Polowanie na cietrzewie (Grochowiak, 1978)
Polowanie na cietrzewie
...O trzeciej nad ranem obudził mnie Leśniczy. Był zgołaW koszulce męskiej — do pępka. Widziałem więc jegoBrunatne przyrodzenie z leciutkim nalotem siwizny.— Do Galopu! — wołał. — Wrzątek kotłuje się w garnkach,Baby po chałupach rozniecają ognie,Mróz — jak Piorun Jasny — Prześwietlił powietrze,A pan mi tu chrapiesz w Stodole Pierzyny.ZlęknionyWskoczyłem w gacie —I za siekiereczkę!Dzyń, dzyń! — zatupotałem po okowach lodu,Który ściął wodę w szczerbatej miednicy.
W tym czasie Leśniczy pieklił się przy ogniu:Sadzał jaja na tłuszcze, ćwiartował kiełbasę,Złotym zapachem cebuli obrócił mi język z wierzchu na nice.— Lej pan gorzałkę!— Do szklanic?— Do gardła!— Liter wystarczy?— Jak dla pana, basta. A teraz daj flachę!
I przechylił. I nagleStała się wielka Bożonarodzeniowa Jasność,Kiedy On pił.
To chyba wtedy Proboszcz — zaspany jeszcze — oblekał się w komeżkę,Kiedy On pił.To chyba wtedy samotny bocian prostował złamane skrzydło,Kiedy On pił.To chyba wtedy Karpie — w zamarzniętym stawie — rozpuszczały włosy,Kiedy On pił.
Ale już Wiara Strzelcy domagają się u okien:Ten w lisiej czapie,Tamten spod Kozienic,I ów — co uwiódł młódkę, a ojce go zdybali.Ach, przaśne, męskie, stupudowe przekleństwaKatulały się po śniegu jak młode niedźwiadki;Nawet LeśniczyZ wódką się zacukałI przez chwilę chciał czmychnąć do panieńskiego alkierza.
Ale bogać tam! — Jazda! Wraz łapiemy za rury,Szleje torb myśliwskich wiążemy przez barki —I w Mróz!
Noc była. Za tą wielką nocąPola leżały białe, lecz tak trochę sine,Jakby je śmierć ścięła. U zarannej gwiazdyWisiał sopel ciszy. Tylko pod obcasemŚmigały żwawe, srebrnoskrzydłe świerszcze.Wiater szedł nad polemNiziutko — zwyczajem psa, co skwapliwie węszy.Tak i my potulni:
Ten w lisiej czapie postękiwał ciężko;Widać go Zmora we śnie dopadła, a puścić nie raczy.
Tamten spod Kozienic wojował ze czkawką;Hyp! — i hyp! — Lekarz od dawna odmówił mu zdrowia.
Ów, co uwiódł młódkę, próbował coś nucić,Lecz jak się pośliznął, tak w niemotę popadł.
Ba, nawet sam Leśniczy nastroszył się szronemI choć ziąb okrutny, on pary z gęby nie puścił.
Noc była. Gdzieś w pobliskim lesieMróz kropnął salwą z gwintowanej sosny,Aże dech zaparło. Potem znowu głucho.Jeno od sadyb, od ich białej sieniSzło coraz słodsze, rozmarzone mlaskanie:To bracia Dziki ucztowali w kartoflach,Które chłód zimowy ucukrza i marcypani.
I właśnie wtedy —Znienacka —Ku grozie naszych rur posenniałych —Wyszły nam naprzeciwSzlachetne, Ciepłokrwiste, Dziewczęce Cietrzewie.
— Bigosować, Bracia! Bij, kto w Boga wierzy! —Tak Leśniczy wrzasnął, aż mu złote żyłki (co starość zwiastują)W oczach popękały. A tamci już za Nim:
Proch za prochem, śrut za śrutem, i granulek garściąProsto w te miłe, ogniskiem pachnące, Zwierzęta.
Pamiętam błogosławioną zawieję krwi,Która obmywała mi czoło i słonymi pocałunkami pieściła me wargi.Pamiętam macierzyńską ulewę piór,Które osuwały się wzdłuż moich ramion jak krople stężałego miodu.Pamiętam dziecięcy, ale jakże wdzięczny śpiew Cietrzewi,Który zgiął mi kolana i nad głową rozpiął namioty Kościoła.
Klęcząc wrzucałem do myśliwskiej torbyDrżące pod opuszkami palców — dojrzałe Owoce życia.
...Dobrze przed zmierzchem obudził mnie Leśniczy. Na niebieStała chmura podobna do wątroby. To właśnie z niejŚnieg ostatni uchodził, zastygający w drzewach.W izbie było ciepło,Leśniczy we flaneli,Zegar wyrzucał kukułkę jak matka dziecko na dwór.Ten w lisiej czapieSpał na gołej ławie,Tylko ręką bezwładną coś pisał w powietrzu;Tamten spod KozienicOsypał się wzdłuż ściany,Kucnął, pięścią podparłŁeb mroczny jak puszcza;Ów, co młódkę uwiódł, oblizywał się we śnie,Pocałunki tak zgarniał czy posmak bigosu?...— A chyżo! — rzekł Leśniczy — już na nieszpór dzwonią,A pan gliwiejesz! Do kroćset, naturęMasz pan ponoć poetyczną. Tymczasem mnie StaregoSam na chandrę wystawiasz z tym pokotem ptactwa.Filozofii jam głodny.Wstałem —
I tak już od rana,Skubiąc zdechłe cietrzewie, wiedliśmy rozprawęO śmierci niechybnej.
Comments
Loading comments…