Lipiec (Grochowiak, 1978)
Lipiec
Znów słońcu się oddała. Maja cudzołóstwaZnany uśmiech rozkoszy kołysze na ustach.Samiec chodzi oślepły, próbuje, czy udaKolanem chudych postów wcisnąć się w jej uda?Ale jakby taranem wyważał wierzeje,Skoro stoją otwarte. Więc nie on bierze je.
Dzika zazdrość wydmowa. Z piaskiem toczyć bitwy,Kułakami okładać wrzaskliwe rybitwy?Szeptać coś, konstruować, posuwać umizgi,Poważniej stać bez łyżki — głodnemu — u miski?Tak z sewrskiej filiżanki uszczknąć łyczek słoń chce,Jak on rozwalić rywala, którym Febus — słońce.
Toż go zna z pierworództwa. Nim w grzech się oblekłaZnała gorąc żarliwszy od męskiego ciepła,On tylko promień jeden. Tu promieni mrowieWysokich warg dotyka, w dolnym zgęszcza mrowie.Kto z wrażliwych, co piersią otarł się o pożar,Łopatkuje w kominku wciąż gasnącym po żar?
Comments
Loading comments…