
Po ziemi biało obłok śnieguTocząc się palił w lampach sinoA gołe głowy kobiet w ciążySzły wciąż bez chleba bez marzenia
Wojacy w konie batem biliI pożarami kwitły krzakiKsiężyc nad łuną jak nad świecąĆma — kołujący migotliwy
I podbiegali i strzykawkiWbijali w uda małych chłopcówA król z koroną na brwiach zwisłąPonuro bębnił w klawiaturę
Słuchał zamieci krzyków kopytMatek wyjących do księżycaSzczękały białe krwią polaneKlawisze świecznik mysz w szkielecie
I uciekała na osiołkuI była światła jak klejnocikI nie wyrosłoby nam DziecięBez złowróżebnych klątw kobiecych
A król się w popiół zmienił siwyPigułkę spożył śmiercionośnąTragedio wieków rośnij śmielejStopimy miecze w ośle dzwonki
VERLAINE
Tiko-tako, tiko-tak,W dyliżansie przez MontmartreJedzie dama karo z kart,Na jej rączce siedzi ptak.
Puku-stuku, kili-klak,Kółka kręcą się na bruku,Ptaszek śpiewa: kuku-kuku,Dziobie damę w złoty kark.
Dama wiezie porcelanę,Porcelana cienko dzwoni,Świszczą loki w grzywach koni,A koniki całe szklane.
Tiko-tako, tiko-tak,Już dyliżans wjeżdża w ganek,Dama rączką zza firanekDaje znak.
Verlaine chciałby do niej wybiec,Podać rękę jej pod stopę,Lecz spostrzega świecy kopećI rozbite pudło skrzypiec.
Szklankę z rysą, nad kieliszkiemSwej kochanki tłusty biust —A kochanka pcha do ustRozwaloną czarną kiszkę.
CHMURA
Stasiowi Chacińskiemu w dowód przyjaźni
Leciała chmura przez zielone łąki,Puszysta chmura przez pagórki biegła,Wczujcie się w obraz — biel i zieleń łąki.Ogromna czystość porannego nieba.
Wiatrak ją w skrzydła pochwycił i chmuraNa czterech skrzydłach dała cztery kroki,Potem jak łabędź pośliniwszy pióraPłynęła stawem kolorowookim.
A pod kasztanem spał przeziębły Wilon.Czapka na oczach, butla z mętnym winem —Uchwycił chmurę, chmurą się owinął,Służyła chmura za ciepłą pierzynę.
Potem ją Wilon obwiązał sznurami,Na grzbiet zarzucił i niósł w dalszą drogę.Aż za lasami, siedmioma góramiPrzed swej kochanki zatrzymał się progiem.
I chmurę w kącie porzucił, do MiłejNajsłodsze słowa śpiewając jak anioł...Kwiaty w wazonach ze wstydu się kryły,Pies patrzył głucho spode łba na panią.
I odszedł Wilon, i zostawił chmurę.Noc nadciągnęła, mąż wrócił do domu —Milczały ciężko komody ponure,W strasznym, mieszczańskim niewesołym domu.
Więc chmura cicho podeszła do wierzej.Dziurką od klucza wydostać się chciała.I coraz dłużej, i bez przerwy szerzejNitka się snuła cieniutka i biała.
Ludzie krzyczeli, dzwony biły trwogę.Konie stawały rwąc postronki — dęba.A pod latarnią, ukryty za rogiem,Chichotał Wilon z nożem w białych zębach.
WYOBRAŹNIA
Mogę nad stawem siedzieć białym,Dużym grzebieniem czesać siweWłosy anielskie karpi smutnych —Mogę tak długo, w melancholii...
Lecz mogę także w kwiatach ogieńZapalać ostry, dym świetlistyZawijać w koła i na drzewachWieszać — tak mogę w rozmarzeniu...
A mogę przecież nocą, deszczemIść nie kończąco — z wiatrem w nozdrzachZimne posągi wznosić z pyłów,I mogę tak — śmiertelnie gniewny...
Łzy pozostaną łzami przecież,Uśmiech uśmiechem, walka walką —Ludzie me czary z traw opłuczą:Na półkach swych położą je.
Bo kiedy płacze krasnoludek,Nie poziomkowym sokiem płacze,A kiedy ptak umiera — zimno,Ogromnie zimno jest na świecie.
SIWY DESZCZ
Na kamiennym brzegu ostrym,Nad spienioną morza grzywą —Pod północnym mroźnym niebemStoi Solveig jak iglica.Ręce jej — oczekujące,Wargi jej — nawołujące —O, żeglarzu! Zerwij Solveig,Zasadź w koi ją żeglarskiej.Prószy mróz,Na włosy prószy,Prószy nocW zdziwione usta.Wraca Solveig z marzeń pusta,Zawinęła małe uszy.
Gruby patrzy w nią jak w beczkęChudy kupił żółte róże.Tęskni Solveig przy piecyku,Przy wyziębłej czarnej rurze.
Peer ma kaszel...Peer ma katar...Nie, żałosna, Peer ma żagle.Wtyka żagle niebu w gardło,Nad kompasem się zapija.
Wczoraj bawił w lupanarze,Policjanci go wywlekli,Bili go,Kopali go,Potem płynął przez rynsztoki.
Spotkał szczura i dziewczynkęZ małym chabrem zapotniałym,Poprosiła go na noc,Łóżko chabrem zaścieliła.
Nie, żałosna, Peer się wścieka,Bije majtków swych po gębach,Wielki colt mu w łapach dymi,Czarny kopeć do księżyca.
Potem karty kładzie na stół,Jakby noże sypał na blat,Nie wychodzą mu pasjanse...Nie wychodzą mu pasjanse?
Na kamiennym brzegu ostrym,Nad spienioną morza grzywą —Z północnego nieba sypieSiwy deszcz skostniałych włosów.
ZNAKI
Nie pomogą sakramenty,Cztery dumne Ewangelie!Nie jabłkami z rajskich drzewAni wodą z świeżych źródeł —Nam idącym, językamiUzbrojonym i wywianym,Ani Arka, ani WieżaZ żółtej kości mamutowej.
My na pięści z Bogiem, w mrokuMy z latarnią karbidową,Gdzieżeś, Boże? Oho, hoooo!Komar bzyknie,Włos upadnie...
MISTERIUM
Po cichym drzewie jak po dużym smykuSkrobie się żagiel grubej ćmy —Już noc. Już szumią w twoim pokoikuBiałe i srebrne sny.
Siedząc nad tobą, z twarzą za oknami,Odprawiam pacierz za dawno umarłych,A oni piją wiatr z mojej wargiI poruszają skrzydłami...
TRAMWAJWSZYSTKICH ŚWIĘTYCH
Oto jest tramwaj Wszystkich ŚwiętychCiężki od plonu jak stodołaSunie żałobny i brzemiennyW ten złoty dzień dla Nieboszczyków
Wieńce szeleszczą pachną płaszczeWoń świec i duszny zapach kwiatówA płaszcze pachną naftalinąA kwiaty pachną katafalkiem
Dla Brudna świeczki dla PowązekWiezie poduszki z obrazkamiTwarze umarłych w porcelanieBardzo uprzejme i słoneczne
Oto dziewczynka w okularachOto chłopaczek krzywonosyOto kobieta z podbródkamiOto łagodny profil starca
Jadą tramwajem Wszystkich ŚwiętychZ trąbkami płaczu z ubogimiWstążkami czerni z tą taniochąŻywi umarłym w odwiedziny
Tramwajarz dzwoni ludzie płacząPięćdziesiąt groszy od osobyUmarli leżą sztywno w grobachZ drzwi od Niebiosów zdjęto łańcuch
Bo jedzie tramwaj Wszystkich Świętych
DRZEWA
Drzewa ogromne, drzewa kłębiaste,Burzliwe drzewa.Ścieżka omija je z daleka,Ścieżka się gniewa.
Więc stoją same, mruki,W brodach spienionych przekleństwem.Dozorcy galaru, na którym NocOdpływa w przestrzeń.
DRWALE
W głębi zimy jak w głębi obrazuW groźnych czapach, zakuci po oczy —Rąbią drzewo, kładą sągi,Łupią w pachy z wszystkich sił.
Koń im wlecze rude drzewo,Oni świszczą giętkim batem,Śnieg wzlatuje i opada,W głębi zimy jak w głębi obrazu.
A potem przy rurach cienkich i czerwonych,Wsłuchani lubo w gulgotania ognia,Całują dzieci w karczki równiuteńkieI rzeźbią w drewnie kózki bieluteńkie.
Żony,dzbany —pełniuteńkie misy,nocą chylą do swych sztywnych wąsów,miłość tłusta i mocna jak miódkapie im z wąsów na skóry niedźwiedzie.
W głębi zimy jak w głębi obrazu.
BALLADA RYCERSKA
Włodzimierzowi Majakowskiemu
Czekali go. Nie przyszedł.Siedzieli w kanapach.Obrzękłe paluszkiUkładali w sztorc.Zjadali ciasteczka,Czytali gazetki,Kwilili wierszyczkiZ chudziutkiej wieżyczki.Nie przyszedł. Nie ładnie. A fe...
Więc głowy, więc głowy, więc głowy,I słowa, i słowa, i słowa,Z mozołem, z mozołem, z mozołem,Wykluli, wykluli, wykluli:Że są,Chwalą.Akceptują.Rzucają kwiaty na tor.I niech się wlecze ta rzeź.A fe... A fe... A fe...Głupcy.
A on przyszedł prosto z rzeźni,Z grubym fartuchem na brzuchu,Łeb spuścił pełen grozy,Przeliczył pod pachą powrozyI podniósł topór szczerbaty od krwi.
BrwiZawaliły sięI z hukiem zagniotły mu twarz.
ROBOTNICE
One są brzydkie są zmęczoneSą nocą białe jak papieryPatrzymy bólem przesiąknięciW te rude matki złotej ery
Ledwo powrócą chleb postawiąLedwo uklękną to ze szmatąLedwo odpoczną to nad cienkąTo nad wystygłą już herbatą
A potem w łóżku patrzą ciemneW poranny gwizdek nad fabrykąSkulone stygną w naszych pięściachI odpływają snem do nikąd
Hej wy synowie wy we fraczkachCelebrujący każde słowoOne są gwiazdy pięciokątneWyżej pokoro Niżej głowo
POKOLENIE
Dla wnuków piękniejszych o wysokie czołaNam, szerokonosym, rąbać palce, łamać —Za bogactwem ziemi węszyć w czarnych dołach,Głową bić po ścianach — niemiłośnie — psiamać!
Dla wnuków piękniejszych o łagodne ręce,O gwiaździste oczy, aksamitne włosy —Ból nasz kołyszemy opuszczając szczękęNa białe ramiona przezroczystej nocy.
LEPIEJ
Lepiej by było w wiatraku zamieszkać,A jeszcze lepiej w latarni na morzu.A lepiej myszką w białomącznych mieszkach,A jeszcze lepiej pchłą się wtulić w kożuch.
Dobrze by było u Barnaby w brodzie,A jeszcze lepiej u Boga za piecem,Dobrze by w łasce opływać jak w miodzieAlbo jak strucla, albo też jak precel.
A tutaj wiatrak skrzypi chuderlawy.Latarnia blasku na morze nie rzuca.Wiatr myszką wbiega w za duże rękawyI ból pulsuje czarną pchłą na płucach.
DZIKIE JABŁKA
Dzikie jabłka gryźliKijami podparciW popiół dnia wpatrzeniOpuszczeni starcy
I odpływaliWyblakli i nikliZ dzikimi jabłkamiNa portretach stygli
A nam jaka przyszłośćNam jakie przetrwanieTym co ziemią trzęsąTym rysy na ścianie
CZEGO NIE ZAPOMNĘ?
Lesznieńskim domom niedorosłym,Plantowym ławkom nienajwiększym —Piszę ten liryk złotym włosemNa srebrnej blaszce. Blaszka brzęczy.
Włosem dlatego, że zaledwie...Złotym dlatego, że na zawsze...Zaledwie krzywdy niepowszednie —Na zawsze serca najłaskawsze.
CHIMERY WROCŁAWSKIE
Wypalone zziębłe z głowy szczerbatymiPochylone w bęben bijące kamiennyStoją nad kanałem gdy niebiesko dymiMgłą wieczorną chłodem kadzidłem jesiennym
Komu biją miastu miasto je ośmiewaPurpurą napiera po piórku po piórkuZłotym liściem kapie codzienna ulewaNa pieluszki majtki na sznurku w podwórku
One dzwonią im w bęben im serca w żałobieJak stare służące wzdychają za zgasłemGdy pana i panią pochowają w grobieI grób już przestanie pachnieć sytym masłem
PŁACZ ŻYDA
Gwiazdo gwiazdo gwiazdo gwiazdoŻółta gwiazdo sześciokątnaDom zburzono nam do szczętuTrzy córeczki czarnowłose
Sypcie dołek niemaluśkiAch ułóżcie kostki w dołekW papier córki zawiniemyGeszeft z ziemią uczynimy
Ja się pytam czemu JahweRachel pyta się po czemuWpierw Judasza powiesiłeśCórki gwałcić psom oddałeś
A ta mniejsza MagdaleneA ta większa EgipcjankaA największa najroślejszaZąbek miała szczerozłoty
Gwiazdo gwiazdo serca raniszPójdę ślepy i o kijuI napotkam psa jakiegoTo ustąpię jemu z drogi
Ludziom ręce będę lizałWszy otoczę służebnościąWszę głaskając patrzę gwiazdoKto cię głaszcze gwiazdo gwiazdo
GŁUPI ŻAL
Kocham Cię śpiącą. Kocham Cię małą,Kocham twą halkę rzuconą przez krzesło —Bo to jest wszystko, co dla mnie zostało,Co trwa, gdy inne bezpowrotnie przeszło.
Przeszła grudniowa namiętność pochmurna,Minęła bojaźń styczniowa i drętwa.A teraz kładę larga i nokturnaNa bardzo białych, bardzo dobrych rękach.
I wstyd mi. Siedzę. Pilnuję twej twarzy,Której każda chmura z mego pamiętnika.Wyrosłaś inna, nie ta, którąm marzył —
Wspanialsza... Ale liryka, liryka...
Na rzeczy nasze kiedyś spadłDrobniutki piasku osad —Może go przyniósł jakiś wiatr,A może z deszczem pierwszym spadł,Kiedy dymiła Mleczna Szosa?
Dziś pochylamy z trudem głowęOddechem płucząc nalot piasku,By rzeczy nasze oczyszczone słowemNabrały blasku.
Comments
Loading comments…