Bazar (fragmenty)

Bazar(fragmenty)Cieniom Juliana Przybosia★Bo nie masz oszustwa na Bazarze. TutajMoralność jest sama w sobie — jak baba w babie — a knot w świecy.Dwie Majewskie miały przez płot stragany z obrazami,I obiedwie: niesprzeczne, niekłótliwe, choć pyskate.Przychodzi jedna do drugiej — ta pierwsza dźwiga obraz.Zaczęło się od ramy, bo ta druga kaprysi.

Druga:Idźże, pani Majewska, z taką ichnią ramą.Toż ją pluskwy zeżarły na weselu Kornika.A było — hi, hi — co żreć: tyle tych frymuśnychZawijasów, farfucli, jak na torcie z Grójca.Rama, widzisz pani, winna być bogata,Ale i Stateczna. No i z gruntu nowa.

Pierwsza (z ironiczną powagą):A jakże!

Druga (z niepokojem):Co „a jakże”, smarkulo, jajo kwokę uczy?

Pierwsza (zaperzona):Tylko nie smarkulo!

Druga (niby to pokornie):Oj, co prawda to prawda. (I z westchnieniem) Klępo!

Ale Pierwsza dzierży obraz, jakby szła w Pielgrzymce,Więc zimna na zniewagi bezbożnej ciemnotyUśmiecha się wstydliwie uśmiechem męczeństwa,I co by tamta nie rzekła, ona jest w komeżceJak sam ksiądz wikary.Widząc to, ta DrugaJuż bieży truchcikiem do stóp konfesjonału.O zlitowanie prosi.

Druga:Rama może ładna, ino że stara. Wierz mi, pani Majewska.

Pierwsza: (już z triumfem):A wierzę, ja wierzę. I tuś mi pani wlazłaW moją parafię Świętego Floriana.Rama jest stara, bo i obraz stary, a to zaś znaczySamo arcydzieło. Tak mnie jeden uczył,Co był Profesor.

Druga:Panienko Najświętsza! Pokaż pani to bliżej!

Więc ta pierwsza zbliża się łaskawie, obraz przed oczy podsuwaNiby Papież lub Hrabina rękę do ucałowania;I zarazTonem kaznodziei (choć jeszcze wierzącego w Niebo)Materię obrazu — i zakątki jego — wyłuszcza.

BO CO JEST NA OBRAZIE?

Widzisz pani Majewska mamy tu przedstawioneDzieci jakieś kobitęTrzech chłopów z wąsamiWszystko to starodawne A powiadają że NiemceNo to sam Hitler z nimi Dla mnie one są ludzieW bardzo dramatycznej życiowej scenie ujęte

Bo kto jest ten ponuryTen co patrzy z ukosaJakby mu chleb kury zjadły lub prosię w płocie utknęło?Ten ci jest KłusownikMyśliwekCo z nędzyPo pańskich lasach za faunom harcowałWięc go — łaps! — capnęliGajowy (ten ci z prawej w kapelusiku z piórkiem)I Policmajster (ten z wąsami w górę wywiniętymi jak widły)Po pyskach cwałowaćA lżyć pani Majewska jak święty Michał Diabła

Więc że kazamatą śmierdziŻona się zwiedziałaI cóż my pani Majewska nieszczęsne istotyCzynim w takim razie?

Druga (prawie już łkając):Zwołujem dzieciska

Pierwsza:A skoro już przeliczymCzy co nie ubyłoLub — nie daj Bóg — przybyło w tej naszej pasieceZ całą czeladzią — jak sam Cysorz z wojskiem —Hajda na wroga

Druga:Byleby dzieciom smarków nie ucieraćDzieciak ze smarkiem to pewna sirota

Pierwsza: (już płacząc):Więc niebożątko żona na kolana padaDzieci przygarnia Policmajstra po kolanach całujeSłyszysz pani ten krzyk kochana pani MajewskaA chłopy stoją

I tak — rzuciwszy obraz — padają sobie w ramionaNiepocieszone Nieszczęsne IstotyPod biczem Bożym,Pod pięściami mężczyznI pod gorszym niż płomień piekłaTchnieniem Genijusza.

★Nadchodzi już czas sjesty. Czyni go pomałuSpowite kurzem słońce — ta Gwiazda Upału.

I południe dojrzałe, i senność to czyni,Jak pan Jezus kramarzy goniący z świątyni.

Tak wszystko leniwieje, tak pluszem obrasta,Niewiasta i mężczyzna, i Upału Gwiazda.

Owoc snu w sobie szuka: jest to złota mgiełka;W niej pszczołom i zegarom drętwieją skrzydełka.

Lecz że tylko znużenie, bo nie śmierć tu straszy,Widno to po obrotach herbacianych flaszy.

Sposobione w limonę, cukrem nakarmione,Dają wargom ochłodę, twarzom blaski płone.

Zaś inaczej u mężczyzn: ci się w kramach kupią,Tu se flaków pojedzą, tam i pyzów kupią.

A wszystko z przeświadczeniem, że choćby przepadłoSzczęście, męskość, fortuna — to zostanie jadło.

Dość go było przedawać. Teraz sam pan kupiecPodniebienie chce ochrzcić, a sadełko upiec.

A więc chrzczą co niemiara. I że sprawa święta,Pacierze mruczą gardła; usta — niemowlęta.

I tutaj, gdyby Danta w ten czas wiódł WergiliI gdyby tu Petrarkę sonetów uczyli,

Nie byłaby ta cisza ani mniej skupiona,Ani mniej pogłębiona, ni też wywyższona.

Comments

Loading comments…