Brueghel (II)

Brueghel (II)

Ten plan jest widziany z poddasza. Przez cierniowe ogrodyGałązek i drzew wielkich. Na śnieg patrzę i wodę,Przyprószoną zaledwie. A zaś w głębi chmuraWiatr pochwyciła, zamknęła w swym wnętrzu.

Ja — Malarz — już nie żyję. Zziębnięty jak blachaToczona po śniegu, duszę dałem Bogu.Jest teraz mała, luta,Podobna do klucza,Na którym niekiedy Bóg zimę wyśwista.

Ja — Malarz — już nie żyję. A jednak oczymaMoimi patrzycie na śnieg i na wodę,Przyprószoną zaledwie. I to ja ustawiamWysokie słupy światła nad mrokiem lodowisk.

Biegnie pies z uchem postrzępionym w bójce. GawronKroczy kłaniając się śniegom to w lewo, to w prawo.Człowiek wór niesie. Dzieci do sanek przywiązane.A z kominów — aż do mnie — wznosi się woń jadła.

Ja — Malarz — już nie żyję. Ale przecie widzęTe trzy stare kobiety, idące od boruJak dzwon od kościoła. Zaplątane w szleje

Chrust wloką po śniegu, a w ich ciemnych twarzachMróz pozapalał biegające iskry.

Zimo — Majestacie,Śmierci — pusty dźwięku.

Comments

Loading comments…