Gest (Grochowiak, 1978)
PRÓBY EPIKIGest
I
Dziesiątego września w pięćdziesiątym czwartymNie zastali mnie przyjaźni w domu.To popołudnie spędzałem w Mourieras,Rozrzucając brunatny nawóz widłami.
Nazywałem się wówczas Père Mazaud.A moje pole żagwiło się rudoZa opłotkami nieprzeludnionej wioski:Znałem w niej wszystkich,Od wisusa do starca.
Z rozkoszą chłonąłem włochatymi nozdrzamiZapach przegniłych kawałków torfu,Bryzę od południa, srebrogłowiem w wiatr wplątaną,Kwaskowaty odór własnej koszuli.(Życie miało twarz olbrzymiąI polubownie sekretną.)
Przy pierwszej gwieździeO godzinie dwudziestej trzydzieściOtrzepałem widły z małych bryłek gnojuI trzpień narzędzia ułożyłem w kotlinie obok karku.
Smak wieczornego jadłaOsładzał moje zmęczenie.
Wstąpiłem na drogę śródleśną.
II
Dziesiątego września w pięćdziesiątym czwartymNie zastali mnie przyjaźni w domu.Poruszałem wówczas spopielałym igliwiemW dolnych lasach Francji.
Miałem tam sprawę do pewnego lisa,Który oblazł ze skóry i dymił pośrodku ścieżki.Idąc do pracy, wrzuciłem go widłamiNa stos mrowiska.
Skrzętna ciekawość: czy zgorzał doszczętnie?
Kiedy tak szedłem (beztrosko obojętny),Los zaczął wymachiwać wielkimi skrzydłami,Był zbyt potężny jak na mą kondycję:Strącił mój kapeluszW ostrowy jeżyn.
Pamiętam pochylenie — delikatny krąg słomkiW kopciach (Pająk je właśnie wiązał),Wyprostowałem się złorzecząc.
III
Osobnik był ze wszystkim znikomy. To właśnieUderzyło mnie najpierw. W MourierasTylko grabarz był mniejszy. Nie na skutek garbu,Ale przez pewne szczególne wciśnięcieGłowy w ramiona.Co mu nie szkodziłoMieć żonę — Hiszpankę i kochankę w mieście.
Ten, co wyszedł z lasu, stąpał chybotliwie,Ale ani w calu nie przypominał Jakuba z Dzwonnicy,Który subsydiował oberżę.
Był trzeźwy jak wizja Jana od Krzyża.
IV
Dziesiątego września w pięćdziesiątym czwartymNie zastali mnie przyjaźni w domu.Oto ja,Père Mazaud z Mourieras,Dźwigający widły na prawym barku,Natknąłem się na Człowieka z UFO.
Trudno zaręczać, że był to zaszczyt,OsobiściePodszedłem do wydarzenia z niejakim zmieszaniem.
Człowiek z UFOZdawał się ten brak zręczności odwzajemniać,Co czyniło go bliskim i zrozumiałym.
Staliśmy długo, przy osypywaniu się gwiazdI chrobocie zwierząt w leśnych ostępach:Dwaj mężczyźniAby życie moje — ze wszystkim — było nader
(Odruchowo przetrząsnąłem bluzęW poszukiwaniu niedopałków papierosa.TAMTENPowinien mieć zapałki)
Jego garnitur — obcisły i bez guzików,Wydzielał łagodne, niebieskawe światłoGazowych latarń, które widziałem w Paryżu.Jego głowaByła opancerzona,Ale bez groźby, którą straszą żołnierskie hełmy.Oddychałem szeroko i spokojnieNie czując nawet o jeden puls przyspieszonego tętna.
V
Kiedy przytknąłem dwa palce do ronda kapelusza,Życząc mu dobrego wieczoru,Nieznajomy uniósł powoli prawą rękęZ palcami szeroko rozstawionymi wśród gwiazd.
(Tak podobno pozdrawiali się StarożytniW krótkich okresach między wojnami).
Zbliżył się i najpierw dotknął mojego policzka,Na którym mam bliznę od drzazgi przy rąbaniu drzewa,Potem chybotał się leniwieZ nogi na nogę,Jakby szukał czegoś w myślach.
I wykonał ten gest.
VI
Dziesiątego września w pięćdziesiątym czwartymNie zastali mnie przyjaźni w domu.Oto stawiałem łagodny opór Człowiekowi z UFO,Który najwyraźniej zamierzał mnie pocałować.
O la, la, la — to wcale nie jest takie ścisłe.Powinienem powiedzieć raczej:Który zbliżył się do mnie poza granice poufałości,Jaka przystoi mężczyznom.Nie lubię tego nawet po alkoholu. Wstyd.I delikatny wstręt, jaki odczuwam przy zetknięciu się z męskim zarostem,
Wystawia na ciężką próbęMoje pojęcie przyjaźni.Często z tych pieszczot w oberży wynosiłem krew na wargach.
Ale uchwyt Człowieka z UFOBył silny i stanowczy,Małe ręce w rękawiczkach z czegoś, co przypominało pergamin,
Przyciągnęły moją głowęJak kowadło młot przyciąga.
Przylgnąłem całą twarząDo wzgórza hełmu o cienistych zboczach.Rozgarniałem zmysłem dotykuFalujące wrzosowiska.
VII
Szczęście, które odczuwałem, było pełne płaczuI zapewne dlatego mówiłem coś słowami modlitwy.Wszystkich zapamiętanych modlitw.Tych z jednorodnej bryły, jak „Credo”,
Tych postrzępionych jak słuchy królika,I również tych, które wymyśliłem samW czas słoty lub żałoby.
Jakże dodawało mi otuchy narastające przeświadczenie,Że Przybysz z obcego kontynentu WszechświataTeż się modli.
Ale niechaj książęta rzymscy nie rozgrzewają rusztówDla swej pieczeni;W szkółkach niedzielnych nadal może toczyć się spokojniePoprawianie marynarskich kołnierzyków.
Modlitwa bowiemByła jedyną mową,Jaką mogliśmy do siebie zagadaćO radości współuczestnictwaW tej samej łyżce czasu.
I o śmierci.Która nam strawę od ust odejmie.
VIII
Powróciwszy do domu, długo myłem pod studniąNabrzmiałość powiek i drobne sińce na skroniach —Jedyne znaki obcowania.
Zaszedłem do koni, aby poruszyć paszęW żłobach. Konie lubiąOsobną o nich pamięć gospodarza.
Siadłem na ławie w pobliżu progu. Odstawiłem widły.Po kwadransie wszedłem do izby,Wyłowiłem muchę w słoju zsiadłego mleka,Strząsnąłem ją z palca.Wreszcie pokładłem się obok żony.I przyglądałem się firankom, lekko wybrzuszonymPoświatą księżyca.
Pomyślałem też o długu kredytowymI o reperacji dachu przed zimą.
Od czasu strasznych wojen bardzo zabiegałem,Aby życie moje — ze wszystkim — było nader zwyczajne.
Kubek w kubekJak dzbanki na bielonej ścianie nad kuchnią,Teraz nieco zupiorniałeI podobne do ocznych gałek ślepców.
IX
Jedenastego września w pięćdziesiątym czwartymZastali mnie przyjaźni w domu.Byłem na swoim miejscu, co sprawiło im radośćTak pewną swego, że prawie nieodczuwalną.
Mówiliśmy — jak zazwyczaj — o zasadzkach zawoduPoetyckiego. Najmłodszy się skarżył,Że rym go zagalopował i poniósł na manowce.Na naszych oczachZmiął manuskrypt w garściI cisnął prosto w twarz gołębiom.
Białą kurzawą zemknęły z parapetu.Były olśniewające.
Uśmiechałem się uspokojony,Że umiem to nazwaćTak prosto.
Warszawa, 1973
Comments
Loading comments…