Nowela (I)

Nowela (I)

Kiedy generałowej Branickiej tramwaj odciął stopę,Jej ogródek pośrodku podwórza zesechł i zmizerniał.Siatka, która osłaniała ten skrawek, jak kwef ochrania wdowę,Stała się szmatą z drutu, łodyg i rupieci,Na drewnianym stole sczerniał ślad po kartach,Na żwirowanej ścieżce rozciekła się mysz.

A przedtem — jak pomnę — szlachetna Branicka,W sukni sprzed wieków, w srebrnym hełmie włosów,Wnosiła tu z piętra kruche filiżanki,Dzbanuszki ze srebra, ciastka z margaryny,I w pozie przejętej z portretu Marii LudwikiOczekiwała trzech swoich Staruszek.

Miała je trzy — nieodmienne — wyszperaneZe sklepów Desy, ze Szkoły Tańca, z Pensjonatu:Nakryte wielkimi czarnymi kapeluszami jak rzeką,Opięte w gorsety, w których trzeszczały szprychy parasoli.

„Ce sont des vieilles” — myślałem po francusku,A one po francusku piły cienką kawęI śmiejąc się z francuska, piskliwie, drobnymi rączkamiOganiały się od pszczół sennych i wielkich motyli.I dużo mówiły, nie słysząc się nawzajem, bo głuche,I patrzyły w śmierć swoją przez zazdrostki słonecznika.

Kiedy generałowej Branickiej tramwaj odciął stopę,Plotka domowa doniosła, że wszystkie pomarły.Pierwsza przez pomyłkę zjadła igłę przy robocie haftów,Druga — w kościele — śmiertelnie zaplątała się w różaniec,Trzeciej nie znaleziono. Może weszła w ścianę?

Spoglądam na gruzy ogródka pośród podwórza,Rozmyślam o stopie osobnej, kobiecej,Wiatr biorę na piersi,Trochę dżdżu na twarz.Nadeszła jesień. Pora palić w piecu.

Comments

Loading comments…