Wiersze wybrane — całość
Modlitwa
Matko Boska od AniołówMatko Boska od pająkówŚnieżnych żagli smagła PaniSygnaturko z kolczykamiMatko Boska z żółtą twarząMatko Boska z orlim pióremMatko Boska kolonialnaŁzo astralna i kopalnaWędrująca na pirodzeFruwająca na korwecieNa Holendrze latającymW dumnej pozie na lawecieDługoręka długoszyjaZłotopalca krągłogłowaPysznooka wąskostopaŻyzna w ludzi jak EuropaO kopalnio naszych natchnieńO fabryko naszych pogódO kościele naszych cierpieńNa księżyca wąskim sierpieMatko Boska mądra takaŻeś jak ogród z plonem łaskRzuć najmniejszy choćby blaskW ciemne wiersze Grochowiaka
Don KiszotAntoniemu PodsiadowiKiedy Don Kiszot wędrował przez świat...Akacja — jabłoń — czarne wąsy w winie —Wciąż świszczał za nim okrutny bat,Mszczący się srogo na chudej oślinie.
Don Kiszot przebył wiele, wiele dróg...Kobiety, dzbany, rude włosy nocą —A Sanczo osła tłukł, tak jak mógł,Osioł zaniemógł. A Pansa szedł boso.
I wtedy rycerz napotkał Ją —Biodra-księżyce. Oczy — ostre piki...Sanczo żarł kiszkę z bydlęcą krwią,Oczyszczał gnaty zagiętym nożykiem.
I wreszcie rycerz obumarł. Klap!...Trumna i wieńce. Świece do nieba,A Pansa spłodził szesnaście bab,Pięciu chłopaków do tego, co trzeba.
I ten, co domy — i ten, co cię wiezie,I ta, co idąc, nie idzie, a tańczy —I nawet w sklepie obwiną ci śledzieW moje liryki — wnuka Sanczo Pansy.
Pieśń o Marchołcie
Nic nie spadło prosto z nieba,Nic się z chmurki nie wykluło —Wiatr przynosi to, co wiatr...Ziemia w kamień szczodrobliwa.
Tak więc ziemię łzą się kwasi,Korzeń zębem się wyrywa —Nic nie spadło prosto z nieba,Nic się z chmurki nie wykluło.
Dziad nasz był piersiasty chłop,Łeb miał kuty sztyletami,Nos na bakier, uszy z głowy,Stukilowy krzepki brzuch.
Zwał się Marchołt, w śliskich portkach —A gitara w nim jak owoc.Ledwo smyk! paluchem w strunę,Już dymiły w trony króle.
Czule śpiewał, gniewnie śmiał się,Na dzban wody bidnym dał się,Starym matkom synem stał się,
Taki chłop.Pieroński chłop.
Wy, co ledwo że kwilicie,Smarujecie coś w poszycie,Posłuchajcie — rąbie dzwon,Marchołt bidę w bary klepie.
Hej, niedźwiedzie na jarmarkach,Tańcujące małpy różne,Senatorom dyga brzuch,W który Marchołt godzi nożem.
Nic nie spadło prosto z nieba,Marchołt gdyby spadł, to dziura —Wyrósł z krwawych kolan matki,Mógł się mścić i nieba żądać.
Bo widzicie: Bóg gdy kleił,Skleił takich, co panują,Ale kiedy ci kantują,Bóg ulepia wielkie łby.
I bum! rąbie prosto z ziemiMarchołt gruby a wnikliwy,A gitara w nim jak owoc,W giętką strunę smyk! i brzdęk!
Kocioł smoły przetaczają,Ładne panny sprowadzają,
Tuż przy ogniu je sadzają,Marchołtowych słów słuchają.
Blask po łbie Marchołta łazi,Bąble plaszczą w czarnej mazi,Ktoś piosenkę płaczem skazi,Dym rozłazi się po mazi.
Nędza rośnie przypomnieniem,Gniew przywala brwi kamieniem,Ostre palce ryją ziemię,A ten: brzdąk!I tili-tąk!
Planko, kanko, pili-planko,Tiuli, tiuli-tali tan.W garściach noże kiełkiem wschodzą,Wargi psom się marszczą w trąbki.
A ten brzdąk! i tili-tąk!Złotą rybką w strunach pluska,Chłopy idą przez cmentarze,Pochodniami wloką dym.
Rosną ognie nad pałace,Magnat kopie się w pierzynach,Pierze leci z rżących okien.W wielki ogień mały śnieg.
Nic nie spadło prosto z nieba,Nic się z chmurki nie wykluło,Ziemia w kamień szczodrobliwa,Korzeń zębem się wyrywa.
Wiersz metafizyczny
Oto ostatni salut. Schodzi,W głąb morza głębokiego schodziTa trumna flagą okutanaJak zbir — okryty po sam nos.
Morze pochłonie ją i piasek —Ten nieodkryty nigdy piasek,Wełnisty może, może czarny,Może brzemienny w tuzin farb.
I tam dopiero — umarłego,Oczy zapadłe umarłegoUjrzą wspaniałość nowych światów:Roślin, planktonu, świateł, małż.
Och, jakże cudne, fosforyczne,Sfery świetliste, fosforyczne!Och, jakże piękne dżungle nocne,Och, jakże wielki cudny grób!
Płacze na mokrym oceanie,Żona na zimnym oceanie,Kapitan patrzy w sine niebo:Ciężko od czarnych ostrych chmur.
A dziecko? Dziecko śpi w kajucie —Szarej jak woda z górnej warstwy,Muchy wędrują mu po nosieI gryzie w oczy z działa dym.
Święty Szymon Słupnik
Powołał go PanNa słup.Na słupie miał domI grób.
A ludzie chłopaka na szafot przywiedli,Unieśli mu głowę w muskularnej pętli.Powołał go Pan na stryk.
Powołał go Pan,By trwał.By śpiewał mu pieśńI piał.
A ludzie dziewczynę wśród przekleństw gwałciliI włosy jej ścięli, i ręce spalili.Powołał ją PanNa gnój.
Powołał go PanNa słup.Na słupie miał domI grób.
A ludzie mych wierszy słuchając powstająI wilki wychodzą żerującą zgrają...Powołał mnie PanNa bunt.
Na zdobycie Mount EverestuZofii KrallSzli gwiżdżąc i nie doszli,Dochodząc, stąd odeszli —Śpiewajmy wciąż donośniejOdeszłe przeszłe pieśni.
A dziś przekłuty krzyżemTen szczyt się w chmury wgniata —Nie tutaj, ale wyżejNastąpił koniec świata.
Więc bierzmy się za szpadle —Niepokój nas ocali:Wzniesiemy prostopadleTę samą drogę dalej.
By znowu szli — i padli,Dochodząc — znów odeszli —Śpiewajmy wciąż zajadlejZwycięskie nasze pieśni.
Król zabity
W trawie wilgotnej leżał. W mokrej,W koszuli tylko z drobnym szlaczkiem.Lecz szyję nagą i okrągłąProstował ciągle, dźwigał. Zawisł.Wargi wypukłe, brwi napięte,Chrapy czerwone miał, nadęteJak trąby. Trąbił bez hałasuW zielone zwały rannych zórz.
Leżał tak, nogi krzywiąc chude,Obrosłe włoskiem cieniuteńkim,Palce skurczone i żałosne,A pięty białe i łagodne.Klon nad nimi w gong czerwony walił,Ostrą łodygą węszył mlecz.
A tam się puchar w bok odtoczył,A tam różaniec żmijką zastygł,A tam królestwo w gruzach padło,A tam zaskrzypiał złoty tron.
Lecz że zabity król, poznaliDworzanie po tym, że piwonię,
Którą mu wpięła w brodę córkaZ uciechy może, może w psocie —Porwał i uniósł chudy pies,I pod śmietnikiem w dół zakopał.
Wdowiec
Wziąłem twój ślubny welon,W pomiętą zwinąłem gazetę —I było to takie brutalneJak ból.
A potem pantofle najczulsze,Łódeczki najmilsze, najdroższe,I w puszce od maggi schowałem kolczyki,Dwie krople rosy.
Nocą podzwaniam tą puszką,Płaczę nad paczką z welonem,Kopię w rozpaczy w krzesłoPuste,Zimne,Niedobre.
Mam jeszcze mydło po tobie,Którym mydliłaś piersi —Włosy mydliłaś gorące,I nos mydliłaś — i nos.
Całuję ten śliski kamyczek,Pożeram ten śliski kamyczek —Na jutro mi już nie starczy,Mój Boże, i zacznie się głód.
Verlaine
Tiko-tako, tiko-tak,W dyliżansie przez MontmartreJedzie dama karo z kart,Na jej rączce siedzi ptak.
Puku-stuku, kili-klak,Kółka kręcą się na bruku,Ptaszek śpiewa: kuku-kuku,Dziobie damę w złoty kark.
Dama wiezie porcelanę,Porcelana cienko dzwoni,Świszczą loki w grzywach koni,A koniki całe szklane.
Tiko-tako, tiko-tak,Już i dyliżans wjeżdża w ganek,Dama rączką zza firanekDaje znak.
Verlaine chciałby do niej wybiec,Podać rękę jej pod stopę,Lecz spostrzega świecy kopećI rozbite pudło skrzypiec.
Szklankę z rysą, nad kieliszkiemSwej kochanki tłusty biust —A kochanka pcha do ustRozwaloną czarną kiszkę.
ChmuraStasiowi Chacińskiemu w dowód przyjaźniLeciała chmura przez zielone łąki,Puszysta chmura przez pagórki biegła,Wczujcie się w obraz — biel i zieleń łąki.Ogromna czystość porannego nieba.
Wiatrak ją w skrzydła pochwycił i chmuraNa czterech skrzydłach dała cztery kroki,Potem jak łabędź pośliniwszy pióraPłynęła stawem kolorowookim.
A pod kasztanem spał przeziębły Wilon,Czapka na oczach, butla z mętnym winem —Uchwycił chmurę, chmurą się owinął,Służyła chmura za ciepłą pierzynę.
Potem ją Wilon obwiązał sznurami,Na grzbiet zarzucił i niósł w dalszą drogę,Aż za lasami, siedmioma góramiPrzed swej kochanki zatrzymał się progiem.
I chmurę w kącie porzucił, do MiłejNajsłodsze słowa śpiewając jak anioł...Kwiaty w wazonach ze wstydu się kryły,Pies patrzył głucho spode łba na panią.
I odszedł Wilon, i zostawił chmurę.Noc nadciągnęła, mąż wrócił do domu —Milczały ciężko komody ponureW strasznym, mieszczańskim, niewesołym domu.
Więc chmura cicho podeszła do wierzej.Dziurką od klucza wydostać się chciała.I coraz dłużej, i bez przerwy szerzejNitka się snuła cieniutka i biała.
Ludzie krzyczeli, dzwony biły trwogę.Konie stawały rwąc postronki — dęba.A pod latarnią, ukryty za rogiem,Chichotał Wilon z nożem w białych zębach.
Tramwaj Wszystkich Świętych
Oto jest tramwaj Wszystkich ŚwiętychCiężki od plonu jak stodołaSunie żałobny i brzemiennyW ten złoty dzień dla Nieboszczyków
Wieńce szeleszczą pachną płaszczeWoń świec i duszny zapach kwiatówA płaszcze pachną naftalinąA kwiaty pachną katafalkiem
Dla Bródna świeczki dla PowązekWiezie poduszki z obrazkamiTwarze umarłych w porcelanieBardzo uprzejme i słoneczne
Oto dziewczynka w okularachOto chłopaczek krzywonosyOto kobieta z podbródkamiOto łagodny profil starca
Jadą tramwajem Wszystkich ŚwiętychZ trąbkami płaczu z ubogimiWstążkami czerni z tą taniochąŻywi umarłym w odwiedziny
Tramwajarz dzwoni ludzie płacząPięćdziesiąt groszy od osobyUmarli leżą sztywno w grobachZ drzwi od Niebiosów zdjęto łańcuch
Bo jedzie tramwaj Wszystkich Świętych
Płacz Żyda
Gwiazdo gwiazdo gwiazdo gwiazdoŻółta gwiazdo sześciokątnaDom zburzono nam do szczętuTrzy córeczki czarnowłose
Sypcie dołek niemaluśkiAch ułóżcie kostki w dołekW papier córki zawiniemyGeszeft z ziemią uczynimy
Ja się pytam czemu JahweRachel pyta się po czemuWpierw Judasza powiesiłeśCórki gwałcić psom oddałeś
A ta mniejsza MagdaleneA ta większa EgipcjankaA największa najroślejszaZąbek miała szczerozłoty
Gwiazdo gwiazdo serca raniszPójdę ślepy i o kijuI napotkam psa jakiegoTo ustąpię jemu drogi
Ludziom ręce będę lizałWszy otoczę służebnościąWszę głaskając patrzę gwiazdoKto cię głaszcze gwiazdo gwiazdo
Rozmowa o poezjiOd — do Lieberta...Dziewczyna:Czy pan ją widzi? Czy ona się śni?Czy też nadbiega — nagła jak z pagórka?
Poeta:Ona wynika z brodawek ogórka...
Dziewczyna:Pan kpi.Pan ją jedwabnie — pan ją jak motylaPo takich złotych i okrągłych lasach...To jest jak z Dafnis bardzo czuła chwila...
Poeta:Owszem. Jak ostroCałowany tasak.
Dziewczyna:Rozumiem pana. Z wierzchu ta ironia,A spodem czułość podpełza ku sercu...
Poeta:Dlaczego z pani jest taka piwonia,Co chce zawzięcie być butelką perfum?...
Płonąca żyrafa
TakTo jest cośBiedna konstrukcja człowieczego lękuŻyrafa kopcąca się tak pomaleńkuTakTo jest coś
Coś z tamtej ściany z aspiryny i potuTa mordka podobna do roztrzaskanego kulomiotuTakTo jest coś
Czemu próchniejecie od brody do skroniJaki wam ząbek w pustej czaszce dzwoniTakTo jest coś
Coś co nas czekaUżyteczne i groźneJak nogaJak serceJak brzuch i pogrzebaczCiemna mogiła człowieczego nieba
TakTo jest coś
O wiersz ja ten piszęSobie a osłomDwom zreumatyzowanymJednemu z bólem zębaOni go pojmąTakTo jest coś
Bo życieZnaczy:
Kupować mięso Ćwiartować mięsoZabijać mięso Uwielbiać mięsoZapładniać mięso Przeklinać mięsoNauczać mięso i grzebać mięso
I robić z mięsa I myśleć z mięsemI w imię mięsa Na przekór mięsuDla jutra mięsa Dla zguby mięsaSzczególnie szczególnie w obronie mięsa
A ONO SIĘ PALI
Nie trwaNie stygnieNie przetrwa i w soliOpada
I gnijeOdpadaI boli
TakTo jest coś
BurnsStefanowi CzarneckiemuIdzie gruby BurnsStuka koci brukLeci Muza w skokDźwiga z winem sak
Śpiewa gruby BurnsŚpiewa gruby BurnsŚpiewa gruby BurnsŚpiewa gruby tak:
»Każdy ma ten kątA w tym kącie piecKażdy pewien jestMiłości
Jestem gruby BurnsNie mam w życiu nicZa to pełen wórSwych kości
Pierwszą pożre piesDrugą pożre kotTrzecią weźmie czortDo kotła
Tak na świecie tymNawet biedna kośćNawet każda kośćSamotna”
Idzie gruby BurnsStuka koci brukLeci Muza w skosDźwiga z winem sak
Tańczy gruby BurnsPląsa gruby BurnsSkacze gruby BurnsJak pijany ptak
FryzjerLeszkowi TerleckiemuNa chmurze W potop W upałOn stoi pędzel gryzieOn stoi Brzytwę ostrzyZielony całkiem fryzjer
A kitel na nim brudnyA wszystko na nim zwisłeOn stoi Brzytwę ostrzyI to z potwornym świstem
Spadają włosy z chmuryKępkami deszczu graduZbielałe włosy zgrozyStruchlałe brody drabów
Klijentów w trumny kładąKlijenci bardzo grzeczniWymyci ogoleniI w ondulacji wiecznej
A mówią o nim BożeA on po prostu fryzjerNa chmurze gładzi ostrzeI krzywy pędzel gryzie
MenuetKrysi NepomuckiejPodaj mi rączkę, trumienko. KonikWędzidło gryzie, chrapami świszcze.Już stangret wciska czaszkę na piszczel,Dziurawą trąbkę bierze do dłoni.
A więc ruszymy na jednym kole,Pod poszarpanym w nic baldachimem,Ale wesoło! Mam mandolinę,Z której wygnamy oślepłe mole.
He, he, trumienko, gdzieś jest cmentarzyk,Gdzie przykucniemy z wielką ochotą,Żeby przykryci spierzchłą kapotąBardzo intymnie sobie pogwarzyć.
Mysz nas nawiedzi, przyfrunie sowa,Szakal przyczłapie z obwisłą szczęką,Kornik zacyka do drzwi tak cienko,Jakby żałował czegoś, trumienko,Jakby żałował...
Portretowanie umarłej
Ileż się pani musiała nacierpieć, żeMa pani taką białą twarz...Że kiedy pani leży, włosy jej są jak druty,A smutek wisi na uszach i brwiach.
Ileż się pani musiała nachodzić, żeMa pani taką białą twarz...Że kiedy pani tak leży z podeszwami na wprost,Sinieje gwasz.
A ja tu sterczę — kukła — a ja tu sterczę — kukła,I utrwalam to wszystko dla sławy.Och, jakże strasznie ta żyła jest wypukła,Ta gruba, gruba żyła nad skrzywionymi brwiami!
Ileż się pani musiała nakrzyczeć, żeUmarła pani tak cicho. Tak słabo jak kura,Że nie błysnął ani jeden — ani najdalszy — grzmot,I rozpłynęła się w kałużach chmura.
Pejzaż
Więc oto ziemia moja OjczyznaWszystko we mnie co wieczne — z tych oto ogórkówZ tych bladych kwiatów szarpanych żarłoczniePrzez chude jak szkielety wróble
Wszystko co we mnie otwiera ten pejzażKoniem sterczącym w niebo kopytamiRóżą znienacka ogromną jak krowaWiatrakiem zeschłym
I wreszcie człowiek — z flaszki pionowejOstatnią kroplę chciwie wypijaPłaczeMaryjaJezusMaryjaJezusMaryjaJezusMaryja
Rzeszowszczyzna
Tu z kiepskiej drogi, z lichej stronyChrystus zielony nagle skoczy,Spojrzy spode łba prosto w oczy,Nie ogolony.
To on pod daszkiem — zgięty, czujny,Z kolczykiem w uchu, lufą błyskaI strąca z konia prosto w pył,W dymiący popiół kartofliska.
A potem tylko szczątki rzuciNa krzak narosły szpikulcami.Ziemia się nadmie pagórkami,Nawet kartofel się zasmuci.
Z wierszy antyastronautycznych (II)Nie zabierzecie księżyca
Nad dymiącym krajobrazem — po ostrzach paprociOn kulą niepokojącą na blade niebo wschodzi.
Pełznie — i mówią, że trupek... że świecący nieboszczyk,A mówią i niedowidzą szumiących jego gąszczy.
A mówią i niedowidzą zielonych jezior gęstych,Ujętych w skalne paszczęki i mlaskające rzęsy.
I cóż że dotrą do skóry — że roztopią się w bladej,Że zostawią tam śmieszne mikroskopijne ślady.
Że będą dreptać gorliwie, przesypywać mu sole —On niewzruszony iść będzie po cichym niebokole.
I jak dawniej pod księżycem — tak teraz pod księżycemBędą łazić równinami męczące okolice.
Listopad
Czeluście tych nocy — podłużne jak wnętrza trąb —A tu się pali światełko,A tam się maże światełko,W czeluściach tych nocy głowa twoja blada jak lampionDo moich ciemnozłotych rąkKładzie sięMiałko.
I drżymy. Dygot —Wiatru łopot,Łoskot kanonad,Chlupot łopat —Wszystko w czeluściach tej ogromnej trąby,Którą rozdyma krzyczący listopad.
Więc tamci milczący, wiszący na moście,I ci, co roznoszą pociski tak płasko,I ci, zamknięci kluczami jak miasto,I tamci, rozwarci bagnetem na ościeżMają nas —W szczycie widowni
Dwie świece,Dwie kukły wbite na jeden patyk,Parę kochanków, co korzysta spiesznieZ przyćmionych świateł.
Franz Kafka
„Umarł ze strachu”Tak napisanoA wszędzie tylko blachy i mury —I sztywne dymy jak wzdęte fryzuryNad przerażeniem dachów.
Pisał o ludziach przemienionych w szczury,O krzywych chmurach jak cienie odwachu,Deklinował kaźnie,Koniugował tortury —Gramatyk strachu.
Gdzie się narodził?A narodził się czule —I jak innych — go smoczkiem wytrwale karmiono,Ale ujrzał nad globem czarownicę zielonąI jej piersi szczerbate półkule.
I szewiectwo, co wbija ćwieczki w środek mózgu,I mularstwo, co gipsuje usta i powieki —I nierzadko zachodził pod rzeźnickie ścieki,By długo słuchać plusku.
„Umarł ze strachu”Tak napisano —
Pisano gwizdem za węglami nocy...Miarą epoki są tacy prorocyNad przerażeniem dachów.
(Listopad)
Bajeczka
Kto idą tacy — jak my — krasnoludki?Ucieszne żarty rozbawionej wody,Ognia i wojny?My — komiczne cyfry,Niezbędne masło wszelkich filozofii?
A kto to idzie? — To my, krasnoludki,Tęczowa dziatwa wielu panówbogów,Na wszystko zgodne te osoby trzecie,Które się bardzo przyjemnie zabija.
To my idziemy — parami, ze śpiewem —Jedni z wycieczek niedzielnych lub z więzień,Inni ze stryczków, tamci od kochanek,A jeszcze owi z prześwietlenia zęba.
A dokąd idą — jak my — krasnoludki?Ucieszne żarty rozbawionej wody,Ognia i wojny?— Do słodko nieznanej.Do obiecanej krainy statystyk...
(Listopad)
Zabijanie ryby
O czym płacze ta stara — ta pogryziona przez sole,Ta biedna chorująca z petunią — w kapeluszu?I czemu tak się miota ta ryba na tym stole,Pośród łamliwych szminek, rozsypanego różu?
I czemu tak wpatrzona ta stara w ową rybę,Dlaczego tak pyszczkami chłeptają mdłe powietrze?Dlaczego stare szminki są zeschłe i łamliwe,A pudry coraz bledsze?
Czytelnicy
Niedojedzeni Niedośpieni NiedokochaniMają zazwyczaj czerwone nosy i dłonieI wpadają w stronice jak ćmyI wymachują wielkimi głowami
Zapadli w studnię czasu w korytarzeElsynoru Katakumb Pałacu hrabiego RogeraBłądzą i mówią do Hioba „ty”I jeżdżą samotrzeć na tłustych ogierach
Z Antygoną nad zwłokami Z Odysem na masztachZ Dawidem Copperfieldem nad nędzą i śledziemOooo umierają z Werterem i szaleją z VillonemNa przedzie
A życie im umyka ucieka z bibliotecznej ciszyI tylko wszechświat dymi molami molamiNiedojedzeni Niedośpiewani NiedokochaniJeźdźcy bez głowy w galopadzie myszy
Oda — plecy
Jedna miała głowę, zasługujące jajo,A druga była w dłoniach wyśpiewana do końca,Tamta niesie gorycz podzwrotnikowych krajów,I jest też taneczna, kosteczkami dzwoniąca;Ciebie piszę w zimie, w ogromniejącej świecyZa plecy
One są dwie — dwie krainy osobne,Zamknięte w horyzontach jak określone koła;Spływając w wąski trójkąt, w najbardziej czułą połać,Wznoszą się i opadają wyżynom dwom podobne.Lecz można także znaleźć w nich kształty płaskich mieczy:Wówczas to są twarde, niemiłosierne plecy.
A tu — pośrodku — kanał. Muzyczna złota rura,W niej przepływa słońce, gdy szczypiesz mnie wargami,Lecz tędy też przemyka złowrogość twa pochmurna,Gdy krzyczysz ponad nami.A kocham je w ciemności i wtedy ożywają:Jest rzek podskórnych szelest, jest lądów powstawanie —I wówczas następuje zbiegnięcie obu krainW nieboskłon wszystkich planet na oszronionej ścianie.Maleńki, ogłupiały — z ogarkiem drżącej świecyPrzekradam się przez plecy.
Uroda pokory
Tobie by kniaź wąsiasty — zakutany w lisy —Tobie by trójka z trąbką, strzelba — suto zając,Albo tobie by combry paluchami z misy,I wargi — złote wargi, co głośno mlaskają.
Tobie by to potrzeba zalotnych niedźwiedzi,Że z niedźwiedzich kożuchów wyjdziesz Venus z fluktów,A tu taki małżonek jak piątkowy śledzikObsypany liryką i popiołem smutku.
I przeto lampy gaszę, gdy w biel twoją wchodzę,I wielkie szczęście ściskam chciwymi łapkami,A potem — cicho, cicho — śpię przy twojej nodzeBardzo potulnymi cnotliwymi snami.
Całowanie
Ta czarna kobieta — wąska — na niebotycznych obcasach,Ta podnosząca ręce jak dwa srebrne narzędzia,To ta właśnie kobieta w zamierzchłych bardzo czasachKochała moją głowę — ostrożnie (!)... jak łabędzia.
O, była wtedy brudna... I mogła mówić: miłość,I nawet chodzić w deszczu też jej wypadało —A teraz ta kobieta to Jej kłopotliwość,Która nosi sobą eleganckie ciało.
I tylko, gdy śnieg spadnie — och, szczypiący śnieżek —I tylko kiedy deszcze, kiedy deszcze w krąg,Ta kobieta wraca do moich atramentowych rąkI wysuwa języka waniliowy brzeżek.
Do pani
Lubię z blachy twego kubkaPić herbatę gorzką, pani —Lubię głaskać twego szczura,Gdy się do mych nóg przyczołga —
Albo gadam z pogrzebaczem,Albo łajam karbidówkę:Ordynarna to jest dama,Nie zdobiąca twego dworu.
A wszak piękne masz niechlujstwoZ astronomią złych pająków,Z ciemną kaźnią twej piwnicy,Kędy boczki mrą na hakach.
O feudalna moja pani,Chwalę sobie twe domostwoWieczny lennik na twych włosach,Trwały wasal twego żebra...
Portret z mnichami
Piękno tej kobiety zupełne jak kulaKażda noga jej — skrzydłoKażda linia — noga
Piękno tej kobiety jest odbijaniem BogaW coraz dalszych więc mniejszych szczegółach
Gdy w ustach otwiera przepastne AfrykiUda jej błyszczą jak brzegi GrenlandiiJest życiem ujętym w obcęgi brwiKrwią spływającą po błękitnych sieciach
A przecież widziałem jak szła kiedyś przez strychLeżały tam maski żałoba i strachZa każdym jej włosem uczepiony mnichO napastliwie odsłoniętych kłach
Względność
Tak miękko — to śpiewa Eartha Kitt,To kot tak chodzi po elektrycznym drucie,To tak źrenicę rozkleja marcepanowy świt,To tak kropla spływa po owalnej półnucie —I tak ty mnie przewracasz galwaniczną ręką,Tak miękko...
Tak miękko — to chowano umarłych w czas dżumy,To kat tak kocha pojękliwy mieczyk,Dentysta tak rwie zęby, jakby były z gumy,Człowiek ze świata ludzi przechodzi do rzeczy —I tak ty mnie przewracasz galwaniczną ręką,Tak miękko...
Mikroliryka
Kochając drzewa, kocham je głównie w słojach,Kochając ptaki, kocham je ściśle w kostkach —Nie to,Co w kształcie,Lecz to,Co w szumiącej,W gęstej jak syrop mikroliryce materii.
Gdy o księżycu — to mówić łyżką od soli,Gdy o słowikach — to znać kaniony ich gardeł,Gdy o miłości — to kłaść w milczeniu na stolikWłosy twoje osobneI twarde.
AstrolabiumProf. LotzowiZ cynfoliowym szelestem spada niebokołoNa sen strapionych zwierzątw ZOO
Panny stają świetliste nad łbem antylopyRudogwiazda u przednichTa — u tylnych kopyt
Orion lwa pilnuje — ma go w całym blaskuBetelgeuzę zapalił tuż nad samą czaszką
A Plejady — jak staruszki — zwiedzają ptaszarnięSkacząc raz po pręcikach — to łyskając w ziarnie
I lubi Waga sowę — z twardą równowagąGdy sterczy na patyku ścisła jak Harpagon
A Wenus? Wenus niskaWaruje wciąż u pyskaPionowego z zachwytu błękitnego liska
Lew
Jest to jedyny król nagi, bez poniżenia.Owszem, nagość uwypukla gruzły jego mięsa —Otwartość piersi wiedzie szerokim traktem do głowy,Która ma czoło.
Jest to jedyny polityk z krwią. MożeKażdą przepaść pomazać jej barwą, na każdymNawet najostrzejszym zostawić kamieniuZąb wykruszony.
Owszem, gdy umrze — z kręgomostów żeberPrzyjdą żreć hieny, sępy i pospólstwo,Będą go kąsać i tarmosić po piaskach,Wszakże w głębokimŻałobnym milczeniu.
Majorka
Burza ziemista i wątrobianaPalmy obrzękłe od kurzuPiasek skwierczący w szprychach fortepianuŚmierć na podwórzu
Leżała samka zduszona od potuKlamka dzwoniła od grzmotu do grzmotuCiężko chodziły szprychy fortepianuW głośnym żelastwie tego kołowrotu
Jak nóżJak talerzJak praczka Jak ślusarzJak szkło Jak młotek Jak piła Jak kłódkaA tu miała powstać melodia malutkaPowietrza!I kroplaHydroskopijna nutka
Burza ziemista i wątrobianaI ciężkie czucie nosa warg i uchaWokoło nie ma żywego duchaWyjąwszy Pana
Dom Szaniawskiego
Tu wszystko funkcjonalne: drewno, mur i owoc,Tu drzwi są dla odwiedzin, pająki dla much —Tu gdy krowa przyczłapie, to po to, by z krowąTeż mógł sobie pogwarzyć Szaniawskiego duch.
Tu rzeka jest dla ptaków małego odbiciaI dla Panien odbicia bardziej wstydliwego —I jeśli tu jest niebo, to tylko dlatego,Że Szaniawski ma zwyczaj spoglądania w niebo.
A na górze, gdzie kotek pazury napina,Jest czarodziejski komin — muzyczny z natury:Ten komin wyśpiewuje poszczególne chmury...I tak znowu z komina niebo się zaczyna.
Madonna obrażona
Panna Łaskiś pełna i drewnaSzła Madonna z Krużlowej po kamyczkach
Co stąpiłaNóżkę zraniłaSarnim płaczem po lesie zapłakała
A oni że hejGnali Ją Tatarzy po górachW morze po pas Ją pędziliTłukli główką o chmury
Panna Owoc żywota TwojegoDługo marzła w syberyjskim śnieguDługo schnęła w tropikalnej dżungliHotentoci Ją po główce tłukli
Widzisz MatuśNie odchodź od swoichNie tak karaj ich pokątne grzechy
Panna i w godzinę śmierci naszejZbójca nosek Ci promienny zgniecieKiedy chodzić będziesz tak po świecieLew śmiertelnie Cię wystraszy
Tęsknota za świeżością
I bywa taka także — taka także historia:Ona w chwilach zwątpienia,W porę grzmotu wyobraźni...
Ja sam,Sam w tej norze, gdzie wszystko przepoczwarzone:Serca w małe motocykle,Uszy w małe aerodromy,Domy w maszyny pełne śpiewającego mięsa.
I wówczas ta tęsknota —Ta złota trąbka serca:
Żeby ktoś wszedł, kwiaty rzucił,Żeby ktoś wpadł, wodę podał,Żeby ktoś wniósł pachnące potem ciałoZ małym deszczem na włoskach pod pachami.
Żeby ktoś tak suknią mocno zawiałNa udręczony poezjąAksamitny pysk.
Midas
Jestem król Midas przeklęty przez bogówCo wezmę w palce obraca się w złotoŻarłoczność piękna tak dla mnie bezwzględnaTrawi mą duszę w rozsypliwy popiół
Nie znam minuty wolnej od uwagiChwili od lęku godziny od truduAlarmowania mej bolesnej głowyKtóra jest wielką rozgrzebaną raną
I zaraz ujrzę czarną córkę mojąO kwaśnych oczach i brwiach takich grubychSmagłe policzki jej ciepłych majteczekKrew spadająca z rozbitego łokcia
I jak pies będę marszczył suche wargiWpatrzony w kroplę na złotej posadzceI będę tańczyć śpiewać i rozpaczaćKażdym piszczelem głęboko ukrytym
Introdukcja
Nie cały minę Choć zostanie owoKochanie ziemi w bajorku i w ościeI przeświadczenie że śledź bywa w pościeZarówno piękny jak pod jesień owoc
Bo kochać umiem kobietę i z ranaGdy leży cicha z odklejoną rzęsąA jak jest moja to jest całowanaW puder i w słońce W zachwyt i w mięso
Tak mnie ugadzam bo nie tylko z niebemAle z odbiciem nieba w całej nafcieA teraz weźcie teraz wy potrafcieTyle zachwytu połączyć z pogrzebem
Słabi powiedzą tyle że to smutnoMężni że słabych zatrzymuję w drodzeA ja zbierałem tylko te owoceCo — że są krwawe — zbiera się przez płótno
Rozbieranie do snuSwenowi CzachorowskiemuChodzimy razemPo tym wielkim wnętrzuOna w smołowejJa w błękitnej sukniOna z zaledwieZieloną łysiną
I tuPowiadaBędzie gwóźdź najpierwszyTutaj powiesiszCytrę obu rąk
A czy ten szczygiełMoże w nich?Ja pytam
Ona jest głucha w obu czarnych gwiazdach
I tuPowiadaBędzie gwóźdź następnyTutaj powiesiszSrebrny woal płuc
A czy ta różaMoże w nich?Ja pytam
Ona jest ślepa w obu ostrych uszach
I tuPowiadaBędzie gwóźdź na głowęWieszaj ją lekkoDziobem w strop podłogi
A jaNie pytamJa stoję tak białyZ kręgiem jak ChrzcicielNad drucianą szyją
Rozstanie
Jest gdzieś północ której nie zobaczęPółnoc świataI północ dobyCzas i przestrzeń spięte jedną gwiazdąPod którą tylkoŚmierć się urodziła
Zapach północy leży w uszach zmarłychW nozdrzach psów pokostniałychNa bezkresnym śnieguW porcelanowych medalionach dzieciCo wreszcie są cicho
A smak północyBył na tamtej ręceKtórej dotknąłem jak żelaza w mrózOdtąd unosząc tylko pół językaBełkocząc odtąd
Męstwo
I znowu list ci piszę poważnyO męstwie
A jest to wiedza goła jak jeleńCo krwawi — burak — na przeczystym śniegu
A jest to mądrość smutna jak chłopMyjący nogi przed wędrówką w szpital
A jest to tylko spora butla śmiechuCo skacząc — chlusta w kurze karawanu
A przecież głowaTen włochaty garbMa swoją dumęKolosalnej kuli
Można ją jeszcze — gdy zagłada — wtulićW ciepłą piwniczkę zapłakanych warg
Centaur
Mieć taki zad jak wypolerowana kulaNogi co rzadkoOminie je rzeźnikCiężar kanapy o stu poduchachI duszę
Kochać tak żarcie że trzeba trzech miednicChucią ogarniać nawet w dębach dziupleJak skoczyć to skoczyć z hukiem tarabanuI marzyć
Nad kwiatkiem śpiewaćMetafizykowaćMówić o PlaucieRozmyślać co wstyd
Ludzkość stworzyła ideę CentauraW dziwnie wnikliwej o sobie zadumie
Czyści
Wolę brzydotęJest bliżej krwiobieguSłów gdy prześwietlaćJe i udręczać
Ona ukleja najbogatsze formyRatuje kopciemŚciany kostnicoweW zziębłość posągówWkłada zapach mysi
Są bo na świecie ludzie tak wymyciŻe gdy przechodząNawet pies nie warknieChoć ani święciAni są też cisi
Piersi królowejutoczone z drewna
Ręce królowej posmarowane smalcemUszy królowej pozatykane watąW ustach królowej sztuczna szczęka z gipsuPiersi królowej utoczone z drewna
A ja tu przyniosłem język ciepły winemW ustach szumiącą musującą ślinęPiersi królowej utoczone z drewna
W domu królowej więdnie żółta świecaW łożu królowej termofor ziębniejeLustra królowej zakryte brezentemW szklance królowej rdzewieje strzykawka
A ja tu przyniosłem młody brzuch napiętyZęby napięte niby instrumentyPiersi królowej utoczone z drewna
Z włosów królowej opadają liścieZ oczu królowej spada pajęczynaSerce królowej pęka z cichym sykiemOddech królowej żółknieje na szybie
A ja tu przyniosłem gołębia w koszykuCałą wiązankę złotych balonikówZ włosów królowej opadają liście
OgródJackowi ŁukasiewiczowiJest w naszym ogrodzie pewna suchość form To możeDlatego drapak zamiast róży AlboW miejscach hortensji widelce i nożeKtóre się wkłada — by zaschnęły — w album
To jest w ogrodzie zamiast fontann — kurekRozkwitły w siedem jęzorów żelastwaLeżak zwalony jak Don Kichot z siodłaPiłka wypchana skamieniałym wapnem
Więc może to głębokie — chyba dociekliweOgrodnik tu różowy — przejrzysty jak pęcherzI widać jak przez krwiobiegWidno mu przepływaNależny tylko niebuSprężony gazPowietrze
Widownia
Jakże wysoko smutneW tej czerwonej daliZadumane okręty — dwugarbne wielbłądyJak w grzywach się pokryłyZwycięskie lwyZ gardzielami okutymi płaczem
MyszNawet najcichszaW tej cichości nie skrobieŚwiadoma wagi chwiliJak przestraszone dzieckoLisy patrzą głęboko w swe wielkie niebieskie oczyW swe jaśniejące oczyRudych dziewcząt
I stoi krowa potężna o posturze przekwitłej już wdowyZ tą samą obwisłością warg
Surowość fauny lamentującejPrzerasta majestatySądu EklezjastówCyklopówI trąb
I długaNieludzko żółtaW swym śmiertelnym smutkuStoi ta krowio-wielorybia widowniaWobec nasUbranych w nożeŻelazaI histeryczne werble
Gdy w przepaśćPodążamyNa rozkraczonych nogach
Hamlet
W tamtym świecie gdzie króleTruli się towarzyskoTrup to byłaOsobnośćNadzwyczaj tronująca
Ducha zasię zobaczyćStanowiło dostojnośćZnamienitość jak w cyrkuGadająca foka
Nie dziwcie się przeto wędrówce HamletaPo trochę bardziej dudniących — niż skarpety — krokach
MyToProszęW duchach jak w jesionkach luboInni z nich mają abażury nocneW cieniu tych lampekLektura HamletaStanowi pewnąPoczciwą rozrywkę
Grzech
On:W jakim ty mnie stawiasz świetle MnieSmutnego mieszczucha o dewizce na brzuchuI metalowej czaszce w cichym schowku kamizelkiMam czaszkę czasuCo gada godziny —Metafizykę sjestyI choreografię sprawW jakim ty mnie stawiasz świetle MnieBladego po rozebraniu jak oskrobany grzyb
Więc w jakim ty mnie stawiasz świetle TyCzupurna jak napięta bokserska rękawicaKtórą widziałem raz — i w osłupieniuMasz smaczek soliPokuśliwość octuJest w tobie morzeNiedietetycznościW jakim ty mnie stawiasz świetle TyWygięta w swej nagości jak we fryzjerni pas
Ona:Stawiam cię —W świetle gwiazd
Kuchnia
Jesienią ostry wyostrzają profilAle kobietki robią się grubeCo prawda w chmurach jest skostniała rtęćAle w poduszkach pulsują serduszka
Jesienią mądrość to dosadne łożeAle podnieta to łażenie w ziąbAle w kościołach marznie nawet smarkChociaż w plebanii z kapustą brytfanna
Więc wciąga pani potrójną bieliznęPrzy samowarze mnie kusząc wyłącznieŻe jestem po to by wspiąć się na palceCałować w uchu zaciśnięty kolczyk
Więc stroi paniPierzynę łagodnąI watolinąUszczelnia swe oknoI w takiej kuchni że aż się obliznęŚciągaPotrójnąWełnianąBieliznę
★ ★ ★
Na nutach położona lżej niżby na sianieNiebieskawa w nagości Pozbawiona twarzyMarzy mi się kobieta w czerwonych pończochachI rękawiczkach biało umieszczonych w planie
Grałbym ją delikatnie od dołu do góryKażdym opuszkiem palca nabierając czasuAż w głębi srebrnego sopranów jej lasuNagie bym drzewo odkrył zamiast klawiatury
Tak właśnie gram Ravela wysokie struktury— — — — — — — — — — — —
★ ★ ★
Delikatność miłościKtórą mi dała —Cytryny plasterekNabrzmiały po brzeg
To tak jakbym po ostrzach złotych brzytew szedłTak mnie przywabiał cienki głos jej ciała
Lecz nagle głowąZ wysokości spadłaW czerwony otwórMoich chłonnych ust
To tak jakbym z nagła wbił brutalny gwóźdźW środek na balu białego zwierciadła
Requiem
Że nie ma miłości odczuwa się gorzkoNie krzycząc (proszę)Ale (proszę) zwykleZwykle w kolanach zanurzony szczękąZ ostatnim włosem na krzywej łysinie
Wstaje się StoiChcąc tym znaczyć dumęLecz godność świecy bywa chwalebniejszaDusza jest wówczas tak bardzo skostniałaŻe marzną stopy
By w duży obrazOblec rzecz pomnijmyNa gęstą śniegiem a płonącą MoskwęW środku pożaruMały NapoleonW pyszczku ogrzewał zsiniałe paznokcie
Śledź
Postawiłem wazon róż — i od razu się zakołowałoWolter w błękitnym fraku Marysieńka w nagościachRóżowego powietrza było wokół tyleŻe co tchnąłem swobodniejSfruwały motyle
A cirusy jak mlecze konkretne choć lekkieA topole jak świece po cztery w lichtarzachA Bóg ponad nimi jak Monarcha PikMiał brodę sędziwą w skupionym przygarstku
Postawiłem wazon róż — przy wezgłowiu chorejChorowała od zimy Kaszel i powiekiPodsinione śmiercią co czyhała w drzwiachZe śledziem ogromnym na srebrzonej tacy
Gdy już nic nie zostanie
Kiedyś usadzę cię nagą wśród przepychuBędą tam suknie ciężkie jak wodaBędą pończochy o zapachu jabłekBędą na głowę nakrycia szerokieI będzie metal
Chcę cię mieć nagą w krajobrazie ciemnymGęstym od brązów świeczników wazZ których niech dymi waniliowy ponczW rozdęte chrapy nieruchomych dogów
Czuł tę potrzebę Rembrandt kiedy SaskięMalował coraz w śmierć swą odchodzącąJakby chciał wstrzymać ją wagą winogronPrzygnieść świeczników drogocennych światłem
★ ★ ★
Taka mi teraz jesteś coraz gorzka krzepkaJakbym szukał u ciebie pod głowę pagórkaNie jesteś mi już trznadel że dmuchnąć ci w piórkaA ty mi się ostaniesz złotą garstką ciepła
Taka mi teraz jesteś jakbym znalazł drzewoNa które wchodzę piersią przed ostatnią metąI na próżno się bronisz płochliwa kobietoTaka mi teraz jesteś wśród wieku męskiego
Róża
Jak bladzi ci ludzie z pierwszych płócien PicassaDelikatność różowa kurzego żołądkaJest to kwiat odwiecznie ponętny i twardyRóża
Różo Odnawiam cię różoCzymże byłaby poezja jeżeli nie wstydemGdyby szwadron tumanówPołknął cię na zawszeKrowom widelcom i ludziom
Krowa bez ciebie jest tylko górą czworonożnąZ tobą — maleństwem
Widelec bez ciebie to brzydki wybryk metaluZderzony z tobą — nawet kokietuje
A człowiek z różą obleka się w włosySplecione w długie napięte warkoczeKtórym wystarczy całować wierzchołkiBy prąd bił do nozdrzy
Stygmat
Widzę szyję twą napiętąPod toporemKolię czarną ci kupujęZ gorzkich pestek
Widzę rękę twą woskowąZ rudym majchremBiałą kózkę ci przywodzęWprost na pniaczek
Są pustynie takie żółteJak wątrobaWypalała w nich różańceTwoja stopa
Jedzenie lodów
Najpiękniej jesz białe czerwonym językiemTy lekko niebieskaZ piwnicznego chłodu —Kleksy zaś kleksomNierówneTworząMałe lodowceW kawiarnianym szkle
Czerwone jesz czujnieBrunatne z powagąI tylko dla czarnych nie zgadłaś sposobu
Przynosi je długaKelnerka zielonaO niebezpiecznie zjeżonych wąsikach
MalarstwoJurkowi Stajudzie —znad jego obrazówJest teraz moda w malarstwie mówićZrobiłem obrazTo jest ładny kawałŚciany lub muru albo rzecz wyciętaZ jakichś zbytecznych zielonych parkanów
I ja się godzęTo są tylko płatyŚcian połamanychPurpurową trąbą
I ja się godzęTo sztachety płotówDeseczki trumienGrobowców tapety
W ścianach z purpuryMieszkał przecież starzecO spuchniętej nodze
W ścianach z żółcieniaMiotała się złośćNierozprawiczonej do śmierci brunetki
W ścianach szpitalnych białych do zachwytuStał człowiek nagi ze strachu przed bombą
Malarstwo waszePozornie nieczułeKtórym lubicie śmiać się z wielkich słówZostanie w czasieOgromną pompejąGdzie ludzie milcząJak w popiele dzwony
Utrillo,czyli powstanie koloru
Utrillo pijak Zresztą trup już BrzydalW którego głowie podłużnej jak ogórFermentowały tylko związki ugruWięc skąd te biele
W sinych ulicach białe domy — ostreJakby uderzyć okiem prosto w kantBiel tak świecąca jak niekiedy śniegPod suchym wiatrem
Bowiem Utrillo miał czerwony szalikZnacie tę grubą wełnianą robótkęW którą czasami ubodzy pijacyZwykli wycierać załzawione ślepka
Wiosna
Wiosna to jest akwariumW którym w wodzie chemicznejGłowa różyOtwieraOsobne okolice
Okolice ptakaPatrzącego kółkiemObrączką panieńskąOkoloną w oko
I najprzód strażacy niosą złote trąbyJakby nieśli dzieci obrócone w złotoBęben idzie trzy po trzy w ołowianych butachTuSalutująNawet aptekarze
W aptekach wiosnaLeży kępką graduBiałego bzu gałązkąNa kassowej maszynie
PobokPo kuchniPodskakuje pannaI smyczkiem podrzynaGardziel indykowi
Nokturn
Myślicie:Kaktusy nie tańczą— Tańczą
Na oknach waszychW noc —Cicho podnoszą aksamitne łapy
Stukot ich podeszw jest cichszy od nutZeżartych w śpiewnikach przez wszawe pajączkiSenność ich ruchów jest gęstsza niż klejKapiący w ciemność z dyndających lepów
Gra im w korowódGra im tęgim basemChrapanie tłustychMałżonków i niewiast
Głowy ich zbędnePrzez szmat sinej łąkiOdtoczą w malignęDwa krępe pająki
Zmęczenie
Nie męczyć tej wyschniętej na sieczkę wyobraźniTej ulepionej w żółtą kulę aparatury myśleniaDać wypoczynek starej lokomobiliW której aż dudni
Idzie zielony ulicą jak selerWpada w pokój kochanki jak zapach dorsza z dołuMówi w przywiędłe od wstrętu popiersieJestem skończony
A Muza ponoć idylliczny dzieciakNa białym osiołku w obarzankach kwiecia
Zwątpienie
Papier zepsuty smutną chorobąNiedocieczenia własnego bóluW inkauście woda przeważa nad czerniąŻe przyjdą pić z niejPająki i muchy
Jesteś ZbielałySiedzisz WyschniętyMózg ci malejeChudną ci pięty
Papier zepsuty smutną chorobąNiedocieczenia własnej radościW inkauaście woda rozcieka koloryJest zapach octuI chloroformu
Jesteś ZdrętwiałySiedzisz TrzewiowyZanik fosforuZwiędłość wątroby
Papier zostanie jak liść w rulonikPrzyjdą mu macać żeberka i nerwyNie pozostawią ani wątłej tkanki
Bez bicia w kotłyNadymania trąb
Pójdziesz PleśniowyLegniesz CiekliwyNakarmisz ostyNajesz pokrzywy
AgrestyMarii DąbrowskiejWśród czarnych krzewówBlaszanych i z drutu,Co mają nazwę chrzęstką: agresty —Światło księżyca jest tą wodą zimną, aż zęby cierpną, a mózg jest kulisty.
Pośród agrestów,Drucianych i śliskich,Co biorą księżyc w drobne siatki kłucia,Męskość poety dojrzewa tak biało, jakby gruźlica zwapniała mu nerwy.
A więc poszedłem.Odrzuciłem ciałaKrzyczące miłość, a wtulone w słabość —Ostatnie bunty pozostały w szafach, w piecu skomlenia, nadzieje w pościeli.
Zimne agresty,Krzaki całowania,Ostrożnych pieszczot grudniowe rośliny.Światło księżyca niech ogrzewa mądrość, skoro ta świeca na słońcu topnieje.
Zimne agresty,Cienkie rzeźby zgody,Pułapki wieczne, bo gęste w uporze,Trwać niech oznacza: wyplątywać palce — długie i liczne jak metresy włosy.
IkarJulianowi PrzybosiowiI pomyśleć:Ilu tu słów by znowu trzeba,By zapach szumiał w porcelanowych nozdrzach,By język — niegdyś wilgotny — przestał być rzeźbą w soli,Oczy — dwojgiem różowych świateł,Co zdobią,Nie — widzą!
Co nas bowiem przeklina? (Przeklina znaczy: oddala,Bezradnych jak na lodowisku tańczące koszule...)Ta prawda, co jest ciemna, lecz ziarnista jak stal,Czy skrzydłaZ ptasich pęcherzy, rozpiętych na promykach?
Oto Ikar wzlatuje. Kobieta nad balią zanurza ręce.Oto Ikar upada. Kobieta nad balią napręża kark.Oto Ikar wzlatuje. Kobieta czuje kręgosłup jak łunę.Oto Ikar upada. W kobiecie jest ból i spoczynek.
Jej śpiew jest ochrypły, twarz kobiety jak poleUsiane chrustem gonitwy, ptasich tropów — zakosów,Tu zbliż się z pędzelkiem do jaskółczenia brwi,Tu — proszę, spróbuj — ptaszka uwieść na promieniu...
Piękno? Podobno w napowietrznych pokojach,Ależ jaka chmura udźwignie nam balię,Ależ — w imię piękna — wykląć rzeczy ciężkie,Stół do odpoczynku łokci — krzesło do straży przy chorym!
Brueghel malował wołu — ten był w pierwszym planie,Wykląć Brueghla, bo w drugim dopiero Ikar jak muchaWzbijał się?Spadał?Omiatał nieboskłonCukrzaną chmurką na lepkim patyku!
★ ★ ★
Coś jak Bairda muzyka do wierszy SzekspiraTo coś pozłocistego co w dzbanach jest — w dzwonachLśniący namiot na skrzydłach mulatek Na ciałachCiem
Kat pantofle zezuwa tak wzdycha PomonaUwięziona w zatęchłej szafie malowidłaTak śpiewać tylko może siekiera lub liraWiem
Jeszcze wdowy to w biustach noszą jako wzgardęJeszcze mnisi hołdują złociste podgardleJeszcze welon weselny kładzie się do pudłaMiędzy maskiOgarkiLamp wystygłych źródła
Dym
Gdzie pójdę? W ścianę...? Ten ślad, co zostawię,Będzie jak sucha naleciałość dymu...Już dziś malujcie: dym w złoconej ramie,Rama brzemienna w wymiona winogron...
Lecz poza śladem? Mam tę wiedzę dobrą,Sczytaną z książek zwierząt i olbrzymów,Gdzie kto co powie, ten usuwa ramię,Kto się usuwa — też nie naszedł rady...
Niebo jest ścianą, ściana — to są ślady,Głowa centaura. Cień kota. OdciskiPaluszków dziecka. Potem ślina starca.Rysa od trumny. Dziura od kołyski.
Więc znajdę ścianę taką, że wystarczaTylko na usta, na dym po oddechu,Co trwa na zawsze — choć zawsze w pośpiechu.
Banko
Tak. Koń mój usnął. Po raz pierwszy widzę,Że koń uśpiony ma groźniejszą postać.Tak. Miecz mój zaschnął. I temu mam sprostać,Że teraz giętszy niźli jęzor lwicy.
Zamek mój pusty — ale wejdź tam, spróbuj,Po pustych sieniach jakbyś szedł w gardzieli.Gdy świecę najdziesz,Nie zatleje knot —Owo odkrycie rozbieli ci wargi.
Me biedne łoże. Przeżarła je wilgoć,Już żadna róża nie spadnie w mą pościel.Ale czyś widział taki głaz miłościJak w tym wezgłowiu, martwym niby pagór?
I sam się boję. Nieistnienie nawetNie istniejących obezwładnia w lęku,Ktoś nieopatrznie dotknął pustki po mnieI zastygł w rzeźbę z rozpostartą ręką.
Z Oskara Miłosza
Kiedy król Luis zapragnął zobaczyćSłoneczne zamki dzieciństwa —
Płaszcz wdział żałobnyKoń niósł go czarny
Nad wszystkim dzwon się kołysał
Wiatr tak nie śpiewa w bezludnym domuGdzie o zegary troszczą się zmarli
Koń niósł go czarnyPłaszcz wdział żałobnyJak skrzydła dźwigał głos dzwonu
„Skąd znam ten chlupot Z dna jakiej rzekiTo miękkie echo wypływa?Jakby mi czaszkę ołowiem powlekliPalce odlali z betonu”
Jeszcze usłyszy szum krwi I usłyszyW pleśń obrastanie sędziwej tej ciszy
Nad czarnym koniemGłos dzwonu
Po ciemku
— Opowiedz ptaka...— Dobrze. Opowiadam:Ta strzała była na końcu złocona,Złotnik ją strugał do perfidnych zadań...Niosąc ją z nieba, cieniutko się kona.
— Opowiedz rybę...— Dobrze. Opowiadam:Ten młotek czuły, a jakże treściwy,Ktoś piękny może do twarzy przykładał,Bo twarz ma gładkość podobną do ryby...
— Opowiedz konia...— Dobrze. Opowiadam:Najczulej pętać jedwabiem. A potemPieszczota noża na błyszczących zadach...Koń nawet martwy odwdzięczy pieszczotę.
— Opowiedz rzeźnię...— Dobrze. Opowiadam:Są jednorożce o ciężkich powiekach,Wędrują białe po wiśniowych sadach,Ich grzywy płaczą na leniwych rzekach...
Epigramat
— Cicho!Minęło —Przewiało przez twarzPrzelotem śniegu? Skrzydłem ptaka? Ręką —Tak pięciopalcą, tak cienką, że ażJak śnieg — jak skrzydło — jak przelotność cienką?
— Cicho!Upadło —Nie tu. Może tam?Pod drzewem w lesie? Na łysym pagórze?W oku pejzażu, który tyle znam,Ile go słowem „złoty klon” wywtórzę”?wywtórzę?
— Cicho!Wróciło —Smagnęło przez grzbiet.Podcięło nogi, owinęło szyję...Gdzie się nie zwrócę, ja będę w to szedł,Ja to przeżyłem — i to mnie przeżyje.
★ ★ ★
Dla zakochanych to samo staranie — co dla umarłych,Desek potrzeba zaledwie też sześć,Ta sama ilość przyćmionego światła.
Dla zakochanych te same zasługi — co dla umarłych,Pokój z miłością otoczcie bojaźnią,Dzieciom zabrońcie przystępu.
Dla zakochanych — posępnych w radości — te same suknie,Nim drzwi zatrzasną,Nim zasypią ziemię,Najcięższy brokat odpadnie z ich ciał.
Posłańcy
Gdzie są posłańcy moi promieniściTen lewy — z bielmemTamten prawy — z lampąCiężką od brązu?
Przez jakie ogrodyBiegną —Języki wywiesiwszy złote?
WołamSkurczonyCzoło toczę w palcachZrywam sięKrążęOd piwnic po dach
Gdzie są posłańcy moi promieniściPo jakich falachIdąStopąSuchą?
Lewy prawuje się z białym bawołemPrawy trzepoce w jedwabistych sidłachLewy pośpiesza uczepiony orła
PrawyPrzebiegaPodziemnePokoje
Ach ich podeszwyStopy elastyczneCałują ziemię brodzą w soku malinNagle wzlatują na chmuryJest dźwiękSzklanych posadzek Rozsuwanych kotar
TuNagłe światło rozżarzonej kuźniTamFiolet cieniaWiatr piwniczny w nozdrzaTuKrajobrazy jak rzeźby na bramachTamTargowiska z ćwiartowaniem wołu
Do kogo biegną posłańcy półnadzyW jakich klimatach ich języki schnąJacy siepacze ostrzą na nich mieczeKrólJakiKonaZ nadzieiZ lęku?
DoszliJuż idąWstępująZawiśliNa moment stygną wpatrzeni w Jej twarzTen prawy lampą omiata Jej łożeTen lewy wolno wyłuskuje nóż
Ten prawy w popiółRozpada sięW rdzawośćTen lewy w ścianęRozcieka sięW grzybOna zostałaBez włosówBez bóluZ raną na ustachNaciętą na krzyż
Gdzie są posłańcy moi nieudolni?
Sen
Cmentarz płonął powoli Od gniazd swoich— spękańOd korzeni swych płonąłA choć świt nie nadszedłWidziałem to dokładnieWięcUcieczkę żukówNa grzbietach połyskliwych W łapek wirowaniu
Najpierw wieńce blaszane nabierały żaruJak świecące koronyPostrącane z główPotem farba posągów odpadała z trzaskiem —A na koniecUmarłychSennePoruszenie
O bez żadnych zmartwychwstań —W ogromnym spokojuKtoś prostował kolano —Najpiękniejsza zmarłaJakby grzebień uniosła Ledwo tknęła włosów
Płomień kocha umarłychCmentarz szumi cichoKrzątaniną Książąt Królów i CesarzyAugust Mocny jak róża śpi wśród fraucymeru
NicNie miałem przez chwilęOdczucia gorącaRaczej światłoNadziemneBijące ze szczelin(jakby rzeka ze źródeł)
NieNie było siarkiBył zapach ogrodówPokochanych rano
ISZŁAŚJedyna żywaWeselnaW welonieW tym białym welonie i w zawiei iskierZ odblaskiem tych iskier na wzruszonej twarzyZ palcem lekko podanymNa uścisk obrączki
Z pamiętnika
I
Niedopieszczona chodzi jak kot.Szyję ociera o wszystkie framugi.Psa całowała dzisiaj tak pokątnie,Że gdy wróciła, miała w oczach wierność.
Potrafi ręce oglądać pod światło,Stąpa, jak gdybyŁasiła się ziemi,Jest w jej robocie na drutach — ból,A w obłuskaniu zająca — nienawiść.
Potem na chwilę idzie w pokój ciemny,Zrzuca pończochy i ramiączko nawet,Stoi otulona samotnością swoją,Kolana bada.
Wołają za nią, to tuli ramiona,A żebrzą u niej, to zasłania twarz,Topią się dla niej, to poprawia wodęSzybkoJak rąbekZadartej spódnicy.
II
Nieraz — mówiono o niej — o świcieLęka się biedna przybliżyć do lustra,Tafla się kłębi,Wzbiera jak przed burzą(Łagodne pazury wędrują w jej głębi).
Ona jest nagaI czuje swe plecy —Dziurka od klucza nadpływa posępnie,Ma usta miękkie,Przywiera jak starzec.
Nieraz — mówiono o niej — o świcieKocha się z szarym sztywnym prześcieradłem;Ono wzlatuje,Zawisa wypukłoNa dwóch ciemnych skrzydłachJak zwierzę lub rzeźba.
III
Pokochana znienacka,Nieomal przekłutaStrzałą ze złota ciężkiego struganą,Rozchyla usta,Zbłękitniały jej białka,Włosy jej krążą jak uśpione węże.
Ach, nie tyle klasyczna —Raczej już umarła,Tylko w wargach wilgotnych trochę ciepła trzyma,Powiew smaku pokrzywy,Krople śliny zgorzkniałejOd blasku i dymu.
Ach, nie tyle piekielna —Wchodzi w wielki spokój,Gdzie już nie ma radości, nadziei lub smutku —Tylko krowia KariatidWypłakuje oczy.
IV
Mężczyznę zbudzisz, gdy go dotkniesz, aleKobietę zbudzisz, gdyś dotykać przestał,Wstaje zdziwiona w swej podłużnej sukni,Patrzy na sprzęty z tępym przerażeniem.
Ani na chwilę niepewna jest siebie,Wchodzi w powietrze bosymi stopami,Jeśli nie krzykniesz, ujdzie bladym oknem,Jakbyś otrzepał coś białego z dłoni.
O, Pawle, wiele wędrujących kobietZostanie po mnie nad dachami sadyb,Patrząc za nimi, rozkładałem ręce,Jak ptasznik w smutku bardzo dobrotliwy.
V(Izolda)
Kiedy wołano jąTo na białym śnieguRano znaleźli ledwo sukni podmuch —Być może łapkęOdciętąZajęczą
Kiedy ścigano jąW stado psów zażartych —Chrapy gorące czarne podniebienia —Skowyt zajadłyAż lasemKotłował
Gdy osaczono jąTo w kościoły sieci —Były plecione z włosów zmarłych dziewczątZ grzyw śniętych karpiZ pajęczynNamokłych
Kiedy złapano jąTo wiedli staruszkę —Na łysej główce listek przyklejonyA z kręgosłupaDla królaRóżaniec
Herodiada
Ważę mój talerz ołowiany LutyOdlany w plaster Nasycony sobąMój talerz suto ozdobiony głowąO nozdrzach ciężkichZamszowych i smutnych
Jest w głowie Jana szczęka mosiądzowaNos jak kilogram ciepłej stearynyI ja ją dźwigam palcami drobnymiKokieteryjnaWątłaBiałogłowa
Lubicie mordu comber albo udziecLubicie obok cycuś aksamitnyLubicie także wprost z odoru bitwyMiędzy me uda lodowate uciec
Więc niosę głowę Wam się wargi pyszniąWięc wznoszę talerz Odsłaniacie zębyZbędną już głowę łapie pies przybłędnyI grzebie w ciszy pod kwitnącą wiśnią
Fuga
Na fujarce z ołowiu — Dante,A oni nadzy, lekko siwi — śpiewem.Kobiety na brzuchach nagich — bębny niosąc — w sopran,W bas weszli starcyBiali jak brzuch ryby.
I korowód dziewczynek, obarczonych w kolana —I trzy chóry młodzieńców, ozdobionych w liszaje —I korowód dziewczynek w spódniczkach z gazety,I trzy chóry młodzieńców ze skrzydłami z gipsu.
Płomień szumiał łagodnieJak blask filmu na ścianie,Wstępowali bez gniewu,Wygaszając głosy.
Na fujarce z ołowiu — Dante,Na fujarce z ołowiu — Dante,Za nim długo wlokące się włosy.
Lekcja anatomii (Rembrandta)
Panowie człowiek tenOzdobny barwą rzeczyDostojny niby owoc odjęty delikatnieUprzejmiePoda wamŚwiecenie swego wnętrza
Więc wpierw odrzućmy toCo napęczniało na nimNiech pan z prawicyZechceŁagodnie zsupłać maskę
Ta maska jest jedwabnaPanowie spojrząŚmielejZa miesiąc dwa lub rokStwardniałaby na kamień
Kto z panów ją obmyje
Najlepiej płukać octemA pocałunki zdjąćLigninąJałowioną
Panowie Siatka krzywdObleka nawet stopyPanowie spojrząŚmielejGrubości pajęczyny
OProszę ją nawijać bez trogitrwogi Nie zerwiemyOdważniePan z prawicyNiech cofa się stopniowo
Ten zabieg znany panomZapewne z prac domowychPrzy wełny nawijaniu
PanowieNic ponadtoI pora już spóźnionaZapada zmierzchJest szaroZa chwilę śnieg upadnie
Kolęda
Schodzą powoli — tak złażą się, rzekłbyś —Jedni oliwą po białka schlapani,Inni z wielkimi krzywymi kciukami,Wszyscy dziurawi jak gruzy lub rzeźby.
Baby... Te w ciasto spowite po łokcie;Wdowy... Te w pudrze jak w śnieżnej zamieci;Panny... Tak chude, że świeci szkielecik;Płatne panienki — po trzynocnym poście.
Ze zwierząt koza, dwa gawrony, wielbłąd —(Wielbłąd ze ZOO, ma przekłutą wargę),Szpic ustrojony w spłowiałą kokardę,Kruk — jak w przepaskę — owinięty w bielmo.
Króle na końcu. Król w gazowym pysku,Drugi ma gipsem zlutowane szczęki,Trzeci jest jasny, jest nieomal pięknyW ostrej koronie z żelaznych odprysków.
I stoją. Patrzą. Matka między drzewaRozpięta — zwisa. Stopy się kołyszą,Czasami kropla wstrząśnie martwą ciszą,Czasem mysz ćwierknie lub kamień zaśpiewa.
A płód — Jak długo może drążyć ciało?Jak długo gwiazda spada w naszych trzewiach?Czasem mysz ćwierknie, czasem głaz zaśpiewa,A to jest wszystko, co dotąd się stało...
SONETY BIAŁEI. Mobile
O, zejdź mi w sonet — jest sztywny i złoty,Jakby to Calder ciął wiatr i listki;Ręką przesuniesz, a zmieni się wszystki,Nowe utworzy dla Ciebie ogrody.
O zejdź mi w sonet — tak sztywny z tęsknoty,Tak złoty z echa twoich kroków bliskich;Już chudych ptaków rozbrzmiewają gwizdki,O, już się spłoszył cynfoliowy motyl.
Kroczysz przez sonet — przez kroje blaszane,A one zawsze zwrócone w twą stronęPiją energię z twych lekkich oddechów...
Bo są to wizje zaledwie nazwane,Bo są to formy nieledwie znaczone;Tyle umieją — co zginąć w pośpiechu...
II. Dziewiąte
Po garstki w miodzie zanurzone — senne,Od głowy — złote; cieniste od ud;Stoją Cecylie przejrzyste jak chłód,Tylko w gałązki drobnych płuc znamienne.
Dziewiąte wespół — jak świece w nowennę,Z lękiem czy w ciszy patrzą na mój głód?Lecz choćbym uciekł, to będę je wiódłW me wszystkie zamki — pośnieżne i ciemne.
Na cóż Dziewiąte? Bo jedna dla czoła,Dwie dla mych źrenic — trzy oddane ustom,Dwie znów pijące w mych dłoni wądołach...
Tylko Dziewiąta trzepoce dokoła,Szuka dokoła — a dokoła pusto,Więc chociaż krzyczy, nikogo nie woła —
III. Chloe(Z Horacego)
Przemykasz, Chloe, a jaszczurka skosem;Już ostrzy ząbki, kostnieje jej ogon!Upadłaś, Chloe! O, Chloe, jak błogoZlizywać z bólu twe podeszwy bose!
Teraz twe piersi niech ukąsi oset —W piekącej łunie naprężą się srogo,A gniew ich piękny, bo on dla nikogo,Bo pobok tylko trznadle piją rosę.
Już zbiegły z krzykiem — i Chloe się zrywa,Na ostre ciernie spada śnieg bielizny,Płoszy się w gąszczu sarenka trwożliwa...
Nie bądź mi, Chloe, i ty tak pierzchliwa,Przecież się matka ani domyśliwa,Że tak zaplątasz się w palcach mężczyzny.
IV. Litość
Całować ranę — są raną twe wargi,Jeśli od miecza, to ostrożnie ciętą...Przestać całować, to jakby odjętoTrafionej w usta biednych praw do skargi,
Biorę cię w skrzydła, choć chude te barkiDawno przeżyły swe jedyne święto,Nie wziąć cię w skrzydła, to jakby zdmuchniętoPłomień ostatniej na świecie latarki...
Całować ranę — zakryć śmierć skrzydłami,Bo śmierci szukasz niespokojną stopą,Gdy wiatr północny twą grzywę rozwichrza...
Bądź, złota litość, nad wszystkimi nami,Dla których rosa, a zwiastuje potop,A potop bywa rzecz nie najstraszliwsza.
V. Koń
Koniu mój, chrapy odymałeś z głowy,Język twój giętki — czy może być słodszy?A kto, mój koniu, pieszcząc twoje oczy,Zgubiłby krój ich: złotomigdałowy?
Leżąc na sianie, jakie my rozmowyWiedliśmy w drżących pożogach tej nocy!Ktoś może mędrszy, być może, że młodszyCzy chciał całować nawet twe podkowy?
Lecz ponad wszystko niech twe rzęsy świecą,Kiedy zmożona układałaś szyjęW mych chciwych rękach — i gasła latarnia...
Cóż nam, iż jutro giermkowie powiedzą,Że w mej Nadobnej końskie serce bije,Gdy nikt nie będzie jej grzywy rozgarniał.
VI. Do Licy(Z Horacego)
Bóg mnie wysłuchał — i przekwitasz, Lico,Wdziałaś na główkę kapturek pajęczy;Ruszysz się, słychać: każda kostka dźwięczy,Przez cienką skórę nawet ślepi widzą.
A to, co widzą, nie jest tajemnicą:Szkielecik ptaka od krwiobiegu cieńszy,Serce tak małe, że w żeber obręczyJest łzą z ołowiu. Przekwitłaś mi, Lico.
Opadłaś, Lico. Zapadłaś się w sobie,Tak jak się ziemia znienacka zapada,A każdy mija poruszoną stronę...
Sproszę przyjaciół. Piękną ucztę zrobię,Niech aż do świtu toczy się biesiada.Niech czas przetrawi kostki poruszone.
VII. Wdowiec
Klucz, co mi dałaś, jest teraz bogatszyI sierścią obrósł. Wygląda jak żywy.Nie pcham go w zamek, bo spojrzę na nibyW dziurkę od klucza, ona też popatrzy.
Flirt ten się zaczął — niech mi Bóg przebaczy —Od opuszczenia nad tobą pokrywy.Możesz mi wierzyć, żem był nieszczęśliwy,Lecz spojrzę w dziurkę — a ona też patrzy.
Pięknie odeszłaś! Wpierw w muślin — i w glebę...I słyszę czasem, że tak wchodzisz dalej,Tak jakbyś w głębi węszyła za niebem...
Nos, com ci sprawił w zeszłym karnawale,Może przetrzymać niejedną potrzebę!Chcesz, to przyniosę — a jak nie, to spalę.
SONETY BRĄZOWEV. Powołanie mieczy
Męstwo! Przenigdy nie poleruj zbroi.Chcesz ładzić szyszak? Czesz piękne kobietyLub wodospady. Dla twojej podnietyDość oślej szczęki. Na niej męstwo stoi.
Na obu nogach. Ci są wierni twoi,Gdy z nóg cię zwalą, to jakby z lawetyDziało zgruchotać. Masz tyle, niestety,Ile cię cyrkiel bagnetu okroi.
A masz coś więcej — wciąż rosnącą wzgardę,Dla tamtych świeceń w koronach i mieczach,Które przed dziełem maszczono perfumą...
Krzyknij! Niech z ciemnych wykrotów wyfruną,Niech się przeglądną w pospolitych rzeczach.Miecze — cieknące, gdy ciała są twarde.
VI. Gość
Cóż jest historia? Czy iść w nią jak w salon?(Tu cesarz siedzi... Tam na klawesynieJego Wstydliwa splata pięciolinieW myśli warkoczyk...) Więc jeśli jak w salon,
To ile gromnic — niech jakie się palą?Czy żywym w górze, czy martwym w dolinie,Czy może temu, co w zdumieniu ginie,Bo tną go właśnie, a miał być ocalon?
Nie wiesz. Lecz nie chcesz odwracać też twarzy,Krok stąpisz — wracasz; idziesz tak donikądJak ten, co zbłądził wśród obcych cmentarzy.
A blask jaśnieje. Magnezją się jarzyTuzin świec dymnych na twoim świeczniku,Aż któraś pęknie, marmury oparzy.
SONETY SZAREI. Nauka chodzenia
A jesteś ziemia. Glina, ołów, sól —Jedwab popiołu, ciepła rozkosz bagien.A jesteś ogród. W tobie sarny nagie,Woły łagodne, rozpęknięte wpół...
Wszystko, co dźwigasz, uzbroiłaś w ból —To, co zakrywasz, w posępną odwagę.A jesteś ogród. W tobie panny nagie,Twarze młodzianków rozpęknięte wpół...
Tak ćwiczyć będę moje stopy obie,(Więc stopy wiersza — więc oblekłe w czucie)Że krok uczynię, a odbędę wieki.
I gdybym z nagła w inne ziemie uciekł,Niech trwa nauka, że co kroczek zrobię,Ten będzie płaski — już nigdy: daleki.
III. Leśni
Poszli na grzyby. Nazbierali... Białych,Już oskrobanych, suszących się słodko.Wiatr ich powlekał szlachetną pozłotką,Cierpliwe ptaki w słońcu obracały.
Po chrust pobiegli. Naszli całe zwały:Gałązek kruchych. (Starczy, abyś dotknął,Już w garść popiołu zamieniasz je wiotką)Dym z tych gałązek wpisano w chorały.
Lasy twe dobre, drzwi lasów otwarte,Muzea lasów pełne starej broni,W salonach lasów wachlarz się przydarzy.
Badam najczulszym węchem mojej dłoniTę sonetami zadymioną kartę,Z jakich jest desek strugana i twarzy?...
IV. Kartofla
— Kto jesteś? — Biedny. — Lecz kto? — Polak mały...— Twój znak? — Ogórek... Nie, złocisty orzeł!— Nastrosz nam pióra, Wielki ptaków Boże!Chłopy spojrzały, a Krysty zmilczały.
Maria ma ciałko wyżłobione w korze,Wzgórek łonowy jak nagrobek mały,Przez szorstkie liczka dwa cienie od strzały,Na śmierć schowała swój welon w komorze.
— Gdzie idziesz, Wojtek? — Ja do miasta, panie,— Co niesiesz, Wojtek? — Kamień na sprzedanie.— To wasze dary, o leniwi chłopi?
— Niosę kartoflę, dar prawie niczyi,Mały, okrągły, sposobny do szyi —Kto go zakupi, łatwo się utopi.
Zuzanna i starcy(Poemat przewrotny)
Gdzie o Rubensie nie słyszano nawet,(Obfitość boczków bunt by wskrzesić mogła)Miała Zuzanna dwa posępne biodra,Szczęki wysmukłe jak szkielecik wróbli.
Starcy nosili pąsowe peruki,Podgardla miękkie, podbródki ryżawe;Gdy dłonie pletli na gałkach swych lasek,Matowiał sino srebrnych gałek blask.
Wszyscy w surdutach, a halsztukach jak pętlach,W getrach koloru wilgotnej wątroby —Dźwigali starość na różne sposoby,Lecz każda z metod równo nieugięta.
DoktorNa strych Zuzanny wchodzę z pewnym wstrętem,Więc wpierw jałowię podeszwy trzewików,Więc terpentyną obmywam swój brzuch —Tę czułą bladość moich resztek czucia.
O, nawet płuca mam ślicznie wyżęte,Rurki piszczeli wyzute ze szpiku,Wymasowana jest moja śledzionaNa podobieństwo złocistego karpia.
To tu? — ja śpiewam, a ona sopranem:„To tu, doktorze, oto pański sedes!Tu pańskie wanny, palmolivy tu,Niech pan nie beszta swej małej Zuzanny!”
I już mnie pieści pudrami, olejkiemNamaszcza skronie jak fiordy zaklęsłe —A ja się cieszę jej krzepkim — jej mięsemTak utęsknionym za młodością noża.
Zesupłać skórę — czule, powolutkuNizać te nerwy, nawijać na motki,Krzew krwiobiegu zasadzić w ogródku,Na wprost okienka, przy drewnianym płotku.
Opłukać czaszkę, sidolem szkielecikCo dzień od rana do błysku pucowaćTak, by był harfą — by wirtuoz mógłWydobywać z niego Haydna lub Mozarta!
Panowie! Miłość wymaga poświęceń!„Weź walerianę, Zuzanno — i zastrzyk...Sto razy dziennie po jednej kropelce,Dałbym ci więcej, gdybym był bogatszy...”
KsiądzNa strych Zuzanny wchodzę ze spokojem.Radosna szczelność tasiemek na łydkach,Nieustępliwe są podwiązki moje,Wiąże me spodnie prężna aksamitka.
Ten mundur ścisły, napięty jak siatkaKrępuje ciało uległe i miękkie.Bo czasem słyszę: krew ma ciecze wolno,Jakby mi kleju nasączono w żyły.
Serce — zapewniam — to garść żelatyny,Wszystkie substancje jak wnętrzności ryby;I oto żądza — ten napięty dzwon —Miast wołać, mlaszcze aż nazbyt potulnie.
„Więc gdzieżeś, Zuziu?” — „Tu, księże proboszczu!Ulałam świecę z wdowiego tłuszczyku,Z bródki grabarza ukręciłam knot,A przy robocie postu przestrzegałam”.
„Na nic to, Zuziu, masz obojczyk nagiJak dwa wysmukłe skrzydła nietoperze,A wiesz: nietoperz to piekielne zwierzę,Więc w obojczyku ty masz piekła znaki.
A ślad płomienia na wysokim czoleCzyżby ci Anioł, Zuziu, pozostawił?Och, na twych piersiach łeb kosmaty bawiłNa białych piersiach jak sęp przyczajony...
Więc słuchaj, Zuziu, tam młoteczki srebrnePracują hadko nad twym łożem cienkim;Tam cię ułożą bez ślicznej sukienki,Będę się bawić każdym twoim żebrem,
Będę się cackać z każdym twym paluszkiem,Mozolić z każdym pięknym paznokietkiem,Tam uwielbiają podniecać kobietkęJęzykiem ognia, podłużnym jak źdźbło”.
Pa, pa! — Odpływam łagodnie jak obłok.Zuzia powiewa welonem z muślinu —Widzi, jak frunę — i widzi, jak obokDwa uzbrojone archanioły płyną.
KatNa strych Zuzanny wchodzę ołowiano,To znaczy: wprzódy plombuję ołowiemZęby i nozdrza. A co kroczek zrobię,To jakby stłukli skorupę glinianą.
Dbam też o zapach — posmaczek naftolu,Jakaś zbutwiała pończocha lub mycka,Jakieś wspomieniewspomnienie po starych koszarachI jakaś zżółkła pościel jezuicka.
W tej chmurze żółtej ma bladość jest piękna,Oczy pełgają jak lustra szpitalne,Ja się sadowię — i mówię tubalnie,Wojskowo mówię do Zuzanny tak:
„Ty się, Zuzanno, zerwałaś ze stryczka,Wierz memu znawstwu, bo ono nie kłamie...Może ty miałaś skrzydełka u stóp,I nad zapadnią uleciałaś na nich?
Bo ty, Zuzanno, zbiegłaś spod topora,Jest w twych zakątkach woń zimnego potu...Może tak gęsto zjeżył się twój włos,Że na twym włosie miecz się pogruchotał?
Ja wiem, Zuzanno, uciekłaś spod ściany,Masz smugi ognia nad muszlami uszu,Może twój oddech przedśmiertny jak wiatrDrogi pocisków po świecie rozproszył?”
Ona: „Majorze, pan mnie już nie kocha?Och, pańskie dłonie są takie ruchliwe!” —Płacze i patrzy na twardą mą grdykę.Jak w fałdach skóry wędruje samotna.
Jak coś nabrzmiewa w guzach moich szczęk,Jak tarcze czoła robią się rozdzielne,Jak kamienieje każda moja stopaW rzeźbę skruszoną deszczami i wiatrem.
AdwokatNa strych Zuzanny przemykam się chyłkiem,W białych pończochach z intymnej bawełny —Najlepiej nocą, gdy księżyc niepewnyOmszy mą postać zielonkawą mgiełką.
Wtedy — wśród koszul wiszących na sznurach —Na tyle jestem — ile zwątpić można,Że ciągle musi Zuzanna ostrożnaSzukać mych kształtów wśród innych konturów.
Rozkosz tych pląsów — tych zwodzeń, kryjówek,Tych, „niby jestem, a jednak mnie nie ma...”Aż wznieci świecę drżącymi rękoma,Aż nagle wpadnie w upojny swój krzyk:
„Jezu, mecenas! Myślałam, że skrzydłemPtak jakiś ciemny nad podłogą zawiał...To pan mecenas się ze mną zabawia,Ach, pan mecenas urządza swe figle!”
„Zuziu — powiadam — testament czas pisać,Od akapitu, ab Jove principium —Cave ne cadas, horribile dictu,Nemo propheta in patria sua”.
I zwilżam palce, knot dławię ze sykiem,„Zuziu, testament, czas pisać testament”,Aż słyszę: ząbki jej dzwonią jak szklane,Mam wreszcie moją wieczorną muzykę.
Do menueta dla mych chudych kolan,Więc do kadryla dla mych krzywych łokci,Więc do skrzypiącej starczej tanecznościDrżącą Zuzannę pieszczotliwie wołam.
★Tu gong! Otwarte teatrum dla działań,Gdzie o Rubensie nie słyszano nawet...Gdzie pewnej nocy, z podejrzanym drabemZuzanna weszła w krajobrazy ciała.
Szła oślepiona — przez plecy, przez wzgórzaPrzecięte pasmem kręgosłupa szczytów.Rozkosz jej rosła jak rozległy krajRozpięty w rzekach, drogach i podróżach.
Wolała z siebie — jak z głębi równiny,Krzyczała siebie — jakby tworząc pułapStromego nieba. Pogodna i czułaDo ziarnek włosów, do kropelki śliny.
Aż ogłuszony jej szczęściem — przebityStrzałką języka drżącego, ranionyDrab począł tonąć. A więc poczuł śmierć —To były z filcu utoczone dzwony.
„Cóż jeszcze mogę darować ci, Słodka?Jaką pieszczotą skaleczyć tę noc?”„Niech mnie z twej ręki śmierć ostra napotka,Niech na tej nocy zaniknie się mój los”.
Ciął ją szeroko, z przestrachem i bólem,Szedł od stygnącej jak od lustra — w tył...Gdy go ujęli, klęknął u ich stóp,Objawił głowy apetyczną kulę.
To byli starcy w pąsowych perukach,Jak cztery róże w wezgłowiach szafotu —I tylko język przedświtu łopotał,I tylko cieśla monotonnie stukał.
DoktorChoć gorzko płacze głos serca gołębi,Jak się litować nad nędzą i butą? —Więc żeś wulgarną, tak plebejsko kłutąŚmierć zadał pannie, niech cię prawo zgnębi.
KsiądzBóg się lituje nad miłością, alićPiekło świętuje każdy akt miłosny —Żeś w kwiecie grzechu pannę złożył do snu,Może cię tylko miecz kata ocalić.
KatNie powołany przez prawo ni nawykKto dyletancko śmierć pannie sposobi,Wykrada oręż z dłoni fachowcowi,Lecz nie odbierze mu chętki i wprawy.
AdwokatTak całość sprawy w formułę oprawię,Zuzanno, wołaj, bo „qui tacent, clamant”...Zwiodła cię pycha, zaszlachtował amant,Lecz nie zawiedziesz się nigdy na prawie.
★Gdzie o Rubensie nie słyszano nawet(Obfitość boczków bunt by wskrzesić mogła)Miała Zuzanna dwa posępne biodra,Szczęki wysmukłe jak szkielecik wróbli.
Deszcz ją obmywa, odziewa ją pająk,Balową suknię uplata pomału,A czterej starcy uparcie zdążająDo niepochwytnych zarysów morału.
Epilog w stearynie
I
W krainę pleśni — w ciemną mą ojczyznęJest wejście przez miłość
Miłość pożółkła garkuchni wychłódłych
Bolesna miłość od ptaka śniętego
Nie ta szampańskaCo kopytkiem stukaGdy panna w wannieA w salonie teść
Tutaj dziewczyny stoją z gołą głowąW śnieguW procesjiW wywodzieW odjeździePoważne jak karpie idące na wagęJak kury smutnePo grabieży jaja
Tutaj jest radość ależ w sobie godnaNa rok przed przyjściem
Wietrzy się pierzynyNa miesiąc przedtem omiata się lustraW dzień przed radościąPrzewidzianoPost
W krainę pleśni — w ciemną mą ojczyznęWergili wkraczał tylko we śnie AlboZ chustką przy nosie tak sperfumowanąŻe więdłyMojePapierowe lilie
Czy jest ogrodnik co by swoje główneTe swoje czułe Te nieomal płcioweCo dałby dzieci na posuchę chemiiKarmienie mydłem Orzeźwianie octem?
Więc walczę z Wergilim
W krainie pleśni — w ciemnej mej ojczyźnieNajpiękniej chodzą brzemienne przed czasemNajwdzięczniej tańczą jednonodzy — dającDrewnianym butem synkopowy postukNajlżej kochająCi co błądząc pierwejWęszyli w bruku przelotu kobietyKobiety!Grube — o tylko najgrubszeMają stateczność Męża i widelce
O tylko chude mają wiatr po nocachIdący śniegiem jak dzwon obiecanyO rude!Rude są najczęściej gołeW lustrach stojące z miską i grzebieniemJakby je wszystkie albo fryzjer rodziłAlbo i ksiądz
Kobiety!Nagle — w środku nocy w lamentZa to w południe padające w betyMiłość jak pożar biorące na piersiŻe dymem pachnąSmołąI popiołem
O piersi! Białe — pobladłe jak twarze
W krainie pleśni — w ciemnej mej ojczyźnie.Ręce układam na stole wiekowymObok pacierzaPlamy po kapuścieBlizny po świecy co nagle upadłaW pobliżu sęka gdzie co tydzień kładąZwykły zarobek lub niezwykłą hańbęCiężko odjęte od piersi twych leżąRęce poważneJak rzecz do jedzenia
II
A noc? —Pytacie —A noc nadchodzi ciężkoKulą bigosu w pomroczny żołądekW rękach odkrywa tylko wnętrza bladeW twarzach zaś usta uchylone duchom
Nad jednym domem zapala aniołyO skrzydle modrymSennymI jedynym
To dom staruszki
Nad innym domem utacza bęcwałaZ tyłkiem okrągłym że ciskać weń noże
To dom dziewicy
Na trzecim czule wygłaskuje koniaO chrapach białych jakby śnieg w nie nawiał
To dom chłopczyka
Nad czwartym domem ustawia kobietęW złocistą brodę dzwoneczki jej wplata
To dom młodzieńca
To dziupla wdowcaForteca żołnierzaKościółek klechyKrawca tabakieraTo dom publiczny
Sny mają złotą świetlistą koronkęZapach welinu Smak drukarskiej farbyW niektórych tomach znajdziesz kwiat zaschniętyW niektórych plamę po maśle lub płaczu
III
Nie ta szampańskaCo kopytkiem stukaGdy panna w wannieA w salonieTeść
Nie ta szampańskaCo kopytkiem stukaGdy panna z wannyA pośladkiW pąs
Nie ta wstydliwa co kopytkiem stukaOgonkiem kręci oczkami zastrzygaW chustkę nasiąkaNachichoce w kułakW klombik nafrunie
Nacwałuje w lasekTa w pieprzyk tkniętaZosieńka golasekMałdrzykJagódkaMalinkaOsesekPlater EmilkaCałusekKaresekGdy chłop jak moździerz zluzowuje pasA niebem suną posępne gawrony
O mam niebo obfite gdy gawrony graveNa dziesiątki familii i odmian się dzieląTe są żałobneTe zaś mają oczy babZamodlonych nad garnkiem z parującym sosem
Te są żałobneI chodzą w konduktachSzepcą półgębkiem o rzeczach poważnychTo one noszą ordery przed trumnąTo czasem one podtrzymują wdowę
Tamte zaś w kuchniach zamodlone babyKołyszą dzieci Piorą chusty czarneZ dziobami w oknach patrzą tępo w śniegCzy znowu odwilż białe pola ściemni
Lecz nie szampańskaCo kopytkiem stukaLecz nie szampańskaCo kopytkiem stukaGdy panna z wannyA pośladkiW pąs
Nie ta wstydliwa co kopytkiem stukaOgonkiem zakręci oczkami zastrzygaW chustę nasiąkaNachichoce w kułakW klombik nafrunieNacwałuje w lasekTa w pieprzyk tkniętaZosieńka golasekMałdrzykJagódkaMalinkaOsesekPlater EmilkaCałusekKaresekGdy chłop jak moździerz zluzowuje pasA niebem sunąPosępne gawrony
IV
W krainę pleśni — w ciemną mą ojczyznęJest wejście przez miłość
Lecz ile trzeba było nienawiściBy z pleśni powróz utoczyć jak z piaskuBy brzytwą w oczy łyczek zamigotał?
Lecz ile balii odtoczyła w nocTa biała gruba co ma pięty z drewna?JakIle księżyców?
Jak ile kaczek wieszano za nogiŻydów dostojnych o wysmukłych rękach?Po ile jeden?
Po ile jeden cichy krzyk kobietyJedzącej ziemię świeżo farbowaną?A w jaką noc?
A jaką nocą na wszystkich ulicachWiatr osypywał z prawiczek koszule?Ze starców brody?
Ze starczej brody ile było perukDla manekinów i dla łysych hrabin?Lecz ile było?
Więc ile trzeba było nienawiściChronienia ziemią pokostniałych ciałekWstydzenia ziemią pohańbionych ud?
W krainie pleśni nadzieja jest sztywnaJak płomień aleJak płomień z tekturyDobrze wyciętyNieźle pozłacanyPrzed którym stanieszLeczBezBłazNowania
V
OdchodzęGasnąOdchodząPrzestajęDaleko gwiżdżą na glinianych trąbkachCzasem się sandał dziewczynie otworzyI zbiega NikeI wiąże jej sandał
PrzystajęIdąCiasnym zaułkiem
W poświacie świtu jakby nieśli wiadraPełne popiołu
Tacy są niosącyJakby dźwigali dźwiganie dźwigania
Zmęczeni licząNa co liczą? Ile?Nie liczą więcej niż łagodność nocnaKiedy nad domemRóżowieje aniołO skrzydle modrymSennymI jedynym
A potem ręce położą na stółZgodzą sięNaPół...
Kanon
Oddechem poezji jest śnieg albo sadzaKiedy śnieg jest oddechem — krzewy stoją czarneA jeśli sadza — to oprósza dłonieZakochanych lub katówZarówno pobladłe
Głową poezji — krzak płonący w nocyPrzy nim jednorożce łby mają wysmukłeKruki — dzioby okute w pochewki ze złotaW kolanach dziewczątRysują się słoje
Ojcem poezji — jej bogiem — jej drwalemTen chory człowiek z drżącym kręgosłupemZ twarzą tak sztywną jakby bicz ją przeciąłLub cieńMknącego na obłokach diabła
★ ★ ★
„Wszedł Anioł smutku...” A ja im zazdroszczęŻe do nich przychodził ten cielesny AniołChyba na sobieMiał komeżkę z płótnaMąkę na twarzyMiecz pokrzywy w dłoni
„Wszedł Anioł smutku...” No kiedyś przyjść musiałMieli go w garści Sporą garść AniołaKtórej nie możnaZbyćAni odrzucićRaz zwiastowaniŻyli w błogostanie
Nam pozostałyTu rękaTam głowaKilka oddzielnych piór — z którego skrzydła?Nie powiązaneMomenty rozpaczyA wstyd je każe chować w głąb mieszkania
★ ★ ★
Mamy tych braci — tych zmarłych zaledwie,Już przerzucanych po kartach historii,Jak się przerzuca kamienie na sitach,Winę na innych; na jarmarkach — żywiec.Mamy tych braci — tych zmarłych zaledwie,A już dźwiganych do wtórnej roboty.
Najpierw się muszą wyłamywać z szuflad,Z matczynych biurek ze złoconym zamkiem,Z owych izdebek czułości i trądu,Gdzie leżą bladzi, zadławieni pudrem,W powiędłych skrzydłach kołnierzyków Jula,W maskach niemowląt lub swojonych ptaków.
Tam oni — chudzi, wiecznie anemiczni —Błądzą po kątach, wikłają się w lustrachZdjęć amatorskich; przerzucają lasyCenzurek szkolnych, dentystycznych recept.Umarli krzyczą w matczynych szufladachŚmiesznym głosikiem z okresu mutacji.
Potem wędrują przez piekło legendy,Wywoływani z płonących kieliszków;Powstają z lękiem, kiedy się odmykaNie grób nad nimi, lecz wieko bufetu.
Pijaństwa zmarłych — kto zna te biesiadyPo ciemnych latach śmiertelnego postu?
Mamy tych braci — tych nietrzeźwych zmarłych,Z wybiciem pierwszej porzuconych w barach,Wiszących w szafie przy kelnerskim kitlu,Jedynych żywych wśród butelek trupów.Na biedne głowy w nagniotkach od nimbówSypią się kwiaty z poplamionych tapet.
I takich właśnie: chłopców elegijnych,Którzy spod skrzydeł matczynych uciekliWprost do szynkwasu; chłopców nierozważnychBiorą na spytki przy szkolnym pulpiciePanowie w czerni — posiadacze palcówWygiętych w narząd do ślinienia kartek.
I takich właśnie — zmęczonych nieżyciem,Bardziej od żywych służbą spracowanych —O małomówność winią złotouści,O brak pokory — ujeżdżacze lektyk.I — nawet bywa — co na mord pomarli,Sądzą tych zmarłych za istnienie mordu.
A oni — żyjąc — żyli w kołnierzykachI w wierszach Jula, i mieli te grdykiLedwie chłopięce, i za długie rzęsy,I matki słodkie, pachnące bawełną.I żyjąc — żyli lemoniadą, krostką,„Listkiem do szyby — w ciemność — przyklejonym”.
Śmierć ich dopadła wprost z okola lampy,Gdzie został Norwid; z tarczy słonecznika;Z odbicia w wodzie; z utyskiwań matki;Z pierwszego grzechu — siostrzeńca rozpaczy;Że, miast różańcem, związano im dłonieLufą dymiącą — jedyna ich wina.
Mamy tych braci — tych zmarłych zaledwie,Nie w grób wchodzących, lecz w ciężki wiek męski,W surowość zrządzeń, które zmarłym każąObrastać w zmarszczki, sędziwieć na skroniach,Mamy tych braci — wstydliwych i skrytych,Którzy najchętniej przesiadują w domu.
Zejście
Byle do wiosnyA wiosna?Gdzie ona?Więc schodzę w siebie po kamiennych stopniachZe soplem w dłoni jak z mieczem lub lampąKtórej nie zgasząPodmuchy tych pustek
Kto z nas nie schodzi w kopalnie dzieciństwa?Kto z nas nie błądzi światłem po tych ścianachGdzie w czarnych rzeźbach węgla kamiennegoPełno odciskówPaprociI zwierząt
Tu ptak wiosenny — z której wiosny? — zastygłTu pocałunek — nieśmiały czy grzeszny?Tu własna postaćRozpięta w podskokuDo czarnej wiśni na węgielnym drzewie
Byle do wiosnyWięc dalej w pokładyNa dno dzieciństwa gdzie nagle — za rogiem
Jest tylko echoI szum nietoperzyJakby ktoś miotał kule czarnej wełny
Zamieć
Bo teraz popatrz: znowu mamy śniegiSzklane trumienki twych powiek pokryteZawiane usta —Pajęczyny loduŚpią w twoich nozdrzach jak w maleńkich grotach
Bo teraz poczuj: znowu wieją mrozyŻyły twe stygną jak kwiaty na szybieNa ciepłym języku usiadł anioł chłoduSzronem się pokrył strop podniebienia
Bo teraz posłysz: drwale dzwonią w drzewaSanie po śniegu jak po srebrnym chruściePtak skostniałZapadłI uderzył w biegun
A dźwięk tak cienki jakby ktoś zakrzyknął
Po ciemku (II)
— Jutro na księżyc...— Dzisiaj jeszcze cichoPozamykamy usta tych umarłychW których otyłe są tylko kolanaPrawdziwie wzniosłe — śnieżne kopce grdyk...
— Jutro na księżyc...— Dzisiaj jeszcze trochęWsączymy nafty w knoty lamp spragnionychPrzy których miłość jest mrukliwa — tajnaAby sąsiedzi nie mieli złych snów
— Jutro na księżyc...— Dzisiaj jeszcze chwilęPoznamy dłońmi kształt zwierzęcych pyskówSierść ichI naszą —Jak się przemieniałaW złociste runo na Aniołów skrzydłach
— Jutro na księżyc...— Dzisiaj jeszcze cichoCicho bądź Cicho
Rozepnij koszulęRozluźnij mięśnie Oddychaj głębokoDaj sercu przestrzeń od żebra do żebra...
Zaproszenie do miłości
Masz być półsenna Teraz masz być siwaPrzy młodej twarzy to będzie jak gołąbMasz być napięta Tylko z twarzą gołąKtórą blask wznieca to znów cień obmywaMasz być o świcie Teraz masz być bosaPrzez szron biegnąca jak przez niski ogieńMasz być zbłąkana Wciąż myląca drogęJak dym przyziemny lub sarna w zakosach
Masz być zgoniona Teraz masz być staraDrepcząca w kółko z różańcem przy ustachChuda — zjadliwaNiezdarna — już tłustaW peruceW chórzeW gniewieW okularach
Idę do ciebie przez zbutwiałe snyW ciżmach z ołowiu — w koronie ze rdzy
W przeciągu słowa
Ponad to wszystkoCo robimy z śmierciąTo ubierając ją w suknieTo w nagośćOna zostanie wdowim widmem czasuOwym gwałtownym starzeniem się zmarłych
Jeszcze przedwczoraj był mężczyzną w wiekuMógł sadzić drzewa jeść rybę zapłakaćW przeciągu słowaZapadł się tak nagleŻe dziś rówieśnicy paproci i węgla
Mój ojciec — mówię —A nie widzę ptakówPrzez niebo ciągnie klucz pterodaktyli
Kat
Ten drugi ja —Ten co siedział w tobie —Kim jest ten drugi w masce z twojej twarzyTen katZ palcami jak blade rośliny?
On znał godzinęOn zamiatał włosyOn wyniósł kubeł z wodą po obmyciuTwych stóp tak gołychJak łapy zwierzęcia
W której godzinie podano mu wyrok?
OWszedł po cichuJakby wznosił wazonZacisnął palce na jednym naczyniuZadławiłSyknąłTyle co przy świecy
W rocznicę
Rok już przeminął. Rok przespałeś, ojcze,A my tę datę ubierzemy w ołtarz,Matka ją zliczy na złamanych palcach,Grabarz na kwitachNadzianych na drut.
Były trzy wojny lokalne — i byłyCztery brzoskwinie na twym miłym drzewku,Pięć razy piorun uderzył tej zimy,Sześć pszczół tej wiosny usnęło w twym ulu.
Więc śmiało w cyfry... O miliony armie,O miliardy mrówki urosły w swych kopcach,Bądź łaskaw, ojcze, dla tych małych liczb,Bo czy znasz większe —Wiesz tylkoTyJeden.
★ ★ ★
O wiersz się prosi. A wiersz — że ją nibyPrzedłuży w czasie o dzień lub milimetr.Kto jednak powie podniebienie LauryLub nazwę ptaka w Marii obojczyku?...
Komu się dzisiaj Beatrycze przyśniZ jej lewą nogą odmienną od prawej,Z dłonią widzianą od grzbietu, od wnętrzaWidzianą czulej, bo w boskim pośpiechu?
Ale uparta — ale dziwnie lekkaO wiersz się prosi, potrząsa włosami,Biegnie, powraca, oddala się, zbliża,Zgrabnie przebiera w złocistych trumienkach...
W stylu Villona
Wybacz mi KsiążęŻe ty —Tak delikatnyJak zjawa srebrna po własnym pogrzebie —Masz wejść w dysputyPełne ciał jak marchwiRaz do soczystejRaz już ściętejMrozem
Chcę Cię prowadzić w ogrody miłościKiedy już jesień przeszła przez warzywnikW sadzie zasiała pełne kosze liściW niebie zaś chmuręZimnąI pobladłą
I więcej żądamAbyśUmiałZachwytDla ciał kobiecych — pomarszczonych szronemDla twarzy zimnych — na których uroda
Jest plamą trudnąSłońcaCzy butwienia?
Lecz jeśli miłość coś warta — to wskrzeszaA jeśli rozkosz — to ta co odmładzaUwierz mi KsiążęNie najdziesz przygodyWiększej niż miłość do kobiet dojrzałych
Oto myślistwo —W półstrawionym lesieOdkryć na nowo tę małą dziewczynkęKtóra się karmi garstką cierpkich jagódPłucze przegubyStópW dziewiczym źródle
Oto odwaga —Rąk twych czarodziejstwemNa główce chudejZasadzać warkoczeW oczach — pokrytych jak dymemŻałobą —Niech znów przebiega złoty goniec wstydu
Oto rozumność —Być czasu oprawcąNie jałmużnikiem co wchodzi w przebraniu
A gdy opadną ostatnie brokatyZostaje nagiZ wyciągniętą ręką
Mówię to KsiążęUkryty za krzewemWiosennej róży do której sprowadzaszMłódki tak ślepe jak pomiot zwierzęcyLub jak twe dłonie zdrętwiałe ze strachu
Dedykacja: A. J. Wieczorkowskiemu
Widzieli go
Widzieli go, jak czytał Rilkego. Był młodszyO uśmiech ledwie tkliwy, ledwie zrozpaczony;Tak się uśmiecha kochanek, gdy powraca z godów,A droga wiedziePrzez poranny cmentarz.
(Jak nazwać zdumienie drobnym siewem rosy,A może już szronu wróblołapkim tropem,Który przebiega przez cmentarne ścieżki,Ubiera zmarłychW brabanckie koronki?)
Więc czytał w zdumieniu. Spod przymkniętych powiekSpoglądał w zimę, pełzającą z wolnaNa wzgórza — wczoraj jeszcze: w płomieniach winorośli,Na kraje — już przeszyte słodkim zimnym dreszczem.
Widzieli go, jak odkładał książkę. Kładł ją powoli,Długo żegnał dłonią ulatujący dotyk —Widzieli go raczejKładącego włosyCiemnej Uśpionej na pościeli złotej.
Liryki kazimierskie
I
Wzgórza mnie wzięły w białe posiadanie;Jeszcze przez chwilę jestem w rozramionachWidoków widnych, mrozów uszczypliwych,Gwiazd z miedziorytem cienkich krajobrazów;Wróble mnie wzięły w skrzydłe posiadanie,O, jeszcze czuwam ponad tropem ptasim.
I czuję. Czucie przenoszę na czubkachPalców — jak kulę ulotną czarodziej;Pięć strun mych dłoni obracając w północ,Pięcioma chłonę złoty wiew południa,Aż tak je składam w wieczne pożegnanie,Jakbym miał objąć twarz śpiącej kobiety.
Bo tu, gdzie wzgórza kładą łby na łapach,Tu twe wezgłowia odnajduję święte;A tam, gdzie rzekę ostry mróz naprężył,Tam twój kręgosłup zastygł w zachwyceniu;Tak jesteś wielka w tej bezbrzeżnej złudzie,Że litość bierze nad twą klęską małą.
Poniosłaś klęskę. Ja poniosę dalejNozdrza zamarzłe, wargi nadkruszone;Czas mnie poniesie w klimaty starości,
Głód — na postoje spopielonych ognisk,Gasnąca gwiazda — w swój miedzioryt cienki;Gwiezdne mnie wzgórza wezmą w posiadanie.
II
Bo kto nas rodził, rodził nas odlegle —Lecz pomyśl: dalsze mogły być te bóle,Te krzyki matek mogły ponad czasemKołować w kręgach dalszych niż mgławice;Szpadel grabarza mógł twe prochy zwiędłeMościć — pod moją zaledwie kołyskę.
I tak się łudzę, że nie ty to jesteś,Nie ty to jesteś, ale ta, co przeszła,Swój portret ciemny rzucając na ścianę,Lub bezimienna — mokry liść na szybę.Nie ty to jesteś, ale ta, co przyjdzieStukać w me kostki bosymi stopkami.
I tak się łudzę — zwierzę zamyślone,Ciałem skazane na jedyne ciało,Które przyniosłaś zwierzęciu mojemu:To twoje zwierzę — zwierzę wniebowzięcia.Tak, to ty jesteś: zrodzona z przypadku,Na mój przypadek jak wieko zapadła.
...Aż las się zawrze ponad miastem każdym,W którym płakałaś ze strachu przed szczęściem;Aż rdza rozkruszy te ozdobne lampy,
Które gasiłem rozjątrzoną dłonią;Aż słońca połkną spieniony ocean,Który nas wznosił — sczepionych na tratwie...
III
To były inne pagóry; też inna,Podlejsza rzeka żebrała ich łaski;Były — pamiętasz? — krajobrazy liche,Które słowiczy omiatał języczek.Tutaj już pora srebrnych skroni wzeszła,Tu dzwonią w gajach pękające drzewa.
Więc się nie wpraszaj. Przymilnym paluszkiemNie chodź po szybach niewidomych z mrozu;Ślady twych włosów na jutrzennym śnieguStróż nasz roznosi wiklinową miotłą;Wiem: pewnej nocy próbowałaś krzyknąć,Sąsiad zdjął fuzję, wytropił zająca.
A potem byłem przy łupieniu kota;Widziałem nagość pośladków zajęczych,Kucharz mi wskazał gicze, wątpia, comber,Kuśnierz pochwalił atłasowość sierści.Więc się nie wplątuj w sidła zastawioneW tych nowych lasach, urodzajnych w żniwo.
Bo jestem z nagła bogaty utratą,Idę gorący na tłach pokostniałych,Znów czuję zapach: sterylnych pościeli,
Znów wznoszę dotyk: do głaskania pustek;A ty co chciałaś? Aby głód mój świeciłGłową twą ściętą, hosanną na tacy?
IV
Do Kazimierza jadą ludzie starzy;O, jacy młodzi z tym kwiatem przy twarzy,Który jest piołun, ma na imię: odlot,A do którego skrzydlaci się modlą.Skrzydlaci ciężko, na zawsze, przed nocą;Nie co fruwają, lecz ci, co odchodzą.
Widziałeś odlot starych ptaków? OneKażde swe ścięgno badają zwątlone,Prostują skrzydła — wpierw z krzykiem, a potemStojące krzyżem, wpadają w drętwotę;Czy jeszcze skrzydłom przyjazne powietrze,Czy raczej dzioby wbić w ziemię jak miecze?
Nasz ptak tu spocznie. I kiedy przeminieCzas nasz oddzielny — jak dwie złomu skrzynie,Pośród przeszłości złocistych pamiątekNiech leży ptaka zbutwiałego szczątek,Aż w miękkim wapniu swój szkielet roztopiW epok umarłych jaszczurczy hieroglif.
Takie są dzieje. I taka jest księgaWzgórz wirujących w sennych czasokręgach,Wąwozów zmiennych, które noc rozwiera,
A dzień znów grąży w kopalnianych erach.Takie są dzieje na nasze nadzieje,Nim kropla spadnie, zanim wiatr przewieje...
Czułość albo Guliwer
Chodziła po mnie księżniczka z złotą konwią I śniłemŻe podlewa me palceAby znów zakwitły
Była drobna Niebieska Za srebrną woalką
Potem śniłem strażnikówKroczących w głąb ustNa moście zwodzonym języka
Kapral podniósł latarnięRozzłocił mi krtań
Wreszcie w muszlach mych dłoniWzniesiono kościoły —
W lewym był pogrzebW prawym zaślubiny
Leżałem w trwodzeBy niczego nie spłoszyćMokrym chlupotemSerca
★ ★ ★
Nie było lata. Jesień szła od wiosnyJak ziąb — od wody, jak od dzwonu kręgi.Dnia piętnastego Burns pozbierał wiosła,Zaszedł nad morze,Zawrócił do karczmy.
W karczmie odnalazł płomień, knot i łojuWysoką wieżę — u szczytu szczerbioną.Płonącej wieży strzegła wyżła głowa,Zakola dymu wciekały w jej chrapy.Zaś obok głowy ustawiono dzban,Zaś obok dzbanu rozkruszono chleb,Zaś w cieniu chleba ukryła się mysz,Spojrzała na Burnsa — i stała jak martwa.
Nie było lata. Nadciągała zima,Kładła sopelki na wąsikach myszy,W uszach psiej głowy jak w niewielkich grotachZakuła lodu ołowiowe lustra.A zaś w kobiecie — co wnosiła dzbany —Burns odkrył tylko grubą dolną wargę,Pełne dobroci miękkie części dłoniI ślad po nożu tak stary, jak Szkocja.
„Nie było lata. Wprost z ogrodów wiosny,Zarówno wątłych, jak już jędrnych pychą,Tyle nadziei niosących, co ptakŚliny miłosnej w gardziołku uniesie —Wprost z tych ogrodów, ledwo tkniętych szpadlem,Obcasem dziewki po przelotnym deszczu,Paluszkiem chłopca, który kładł ten odciskDla zaznaczenia swojej przyszłej ścieżki —Wprost z tych ogrodów, gdzie stawiałem kosze,Wynoszę wiadra ściętych szronem liści...”
Burns to powiedział — i pozbierał wiosła,I wyszedł w zamieć, jakby wchodził w kościół.To, co zostało w karczmie po nim, byłoWieżą woskową, stryczkiem z knota, gwiazdąPonad wysmukłą ruiną psiej głowy,Kobiecą dłonią z rozchylonym wnętrzem...
Nie było lata.
Morze — śnieg
W pled owinięty — na ramieniu zaśnieżonego mola,Ileż ja — smutny człowiek — rozmawiałem z morzem.Było osamotnione, ludzie uciekli odeń jak od zarazy,Tylko światła elektryczne chodziły po nim, błądząc.
Taki tu teatr robię. A to dostojne zwierzę,Czy może Bóg — jedynie pochwytny w tym mizernym świecie —Okrążało mnie, węsząc, badając, biorąc na spytki,Od których sól osiadała na wargach; krzyk mewy na twarzy.
Bo poprzez wszystko, co mi dała miłość:A więc przez palce, kolana, zdumienie,I przez to wszystko, co mi dała śmierć: przez rozum,Od niego brałem najwyższy szczyt: powagę.
Poważne morze! Ty jesteś, które otwieraszMosiężne bramy dojrzałego czoła,Za twoją przyczyną ołów skuwa szczęki męża,Temida trzyma Wagę, Anioł — Miecz i Tarczę.Szlachetne morze! Do ciebie by przywodzićDurniów krzyczących po zapustnych placach,Oni niewinni; bo się nie napiliTwej sinej — w śniegu — w zmierzchu samotności.
W pled owinięty — na ramieniu zaśnieżonego mola,Poeta Nowy — po raz pierwszy wzrok wzniosłem ku gwiazdom;Ujrzałem zamieć: kotłujące mewy,Które walczyły ze śniegiem — o Lepsze.
Do S...
Bunt nie przemija, bunt się ustatecznia;Jest teraz w locie: dojrzałym, dokolnym,Jakim kołują doświadczone orły.
Bunt się uskrzydla tak — jak udorzecznia.
Bo wpierw to było jakby piaskiem w oczy,Turniejem chłopców na słonecznej plaży;A teraz ciężki; teraz więcej waży.
Bunt się uskrzydla tak — jak w kamień toczy.
I pomyśl: czułość, ta świetlista kula,Teraz dopiero w mym pobliżu płonie,Luzując szczęki, łagodząc me dłonie.
Bunt się uskrzydla tak — jak się uczula.
★ ★ ★
A tego roku jesień też jest siwa,Ludzi ucisza, w drzewach kształt odkrywa.
I tego roku obłoki wydłuża,Że idą niebem jak ziąbu przedmurza.
I tego roku w polach praca tłumna,Gadają młyny, pachną chlebem gumna.
Jakby, zaiste, nie przeszła nad namiChorągiew bólu z ciemnymi skrzydłami,
Jakby nam czoła nie obrosły chrustyI jakby „spokój” nie był dźwięk już pusty.
A tu — gdzie mieszkam — gdzie do ciebie piszę;Ptaki dziobami przędą wielką ciszę.
Staw rzęsę dźwiga, rzęsa trzciny wiąże,Zamyka łono nasycony grążel.
Pola topolom, topole rozstajom,A lasy borom milczenia podają.
Jakby, zaprawdę, trznadle i czyżykiNiosły przez niebo Chustę Weroniki.
Jakby, zaiste, za tych drzew bukietemPrzydrożny strumień rozlewał się w Letę.
Wybacz więc: idę przez wioskę ściszony,Biorę od ludzi zdawkowe ukłony.
Radziejowice, jesień 1968 r.
Sen (II)
„Śniła się zima...” A był to — pamiętasz,Matko? — nasz salonZ kanapą ze skóry,Z biczami mrozu na świątecznych szybach,Z kaflowym ciepłem.
Ojciec od rana już pachniał koniakiem,Podłogi pastą,Rodzeństwo komunią.
Pies gdzieś się zaszył i ćwiczył kolędy,Wszak o północy miał do nas zagadać.(Potem go NiemcyNauczyli wycia.)
„Śniła się zima...” Więc pierwszy wszedł Anioł:O jakże pięknie łączył w swej postaciIdeę śniegu z wąsami stolarza —
Herod od progu roztaczał swą władzęPonad kieliszkiem, piernikiem, kapustą,Plebejusz z rzeźni —I wreszcie Diabeł. W kożuchu baranim,W pasie związany stajennym łańcuchem,
Otwierał Piekło z wyziewami mąki —Ten był ci piekarz z najbliższej piekarni.................................................................................................................................................................................
Stół.Wokół stołuToczyła się strasznaGonitwa Ojca ze Śmiercią i Diabłem;Za nimi HerodPrzed Herodem Dziadek,A wszyscy w gniewie, popłochu i śmiechu.
Na twych kolanach — jak na szklanym wzgórzu —Okrutnie Mały uczyłem się lęku.
„Śniła się zima...” Zbiegłem z twoich kolan,By cały w płaczu dopaść wprost do Diabla,Zatopić płacz swój w przepoconych kudłach.
Uniósł mnie w łapach piekarskich — nad rogi —Ja, podniesiony, ujrzałem świat inny,I Was inaczej — i lęk swój inaczej.................................................................................................................................................................................
Anioł jest w niebie, Diabeł zszedł do piekieł,A Herod — pijak — nie da się wyprosić.
Zaproszenie do miłości (II)
Nie ma Laury; pofrunęłaW mrowisko czerwone jak ogień,Wśród milionów pancernych główZostał tylko strzępek muślinu.
Gdzież Beatrix? Uniosło jąPociemniałe przed burzą morze.Tylko na dnie, wśród szczątków rybKołysze się loka złotego wodorost.
A wesoła Jenny, którą BurnsJak piszczałkę przykładał do ust?Czy ją deszcz rozniósł po makach,Czy też miotłaPo izbie?
Ot, i ona: Maryla Puttkamer;Ta się w grób jak w głaz obróciła.Ale przecie szkoda i jejPocałunków — niebożątek.
Idź w poezję, jak w ciemną sień;Gdzie niekiedy śmiech dziewczęcy tryskaLub z milczenia dobiega stuk
PołamanychObcasików.
Idź w poezję; idźże tam,Moich uczuć Sioło Jasne,Ja kolejną z ciężkich bramZatrzasnę.
Pocałunek — krajobraz
Błądziłem lasem twoich włosów — ziołaI płacz odkryłem. I schodziłem niżejNa białe śniegi zimowego czoła,Gdzie płacz już umilkł, a był cień lichtarzy.
Potem zwiedzałem pamiątki twej twarzy,Coraz to bliżej — i coraz to bliżejUst twoich dobrych uśpionego sioła:W nim co się zdarzy — raz tylko się zdarzy.
I wszedłem w sioło. A była pogodaPod całym niebem Twego podniebienia.Gdzieś w cichym kątku umierała młodaWstydliwość sielska w zapachu tymianku.
Nagle wróciłem — i stałem na gankuPatrząc, jak wokół krajobraz się zmienia,Jak wschodzi pierwsza gałąź bzu w ogrodachI gną się rzęsy pod rosą poranku.
Upojenie
Jest wiatr, co nozdrza mężczyzny rozchyla;Jest taki wiatr.Jest mróz, co szczęki mężczyzny zmarmurza;Jest taki mróz.Nie jesteś dla mnie tymianek ni róża,Ani też „czuła pod miesiącem chwila” —Lecz ciemny wiatr,Lecz biały mróz.
Jest deszcz, co wargi kobiety odmienia;Jest taki deszcz.Jest blask, co uda kobiety odsłania;Jest taki blask.Nie szukasz we mnie silnego ramienia,Ani ci w myśli „klejnot zaufania”,Lecz słony deszcz,Lecz złoty blask.
Jest skwar, co ciała kochanków spopiela;Jest taki skwar.Jest śmierć, co oczy kochanków rozszerza;Jest taka śmierć.
Oto na rośnych polanach WeselaZ kości słoniowej unosi się wieżaCzysta jak skwar,Gładka jak śmierć.
Flirt
Kiedy Tomaszowi —Spętanemu na wieży z powodu świętobliwości —Bracia wprowadzili kobietę z dekoltem i pokusą,AkwinataUjął głownię płonącąI wymachiwał.
Mówią, że z naturyTen brzuchaty Olbrzym Anielski,Którego — niekiedy — Bóg unosił nad posadzką jak pył dmuchawca,Miał dobrotliwość wołu,Cyklamen w wazonikuI czułość.
Nie był to przecież stearynowy Stasio Kostka,Którego nawet po śmierci można wąchać ufnie jak cynamon;Ani też Wawrzyniec,Ani inny dzieciuch.
Skoro więc chłop jak dzwon, z sercem jak niebieska artyleria,Dopadł ognia i użył swych dwustu funtów wagi,Musiało to byćGłębokoWysnute z rozumu.
Tak więc nie korzystaj, pani,Z ciemności w kinie.Wyplącz rękę z mej dłoni,Rozpamiętuj głownię.
Hölderlin
W Tübingen,W Szwabii,U stolarza Zimmera —Mając trzydzieści sześć lat za dużo —Zamieszkał nieurodzony.
Co uczyni prowincjonalny stolarz,Aby Anioł był bliżej nieba?
Zgarnie ze strychu brzoskwiniowe koszulki swych córek,Bladość żony podobną do zmęczonego pyska owcy;Zabije pająka,SumienieI wzniesie wieżyczkę.
Anioł kołysze się w przezroczystych łupinach obłędu,W dniach i nocach — jak czarne i białe wnętrza dłoni;Stolarz pije.
Anioł — obciążony workami pod oczyma — wzywaBoga, Jana na wyspie Patmos, Diotimę i Eter,I pyta Niebo, jak dziecię nie umiejące kroczyć;Stolarz siwieje.
Pomiędzy stolarzem i Aniołem jest, widać, coś więcejNiż fakt posiadania skrzydeł.Mózg.
Widziano to rano.Gdy Zimmer wyszedł z ciężką siekierą,Położył śliską kulę i uderzył w pniak.
Pomiędzy siekierą stolarza i mózgiem Anioła jest, widać, coś więcejNiżeli bitwa.
Hölderlin wstał.Przetarł oczy.Spoza zasłon furiiZdziwił się ptakom gołębiego poranka.
Arachnew pająka przeistoczona
Opiece NiebiosNależy przypisaćPrzeobrażenie Arachne w pająka.
Do dzisiaj wzbudza w śmiertelnych zachwytWielkoduszność Ateny —Tej matrony z włócznią —Która nie bacząc na doznane krzywdy,Na urągowisko i potwarz,Podniosła małą dziewkę z martwychI dała jej odwłok.
Arachne w istocie przędła lepiej; zaliżPrzystoi byle tkaczce wynosić swe welony i wieszać na drzewach,
Gdy bogini z włócznią —W nieśmiertelnym mozole —Dziergała swą szmatę?
Inna rzecz pająk. Onże, stwór pośledni,Nie zagraża bogom; jest dziełem ślepegoZrządzenia natury; mieszaniną popiołu i pleśni;Pożal się, Zeusie; wirtuozem odbytu.
I takMetamorfoza ArachneByła nie tylko strzelistym aktem dobroci,Ale i cierpkim owocemGłębokiego Rozumu.
Nie stało się od razu — o nie. W wielkim bóluKażdy paluszek dziewicy wypuszczał kosmate kłącza,Wysmukła szyja wchodziła w kadłub jak dłuto w głaz;Oczy ogromniały od grozy.
W wielkim lękuDelikatny narząd płci i czułościPrzeobrażał się w chitynowe obcęgi instynktu.A żądza krwiDopiero miała nadejść.
Jednakże —Jak twierdzą obeznani w rzeczy —Prawdziwa męka wstrząsnęła półowadzim ciałem Arachne,Gdy już doszczętnie stał się jawnyWyrokO dozgonnej utracie głosu.
Opiece NiebiosNależy przypisaćPrzeobrażenie Arachne w pająka.
OdtądDziełoRozwija się dalej,
W wielkim skupieniu i poczciwym majsterstwie,Bez zbędnej pychy,Obrażania matron,Niecenia waśni,Mącenia natury.
Do Taliarcha
To żółte drzewo w granatu bukiecie,Ta zwierząt ścieżka...W jakiej dziewczynie lub w jakiej kobiecieZamieszka?
Ta smukła świeca na lichtarzów złocie,Ten wiatr w welonie...W jakiej zatracie, więc w jakiej pieszczocieZapłonie?
I pożar stogu pośrodku północy,I szron na trzcinie.Ku czyjej zgubie, ku czyjej pomocyPrzypłynie?
O, mój Taliarchu, nawet włosy lutni,Żurawi poryw...Przeobrażamy nieszczęśni OkrutniW topory.
★ ★ ★
Piękno —A czyżbym nie był jego godny?Ja, który tyle chcę unieść z człowieka,Że nie mam wiary nawet w grób swój? W chwilę,Która nim przyjdzie, to wpierw mnie oślepi?...
Piękno —A czyżbym nie był jego godny?Kto zna mnie trochę,Ten tak mnie spamięta,Jakby mu przyszło zawiadomić Wdowę,Że ten, co odszedł,Nic Jej nie zostawił.
Malarstwo (II)
Czy piękno cię nachodzi, tak jak śmierć? Jak na mnie? —A więc wstajesz pobladły — i ku wielkiej zgrozieKobiety bezrozumnej, psa drżącego, lusterWleczesz cień swój żałobny przez wszystkie pokoje? —
Widzę: idziesz. Wśród puszek z pokruszoną farbąOdnajdujesz swój zydel, lęk swój przedwczorajszy,Nawet pięść, która z nagła podbiła ci głowę,Kiedy biegłeś ulicą — jak ptak — po omacku.
To jest piękno?... Zwątpienie?... A więc czujesz takżeCzas, który w nas uderza aksamitnym skrzydłem?Ciebie także radują zmierzchy pod oczyma,Pokruszone kasztele, wklęsłe fiordy skroni?
Widzę: dźwigasz. Unosisz skamieniały pędzel,Nie na płótna wysokość, na wysokość czoła,Aby potem wstydliwym zasłonić uśmiechemTamte — wspomnij — po niebie rozwiane chorągwie.
A więc piękno jest w klęsce? Znasz tę samą radośćPrzegrywania przed czasem? Świateł wygaszania,Jeszcze zanim się zjawi Duch nad Elsynorem,Przed Jakubem Archanioł, róże nad Olimpią?
Widzę: wracasz. Już jutro, już pojutrze możeZostaniesz tam na dłużej, tam — co zawsze znaczy:W kobiecie bezrozumnej, w drżącym psie lub w nocy,Której cień najpiękniejszy nosimy wpół twarzy.
Dedykacja: Jerzemu Stajudzie
Genezis
Gdzie jest to Zwierzę, które cień ogromnyWe mnie wciąż rzuca —Żagiew dymiącą,Ciemny blask zwierciadła,Głos dzwonu?
Czy w tym wszechświecie jest —Czy w tamtej próżni,Na którą Chrystus — On jeden — spoglądał w Ogrójcu?I jakie Zwierzę?Niekiedy widzę —Niekiedy dostrzegam:
Głowę potwora o zdumionych oczach:Moją — z dzieciństwa — głowę w zamyśleniu.
Świecenie Aresa
Głowa Aresa — z gipsu albo z wapna —Ma zamiast uszu dwa złote skrzydełkaNa nich wzlatujeObraca się wolnoOkrągłym ruchem podobnym do planet
W pierwszym świeceniu widać tylko kędziorZa chwilę z cienia wypływa półprofilPełniaOznaczaBlask grdyki i czołaW którym jak próchno otwór świeci mały
I gdy tak płynie —Za głową AresaSzybuje stado drobnych rąk panieńskichZa piękną głowąBieżą dłonie starcówUśmiechy matek jak klucze żurawi
Ciało Aresa — kiedy głowa świeci —Spoczywa obcePorzucone w trzcinieStopy po kostki zanurzone w bagnieMiędzy palcami weselą się raki
★ ★ ★
Piękno spóźnione,Nie było cię wcześniej —Nie było w środku —Nadchodzisz od portu.
Tak, z tamtej stronyPrześwietlony we śnieDuch Ojca schodziZ zamkniętą aortą.
Prawdo spóźniona,Nie było cię w porę —Nie było potem —Lecz jeszcze gdy jestem.
Pytam o winnych,Duch milczy z uporem,Rozkłada ręcePraczłowieczym gestem.
Dante
Płomyk powagi który mam na czole —Jak podmuch kuliLub refleks letejski —Warstewkę soli którą mam na wargachCienkąŻe nigdyNie do scałowania —I nawet chłodnePuste fiordy skroniPrzyniosłem z nieba
Ten który spada — ten spada na skrzydłachTen co ucieka — wiatr przynosi w szatachTen co zostaje — siedzi na prawicyTen który wraca — ?
Jest powrót z nieba dźwiganiem powagiWejściem do domuUcztowaniem stypyJedzeniem ciasta na drożdżach i wapnieMówieniem:WszystkichNasCzeka to samo
★ ★ ★
Dobranoc głowo — jakżeś wyglądała?Dobranoc twarzy — gdzie zabłyśniesz znowu?Nad jaką basztą — przy jak zimnym nowiuStraż ciebie ujrzy i uderzy w działa?
Dobranoc ręce — w gips odlane jaki?Dobranoc stopy — idące w bezdrożePrzez jaką ziemię i przez jakie morzeDo — z psów i ludzi wyzbytej Itaki...
Nad grobem niemowlęcia
Kiedy dziecko umiera, nawet tak bezrozumne,Że nie czuje odlotu przerażonych rąk znad jego powiek,Kiedy nawet jeszcze żyć nie zdążył człowiek,Wszak umiera człowiek;I znowu LudzkośćKupuje sobie trumnę.
Niemowlę — ono nie krzyknie w progu wiecznej zimy,Ani się przed mrozem schroni w twoje ramię,Ale gdy się już nad nim raz wieko załamie,Niemowlę powieTo, co my mówimy.
Tajemniczy jest Słuchacz, który słucha tych głosówNie wydobytych, a idących przez nieboJak coś ogromnegoI jeszcze większegoNiż pył w męskiej dłoni skruszonego wrzosu.
★ ★ ★(Z cyklu „Spotkania”)
Ostatnią rozmowę z Marią Dąbrowskąprzeprowadziłem przez telefon
...Stała na wzgórzu — była drobna — w białejSpódnicy z płótna, w bluzeczce z jedwabiu;Na stopach miała uczniowskie skarpetki,Które zaledwie okryły Jej kostki.Stała na wzgórzu — w tarczy siwych włosówJakby w zegara słonecznego tarczy.
Czujna — płochliwa — gotowa do biegu;O, zaraz skoczy i zbiegnie tu na dół,Gdzie pod drzewami stoją długie stoły,Na nich naczynia, książki, ręce kobietZłożone ufnie obok dłoni mężczyznLub zaplątane w grzywy starych zwierząt.
...Stała na wzgórzu — nad całym obszaremEpoki — jedna. Nad doliną — światło.Już tak pokorna, a wciąż nie wierzącaW ścięcie warkoczy, w powieszenie luster,W krzyżową mękę spustoszałych okien,W myśli ostatnie, błędne rozstrzelanie.
I miał gong wybić. Ten radosny, któryWzywa domowych w porze podwieczorku,A oni idą, niosąc paproć z lasu,Protezę z bitwy, zapach świec z kościoła;I ona zbiegnie — i też coś przyniesie:Mrówkę na dłoni lub welon weselny.
...Nie było gongu. Zadzwonił telefon.Powstała z krzesła — a schodziła z wzgórza.Ta w dole: chora — ta w górze: skrzywdzona,Jak matka z córką, i jak wdowy — obie.Podniosła się z krzesła — więc która? A któraZakrywszy oczy, zbiegła w dół jak w cmentarz?...
Mówiłem z dwiema. Z jedną, że ma serceBardzo zmęczone, że już mu nie ufa...Z drugą, że trzeba znów wrócić do miasta,Pożegnać ptaki i powitać eter...Z pierwszą, że umrze — z drugą, że umieraćTo jakby wracać w próg szkoły z wakacji.
........................................................................................
...Potem się zbiegły. Potem się złączyłyW czułym uścisku dwóch zbielałych dłoni;Zarówno jednych, kiedy w zawstydzeniuBrały na siebie klejnot pocałunków,Jak kiedy w wieczność odchodziły społemZ nigdy nie zmytą plamą atramentu...
........................................................................................
Walka Jakuba z Aniołem
Ty we mnie chlebem kamieniem kościołemJa w Ciebie żebrem
Ty — jak w dwie tarcze — w skrzydła uzbrojonyJa — w zmarszczki czoła
Za Tobą ogień hoplici i gryfyA za mną — grób mój
Ty we mnie zorzą kobietą i dzbanemJa w Ciebie grobem
Dedykacja: Jerzemu Gembickiemu
Głód
A jednak jest w nas ten głód życia. Ten, co nas rozdziela,Ten, co nam każe w żałobną muzykęWnosić wasze uszy martwe, jak woskowe lichtarze,Na oczy ślepych wchodzić garścią bzu wilgotną.
Płaczemy śmierć cudzą, tak, na zawsze cudzą.Przygodę innych, legendę nie o nas:Garsteczką gliny nabrzmiałą od słońca,Krzykiem wtulonym w pachnące chusteczki.
A jednak jest w nas ten głód życia. Ten ogród, gdzie taniecWiedziemy jak dzieci, odginając głowy,Oślepieni stadem motyli tańczącym nad nami,ZabijającychNalotami skrzydeł.
Objawienie według świętego Jana
Że naród pije, ja pośród naroduPrzysiadam czasem. A lubię najniżej,Gdzie upaść trudno, bo tylko upadliMają swój kątek pod tą Ścianą Płaczu.
Upadli krzywo: tamten wprost na skrzydło —O tyle zbędne, że nie miał drugiego;Ów na pysk upadł; gdy dźwiga go w górę,Dzieciom i księżom trzeba zakryć oczy.
Panny — upadłe na wznak — leżą cicho,Z świętą słodyczą biorą w usta lejki,Zaś ołów w siebie. Będą wniebowzięteKrzyżem leżące — i sztywne jak krzyże.
Bo naród pije — a ja wśród naroduDla Zbożnej Sprawy Zbawienia Wszystkiego.Żebyśmy tylko tacy zdrowi byli.A gwiazda Piołun niechaj też nam wisi.
Dialog
Opowiedział mi człowiek, który pije wódkę,Że nogi ma dosyć dobre, na starość też nie narzeka;Że nawet wierzy w Boga, to znaczy w Coś po śmierci;Że owszem,Że odłożyłNa Czarną Godzinę.
Odrzekłem człowiekowi, popijając wódkę,Że chmury jeśli sine, to tak zwykle bywa pod jesień,Że jest to rzecz normalna, iż drzewa krzywo rosną,A ptaszki — krocząc w śniegu — przeziębiają łapy,
PotemPadliśmy sobieW ramionaZ wielkim płaczem.
Didaskalia
— Więc jak żyć?To prostujesz się w krześle,Ręce układasz na szczupłych kolanach,Masz w sobie powagę dziecka, co się dowie.
Patrzę na łódki twoich młodych powiek,Na wargi pochmurne jak owoce leśne,Na włosy przesiane złotym blaskiem rana.
Nie wiem doprawdy, co Ciebie przejedna,Moja Śliczna Biedna.
— Więc jak żyć?Tu odchodzisz od stołuZ talerzem w dłoniach jak z wielkim ciężarem;Kobiecość niosąca i gorzkie zmęczenie.
Patrzę na czoła wysokiego cienie,Na twych paznokci szarzejący ołów,Na wąskie usta, co nie chcą być stare.
Nie wiem doprawdy, co Ciebie przejedna,Moja Śliczna Biedna.
— Więc jak żyć?Tu odchylasz się z wieńcemSponad gliny wzniesionej wysoko jak wieża,I dajesz się unieść w milczący korowód.
Patrzę na chłodne kościoły wieczoru,Na to, co było i nie będzie więcej,Na studnie nieba, otwarte na ścieżaj.
Nie wiem doprawdy, czy to Cię przejedna,Moja Śliczna Biedna.
Samolot(Z cyklu „Spotkania”)
Dziesięć tysięcy metrów nad Kaukazem —On — człowiek w przepoconej koszuli — w skarpetkach ciężkich od zmęczenia,Pijąc wódkę z trudem, z mozołem kochając żonę, z bruzdą na czoleWalcząc o niewysłowione piękno swojej twarzyTrzepotał w samolocie, jak serce w Ikarze, jak serce podchodzące pod gardło:
Mówił Artur:— Siądź, proszę,Ona mówiła:— Nie zjadaj alkoholu!I szedł Broniewski — na przestrzał twarzy pasażerów, wątroby swojej i płaczu.
I pojąłem:Od niego zależy lądowanie!
Na twarzy białej Umarłej?Na profilu Dantego?Na ościach ryb wyrzuconych i połkniętych przez słońce?Na głowie pocałowanejPrzez Gwiazdę,Co wolno przecieka?...
Ars poetica
Godziny przy piórze — one leczą rany,Nawet śmierć jest daleka, jak była w dzieciństwie.Zwierzęta domowe śpią ufnie przy twoich stopach,A płomień świecyNieruchomieje jak miecz czuwający.
Wszystko, co wokół — krzesła, książki, kwiatyUbierają się w odświętność, powagę i czołaWysokie. I oto — nikczemny —Twarzą stajesz wobec świata, jak glob naprzeciw globu.
Oto wiesz na pewno: za twoją kotarąJest tylko ściana, nie ma Poloniuszy.Oto czujesz bezpiecznie: w środku twojej dumyNie zagości ni karzeł, ani też pochlebca.Oto szepczesz zaledwie,Układając zgłoski —A słyszysz: księżyc dźwiękiem odpowiada.
Godziny przy piórze — one leczą rany,One też wstrzymują od ran zadawania.Patrz: podniosłeś usta, by odpluć obelgę,A stoisz — niby dziecko —Z usty zdumionymi.
Nowela (I)
Kiedy generałowej Branickiej tramwaj odciął stopę,Jej ogródek pośrodku podwórza zesechł i zmizerniał.Siatka, która osłaniała ten skrawek, jak kwef ochrania wdowę,Stała się szmatą z drutu, łodyg i rupieci,Na drewnianym stole sczerniał ślad po kartach,Na żwirowanej ścieżce rozciekła się mysz.
A przedtem — jak pomnę — szlachetna Branicka,W sukni sprzed wieków, w srebrnym hełmie włosów,Wnosiła tu z piętra kruche filiżanki,Dzbanuszki ze srebra, ciastka z margaryny,I w pozie przejętej z portretu Marii LudwikiOczekiwała trzech swoich Staruszek.
Miała je trzy — nieodmienne — wyszperaneZe sklepów Desy, ze Szkoły Tańca, z Pensjonatu:Nakryte wielkimi czarnymi kapeluszami jak rzeką,Opięte w gorsety, w których trzeszczały szprychy parasoli.
„Ce sont des vieilles” — myślałem po francusku,A one po francusku piły cienką kawęI śmiejąc się z francuska, piskliwie, drobnymi rączkamiOganiały się od pszczół sennych i wielkich motyli.I dużo mówiły, nie słysząc się nawzajem, bo głuche,I patrzyły w śmierć swoją przez zazdrostki słonecznika.
Kiedy generałowej Branickiej tramwaj odciął stopę,Plotka domowa doniosła, że wszystkie pomarły.Pierwsza przez pomyłkę zjadła igłę przy robocie haftów,Druga — w kościele — śmiertelnie zaplątała się w różaniec,Trzeciej nie znaleziono. Może weszła w ścianę?
Spoglądam na gruzy ogródka pośród podwórza,Rozmyślam o stopie osobnej, kobiecej,Wiatr biorę na piersi,Trochę dżdżu na twarz.Nadeszła jesień. Pora palić w piecu.
Brueghel (II)
Ten plan jest widziany z poddasza. Przez cierniowe ogrodyGałązek i drzew wielkich. Na śnieg patrzę i wodę,Przyprószoną zaledwie. A zaś w głębi chmuraWiatr pochwyciła, zamknęła w swym wnętrzu.
Ja — Malarz — już nie żyję. Zziębnięty jak blachaToczona po śniegu, duszę dałem Bogu.Jest teraz mała, luta,Podobna do klucza,Na którym niekiedy Bóg zimę wyśwista.
Ja — Malarz — już nie żyję. A jednak oczymaMoimi patrzycie na śnieg i na wodę,Przyprószoną zaledwie. I to ja ustawiamWysokie słupy światła nad mrokiem lodowisk.
Biegnie pies z uchem postrzępionym w bójce. GawronKroczy kłaniając się śniegom to w lewo, to w prawo.Człowiek wór niesie. Dzieci do sanek przywiązane.A z kominów — aż do mnie — wznosi się woń jadła.
Ja — Malarz — już nie żyję. Ale przecie widzęTe trzy stare kobiety, idące od boruJak dzwon od kościoła. Zaplątane w szleje
Chrust wloką po śniegu, a w ich ciemnych twarzachMróz pozapalał biegające iskry.
Zimo — Majestacie,Śmierci — pusty dźwięku.
Policzek
Podówczas — a było już po uporządkowaniu narzędzi —Heble na stół, wióry do kąta, cyrkiel na ścianie, chłód na suficie —Majster zaplanował budowę wielką i zimną,Brzuch i genitalia okrył skórzanym fartuchem.
Z kuchni dobiegał smak rosołu i kłótnia;Domowi byli w domu,Godzina — na zegarze.
Podówczas — a było już po uporządkowaniu sławy —Order na ancugu w szafie, wiele ukłonów po niedzielnej sumie —Majster przybijał się gwoździem do stołka li tylko z nawyku,Znużony diabeł leżał, ogrzewając mu pięty, i mruczał.
Z nieba święta Teresa wysypywała róże,Wiatr chodził po kościach,Myśli — po głowie.
I wtedy — podówczas —Przyszła z dworu dziwka,Wniosła piersi i w uszach odrobinę dżdżu.Nic specjalnego.Młoda.Bardzo piękna.
Majster wstał,Uderzył ją na odlew,Biło ją po twarzy rzemieślnicze serce.
Bitwa
O, ile od tkliwości i miłości pościł,Aby wszedł po Jej włosy jak w żywiczny kościół.
Pojrzał wpierw po witrażach, w środku twarzy stanął,A tam wyżej — na czole — stał już słońca anioł.
O, jakże się przepłoszył, ucieszył, przyczaił,Że sam jeden stratuje każdy blask w tym kraju.
Nie usypie spod palców niczego prócz zgliszczy,A co zacznie miłować, miłowaniem zniszczy.
Nie ma bowiem spełnienia, aby nic nie brzydło;Kochasz blask Jej? Stłucz lampę. Kochasz wdzięk? Złam skrzydło.
Tak też czynił radosny. Pochylony nad zlękłąCałą polać przemierzył — od wstydu po piękno.
Jeszcze wzrokiem zaczerpnął tętniące powietrze,Potem zwarli się w bitwie; śmiertelne dwa miecze.
Fraszka
Czy potrafię cię, piękna — ja, co tak nie umiemKochać własnej miłości, jak tylko zajadle?Bo czy można ułożyć miłość na rozumie,A jedynie twe włosy kłaść na prześcieradle?
Powiedz dzisiaj: „jest piękna”. Pokiwają głową,Sposępniałe policzki uśmiechem obloką,A to będzie, jak gdybyś dał właściwe słowoNiegdysiejszym, ach, śniegom — nad wodą obłokom.
A więc wracaj, Ulotna, gdzie przy czarnym TumieZiewa grób opuszczony i rdzewieją szpadle.Bo czy można ułożyć miłość na rozumie,A jedynie twe włosy kłaść na prześcieradle?
Dwunasty listopad
Teraz ją trzeba rozbierać z rozwagą;Znać, gdzie się kryją czułe klęski ciała,Tak by wpółskryta, przecież naga stała,Nie obnażona, aby była nagą.
Źródłem pożądań będzie nagość czoła,Źródłem bezwstydu powiek obnażenie;A źródłem światła zestrzelone cienieW jej kruchych dłoniach jak w sennych wądołach.
★Widziałeś pożar? — Dziś spoglądasz w płomieńLampy wysokiej. W gwiazdę ponad sosną.Wzywałeś gwiazdę — ? Dzisiaj masz radosnąLampę krążącą w okna nieboskłonie.
Ty byłeś inny — ? Inna jest też klęska,Mniej może wielka, może bardziej wzniosła.Ponad wodami cicha mgła narosła,Duch ponad mgłami, litość jest zwycięska...
★Litość? Bądź czujny. Bądź ostrożny z ową,Która już czeka za progiem twej twarzy:
Ta Ruda Wdowa, co w paluszkach ważyW garstkę wyplute, twarde DOBRE SŁOWO.
Inną mieć będziesz. Nie damulkę z miasta,Co na wieś jedzie, dziecko do chrztu trzyma —Lecz między starca i psimi oczymaPrzeciwny Bogu most, który narasta.
★Jakże wzgardliwi byliście oboje.Ty — dla twej dumy. Ona — że na wietrzeKładła profile swe od liści bledsze,A tyś je łowił, chronił w książki swoje.
Myślałeś: tutaj, między tymi stronyPrzetrwa jej profil jak w zegarze dusza;Przecież dziś wiecie, że twarze zasuszaCzas przysypany i dąb przewrócony.
★Teraz ją trzeba rozbierać z powagą,Lub może lepiej czekać za jej progiem,By sama z siebie zdjęła czas i trwogę;By nagą będąc, nie była już nagą.
Poczekaj! Ona. Tak, to tylko onaSpłoszoną wiarą może was ocalić,Bądźcie szczęśliwi. Dobrej nocy. AlićTa rzecz się skończy, choć jest nieskończona.
Dedykacja: Żonie
Sześciokrotne śpiewy poranne
Skąd oni biorą nienawiść? Z małości — ?Więc gdzie się skrwawił baranek ich wstydu?Powiedzmy szorstko:Gdzie była ta rzeź,Gdzie sami sobie skalpowali czoła?
„Człowiek uczciwy nawet psa się wstydzi” —Tak przeczytałem w staroświeckiej książce,A biła północ,A że nastał świt,Poznałem z piania niezawodnych hycli.
★Oto umiemy, oto nauczeniJesteśmy wreszcie: kręcić bicze z piasku,Wbić tysiąc ćwieków w jedno ziarnko maku.Córkę piekarza wypiastować z sowy.
I dokładamy do wszystkiego rękiCzułej jak ręka hodowcy lub gacha:Do bicza z piasku,Do ziarenka maku,Do drew, co płoną w rodzinnym kominku.
★A o czym gwarzyć przy rodzinnym stole?Wuj odpiął skrzydła, że były mu zbędne.Stryj jeszcze wierzy, a wierzy korzystnie,Bo wiara stryja przenosi go w góry.
Głód? Gdzieś tam dalej. A zresztą w gazetachO rozmnożeniu cudownym planktonuPisali dzisiaj. O śmierci? W peticie.Petit jest czcionką wyłącznie dla młodych.
★„Lecz ten się wyrwał!” Też będzie wyrwany;Otóż już wokół rozczyniamy glebę,Ubrani w szpadle, fartuszki i w słońce,Skłonni się chwytać, każdy za co może:
Babka za dziadka, a wnuczek za babkę,Kruczek za wnuczka, zaś Mruczek za Kruczka;Wiatr za epokę i nozdrza za wiatrem,I łby do ziemi — i do piasku głowy.
★My nie po trupach. My po przemyśleniuIdziemy w niebo po szczeblach drabiny:Są z nas Jakuby nie z Ducha, nie z Ojca,A z przysposobień Ochotniczej Straży.
My nie po trupach. My pozostawiamyZa sobą tylko ptaki okulałe,Muchę skrzywdzoną, trawę zadeptaną,Albo — co chlubne — nowy Dom dla Starców.
★Bo twarz mieć trzeba, z którą jest do twarzy.Nogi w obuwiu. W kalendarzu miłość.Ojca w szacunku. Alkohol pozatem.Teściów najlepiej w osobnym mieszkaniu.
Ci, co się dręczą, sami sobie winni —Ci, co niewinni, ci się nie udręczą.Choć bądźmy skromni: na niewinność panienPatrzeć dziś raczej należy przez palce.
★Różanopalca. Eos. Ty najlżejszaZ bogów mitycznych, które tak nas gniotły,Przyjdź! Nawiej woni w nasze słodkie usta,Przydajże blasku naszym miękkim grzbietom.
Popatrz przez palce. A my za przykłademNa świat pójdziemy zwiastować nowinę:„Dawno umarli przez bogów widziani,Wiecznie żyć będą widziani przez palce”.
★Skąd oni biorą swą pychę? Z litości?Więc gdzie się skrwawił mój baranek wstydu?Powiedzmy szorstko:
Gdzie dopadł mnie mrok,Wilgoć na skale, senność na wilgoci?
— Opowiedz ptaka.— Dobrze, opowiadam...Jest teraz w locie statecznym, dokolnym...Lecz gdy znienackaDopadnie go noc,On niespokojnie śpi na sercu dzwonu.
★ ★ ★
Spojrzałem w twarz Marzeniu —Było odwieczne i stare, najstarsze z marzeń ludzkości.Widziano je wciąż tak samo: jako nagiego chłopca na wysokiej skale;Ale ja podszedłem najbliżej.
Tam już tylko piołun zapachem się krzewił,Suchą łapkąŚwiat błogosławiła jaszczurka.
„Chłopcze — zapytałem — mój złoty chłopcze,Dlaczego tak późno przychodzisz na odwieczerz?Swoi siedzą przy stołach, wyłożyli łyżki i metalowe talerzeI nawet kłódka roztworzyła usta z głodu.
Chłopcze — powiedziałem — niesforny chłopcze,Czy wiesz, że niczego nie zaczną bez ciebie, Złotego Gościa?Kobiety boją się rodzić,Starcy watoliną uszczelnili trumny,Mężczyźni mówią « tak » i « nie » — i nie ma to żadnego znaczenia.
Chłopcze — wyszeptałem — sędziwy chłopcze,Kto ciebie nie malował,Nie pisał,Nie wzywał —
Ten ma teraz skrzydła, aureolę i bat,Ten jest Aniołem Gabrielem twojego opóźnienia”.
Spojrzałem w twarz Marzeniu —Było odwieczne i stare, najstarsze z marzeń ludzkości
Potem szedłem w dół,I w dół —I tak bez zatrzymania.
★ ★ ★
Przecież mnie czułość nigdy nie opuści;Nawet gdy zwątpię w śnieżność mego pióra;Gdy pewnej nocy — pełnej świec i luster —Ujrzę na dłoni tylko ślad po ptaku,Wątłą relikwię zmarłego zwierzęcia,Które zagniotła glina i powieki.
Będziesz mi wierna, dostojna czułości,Po czas jałowy — i po dalsze czasy;Aż tam, gdzie widzę szczupłą głowę starcaO moich nozdrzach i z moim uśmiechem,Złożoną miałko w pielęgniarskie dłonieLub już owianą płomieniem gromnicy.
Ale mnie czułość dalej nie opuści;Przecież zetleje już kamień nagrobny;Z tych świec, co moje, wiatr rozkruszy knoty,Z tych łez, co dla mnie, piasek się zawiąże,A wciąż — przez niebo — będzie szedł znużonyZamiatacz modlitw z posiwiałą miotłą.
Elegia oborska(Narodziny i śmierć wiersza)Zofii Hodur — Pani na OborachI
Ta elegia jest zwierzęciem. Tak, wiem doskonale —Tyle właśnie wie twórca w samotności klasztornej,W pomroce i brzasku. Jego cela świeciPustką;To bardzo jasne i rozumne światło.
I wtedy — gdzieś na przestrzał — w pociemniałym kącieStaje dusza zwierzęcia; niewidzialna jak wszystkieCiała astralne; lecz bardziej wzgardliwa;Pachnie gonitwą,PłomieniemI rzeźnią.
Z duszą zwierzęcia obcuje się długo:Jest to stwór niewidzialny, lecz tym bardziej płochy.Tak można spłoszyć przeczucie, woń kwiatu lub smakMaliny rozgniecionej wargami Dzieciństwa.(Tak — powiedział mi Umarły — z nieuwagi i zbytkuGubi się życie.)
Więc niech będą błogosławione uszy: wysmukłe kolebki ciszy,Więc niech będą błogosławione plecy: rozległe plantacje nerwów.
Więc niech będą błogosławione kościoły,Stojące tam — i tu,W ciemnych wądołach nocy: białe i opuszczone.
One wszystkie ośmielają duszę zwierzęcia. Bo one ją węszą,Aż — och, wstrzymaj oddech! — pojawia się pierwszyZarys,Zamysł zarysu,Przeczucie zamysłu;Dusza zwierzęcia zaczyna jaśnieć jak papierowy lampion słońcaW głębokich wodach chmur.Dusza zwierzęcia prosi o pocałunek — wilgotny i mięsisty —Albo o szpadę.
Tedy weź przedmiot:Kamień,Rzeźbę płonącą,Twarz kobiety lub zbira(Z pamięcią, że każde ma inny zmysł rodzenia)I ciśnij — bez woli mordu — w to nadmiernie czułeBłaganie o akt.
Dusza zwierzęcia pokryje się włosem.
II
I pójdą nerwy w las. A tam — na samym skrajuPurpurowy lisowczyk bizunem omiata niebo.I pójdą nerwy w las. A tam — w płonącym bagnieKobieta nagą piersią jak półksiężycem świeci.
I pójdą nerwy w las. A tam — w kaplicach korzeniUmarli wiszą sucho jak dzwony albo stuły.I poszły nerwy w las. Ujadającą sforą,Którą okładaj kijem.ZwątpieniemAlbo pięścią.
III
Bo urodzić zwierzę — to wywieść je z Rozumu;Wykrwawić je cierpliwie, lecz bez ujarzmienia.Niech ono samoNasyca się do woli,Dbając o kształt swój własny — rosnący — nie zmyślony.
Pojrzysz: w garb urasta;Pofolguj,A nie wstrzymuj;Czym bowiem jest poroże albo skrzydło gryfa?
Pojrzysz: ślepe i głuche;Lecz czym piękniejszy kamień,Którego twarz dokolna jest cała globem ust —A każde z nich milczące?
Pojrzysz: onoNa chmury się unosi,Okrakiem bryły niebaJak kłęby klaczy ugniata;
Pojrzysz: onoW srebrzyste otula się runoDmuchawców,Trenów ślubnych,Koronek rosy i sztychów;Pofolguj,A nie wstrzymuj.
IV
I oto zwierzę rośnie. I jest to wielkie zwierzę,Mosiężne ma pawęże, z ołowiu ma pancerze.
Jak bardzo delikatny przeczucia jego powiew,Tak ciężko się rozwarły dwa skrzydła nad tułowiem.
Jak lekko pomyślałem półsenną jego rzęsę,Tak kości wapnem naszły, powieki — gęstym mięsem.
I jeślim myślał — czuły — o jasnych grzyw manowcach,To czoło lwa spotkałem i biodra nosorożca.
A to jest moje Zwierzę. To ja jestem zwierzęciem,Chodzimy w sobie wzajem, zwiedzamy się nawzajem;
Spoglądam w głąb zwierciadła, gdy łbem się wołu staję,A wtedy dzwony biją na moje „Wzwierzowzięcie”.
V
Zwierzę do mnie:Zrobiłeś mnie krzywo. Mam łapki na ukos;Nie boleję nad tym, bo moje zatrudnienieNie jest ani pociągowe, ani drapieżne, ani też do wydoju;Doprawdy, nie wiem, do czego Bóg mnie powołał za twoim łaskawym pośrednictwem;Umiem prząść,Pociągać wódkęI niektórych do odpowiedzialności,Ale ich ilość jest żenująco znikoma.Powiedzmy:Będę pędzić bimber,Ale cóż to za bohaterstwo!Gdybym zaczęło kupczyć gorczycą,Posadziliby mnie za handel szelkami.Życie nie jest takie liryczne,Jak to się znowu tobie (z drobnymi wyjątkami) wydaje.
Gdybym umiałoMoimi zamszowymi wargamiOtulić coś bardzo biednego — wiesz, to coś, co stoi zupełnie na uboczu —Byłoby to wielkie.Zrobiłeś mnie krzywo. Jestem zaledwie nosorożcem.
Ja do zwierzęcia:A przecież bywa, że idziemy sobiePrzez złote niebo — w czyżyków zamieci;A tam,
Znad lasuSchodzi nam naprzeciwZiąbu wysoki i ożywczy promień.
Jest ziąb bociani. Ten od gniazd się bierze.Jest ziąb podziemny. Ten we studniach dudni.Przez niebo łatwiej, przez ziemię iść trudniej —Przez ziemię węziej, przez niebo iść szerzej.Tańczymy z ziąbem. Bierzemy na piersiPoblask srebrzysty i delikatny.Spadamy w tańcu — i chociaż nie pierwsi,Czyżby ostatni?Nie, przedostatni.
VI
Ta elegia była zwierzęciem. Teraz jest żałobą —Twarze zmarłych zwierząt odchodzą tak lekkoJak ich oddechy — obłoki ulatujących nieśmiertelnych dusz —Przez nikogo nie zapamiętane.
Tego naucz się każdy, któkto dotykasz próżni,Aby w niej przeczuć nęcący swąd zwierzęcia:Powołane z trudem,Rozpyla się w kurz.
Ktoś posadzi drzewko,Ktoś kaktus podleje o imieniu psa,Ktoś budzi się w nocyI z krzykiem wzywa zabitego przez siebie zająca.
(Tu należy zaprzęgnąć całą wyobraźnię: zgon krowy,Tak, widziałem zgon wołu — rzeźnik miał rękawiczki z białejPrzezroczystej gumy. Jego pomocnik wymalował sobie nad lewym kolanemOblicze Chrystusa. Ale kiedy go zagadnąłemO sposób zabicia nosorożca, spoważniał.— Widzi pan — powiedział —My to mamy na uwadze. Sprostamy, kiedy nadejdzie potrzeba.Na razie to jeszcze nie zachodzi.Wszystko odbywało się w przeraźliwie przezroczystym słońcu.)
Mój Boże,Jak leniwie strzelamyDo wałęsających się na podlasiu elegii —
Więc niech będą błogosławione uszy: wysmukłe kolebki ciszy.Więc niech będą błogosławione plecy: rozległe plantacje nerwów.Więc niech będą błogosławione kościoły,Stojące tam — i tu,
W ciemnych wądołach nocy: białe i opuszczone.
Stance
I
Nie ma Cię, pani Łagodna,Nie ma Cię, pani Radosna.Zaledwie zmoczyłem wiosła,A tedy sięgnąłem aż do dna.
Lecz na dnie roślina podwodnaMe wiosła w gniewie uniosła —I jesteś, pani Radosna.I jesteś, pani Łagodna.
II
Nie ma Cię, Królu od Miecza.Nie ma Cię, Królu od Wagi.Stanąłem w przyłbicy i nagi,Rozniosły mnie skrzydła powietrza.
Lecz idzie przez niebo rzecz bledsza,Odwaga cieknąca z powagi.I jesteś, Królu od Wagi.I jesteś, Królu od Miecza.
III
Nie ma Cię, mężny Rozumie.Nie ma Cię, siostro Ironio.Ledwie ruszyłem z pogonią,A myśl ukryła się w tłumie.
Lecz jeszcze jedno to umiem:Nad własną zamyślić się dłoniąI czerpać nią ciebie, Ironio,I żebrać nią ciebie, Rozumie.
Brama na Starym Mieście(Kopia obrazu Aleksandra Gierymskiego)
I
Jest mocna. Kamienna. Zwieńczona portykiemJak głowa lwa. Albo wołu. (Tu wół bardziej pokrewny.)Ma w sobie czeluść tak gęstą jak syropLub kancelaria adwokata zmarłego na piersi.
Wzbudza szacunek. Bo w takim tuneluNie róża pachnie, nie dzwonek wiatyku,Lecz młotek szewca — na końcu spłaszczonyJak pieczęć kanclerska — lub całus obleśnika.
Dwa szyldy na skrzydłach pionowych uniosła:Jeden ten polski, więc ozdobny w klucze —Drugi prawitielny: rozcięty w dwujęzykZaborczej żmii.
Bo też carskie MochyRozcięły na dwoje Marcelę Taszyńską,I w czułym rowku biustu ślusarzowejKibitki pędzą po niewieścim śniegu.
II
A Żydy stoją. To są znaczne Żydy:Brodami pion znaczą — zamiast sznurowadłemPejsami wiążą wargi swych trzewików,I — choć tego nie widać — pięty mają blade.
Zbladło w nich wszystko pod ziąbami wieków;Zwiotczało — zwilgło — pachnie mchem i postem.Handlarka owoców się Żydami brzydzi:Bo Żydzi — jak baby — przed snem się podmywają.
III
A Ona ma piaskarza. Tenże: Chłop niemyty,Przynosi co wieczór piwonie gorzałki,Którą słońcem zakąsił. Wąsy też prawieczneRozkłada na zupie jak konopne włóki.
I ma wolę w portkach. To jest Boża wola —Więc od Świętej Anny, od Sakramentek, od Jana:Zanim ją spełnisz, trzy razy się żegnaj,Zanim ją uśpisz, kładź się na wznak: krzyżem.
I będziesz mocna. Kamienna. Zwieńczona portykiemJak tułów lwa. Albo wołu. (Tu byk bardziej pokrewny.)Otwierasz w sobie czeluść tak czułą jak zakrystiaLub jak cienie dzieci, biegnących na wietrze.
IV
Dołem przemyka staruszka. Hajże, to „przemyka”Ma w sobie tyle prawdy, ile śnieg w kostnicy.Lat sześćdziesiąt osiem, primo voto: Zgorzel;Na voto secundo Ksiądz Proboszcz nie przystał.
Więc na co ten pośpiech? Na co to drapieżneRozgarnianie laską staromiejskich cebul?A jest w tym zarówno upór nosorożcaI mdłość skazańca wiedzionego na szafot...
„Wszak zięć Bartłomiej przywieźli od ObórŚliwki na placek. Ja mu niesę wełnę —Będzie pończochy miał bielsze niż Żyd,A latoś w barankiTylko niebo obrodziło”.
V
O rynnie osobno. Bo rynna osobnaNigdy w moich wierszach nie stała tak naprzeciwSłowom — jak krosnom w Gierymskiego płótnach;Więc rynnę na bok;Niech ją pies obwęszy.
Ale po prawej: tuż ponad portykiemDywan dźwiga kurzeDwóch Insurekcji,Takoż i Powstania:
Jest to dywan bagnisty, w którym się kląskoTopielczyk zsunął, a Patrol czmychnęła.
Tylko Polacy z kurzu plotą wojsko,Ze śladów gliny na dywanie — dzieła.
VI
Zapach rynsztoka. Gierymski tu stał,Tutaj ocierał flanelową chustąSpoconej grdyki obrotowe lustro:Tu Boga się bał.
Zmalał Gierymski. Siedzi w pierwszym planie,Na szpicach kolan wsparł palce chłopięce:Wzniósł nasze twarze. W dziecięcej udręceSpogląda na nie.
Czy zrozumiemy? Czy ten bramy pomnikWzniesiemy w siebie jak odmę, jak klimatWidziany wonią, wąchany oczyma:Nie jak potomni.
Aromat cytryn. Gierymski go brałW roślinne palce plebejskiego dziecka —I ręka dziecka jak kolebki nieckaHuśtała szał:
Ani miniony, ani przepłacony,Ni w dzwonka śledzi, ni też strojny w dzwony;
Lecz tam przytomny, kiedy kto szalonyRozgarnia śmierci pluszowe zasłony.
VII
Zacna Taszyńska zmarła w progu zimy,To rak kobiecy wygnał ją przed bramę.Wokół nie było ni księdza, ni Żyda.Śnieg leżał na dachach.Skwierczał gaz w latarni.
I stoi mocna. Kamienna. Zwieńczona portykiem.Jak głowa kobiety w strzałach papilotów,Która wzgardliwym objawia śmierć,Mężnym zaś tarczę — z koroną Gorgony.
Sukumi(Z cyklu „Spotkania”)Swietłow żądał mnie widzieć Był już bardzo bladyZwłaszcza w lewej nodze i szpitalnym łóżkuKtóre tuPod tropikiemByło wyspą soli
Palmy chodziły za oknem jak wachta z HamletaTyle że odzianaW napierśniki kurzu
Swietłow słyszał tę wachtę Pokazywał palcemProsto na żar wirujący w otworze okiennymI śmiał się cichoChociaż nadal silnie
„To jest Stanisławie gong przed EpilogiemA ty — niecierpliwy — już opuszczasz teatrTrzaskasz klapąPotrącaszBiletera w przejściuA za chwilę zbiegniesz po schodach w popłochu”
Zmęczył się Swietłow I stał przy nim MurzynO potężnych zębachI z cytryną w ręku —
I łuskał cytrynęI powiedział „ChwatitNo chwatit SwietłowNo dalsze nie budiet”
Szedłem z tego piętra obsypany potemJak ulewą deszczu który właśnie wzbierałW trzewiach horyzontuI w świeceniu statkuBiałym jak hostia
No dalsze nie budiet
★ ★ ★(Z cyklu „Spotkania”)
Mówię Przyjaciołom:Sen był bliski brzaskuTurkotało mlekoWąwóz mgłą się zasnuł
A ja — w nocnych płótnach — w dzwonkach krów oborskichStanąłemCzołemNa środku Paryża
Miasto to — nie widziane na jawie — było jak AsyriaPełne wież słoniowych i piaskowców szorstkichWięc jak klęknąłemTak i biłem czołem
Podniosłem oczy: tu idzie Falkowski
ŚwietnyŚwietlistyW skórze podbijanejCzarnym barankiem — i z Dijora metkąZrywam sięWołam
On się skłonił lekkoI znikł w marmurach bezgranicznej ściany
To ja nura za nimWiosłuję w syropieZiarnistych żup skalnychW lodowych grot dzwonkach
I nie ma Paryża Jest poranna łąkaA na niej Falkowski — jako nagie chłopięPrzy ustach trzyma skrzydełko motylaGra na nim wąsko jak na białym listkuZ pobliskich laskówSzczupłe pyszczki listkówNatura wychyla
A on już inny. Już mu skroń zbielałaŚpiewa że duszaZ ciała wyleciała —Na zielonej łąceNa zielonej łąceStała
I znowu Paryż I w tej fajnej kurtceFalkowski wchodzi na deski Olimpii:
W kaskadzie światełW gestów zawieruszeZapowiada początekPoetyckich Zaduszek
Ja do Przyjaciół:Oni poglądająPo swych napiętych postarzałych twarzach —Ledwo się zapowiedzieliJerzy zapowiada
Halszka(Z cyklu „Spotkania”)W niewielkim pokoju na KrupniczejUjrzałem dziewczynę wśród książek.Nie była ładna — była na to zbyt Piękna,Nie była tkliwa — była na to zbyt Czuła.
Nosiła się z angielska —I ten zimny strójOblekał również Jej dłonie w rękawiczki chłodu.Studiowała filozofię —I ten ciemny domOsaczał Jej gesty nawet w ptasich gąszczach.
Długich chwil milczeniaŻądała od przyjaciół,Aby zamiast śmiechu — który tak przerażał —Jej mowa jedyna: smak piołunu i malin,Stała się jawna.
A potem długoPrzez Planty, przez śniegSzliśmy za wysokim woalem Jej ciepła —Bezwolni jak chłopcy, których nigdy przedtemNie owiał zapach matki.
Doprawdy, Szlachetni, nie to jest rozpacząIż zapominamy naszych pięknych zmarłych.Śmiertelny smutek,Rozłąka jest w tym,Iż Oni o nas wcześniej zapomnieli.
Grave
Z mgły,Z tych gęstych winogron, co bywają w Pralni lub w Łaźni,Przez żebra,Przez fałdyI łzyWyłania się coraz wyraźniej:Kobieta wioząca ziemię na wozie.........................................................................................
I tak obraca tłustą ziemię co dzieńRękoma bladymi od solnego aromatu:Ziemia dla dębów.Korzenie dla kwiatów.
A w przodzie Konik — ten Polny — się natęża,Seledynowym pyszczkiem żelazną uzdę gniecie:Sza,Sza,Ta kobieta rozwozi po świecieGrób swego męża.
Ogrójec
Wszedł Pan w Ogrójec, kiedy to pospaliSię jego żołnierze:SzymonI Juda,I Jan tam był —Wszyscy chrapiący pospołu.
Zdziwiło Pana, że kiedy On ŚmierciZaglądał w żebraJak w ekran Roentgena:Szymon spał truchtem,Galopował Jan,A Juda wlókł się na spania osiołku.
I wielka tkliwość — tak, ta gorzka tkliwość,Która nas godzi z pokrzywą i ostem,Dla której w baśniach królewną jest żaba,A krowa księżną;Tkliwość objęła Pana i Go uniosłaPonad śpiącymi.
Bo Szymon ściskał pod pachą koguty („ty się mnie zaprzesz”),Trzy trąbki strachu.Jan w śpiących palcach dźwigał głowę MariiJak blady lampion.
Juda radował się snem prostych rybakówO pyszczkach karpi i pośladkach kobiet.
Któż — czemu jest winny?Naokoło strażeDzwoniły włóczniami;
Pomiędzy cierniem wilczym okiem błyskałZłowrogi przelot wędrownych pochodni.Tak dni już wieleToczyła się wojnaPomiędzy Bogiem i lampką oliwną.
A człowiek zacny potrzebuje snu.Najbardziej lubi spać przy szumie deszczu.
Więc Chrystus spadał z obłoków tkliwościI — płacząc — wzmacniał sen swoich żołnierzy.
Modlitwa (II)
Wszystko mój BożeLecz nie kozłem ofiarnym —Tego mój BożeNie pokazuj po mnie
Bo tłok i zaduch w tej ciżbie ogromnejBo tyle śpiewu w tej chudej koźlarniKiedy batuta dyrygenta spadaI wystukuje „silentium” na zadach
Jest kozioł — sopranUbrany we włóczkęZ szydełkiem w nozdrzach
Jest kozioł — altObrzmiały od jadłaI cały w chlamidzie
Jest kozioł — tenorCo na szczudłach idzieI tylko mordkaŻałobna opadła
I bas — dębowyBaryton — od górI koźląt w kruchcie ministrancki chór
A godność? OnaTo obłokom czarnymRozstawia gromy na skostniałym globie
I wszystko mój BożeLecz nie kozłem ofiarnym —
Tego mój BożeNie pokaż po sobie
Nowela IV(Poranek Wariatowej)Poszła za nim w obłęd. A on ją tak objął,Jak klosz mlecznego światła obejmuje motylaNocy. Ludzie więc z zewnątrz widzieliJej cień zaledwie — plamę mglistą i ruchliwą,Która krąży łagodnie po mlecznej powierzchniJak sen na pościeli.
Tylko tam — wewnątrz — była wyrazista:Jeszcze bardziej twarda we włosach,Jeszcze bardziej muślinowa w powiekach —OnaNajświętsza Maria Panna Obłędu,Cesarzowa Winy i Roślin.
Przez ulicę idzie się na wskos:
Sklepik otoczony rycerstwem w pióropuszach piwa,Więc ona o piwo prosi.
Przez ulicę idzie się na wspak:
Piekarz i Rzeźnik owinięci girlandami kolejek,Więc ona o dopuszczenie prosi.
Przez ulicę idzie się wzwyż:
U szczytu jest kiosk, gazety, sport, zbrodnia i filharmonie,Więc ona o wszystko prosi.
A potem to ujmujeW dwie geograficzne siatki —I dźwiga:Ocean piwa,Glob chleba,Glob mięsa,Wielkie góry gazet,Płonącą żagiew strachu.
Jakże ją objuczył ten obłęd — ten czekającyW mężczyźnie z trzeciego piętra krępy strażnik grobu.Jakże ją wsysaWalerianą pachnąca sień.Jakże zapraszająco wypełzają z mroku blade ramionaPokryte włosem i kropelkami potu.
Zrzuciła płaszcz,Rozsypała gazety,Spoczęła w obłędzie jak w stogu zmoczonego deszczem siana —I jest szczęśliwa.
A sąsiad z dołu przetapia łyżki w dzwon;A sąsiad z boku próbuje brzytwy na zagiętym palcu;A sąsiad z góry wbija w podeszwy stópĆwieki.
Osa(albo Przygasanie wzroku)Poczyniła mi splendor osa. Przyszła wraz z otwarciemWystawy Ubóstwa, którą przedsięwziąłemNa znak jesieni moich biednych oczu. Czas bowiem najwyższyKupić okulary — tak myślałem — aleOsa to uczciła w sposób okazały: astrąŻółtą odwłoku, który dyszał swobodnie na wietrze.
Krępacja niewymowna. Cóż podać? Miód czy piwo? Osa —Jak wiadomo Leśnym i Bagiennym — pijaZ wysokich wazonów, gdzie się pieśń zapleśniAlbo wirydarz gotycki w tulejkę zawinie.Robiła więc fochy, osa — osowiała.
Ja też — jak gdyby nigdy nic — chodzę z koktajlami,Tu poczęstuję cień aksamitny, tam — szkatułkę pełną białej soli,Wiodę dyskurs z czerwieńcem, a potemDo klawesynu siadam.I patrzcie:Osa opowiada o pewnym osiedleńcuNa osypiskach osnutych przez osty, ostatnioOsamotnionym z powodu gacha żony.
Nie wytrzymałem, tłukąc trzy nasturcje, które osa lubiTraktować jako trunków wazony:— Cóż to za osioł?
Osa ofuknęła — ni stąd, ni zowąd — osiwiałego lokaja:„Osobliwe to, zaiste, aby byle fagasNosił na nosie jako cwikier skrzydła ważki,A nie znał jej szwagra, zaś mego małżonka:Trzmiela”.
Zdarłem fagasowi okulary z nosa. Zbłękitniały mu białka.
Polowanie na cietrzewie
...O trzeciej nad ranem obudził mnie Leśniczy. Był zgołaW koszulce męskiej — do pępka. Widziałem więc jegoBrunatne przyrodzenie z leciutkim nalotem siwizny.— Do Galopu! — wołał. — Wrzątek kotłuje się w garnkach,Baby po chałupach rozniecają ognie,Mróz — jak Piorun Jasny — Prześwietlił powietrze,A pan mi tu chrapiesz w Stodole Pierzyny.ZlęknionyWskoczyłem w gacie —I za siekiereczkę!Dzyń, dzyń! — zatupotałem po okowach lodu,Który ściął wodę w szczerbatej miednicy.
W tym czasie Leśniczy pieklił się przy ogniu:Sadzał jaja na tłuszcze, ćwiartował kiełbasę,Złotym zapachem cebuli obrócił mi język z wierzchu na nice.— Lej pan gorzałkę!— Do szklanic?— Do gardła!— Liter wystarczy?— Jak dla pana, basta. A teraz daj flachę!
I przechylił. I nagleStała się wielka Bożonarodzeniowa Jasność,Kiedy On pił.
To chyba wtedy Proboszcz — zaspany jeszcze — oblekał się w komeżkę,Kiedy On pił.To chyba wtedy samotny bocian prostował złamane skrzydło,Kiedy On pił.To chyba wtedy Karpie — w zamarzniętym stawie — rozpuszczały włosy,Kiedy On pił.
Ale już Wiara Strzelcy domagają się u okien:Ten w lisiej czapie,Tamten spod Kozienic,I ów — co uwiódł młódkę, a ojce go zdybali.Ach, przaśne, męskie, stupudowe przekleństwaKatulały się po śniegu jak młode niedźwiadki;Nawet LeśniczyZ wódką się zacukałI przez chwilę chciał czmychnąć do panieńskiego alkierza.
Ale bogać tam! — Jazda! Wraz łapiemy za rury,Szleje torb myśliwskich wiążemy przez barki —I w Mróz!
Noc była. Za tą wielką nocąPola leżały białe, lecz tak trochę sine,Jakby je śmierć ścięła. U zarannej gwiazdyWisiał sopel ciszy. Tylko pod obcasemŚmigały żwawe, srebrnoskrzydłe świerszcze.Wiater szedł nad polemNiziutko — zwyczajem psa, co skwapliwie węszy.Tak i my potulni:
Ten w lisiej czapie postękiwał ciężko;Widać go Zmora we śnie dopadła, a puścić nie raczy.
Tamten spod Kozienic wojował ze czkawką;Hyp! — i hyp! — Lekarz od dawna odmówił mu zdrowia.
Ów, co uwiódł młódkę, próbował coś nucić,Lecz jak się pośliznął, tak w niemotę popadł.
Ba, nawet sam Leśniczy nastroszył się szronemI choć ziąb okrutny, on pary z gęby nie puścił.
Noc była. Gdzieś w pobliskim lesieMróz kropnął salwą z gwintowanej sosny,Aże dech zaparło. Potem znowu głucho.Jeno od sadyb, od ich białej sieniSzło coraz słodsze, rozmarzone mlaskanie:To bracia Dziki ucztowali w kartoflach,Które chłód zimowy ucukrza i marcypani.
I właśnie wtedy —Znienacka —Ku grozie naszych rur posenniałych —Wyszły nam naprzeciwSzlachetne, Ciepłokrwiste, Dziewczęce Cietrzewie.
— Bigosować, Bracia! Bij, kto w Boga wierzy! —Tak Leśniczy wrzasnął, aż mu złote żyłki (co starość zwiastują)W oczach popękały. A tamci już za Nim:
Proch za prochem, śrut za śrutem, i granulek garściąProsto w te miłe, ogniskiem pachnące, Zwierzęta.
Pamiętam błogosławioną zawieję krwi,Która obmywała mi czoło i słonymi pocałunkami pieściła me wargi.Pamiętam macierzyńską ulewę piór,Które osuwały się wzdłuż moich ramion jak krople stężałego miodu.Pamiętam dziecięcy, ale jakże wdzięczny śpiew Cietrzewi,Który zgiął mi kolana i nad głową rozpiął namioty Kościoła.
Klęcząc wrzucałem do myśliwskiej torbyDrżące pod opuszkami palców — dojrzałe Owoce życia.
...Dobrze przed zmierzchem obudził mnie Leśniczy. Na niebieStała chmura podobna do wątroby. To właśnie z niejŚnieg ostatni uchodził, zastygający w drzewach.W izbie było ciepło,Leśniczy we flaneli,Zegar wyrzucał kukułkę jak matka dziecko na dwór.Ten w lisiej czapieSpał na gołej ławie,Tylko ręką bezwładną coś pisał w powietrzu;Tamten spod KozienicOsypał się wzdłuż ściany,Kucnął, pięścią podparłŁeb mroczny jak puszcza;Ów, co młódkę uwiódł, oblizywał się we śnie,Pocałunki tak zgarniał czy posmak bigosu?...— A chyżo! — rzekł Leśniczy — już na nieszpór dzwonią,A pan gliwiejesz! Do kroćset, naturęMasz pan ponoć poetyczną. Tymczasem mnie StaregoSam na chandrę wystawiasz z tym pokotem ptactwa.Filozofii jam głodny.Wstałem —
I tak już od rana,Skubiąc zdechłe cietrzewie, wiedliśmy rozprawęO śmierci niechybnej.
Bazar(fragmenty)Cieniom Juliana Przybosia★Bo nie masz oszustwa na Bazarze. TutajMoralność jest sama w sobie — jak baba w babie — a knot w świecy.Dwie Majewskie miały przez płot stragany z obrazami,I obiedwie: niesprzeczne, niekłótliwe, choć pyskate.Przychodzi jedna do drugiej — ta pierwsza dźwiga obraz.Zaczęło się od ramy, bo ta druga kaprysi.
Druga:Idźże, pani Majewska, z taką ichnią ramą.Toż ją pluskwy zeżarły na weselu Kornika.A było — hi, hi — co żreć: tyle tych frymuśnychZawijasów, farfucli, jak na torcie z Grójca.Rama, widzisz pani, winna być bogata,Ale i Stateczna. No i z gruntu nowa.
Pierwsza (z ironiczną powagą):A jakże!
Druga (z niepokojem):Co „a jakże”, smarkulo, jajo kwokę uczy?
Pierwsza (zaperzona):Tylko nie smarkulo!
Druga (niby to pokornie):Oj, co prawda to prawda. (I z westchnieniem) Klępo!
Ale Pierwsza dzierży obraz, jakby szła w Pielgrzymce,Więc zimna na zniewagi bezbożnej ciemnotyUśmiecha się wstydliwie uśmiechem męczeństwa,I co by tamta nie rzekła, ona jest w komeżceJak sam ksiądz wikary.Widząc to, ta DrugaJuż bieży truchcikiem do stóp konfesjonału.O zlitowanie prosi.
Druga:Rama może ładna, ino że stara. Wierz mi, pani Majewska.
Pierwsza: (już z triumfem):A wierzę, ja wierzę. I tuś mi pani wlazłaW moją parafię Świętego Floriana.Rama jest stara, bo i obraz stary, a to zaś znaczySamo arcydzieło. Tak mnie jeden uczył,Co był Profesor.
Druga:Panienko Najświętsza! Pokaż pani to bliżej!
Więc ta pierwsza zbliża się łaskawie, obraz przed oczy podsuwaNiby Papież lub Hrabina rękę do ucałowania;I zarazTonem kaznodziei (choć jeszcze wierzącego w Niebo)Materię obrazu — i zakątki jego — wyłuszcza.
BO CO JEST NA OBRAZIE?
Widzisz pani Majewska mamy tu przedstawioneDzieci jakieś kobitęTrzech chłopów z wąsamiWszystko to starodawne A powiadają że NiemceNo to sam Hitler z nimi Dla mnie one są ludzieW bardzo dramatycznej życiowej scenie ujęte
Bo kto jest ten ponuryTen co patrzy z ukosaJakby mu chleb kury zjadły lub prosię w płocie utknęło?Ten ci jest KłusownikMyśliwekCo z nędzyPo pańskich lasach za faunom harcowałWięc go — łaps! — capnęliGajowy (ten ci z prawej w kapelusiku z piórkiem)I Policmajster (ten z wąsami w górę wywiniętymi jak widły)Po pyskach cwałowaćA lżyć pani Majewska jak święty Michał Diabła
Więc że kazamatą śmierdziŻona się zwiedziałaI cóż my pani Majewska nieszczęsne istotyCzynim w takim razie?
Druga (prawie już łkając):Zwołujem dzieciska
Pierwsza:A skoro już przeliczymCzy co nie ubyłoLub — nie daj Bóg — przybyło w tej naszej pasieceZ całą czeladzią — jak sam Cysorz z wojskiem —Hajda na wroga
Druga:Byleby dzieciom smarków nie ucieraćDzieciak ze smarkiem to pewna sirota
Pierwsza: (już płacząc):Więc niebożątko żona na kolana padaDzieci przygarnia Policmajstra po kolanach całujeSłyszysz pani ten krzyk kochana pani MajewskaA chłopy stoją
I tak — rzuciwszy obraz — padają sobie w ramionaNiepocieszone Nieszczęsne IstotyPod biczem Bożym,Pod pięściami mężczyznI pod gorszym niż płomień piekłaTchnieniem Genijusza.
★Nadchodzi już czas sjesty. Czyni go pomałuSpowite kurzem słońce — ta Gwiazda Upału.
I południe dojrzałe, i senność to czyni,Jak pan Jezus kramarzy goniący z świątyni.
Tak wszystko leniwieje, tak pluszem obrasta,Niewiasta i mężczyzna, i Upału Gwiazda.
Owoc snu w sobie szuka: jest to złota mgiełka;W niej pszczołom i zegarom drętwieją skrzydełka.
Lecz że tylko znużenie, bo nie śmierć tu straszy,Widno to po obrotach herbacianych flaszy.
Sposobione w limonę, cukrem nakarmione,Dają wargom ochłodę, twarzom blaski płone.
Zaś inaczej u mężczyzn: ci się w kramach kupią,Tu se flaków pojedzą, tam i pyzów kupią.
A wszystko z przeświadczeniem, że choćby przepadłoSzczęście, męskość, fortuna — to zostanie jadło.
Dość go było przedawać. Teraz sam pan kupiecPodniebienie chce ochrzcić, a sadełko upiec.
A więc chrzczą co niemiara. I że sprawa święta,Pacierze mruczą gardła; usta — niemowlęta.
I tutaj, gdyby Danta w ten czas wiódł WergiliI gdyby tu Petrarkę sonetów uczyli,
Nie byłaby ta cisza ani mniej skupiona,Ani mniej pogłębiona, ni też wywyższona.
Bilard
...Zieleń sukna bilardowego, zwłaszcza jak ta — na starymBilardzie typu karambol —Tu i ówdzie rozbielona plamami calvadosu, w gruzachBrunatnych od cygar, kwaśno pachnącaPotem mężczyzn, kapiącym wprost spod pachy,Pastwisko małych kropelek śliny suchotniczej, wydętaPodłużnymi fałdami, które od lat zniwelować pragną pracowite kciuki,Zieleń sukna bilardowego — kotlina
...Jej intensywność i boleść można uzmysłowić sobie mechanicznie,Naciskając rozstawionymi palcamiPowieki zaciśnięte na gałkach ocznych, to będzie czerwień,Ale i siostra jej najbliższa: taką oleistą purpuręNiósł synek rybaka w zardzewiałej puszce, biegnąc poprzez plażęNaprzeciw ojcu, który czekał z pędzlemPrzy burcie łodzi, złuszczonej chemicznymi solami morza,Siostra takiej czerwieni —
...Udręczenie jej — i rozkosz, znużone zawstydzenie i wyuzdanieW pokusie, pracowitość robotniczą i kurewskie rozespanie,Poddańczość na samczą ohydę mężczyzn, a także i mściwośćHerodiady, albo — co mówią — tej brudnej Małej, której trzeba płacićCoraz więcej i więcej, narażając się przy tym na sprośne uwagi,Całą tę psychologię, psychomachię, psychodewiację
Przechowuje doskonale dyskretnaBila —
...Delikatna w swej żółtości jak zęby umarłego, chłodnaNieco odstręczającym ziąbem hotelowego prześcieradła, a jednakBudząca sympatię swym twardym pancerzem, wysokośpiewnym dźwiękiemPrzy zwarciu, kokieteryjnym kolebaniem biodramiPrzed zejściem w głąb czeluści.Jest bilardowa kula świadkiem najbieglejszymSukiennej zieleni —
...Ale i ten lekko zmaltretowany żakiecik kelnera, zawszeZ wysadzoną na wierzch grzybnią nici zamiast środkowego guzika; i tenSinoseledynowy słój po ogórkach, głęboko karbowany u kołnierza; aleI fajka z oślinionym ustnikiem (ledwo co się wysmyknęłaZ mięsistych warg clocharda, przychodzącego tutaj na nocleg, pomimoHuku wody spuszczonej w klozecie); ale i tenNekrolog rozlepiony dzisiaj na wszystkich białych murach Arles: ale iDegas w miękkim berecie i jedwabnej kamizelce na okrągłym brzuszku:„Arlezjanki proszę zostawić dla mnie”, ale i tyle rzeczyTa zieleń sukna —
...Myślał to wszystko uciążliwe, ukryty czujnieZa plecami Gauguina, wygiętymi w pałąk urzędniczego garbu; patrzył,Jak on łatwo kładzieTe swoje ugry i sieny palone, nie pędzlem,Lecz szpachlą.Boże miłosierny —
★ ★ ★
Zbiegło z furkotem. Stanęło — i stoiTe lat czterdzieści jak widmowy las.Nie masz, Dzieciństwo, już młodości mojej,Został tobołek — głaz.
— Lecz jak rozplątać żyły na kamieniu,Palcami zajrzeć do kamiennych wnętrz?— Podźwignij czoło i nie leń się, leniu,Do walki wręcz.
Spłonęło żyto, świt z wykrotu dymi,Idę z palcami mgłą pokrwawionymi.
Modlitwa do siebie
„...Rzeczy wietrznej albo nocnego cienia —Nie przepłosz.Weź senny galop jutrzennego jeleniaNa rozkosz.Nad wywiniętą wargą dziewczynyScałuj zamsz.Zdaj swą samotność na białe kotliny,Cierpienia tamże”.
„...Sorakte w śniegach. Przegnaj je łuczywem,Żagiewką okadź.Gorczycznej wiedźmie, kostnicy mroźliwejPogardę okaż.
Rzeczy wietrznej albo nocnego cienia —Nie odstąp.Niech pośród podłych wysycha z pragnieniaTwa gąbka octu”.
Te są po bitwie modły, ale nie przegranej.Po rzeczy wietrznej.Po chwili smutku tak napowietrznej,Jak słowo: Amen.
Armstrong — Kolumb Księżyca
I nie ma miecza — i nie ma topora;Świąteczna to pora.
Noc zażegnano — więc zmierzch się kołysze;Posnęły dzieci ściszone haszyszem:
By dzieci spały, żony grubiały,Błądzą po sieniach mężowskie zawały.
I nie ma miecza — i nie ma topora;Świąteczna to pora.
Ktoś pośród zmierzchu przebudził się, krzyknął;Dźwignęli powieki, westchnęli: „jak brzydko!”
Bo już za zmierzchem dzwonili mleczarze,Pryskali mlekiem w kapryszące twarze.
Panny wleciały w kryształowe lustra,We krwi gołębic opłukały usta.
Bo nie ma miecza — i nie ma topora;Świąteczna to pora.
Karnawał w pełni. Idą maski szczurze;Wloką trupa bachantki z fryzjerem na sznurze;
Tuż zakon nudystów, ten fraucymer łysy,Macza w posoce woskowe penisy,
W świątyniach kupcy sprzedają na słojeKurewki w occie i w dziegciu playboye...
Dość. Śnieg za nimi. Cała skała śniegu.Tak jakby to za nas czoło schylił biegun
I noc przywrócił. I w słupach powagiOdkrył glob blady, od nas wszystkich nagi,
Gdzie jeden człowiek schyla się uczenie.Podbija gwiazdy, a zbiera kamienie —
I nie ma miecza — i nie ma topora:Świąteczna to pora.
Krytyka poezji
...I cóżeś przemyślał, chłopcze, z tajemnic tego świata,Tak wysokiego w Jasności Dziecięcej, rozginanego wzgardąJak paznokciem młodzieńczym. Jeszcze widomego u proguMęskości zdobywczej... Już pokruszonego w drobne przesieki siwizny.
...Przedmioty, Dobry Panie, i jeszcze raz przedmioty.
...A więc przestrzeń przeoblekłeś po linii ukośnej od brodyStarego capa do kołka, który go utwierdzał? Wklęsłość w lukęPo czymś; śmierć w brak nieprawdopodobny,Zagadkę w odpowiedź stojącą na głowie? Czyżby rozkosz była...?
...Mięsistą zatoką w gęstowiu, tak, Dobry Panie, tam ptak krwiożerczyObraca złotym okiem jak pretorianin pochodnią.
...O, nędzna historio poetyckiego rozumu! Znałaś jedną epokę:Średniowiecze. W czym sobie upatrzyłaś, upodobałaś, wyobraźnio monotonna?
...W ogrodach Lęku, jak mniemam, Dobry Panie, w sadachKościanych figur na szachownicy, gdzie macaniem kościGra się o Nienamacalne. Ta drwina, która kapieZ języka błazna, z rozwartej szeroko źrenicy Łani,
Przeszytej — prosto przez krtań — antyfoną strzelistą. Gruczoł trawiennyŚwiętego po przełknięciu Hostii, oto mi godne szaleństwa terytorium.
...I to nazywasz przemyślaniem? Geometria jest więc kredąNa surducie belfra? Teologia — nikczemnością szpargałów,W których pająk obraca karty? Mistyka — ucieczką raptownąZ domu Głupców?... I ci głupcy, ostatecznie, bardziej cię bawią...
... O, tak, Dobry Panie, głupcy są odtrutką rozpaczy. Natura ich lubiA czymże jest poezja, jak nie cząstką natury? Salutuje GeniuszRozsypany równo na miliardy cząsteczek. I już, upartemu,Jawi się makówka. Teraz, gdy ją podświetlę fioletemNiedzielnego wieczoru, mam obraz spaceru, jak z Hölderlina.
...Zalecasz więc tę drogę gruboskórną, tę ścieżkę tęgoskórówW dantejskim lesie rzeczy?
...A uchrońże mnie, Panie! Ja, dopokąd idę,Tratuję tylko siebie. Nie pytaj nosorożca o recepty, Panie.Te się czerpie z aptek, jak nosorożce ze szlamu i papki zbutwiałych roślinGuzy pancerza.
Gospodarz
Jeszcze tylko od ognisk polatuje Woń —Duch niespokojny.Jeszcze tylko za progiem trzaśnie piorunem o ziemięBóg — Woźnica.Jeszcze jarzębina osypie blade skronie pannyI staje panna w cierniachJak Płonący Ogrójec.
Po kościach zimno — świecami tam grzeją.Po cmentarzach gwarno — dąb rozpuścił liście.Biegają palce dąbrowę,Stukają do wrót:„A kto tam?” — zapytasz,„My swoi, my swoi”.
A nie ma gościny, bracia. Chrustu nie ma, jadła,Ledwom zaczął wieczerzać z mym ptakiem —Dzwonem pogrzebnym.Już tu grabieżczy kulig w złocistej zamieci?
I tkliwie,NajczulejUjmuję biczyskoPioruna — przez Boga w gradzie porzucone —Gonię lichwiarzy z domostwa świątyni.
Potem przez — mrozem okwiecone — oczyDługo oglądam odwrót pokostniałych palców.
Płyną pełną szelestu, wirującą rzekąW ciepłe gęby zwierząt.
Ogrzeją tam paznokcie.Tam im chudoba.
Bellini „Pieta”
«Co ci, mój synu?” — mówi stara, strapiona kobietaPodtrzymując wyrozumiale zwłoki, które ledwo zdjęto z krzyża.„Wyglądasz tak dziwnie blado,Jakbyś dziś nie wziął do szkoły śniadaniaAlbo znowu się pobił tornistrami z tym łobuzem Judaszem,Już ja jego matce zrobię gwałt!”
Dla zmęczonej, strapionej kobietyWizja kłótni z matką JudaszaNie jest łatwaZwłaszcza po całodziennym praniuKrwawego całunuI chusty Weroniki
Jan, nieśmiały przyjaciel ukrzyżowanego,Odwraca zwilgotniałe oczy w puste stronice świata„On już nie jest chłopcem, Matko, on już jest Bogiem”„Mój Boże — co ty wygadujesz chłopcze?”Roześmiała się przez łzy (to zmęczenie wzroku oparami mydła i ługu)Matka Boska
Z karty choroby
IDIETA
EremitaZamieszkał we mnie jak w dziupliMa tam zydelStrugany pod włos —Twardo siedzi
Glicerynowym ryjkiemWysysa korzonkiChrobocze szarańcząChityną narteks obsiałAż po żagielki podniebieniaPopluwa w sufitTrumnami słonecznika
Teraz się przypiąłDo „Dziejów duszy”Świętej TeresyI utkwi na Amen
Za oknem zamieć:Manna sypie z nieba
Mróz wywija śledziemNa długim patyku
Dokąd odeszli ci rubaszni chłopi z łaźniZ jąderkami w mosznieJak wino w bukłaku
IIZATROSKAŃCY
Niemoc cielesna przywodzi gawiedźGawiedź się karmi niemocą cielesnąStoją po kątachWydłużają szyjeNiby żurawie lub Żydowie w Szabas
Nieco się droczyszGdy ćwiartują parkietDeszczułki wiążą w kłopotliwy kształt
Który znajomyDziwnie znajomy
OJuż ci z astrówWytrzasnęli potrzask
Lista gawiedzi:
Pierwszy co miłujeDrugi co troską jest bardzo garbatyTrzeciCo również to samo miałAle się umknąłCzwartyGospodarnyPrzedsiębiorczy
PrzedsiębierzeKrucyfiks i FiskusDla wdowy
D.omus O.mnium M.ortaliumNa zgorzeli domu
IIITERAPIA
Doktor Grylaż JaninaZaleca w obliczu
A w myśli:„Spadł śnieg na czeremchy Będzie tam niebieskoGdzie komin cieplarniStoi —Byleby tylko dropie doszły”.
Docent FirmamentowiczOrdynuje w oparciu
A w myśli:„Gloger nie ze wszystkim doczytany Są lukiW rodowodach Diabłów (Kaduk Dunder Licho)
ZarazPo zmartwychwstaniu podkręcić raptularze”
Ciotka AlewtinaMiała mocz gęsty a guano przejrzyste
A w myśli:„Jakież to zdumiewające że kleszczeSą pozbawione wzroku a zmysł węchu dźwigająW lekko wzniesionych ku górze łapkach
Gdzie się teraz pokryły kiełżeI ten najmniejszy —Niepamiętliwy —Zmieraczek?”
Ziołoleczniczy Znachor Ksiądz ParcelaWszystko ci z oka powie
A w myśli:„Dlaczego tego roku usunięto kanarka z Grobów PańskichZaś MonstrancjęNawet w Wielką SobotęPrzegrzano barchanikiem z fioletu?Zakrystianie pochachmęciliCzy Vaticanum?”
Profesor GawialPrzechyla się całym sobą do stołu operacyjnegoJak się rozetnieWszystka maszyneria wyjdzie na jaw
AZmieraczek?
IVGORĄCZKA
Grubianin nie pyszczy po próżnicyDobija się do skroniŁupie porcelanę kolan
Z nagła wali w kolory jak w dym
Herbatę z róż herbacianychŻłopieZgniłe zielenie —Tercjarki kolorów w spłowiałych mantylkach —Z rwetesem oddziewicza
Stare złotoNa strych
Brązy i ugryDo łatryny
Sjenę do SienySepię między mątwyReleguje
Potem z kontentego ryjaściąga krwistą czerwieńI gumiastą oponą po meblach rozwiesza
Potoccy z ŁańcutaTaką krwawą sypialenkęNa nieprawe mieli ksiutyEmbrion w MatceJonasz w brzuchu wieloryba
VOSŁABIENIE
EremitaEmigrował
NiezadaleczkoAby trzymać rękę na pulsieMoim
Chciał pojechać do wódAle zewsząd pustyniaNas osaczyła —A palisada — w ciągu jednej nocyPodskoczyłaO
PrawiePięć stopniTeraz ta skala CelsjuszaZmalała do minimumJednak nikomu się nie chceZleźć nawet z listka cykuty
ZresztąNa widnokręguPrzechadza się fascynującoTrąba powietrzna
GłębiejBiją bezgłośne piorunyA na samym dnieLeży skamieniała skóra od chleba
Kleikopijca węszy pod wiatrMa tę chrupkęW orbicie nozdrzyObraca jednak zapachem obojętnieJak krowa pierogiem
ZaisteZagadnienie warte medytacji:Ile blasku pustynnego słońcaOdbija moje pergaminowe czoło?
Ta Proporcja —Powiada uczony Eremita —
Nazywa się scjentycznieAlbedo
Albedo — powtarzam powoliWargami zaokrąglonymiW obarzanek
VISPACER
Pierwsza ścieżkaI od razu piargiNie ryża kaszkaAni szemiocik
Eheuuu — co to ja chciałem powiedzieć
Ławeczka
Druga ścieżkaWywalcowanaStoczki do krawężnikówObrobione łopatkąWinniczek napoczęty papuciemAle nie dokończony
Eheuuu — co to ja chciałem
Ławeczka
Główną aleją stąpa się galopemHuczny cug ciągnie od wlotu po upustPo kościołach wieją:PostrzałHexenszusyZ sercem awantura
A w ławeczceDrzazgi
Na szczęścieW fiordzieKtóry bzy zwąchałyPrzytulnie gliwieje gors HipokratesaDwa żółwie przy nim
TuZ Pobóg-WincklemDwuznacznym pułkownikiemSzastałem w mauszla mariaszka i oko
Oko OpatrznościDopatrzyło nas
VIIINTERLUDIUM
Gdzieś powinna toczyć się wojnaPowinien być:Szrapnel
WółI armata
Nic mnie nie doprowadza tak do pasjiJak faktŻe CesarzPrzerżnął z AnglusamiWskutek ataku hemoroidów
(Był to klasyczny cios w plecyZadany przez ciamajdę SztyletnikaGamoń się sfajdałA żelazo poszło w dół po kręgosłupie)
Gdzieś powinna być młócka na pięściOwiniętaW ośleOnuceOd których pęka skóra na skroniach
(Nic z tego dziwowiska między Jakubem i AniołemGdzie jeden harujeA drugi daje do myślenia)
Gdzieś powinna toczyć się wojnaMiędzy Żarłaczem i koniemŁabędziem i hatteriąAtlantydąI przyłbicą Komety
Jakżeby to ulżyło naszym strzaskanym goleniom.
VIIIREKONWALESCENCJA — LEŻAK
Jutro zakładam pilśniowy kapeluszJutro zdejmuję kapelusz na JutrzniJutro montuję dla Świętej CecyliiWymasowaneMojeOrgany
Z wątroby wiolin wywiodę cieniutkiNiech AśćkaZdrowaśkaNajpokorniejsza SzarytkaZasieje habit przy tym manuale
Na fisharmonii nerwówWyśnieży ScarlattiegoWodząc paluszkami rękawiczekObowiązkowoObciętymiW opuszkach
OAliteracja wywinęła odmładniającą okiściąObaczymy co będzieByle tylko — powiada konowałDobrnąć do sonetu
Tu pled nakładaNa samowstańcze nogiI ślini palec
Wertując mnie jak wolumenCo mu dam do odczytania ze siebie?
Może opus ośmieszająceZ ormiańskich opowiastek OrbelianiegoO ośle?
Może dam mu spokój?
IXREKONWALESCENCJA — W TARASIE PO NOCY
Wolno mi już chodzić nocąDyrekcjaŚpiZ policzkiem na kluczachWszystkiego co mogłoby się znienacka otworzyć
Niebo otwarteAle tak byłoJuż za poprzedniej Dyrekcji
Zresztą StróżMa psy złowrogieA dyżurująca salowa bezsenność
Niebo panoszy się spokojnie nad tarasemPełnym opustoszałych chodakówI nie dających się zidentyfikować skorupDelikatna bryza rozczesuje sumiasteWąsy winogradu
Tak staćZ kropelkami rosy na torsieZ pyłem srebrzystym Wszechświata na skroniachW brzasku Egzekucji
Betelgeuza —Tak, tylko ona jedna —Celuje w przesmyk między zatokami czoła
Zdrowo jestByć rozstrzelanym przez gwiazdęZ plutonu Oriona
XREKONWALESCENCJA — FINAŁ
Szlachetne zdrowieNikt się nie dowie
A nade wszystko ani słowa mrówkomKiedy zziajane morderczą wędrówkąOwoc odwłoku dzielą między mrowie
Szlachetne zdrowieNikt się nie dowie
A osobliwie nie wiadomić lęgówPod puchem matek dygocących z lękuCoć jeszcze całe w chrztu białej osnowie
Szlachetne zdrowieNikt się nie dowie
A najgorliwiej nie mącić topieliTej ryb omszałych wstydliwej pościeliGdzie rybia starość w mule ma wezgłowie
Szlachetne zdrowieNikt się nie dowie
A najuparciej zmilczeć przed waranemWłasną brzydotą posępnie steranymBo co kto powie — jałmużnę mu powie
Szlachetne zdrowieNikt się nie dowie
A najobłudniej oszwabić dzięciołyKtóre robactwo kładą na swe stołyChoć jutro zmienią się smakowiczowie
Szlachetne zdrowieNikt się nie dowie
Dalsza nowina jest mitręgą nasząI psów niebacznych co się ludziom łasząJakby już sekret poznały w połowieJako smakujesz
Warszawa 1973
Letnisko
...Podpetersburskie te sceny, które piaskiem niedzielnymPrzesypywał w klepsydrze Czechow, a białym obrusem ścieliła Akmeistka;Panów w słomkę kapeluszową i w zarost ubranych,Damy posuwiste falbankami do filiżanek,Dzieciarnię złotą i strojną w majtasy poza kolana,Motyle ciężkie jak owoce w siatkach;Stoją te sceny naokoło mnie — chorego —Jakże łagodnie przez czas nie odmienione.
Bo na letnisku jestem, w dorodnych okiściach rodzinyPobladły z poselstwa wątroby jak brat, co wrócił z MisjiI teraz zdobi leżak. Uzupełniam kompozycjęPełną ruchu, młodzieńczej opalenizny w oku ogrodowego akwenuRozbrykanych piłek.Ból mam przyjaźnie uśmiechnięty i sprzyjający herbacie.
...Bo też coraz ktoś przychodzi. Przygląda się badawczoI czyta moje ręce, zagląda do odsyłaczy, które w tym wypadkuLubi sobie przedstawić jako gońców śmierci. W powietrzu są ważkiTakie nadobne. Serso je wolutuje kapryśną wolutą.
„Jakże oni mnie lubią — myślę — w tej niespodziewanej roliMizernego mężczyzny, któremu właśnie książkaWypadła z dłoni w sąsiedztwo wiaderka i łopatki
Dziecięcej;Który ogląda triumfalny film ich przemijającego odpoczynkuPrzez tlejące zasłony kołujących kultur”.
...Jakże oni się zdziwią. Na tej fotografiiZ albumu, porzuconego nie tutaj i na wiek przed nimi.
Zioła żałobne
Trawa wzięła się w zapasy z trawąoset nie daruje pokrzywie —Gielniak umarł.Zaniosły się płaczem przyziemne badyle,a mlecze — jak wdowy — rozpuściły swe siwe włosy.Gielniak umarł.O, jak tkliwie go przyjmą, jak cienko,jakby sam to rytowałprzezroczystą ręką,Gielniak — który umarł.
I zostanie w listku, w zapachu, w łopianie,jak nikt nie zostanie.
ZABAWY CHŁOPIĘCEDziecięcość
Co się podoba kobietom? Że tylkoSłońce je smagnie, wiatr morski przeczesze,A one idą w śnieżną ptaków rzeszę,Która dla planet jest niebaczną chwilką.
Co się podoba mężczyznom? Że tylkoGorycz spijają w najsłodszej uciesze,Raz z pługów, miecze, zaś z mieczów lemieszeKują jak szczęki posiwiałym wilkom.
Co się podoba tym najczulszym — MałymLubiącym w lesie wskrzeszać Zimne Ognie,W zimie nastroszyć czupryny motylkom?
Jest taki obłok — zawsze niedojrzały,Przecież biegnący przez niego swobodnie,Znam go z pamięci. Tak. To on jest tylko.
Dedykacja: Mirkowi Utracie
W sadzie
...A jak się rozplotkują:Baba do Dziada,Baba — swoje,Dziad do obrazu,Proboszcz do parafii,Parafia do Powiatu,Powiat zaraz dzwoniPo wszystkich szczeblachGospodarskiej Drabiny...Tam, gdzie u szczytuGospodarz stoi.
Potrząsa całym sowitym OłtarzemPlotkarzów w purpurce,W panieńskich rumieńcach,W pozłocie kolędniczej,W postanowieniu: trzymać dzioby w garśćAle bogać tam — RenetowymI Koksom!
Lecą na łeb na szyję,A klapią pośladkami!Na same dno się sypią,A gęby se liściem wycierają.Ciżba ich w niewoli,
A łokciami robiąI chachmęcą.
Tylko opodal dygocących koszów,Okrakiem — na wygaszonym uluChłopiec obciążył kolana łokciamiI długie rzęsyPrzenikliwie zapuszcza —W sen.
Ryby fioletu oszwabiają wabia.
Chłopiec jeziorny
Łagodność bije od poranka tego —Złotem osiadła na pobrzeżach stronic,Gdy smolny chłopiec — jak łuczywa goniec —Schodzi na piaski jeziora wielkiego.
Wpierw okiem mierzy rozległość rozkoszy —Rzęsą powieki rzęsę trzcin omiata:Skrzydełka nozdrzy w cztery strony świataWzdyma tak zwiewnie, że anioł się płoszy.
A potem wzrokiem schodzi w dół jeziora,Ciągnąc po wodzie rybołowne sieci;I — spójrz! — to obłok idzie mu naprzeciw,Obłok, nie anioł. Blask — nie metafora.
WiącWięc cały w łunie, w burzy słońca, w bieguRąk niecierpliwych — zrzuca wstyd płócienny;I wchodzi w wodę, aż po skrzydłopiennyŁuk Apollina — obojczyka przegub.
Teraz jest niby berbeć, który w sklepieOgląda noskiem taflę kontuaru —O perspektywo szklanych nenufarów,W których się ważka milionkrotna trzepie.
O wy dostojne w dalekości mury,Jak czarne wachty nad pogorzeliskiemDzwonów podwodnych. I wy, dymy niskieChłepczące deszcze, nim połkną was chmury!
Bądźcie szczęśliwe; wszak chłopiec was widzi;Bądźcie zbawione; chłopiec was ocala;Bo on was niesie w spowicia woalachZa śmierć, co skrzeczy, za grób, który szydzi.
Lecz zresztą gibki, spławny, płetwonogiTrzepnął już płetwą, zafurczał jak brzeszczot,Aby przez knieje planktonowych pieszczotW igłach zagrzebać grosik — niby ognik.
I hajda w górę — i znowu w głąb cieśni,Raz wodę wspina, raz niebo ma w cuglach;Słupami blasku podrzuca jak kuglarzTen przebiśniegu, przebisnu rówieśnik.
Trzymam go w palcach — w bursztynowej kuli —Gestem tak smutnym, jak on sam, gdy poraPorzucić kościół wielkiego jeziora,Zatrzasnąć furtkę — kraciastą — koszuli.
Chłopiec wieczorny
Gdzie okiem pojrzę po późnej jesieni,Tam się wyłania Wieczorna Mydlarnia.Wiatr słone śniegi ze ślizgawek zgarnia,W rzęsowe deszcze zamienia je w sieni.
Chłopiec otrząsa wonne dymy płaszcza,Zdejmuje czapkę, spija sól znad wargi,Aż przestępuje święty próg MydlarniI tam swe głody zdziwienia rozgaszcza.
Mydlarz jest grubas. Lecz ma włości cienkieW dźwięku i woni: te są aromaty,Owe towoty, chudych świeczek knoty,Suszone kopry, dziki bez i dzięgiel.
Jeszcze poezja jest dla chłopca obca,Jeszcze mu miło z buszmenami w buszu,A już mu dzięgiel nie omija uszuI strzemiączkami błędnika potrąca.
Mydlarz jest kumpel. Ma skryte pudełko,W nim różne chytre do magii przyrządy,Nic nie oszwabia. Pod hajrem. Bo skąd byNitka naprawdę tańczyła z igiełką?
Jeszcze natura jest dla chłopca składna:Co serio znaczy, to naprawdę „serio”,A już się uczy, jak czynić z materią,By zdradna była i niesamowładna.
Mydlarz jest Polak. Mroczy karbidówkę,Księgi rozkłada w alchemicznym zmierzchu.Stare monety posypuje z wierzchu:Denar Chrobrego, Kościuszki złotówkę.
Jeszcze Ojczyzną są dla chłopca słowa,Aktów strzelistych szeptane sekrety,A już ogląda jej twarde konkrety,Z których się Szczyty i zaszczyty kowa.
Dziwne nauki. Bo dziwne są dzieżeSzarego mydła; klejów pełne kadzie;Blask karbidówki, co się kopciem kładzieNa drzwi Mydłami, jak na fortec dźwierze.
Czas przewiał pamięć — lecz trwają konszachtyMałego chłopca z Mydlarzem na „Wilczej”,W zawiei czasu nikną tylko wilczeŚlepe latarki odchodzącej wachty.
Chłopiec oporny
Pod Sokołowem była. W gruncie się ugniotłaSamotrzeć z dwojgą kaczek studzienna kałuża.Stanął więc jasny powód, by za jej podnóżaPodwórza jakieś były, trzy izby i miotła.
Weranda też — cienista, z widokiem na gumno,Które Dürer splagiował w „Synu Marnotrawnym”.Z chudobą guberyjną, z gankiem bladotrawnym,Z wieprzami nad koryta filuterną trumną.
Tu się sery jadało przewiane paździerzem,Tu na chleb się krajało renety talarne,Tu się z pieców taczało bochny złoto-świeże,Tu się chrupkę żegnało nożowym pacierzem.
Chłopiec czerstwiał więc chlebnie na wilegatiurze,Młode nerwy oćwiczał wierzbinami słońca,W tataracznej kałuży słodki pot otrząsał,Po dymiących mrowiskach odbywał podróże.
Hełmem Rogacz Jelonek do husarii wabił,Rusałka Pawik — jezdnych zwoływał lampasem,Ochotka zaś piechotką borem szła i lasem,Z dębu spadła, gnat stłukła, bo Zgarb ją oszwabił.
Jako tu się spodziewać, że z mrocznego lasu,W którym zbrojna w pancerze buszowała fauna,Wystrzeli niby piorun rakieta von Brauna,Wirydarz świętojański zawrze na sto zasuw.
Gospodarz, co się w pole zagalopował z pługiem,Ksiądz na wieży dalekiej z nietoperzem w zwadzie,Potajemny Żydzina w młynarzowym sadzie.Nawet strachy na wróble padały jak długie.
Strzykwą śliny pryskały znieważone grusze,Nioskom jaja — jak w Boschu — gruchnęły spod skrzydeł,W izbie z miotłą tańcował okulały zydel,Wniebowbiegły pierzyny w gęsiej zawierusze.
Tam gdzie koza się pasła — teraz stała groza,Skamieniały twarogi na oscypki trwogi,Poszły owce w manowce, rozdroża w rozłogi,Senniały długorzęse krowy na powrozach.
Tylko chłopiec zamarły na dudniącym grunciePatrzył w ścianę kurzawy, jak się wolno niesiePo spalonej pogody dziecinnym bezkresieI zastyga w agrestów ostrokolcym buncie.
Zajazd
Ten chłopiec obiecującyW drzwiachTen chłopiec niepokojący
Wszystkie twarze: upudrowane i wonne jak głowy mulicDziewczęce karczki — letniskowe baloniki znudzonych samiczekJajowata głowa Starego MistrzaRyba w otchłani czyli ten z DyplomacjiSpoglądają nieznacznieNa obiecującego
Ma spodnie wybałuszone na kolanach grdykęW obręczy kołnierzyka ruchliwą jak dzięciołPaznokcie z popiołami przodkówObelgę na wargach jak rozgnieciona jagodaStrzępek jedliny u konchy pergaminowego uchaTylko czubkami podwiniętych rzęs wspina się wyżejGdzieśGdzie słodki Kwiat Nowości spoufala się z nadziejąMojżesz otwiera Skałę laską WaniliiLeda tak łabędziaWtulała w rośną dolinę rozkoszyJak on patrzyTen chłopiec niepokojący
W drzwiachTen chłopiec obiecujący
„Synaczek” myślą stare kobiety o pustych garbach urodzaju„Zuch chłopak” rozczula się sztabowy generał z niedoszłej wojnyStary poeta „Co on wymyśli co jeszcze jest do wymyślenia” zgadujeMnich przerywa pacierze kopyścią zanurzoną w strawiePanienki widzą bukłakJąder Smagły wiew zarostuZwierzęcy upał ust po ćwiartowaniu padlinyTylko on sam jeden wieAlbo raczej pyta o drogęAby się tak nie zatracićPrzerażonyPrzemoczony do szpiku kościPodróżnyW progu zajazdu gdzie DyliżansWysypał gromadę upiorów
Ten chłopiec obiecującyW drzwiachTen chłopiec niepokojącyŹródełkiem smakowitej krwi u nasady szyi
EROTYKI I KLĄTWYMłot na czarownice(sonet)
Ledwie wyszepta wiatr przez okienniceTopolich puszków świetlisty różaniec —Wstaję żołnierzem na wysoki szaniec.Trzpieniem umacniam Młot na Czarownice.
Szpice wystawiam, którą pierw pochwycę?Potem sam ruszam w białych falban zamieć,Jak na Danae spadł złoty Zesłaniec,Ulewą smaga Młot na Czarownice.
Gdy diabeł głodny, trzeba sycić diabła,Zwłaszcza wśród tiulów łąkowej pościeli,Gdzie diabłom smutno, że byli Anieli,
A tak się łatwo w gorycz obsunęli,Jakby ślepota ich nagła dopadła.— — — — — — — — — — — — — — —O, jakże pięknie mi wiedźma pobladła!
Słotna
A jednak nie zmyliłem ściegu twej postaci,Że on z deszczu jest szyty. Że go w aksamityŻaden dym nie uwiedzie, żaden śnieg przepłaci,Tylko ziąb gołoborza i łyk okowity.
Lubią więzić twój profil kołnierza eskorta,Lubią siekać twe włosy akwilońskie szable,Noclegują w twych skroniach jak w kościanych portachAnielski fiolet żyłek przy gorączki diable.
Tak mi znowu czmychnęłaś na słotnym przejeździe,Przez petardę pociągu wyłowiona, zgasłaNiby furtka otwarta na czas jakiś gwieździeW oponach niskich deszczów, w półnamokłych pasmach.
A jednak nie zmyliłem twej postaci ściegu,Bo gdy mówię twe imię, czuję że wychłódło,Nawet jądro planety. Więc obnażam przegub,Wypatruję, jak tętni moich tętnic źródło.
Tu jest szept. Tu przestroga. Tu mowa poufna,To ucieczka w popłochu. To senna łazęga,Aż wizja twych policzków wszystko mchem wyrówna,Znów spoczniemy na deszczach jak płynących łęgach.
Nauczająca(erotyk)
Najpierw jako Kozetta w babcinych skarpetachNa porcelanowym dachuSierocego dworku w oszmiańskim powiecie,Dziewczynką się jawi ta przyszła kobietaPoecie.
W dole zaś Babka:— Cip, cip! — kokoszy się boleśnie;Na dachu je się czereśnie.
I taką właśnie: w księdze Elfów zaczytaną,Miękkim podbródkiem o smagłe kolanoWspartą; Wypluwającą pestkiNa babci czepiec niebieski,Złotego świerszcza za kominemWziąłem pod pierzynę.
Sześć razy nas obleciał grząski nocny motyl,Sześć razy z pięt spadłyDzieciństwa saboty;Aż kiedy okiennice rozwarł świt oddźwierny,Zielony obłok nas obudziłW błękitach lucerny.Dmuchawiec mi oko zmącił czy balon mydlany,Kiedym z Kozetty w kobietę oglądał gwałtowne przemiany?
Była prężna. Raptowna. Zapięta w gorsecik,Z linijką do karcenia zbyt ospałych dzieci,Klaszcząc w dłonie dymiąceOkruchami kredyKordegarda w kokardach siłaczkowej biedy.
Ani mnie wiodła do cnoty, ni na pokuszenie,Ani jej śmiech wstydliwy, ni słona powaga,Tylko uczniom pryszczatym znajome pragnienie.By właśnie guwernantkęRozebrać do naga.
Nauczająca(klątwa)
Geometria — ostre szpice kołnierzyka,Wyloty u diabła fraka, wygnanego z wyobraźni.Logika —Widzieć z dnia na dzień wyraźniejZwiązek hętelki z pętelką u stanika.
W ogrodzie botanicznym bywać — na wysokości tabliczek,Gdzie Nigella Oryzeae Phalaris Scabiosa.Nawet nie zauważyć, jak na policzekPrzeskoczyła o tyczce z grochu rosiczkowa rosa.
W lekturach coraz gęściej skreślaćNiedyskretne fragmenta —Głodne wargi zeschłą bułką jak wróble posilać.Pąsem wstydu zarażać dziewczęta,Pocałunki w occie maczać,Do poduszek przyszpilać.
Tylko niekiedy — w wielkim osłupieniuKredę w mgławicę obrócić przy szkolnej tablicy,Pisząc: „Przed wypuszczeniem ptaka w niebo, sokolnicyRozczesywali mu oddechem piórka na ciemieniu...”
Wakacyjna
W dwuosnowy wiśniowe udrapować stół,A będzie jak matrona, obrus zaś jak roba,Co się kiściom lilaków ogromnie podoba,Przy bladości ich ząbków osłoniętych wpół.
Ty zaś w plisach, w koronkach, w skarpetkach do kostek,Z samowarem przebiegasz przez brzozowy mostek,Jakby węchem pędzelka Mehoffer go czuł,A Czajkowski podkładał pasiekami pszczół.
I jest Rano z tym wszystkim. Rano na dziewanny,Nadziewana podmuchem firanka od wnętrzaBielonego drewniaka, który w tle się spiętrzaPod cienie. I w podcieniach nasz posiłek ranny.
Posilenia się proszą rosomaki warg,Dobrej karmy żądają gronostaje ramion;Żeś zachłanną była i dotkliwą Panią,Przy talerzach masz teraz orientalny targ.
Ty zaś syta leniwie tym mocnym klaretem,Co niewiestną przecieka, a czyni kobietę,Ku błękitnym swe białka obracasz letargom.Ani zadrżysz wargą.
Drobiazg
Noce spadły jak zamiecie — krótko,Sady zaś brały je kwitnieniem w pacierz;O me Paniątko, mój Żaczku, się naciesz,Że w ciemnej bieli byłaś złotą łódką!
Trzeba być żaglem, aby świecić smutkom,Jako komeżką świeci przyszły Papież,Że tak gorliwie me upadki łapieszWarg dobrotliwych drobiną wąziutką.
Ile tych zdrobnień. Gdzie spojrzę: zdrobnienia!Drobno pogląda szron za okiennicą,Za drobnym drobią zamyślone dropie.
Niech wyjdą noce z bolesnego cienia,Wiśnie w przebiśnieg nas słońcem zaszczycą,Ja na twej stopie Paniątko wytropię.
Magdalena
I
Przyszedł ten, który mnie skruszył. Jego służebnicąBędę. Pasterz wilgoci mojej. Właściciel rzemykaBiegnącego strużką między palcami stopy.
II
Że był niewiarygodny po tej stronie śmierci — ŻołnierzDowódczego Ptaka, armii kolan niepokalanych,Niech będzie pochwalony.
III
Na krzyżu go swoim rozepnę, jak nieboskłonSzybowca.
IV
Jest altana w Emaus. Tam go nakarmięCiemnym tonem synogarlicy.
Przy pocałunku wywiodę czółnoZ rozległego horyzontu czapli.W czas spełnienia — podwodny tumultPrzetaczanego dzwonu.Matka uczyła nas tych dźwięków miłosnychPrzez długie wieczory zaplatania warkoczy.
V
Jest nieśmietrelnynieśmiertelny. Po to ma pancerzZe skóry lisa. Idąc suchą nogą po wodzie,Z lnianą płachtą uwiązaną u nagich bioderRozrzuca garście iskier.
VI
Adonai. Płetwonurek zatopionych miastPiekła.Baranek w skrwawionym runie. RękawicaŻelazna starożytnej zbroi. DyscyplinaZawieszona nad progiem Konwiktu. MrózNiespodziewany na twarze kadetów,Wybiegających z sieni Arsenału.Jakże łagodnym kołowrotkiemWyprzędę z niego białą nić płodności.
VII
Z naręczem umarłego na kolanach,Obgryzająca kosmyk własnych włosówTo mówię.
Orłow, gdyby mówiło Achmatowej...
W długiej alei za tak lekką furtkąŻe wszystko stanie się jasne(Przynajmniej na tej żwirowanej ścieżceKtórąDotykała drewnianym końcem hebanowej laskiZe srebrną gałką)
Oh NadiaTe psy — wargi mojeJakoś je strofujBiczujWrzątkiem ze samowara —
Były tuje — były były były były i były no popatrzA chodzi tylko o perspektywę spadającąW dół —
Anna Achmatowa stała w długiej fioletowej sukniJakby ktoś za wrzosy pociągnął w nieboI po krzykuPawia
Ale żaden paw nie wchodził w gręNie zaprzątaj sobie nim głowyDoprawdy
Siwiuteńka DostojnośćPoetessa bandażująca
Płonąłem w czołgu — to wieszGasiłem kulomiot — to znaszMam tyle orderów za Rosję ile ikon w ikonostasie — to rozpowiadaszA jakem ja furtkę tę niańczyłMiędzy tuje delikatnie stąpałNie uwierzysz
Oh NadiaTe psy — wargi mojeDygotały lekkim podskórnym trzęsieniemRasy
Wiesz kogo skrzyknęła wyrzucając laskęW sam kątek tui na bladych obłokachBuciory preczOnuce z nógBoso klęczący przyniosłem głowę Błoka —I to całąNa cudzoziemnych ramionach
RADZIEJOWICETopielcy
Niech się loki rozwloką po japońskiej kładce,Gdzie w bladych duchów schadzce zeszły nam się palce.
Trupiość moja za krwiobieg cały ma berberys,A i płci twojej przynęty — tylko w stawie zarys.
Łabądź nas przeczuwa. On jeden — ten łabądźŚpiewa skrzydeł, mrokiem dzioba: nuże, śmierci, do miłości przybądź!
Między oczeretem gniewnej bieli rozdmuchuje głownie,Ujawnia widownię.
Tam — za rampą sitowia — na rycerskich łapachŻbik i cietrzew przyczajony niecą kuźnie w chrapach.
Jeszcze głębiej: bawolego czoła kość.Z wieży wieje dwunastą. Utopcze, pokojowy chłopcze,Grzechowisko mość!
Młyn
I nagle młyn. A w młynieCoś tam się przetacza, coś płynie.Żywioł chciałby być nawet Carusem,Bo młynarz ma śluzę.
Niebezpiecznie sobie, Wszechstwórco, poczynasz,Skoro jest młynarz.
Tobie wolno: ty możesz odmieniać deklinacje nieb,On zna tylko biernik: niebo wzięte w chleb.Ani mu na myśli Syna Wniebowzięcie,Z mąki — Anioł,Z męki — Diabeł,Z rąk jest Chlebowzięcie.
Niechaj nas zaskroniec dławi żab kwiczeniem,Pozostanie leniem.Niechaj czapla łysa po bagnisku brodzi,Człowiek się nie godzi.
Zawsze cię zaskoczy, na drodze w Emausie,Przy pierogach leniwych na złoconym maśle.
Odgrażasz się: wróciPracowity Syn.Szczodrze zapraszamy: nosić worki w młyn.
Dedykacja: Katarzynie Latałło
Gwiazd na tarasie oglądanie
Bo jak zegar mnie minął, ja na gwiazdy patrzećPrzetarłem szron ciemny na ciężkich powiekach..Gwiazdom można sprzyjać, nigdy się napatrzeć,Nie taka kondycja, Fabrizio di Salina, człowieka.
Co się zmierzy, małe. Za tęsknotą — krzyk...Ledwo zaznaczony jako Betelgeuza...Potem czoło zniżasz. Znów w ten wonny krzak,Gdzie trzmieliną pachnie Galileusz we łzach.
Obojętny byłeś, Panie, żeby narazKsiężycem i Karłem uderzyć w ten taras,Gdzie pięć palców umiem. I tylko to tłumię,Co gwiazdą upadło, uwiera w rozumie.
Jeśli rozumujesz, dobrze ty mnie zrozum:Rozum jest na gwiazdy, czy gwiazdy na rozum?
Dąb
Bo dąb z drzewów wszystkich niepodobny wiela,Jak niedźwiedzia z gawrą — grzmot z chmurą rozdziela.Weź tę metaforę, w głąb korzeni zawęż:W solach minerału znajdziesz dębu pawęż.
A tam małych nóżek, chitynów igrzysko,Blaskiem kominkowym buzuje mrowisko.Szczupłe czaszki dzwonią, młoteczki łękotekNiebu odgwiazdują, jaki dąb jest obiekt.
Tedy Bóg się wstydzi. Grom w niebie zawisa,A polana łysa jako pusta misa.Ludzie tam siadają, obrusom na postój,Rybkę smagłą dzielą dla zacnego postu.
I kiedy już bezpiecznie tłusta warga mlaska,W ość spluniętą z wargi nagle piorun trzaska.Nie masz poniedziałku, choć była niedziela...Bo dąb z drzewów wszystkich niespodziany wiela.
ROK POLSKI★ ★ ★
W głąb kalendarza niech wiodą imiona:Adam w przedsionku, Zofia w ptasim gnieździe,Barbara z diabłem w grudniowym Zajeździe.Nad ziąbem trunków lokiem zamyślony.
Luty obróci kożuch rzek na wznak,Czerwiec na szpadle sprowadzi dżdżownice,Październik jabłka sypnie w kosze skrzypiec.I znowu krok — i roku brak.
A gdzież się miłość w czasie zapodziewa,Ta: już ostatnia. Jak wyblakły konturNa drzwiczkach sanek, na pieców polewach,Zaścianek burzy w Zazdrostek zakątku.
Blady Lermontow myślał o niej takŁuskając z łupin zamszu pistolety.Na wiorstę szlaku od ostatniej mety,I jeden krok — i mety brak.
W głąb kalendarza niech prowadzą leśneRuna paproci, siwe od naftalin,Stwardniałe gruzy nie zerwanych malin,Pazurki ptaków uświerkniętych we śnie...Wargi kobiecej żelazisty smak,I jeden rok — i roku brak.
Styczeń
Jeszcze grudniem się słoci, lecz w styczniowe IdyWrósła śniegu zaplata w kostne światowidy.Jeden patrzy drugiemu na tors bez oblicza,Północy szuka wschodni. Wschód Zachód oblicza.Wszakże tylko bieguny zna równina śniegów,Poskromiła podróże w narkotycznym śnie głów.
Nowe drogi sznuruje mistrz niedbały — basior,Żagiew ognia u pyska zapalił mu Hasior.Ten się jeden co urwał z lodowatej smyczy,Śmigłym smykiem skomlenia po pustkowiach smyczy,Czasem oko wytęży, z ironią przystanie,Jako sanie się trudzą: tutaj nie — i tam nie.
Dymy z chałup — jedyne wiorsty dla wędrowca,Co jak owca się błąka po znojnych manowcach.Dawno z mrozu się odął giętki wicher bata,Dla furmana gorzałka, dla podwik — herbata.Ale z dębów jest łomot. Pies też przymarzł do wrót.Dobrzy ludzie w pierzynach. Najeźdźcom wciąż odwrót.
Luty
Izbę trzeba pochwalić. Stół z bierwion, bierwiono,Które dzbanki nad kuchnią podświetla czerwono.Ksiąg niewielki trybularz. Starych ilustracjiDla smaczności welinu, linienia lustracji,Przy krakowskim ratuszu sylwetka KościuszkiJak z dziejów relikwiarza wyjęta kość z puszki.
Potem kolejny szpargał. Na złotym szpargaleDalibóg, okręciki biorą w żagle dale.Jakże czół nastawiały zdobywcze okręty,Na golfstromów wykręty, raf zmyślne okręty.Skoroś taki ujarzmiał żaglowny frachtowiec,Znajomość przedsięwzięcia, dojrzały fach dowiedz!
A owóż fotografia. Już nieboszczka — żonaOd patrzeń spopielona, ledwo zniknie, płona.Jeszcze jeden na kliszy, starczy pocałunek,Potem trzeba samemu jeździć po całunek.Ot, i wilgoć nasiąka w zżółkłe siano wąsów;Cyt, na poddaszu cisza. Czarownice śpią sów.
Marzec
Rolnik w pole wychodzi. Ono chętne niby.Jak kobieta po chwili: zwiera swoje skiby.Chciałoby, to się cofa. Przed czasem zaloty,Po niebie czas poglądać, trzymać się za lotyProstopadłe skowronka. On wiosnę funduje,Kiedy drobnych stworzonek smakowicie funt uje.
Wtedy gniazdowiec ziemny wiedzie trakt do kuźni,By osprzęt ugruntować, który mróz obluźni,Na policzkach gospodyń wskrzesza smaczne slonka,Że drobi Aść w roztopach jak w mokradłach słonka,Bieleją już po izbach smagłe słoje podłóg,Pastą napastowane, podłożone pod ług.
Jeszcze przymróz zaskomli. Pies w tyle taboru,Ale poświst cygański już zgina łby boru.Jeszcze deszcz się przywlecze. W ariergardzie zamieć,Ty się, babo, nie mitręż: gumno na puc zamieć.Chociażby nic nie wzeszło. PłguPług w bagnisku uwiązł,Stajały światowidy. Tam już wierzba, tu wiąz.
Kwiecień
Jakie błękitne oko masz przy wełnach bazi,Wikary się przeżegna, ksiądz proboszcz obrazi.Wszak do Panny Najświętszej miała być koronka,A tu biskupiańska przyfruwasz koronka.Czerwony język ognia wkładasz między aktyStrzeliste. Ale przecież sosną jesteś, panno, ach ty.
I w organach fistule czule klują tobieSoprany jak kasztany — świece twej ozdobie;Wstyd niewinny pokrywasz rzęs długich powłócznią,Jak rycerz świętobliwy Bożą Mękę włócznią.Chwałę sobie zaskarbiasz ledwo taką tę, żeMiłować ciebie w żonach będą dzisiaj męże.
Jak w pierwiosnkach gałązką sędziwiec przebiera,Z jaskółką w obu dłoniach bezpłodna umiera,Brzydala od nadziei pięknotka odpycha,Lecz nie mądrość jest przy tym, zwyczajna ot, pycha.Tyżeś w tabernakulum klękający kwiecień,Bóg z opłatka to wita, a o reszcie wie cień.
Maj
Polazły na pagóry pokraczne wiatraki —A znasz milszy menuet niż mozół pokraki?To się tędy obróci — tu machnie naręczem,Jak pastuch dosiadł diabła i tańczy na rączym.Lepiej cugle wiatrowi przeciwnemu odłóż!Pieni się maj perlisty od żywiołów, od burz.
Tylko ranki soczyste tchną jak białe serySłońc miękko przetaczanych przez łagodne sferyNa kopernikańskich łąkach pod miastem Toruniem.Tedy chadzaj na przyboś — to grudą, to runiem.Wieczorom nie zaufaj, na przyzbę miłości,Dojarka świt niosąca niechaj będzie dość ci.
Ochlapany udojem, w aromatach zielaSfruniesz z tego kwiatka ciężkim lotem trzmiela.A skoro ci do smaku miłować tak rośnie,Niechaj z przedwczesnej siejby dzieciuch pannie rośnie,Że zaskrzeczy przysiółek, świstaj na ten przedplon,Kiedy w łasce kolebki ziarnu twemu ciepło.
Czerwiec
Nie oszczędza nas czerwiec. Zwiastuje waniliąPrędki odjazd, jak trąbką naglący pocztylion.W mapach świata szukamy: wonne lasy, możeSzczerby gór wyraziste, parujące morze?Inny w spalin zaduchu waży: wziąć rodzinę, zawieźćW plastry pasiek buczących, między gruszki, na wieś?
Kipią źródła rodzinne — islandzkie gejzery,Starsi w niebo się skrzydląc, młodsi — w termitiery.Tutaj grzyby po borach, ciężka od ros łąka,Tam, co życie przydarzy. Lecz miła rozłąka.Lilak mrowiem zdumiewa, przecie nie ma kiści,Tyle dymu w swym czubie, co ród nienawiści.
A po kioskach już giną smaczne papeterie,Na urlopy — sążniste. Tiulowe na ferie.Czy już znają swą przyszłość: powiędłych w eksilu,Bo epistolografów mamy tych „ex” ilu?Tak się w śmierć wybieramy — co śmiertelny powie,Miliardy przeczuwają, trzykroć więcej to wie.
Lipiec
Znów słońcu się oddała. Maja cudzołóstwaZnany uśmiech rozkoszy kołysze na ustach.Samiec chodzi oślepły, próbuje, czy udaKolanem chudych postów wcisnąć się w jej uda?Ale jakby taranem wyważał wierzeje,Skoro stoją otwarte. Więc nie on bierze je.
Dzika zazdrość wydmowa. Z piaskiem toczyć bitwy,Kułakami okładać wrzaskliwe rybitwy?Szeptać coś, konstruować, posuwać umizgi,Poważniej stać bez łyżki — głodnemu — u miski?Tak z sewrskiej filiżanki uszczknąć łyczek słoń chce,Jak on rozwalić rywala, którym Febus — słońce.
Toż go zna z pierworództwa. Nim w grzech się oblekłaZnała gorąc żarliwszy od męskiego ciepła,On tylko promień jeden. Tu promieni mrowieWysokich warg dotyka, w dolnym zgęszcza mrowie.Kto z wrażliwych, co piersią otarł się o pożar,Łopatkuje w kominku wciąż gasnącym po żar?
Sierpień
W sierpniu lato kurzawą stodolaną cierpnie,I miłość nam dojrzała jak podzwonne sierpnie.Dzwonią już sierpy cierpień, otrząsa się jabłoń.Ty pójdziesz na rozstaje, więc wybiorę ja błońWięc ty babiego lata prządka — zgadnij: któż ja?Zaczytana stronica, w kałamarzu próżnia?...
Choć nam jeszcze na rżyskach bose stopy krwawią,Bocianom pilno w podróż, w siwiznę żurawiom.A to jest siwość świtów: w głębi jezior świtki,Moja czarna żałoba, kiedym dorósł Świtki.Słodki smutek rozjazdów, choć boleść go żegna...Oskarżać pasmo chłodu przewidziane, że gna?
Lepiej plon okiem zmierzyć. Czy starczą te plony,Że choć raz białym szczęściem był grób zniweczony?Że trafiła się chwila, że raz znowu pierwsiPoznaliśmy sól czoła, odmienność swych piersi?W upojeniu czym poczuł, jak lot mnie twój muskał,A ty wciąż ledwo tknięta jak Madonna wśród skał...
Wrzesień
Wśród ogrodów struchlałych, wszak jeszcze nie pustekPuszcza w nieba się zwały maleńki Czelustek.Na nitce pędziwietrznej lekkoduch ten lata,Pajączek, kompan krzeczka, tkacz babiego lata.Liść nerwy bandażuje, iskrzy ostu tutka,Kiedy ówdzie brabanty, z kołowrotka nić tu tka.
Jest ich cała gromada, grad spadochroniarzy,Aluzją wiążą palce, palcują po twarzy —A gdy warg całujących dotyka namiastek,Któż nie wielbi tych dreszczu miłosnych namiastek?Jak chłop o róg chałupy, dąb o chaszcze trze pień,Bo mu między łopatki łaskotny wlazł czepień.
Ale jest to w naturze wieczne napomknienie,Które w żarty frant kładzie, otrzebiają lenie.Lekcja babich nitek zgrabnie napomyka:Przyszła pora wieczora: niech kądziel pomyka.Nie obrażaj się, babo, odpocznij se pilnie,Umęczone swe rączki w ciszy zanurz i lnie.
Październik
Boleje kręgosłupa różańcowy pacierz,Nie weźmie go w opiekę pacierz, skoro paździerzReumatyzmu przenika zgwichtowane ramię.A tu chmura Ruszczyca w zziębłej okna ramie,A tu gawron się stroszy od dzioba po ogon,Upiorzydło po nocach stuka palcem o gont.
Tedy bierzem za trąby, za bębny, za dudyI reumatyzm prosimy do świetlic na trudy,Chóry męskie, teatrów niedorzecznych trupyCzynią sztukę, że sztuka opóźnia w nas trupy.Niechaj i naurąga obcych fruktów smakosz,Nasz nie małmazyje, a osłódki ma kosz.
Gdy wracasz z wieczornicy, znów cię batem smagaPonad kobzy najwyższe dująca powaga.Zima śmignie proroctwem spod szronowych pierzyn,Zarzuć dudy na grudy, czas, chłopie, do pierzyn,Czemu zwlekasz, starucho, pod piernaty włóż go!A ty okiem ściemniałym czytasz wyrok: łóżko.
Listopad
Ten ci kuma umarłych z tymi, co po cichuWłasną skrzynkę hołubią na żywicznym strychu.Jeszcze w niej jabłek kopce, w szczycie złota grucha,Wszak gołąb siwo przysiadł, sennym głosem grucha.Kapelusz filcowy lepiej wcisnąć, na dziadNie pójdziesz z wizytacją, gdzie spoczywa pradziad.
Pomniki małych wiosek. Tulą się do kwokiKościółka, wszak on jeden sięga za obłoki.Wielmożny jakiś taki, że czujesz się sporysz,Nie oplecie cię rudy przemijania sporysz.Choćby truchło zetlało, ma pociechę człowiek,Że duszyczką swą małą będzie orał po wiek.
Stąd nie tylko dla dzieci klecą starce baśnie,Dziecko wie nieśmiertelność. A to grunt jest właśnie,Kawał gruntu tłustego, gdzie Jadam — Piast orałI w niebie chyba radło kupił za pastorał,Brodzą chłopi w listowiu cmentarzowych zniczy,Nie wierząc, by gospodarz miał odejść... tak, z niczym.
Grudzieńczyli życzenia świąteczne
Niechaj każdy języka naszego choć pogłosW szlachectwie stodół naszych dojrzewa jak pokos,Bo gdzież się podziewają tych plemion zaploty,Co ziarno mowy świętej gnały precz za płoty?Pomnę ja czas przetrwania, gdy po rżyskach błądzącSzukał manny wzgardzonej pogorzelec i ksiądz...
Niechaj każdy zwyczaju naszego choć okruchJako w całun powzięty będzie w lniany obrus...Nie zna bowiem historia tak bezkresnej zwłoki,By głazem nie strzeliły skruszałe już zwłoki...Pomnę ja czas zwątpienia. Bogu lżono: „zabroń”,Najśmielsi wzięli stryki, cisi jęli za broń...
Niechaj w każdą Wigilię stanie puste krzesło,Dzisiaj ktoś w Styksie kłakiem — jutro mostu przęsło...I tego wam życzymy: czoła dumne mośćcie,By wiatr niespodziewany przeszedł po tym moście...Pomnę ja czas niepolski, winni za to, że my...A jednak nie umarła. Dzięki nam. Żyjemy.
Trzy Heredie
IHEREDIA
Cios był smagły — jak policzekNa odlew.Trybunowie rozprowadzali językiem krew na podniebieniu,Setnicy fastrygowali zdruzgotaną rachubę Centurii.Żagwie wzięto do rąk,Krótkie miecze do świadczenia posługKonającym.Z bielejącym okiem oślepionych ptakówW milczeniu krzątały się rzymskie kohorty.Strzały wyszarpnięte z ciałWiązane porcjami jak chrust na zimę.
Aż któryś z LegiiZanurzył twarz w pachwinie łokcia.
Było to wtedy, kiedy się pojawiłZjeżony strzałami niby szczapa smolna,W bagiennym słońcuGłucho pancerny,
Z niesfornym koniem walczący zażarcieMartwy Imperator.
IIPSEUDOHEREDIA
Zamiast namiotów dano nam skórzane pęcherze,Pokryte sierścią,Wypełnione dymem i zapachemRyb wędzonych na słońcu.
NazajutrzWywiedziono nas w pole, aby przeprowadzić przez szpaler dzieci.Ciała tych maleństwByły odrażające jak galareta empuzy.
Muzykowano na muszlach,Końskich włosachI jelitach mułów.Łaźnię sprawiono nam w dębowej budowli,Gdzie na rozpalone klepisko z glinySłudzy chlustali konwiami wodę,Wzniecając smrodliwy opar.
Dano nam wici z łoziny,Abyśmy bili się nimi w piersi.
Karmiono nas robakami ziemiI owocykami jałowych wydm.
A potemPrzyprowadzono nam kobietyNa legowiskaUtkane z siana, ziół kadzidlanych
I żywych świerszczy.Żądano, aby modliły się z namiDo naszych bóstwI naszym sposobem.
Misteria modłówPodglądano chciwie,Przedrzeźniając je niekiedyW pocie czoła.
Dobroduszność naśladowców była doprawdy godna litości.
IIIANTYHEREDIA
Umieraliśmy powoli. Najpierw TrybunowieWyruszyli ze swych ziemianekDo Krainy Cieni —
Dostojne mumie,Ozdobnie odziane i nakłonione do pozycji siedzącej,Wynoszono ze czciąW ramionach lektyk.
Szlachetne profilePokrywano skorupami druidycznych głazów.
CenturionówZakopywano już dość płytko i pospiesznie.Złote nakolanniki wystawały niekiedy z mogił.
ŻołnierzyPozostawiono opiece robakówI głodom ziemi, która ich wessała.
Ostatni, ostatniPrzede mnąZasiał swój grób tam, gdzie skonał:W łanie żyta, podczas kośby żniwnej,Kiedy popiwszy oślego mlekaDla odpoczynku czytał „Georgiki” Wergilego.
Trup jego straszył,Z roku na rok coraz bardziej osobliwy:Wysmukły szkieletW płachcie spłowiałego płótna,Z kosą w dłoni,Jak drzewce sztandaru odsuniętą od biodra.
Lud przychodził tam ukradkiemI wziąwszy się za ręceTańczył wokół szkieletu w zupełnym milczeniu.
Dudniła ziemia.Motłoch TyranówPrzesuwał Rzym do Konstantynopola.
Dedykacja: Piotrowi Kuncewiczowi, jednemuze śródziemnomorskich
Archeologia (II)
Jaką nam duszę przypiszą po wiekach,Gdy będą chodzić po tych chłodnych miastach,Jak bosy chłopiec na wieczornej plażyPośród piaskowych — kiedy stąpa — fortec?
Jaką im czułość złoży na powiekachArchitektura cmentarno graniasta,Sanatoryjnych pełna korytarzy,Gdzie lista nazwisk to rodowy portret?
Jak nas wykrzeszą z tych kościanych mebli,Które są rzeczy — ale nie przedmioty,Bo i przedmiotom nakładamy sztandarSwej hojnej pychy — ten zwie się pokrowiec — ?
Czyżby zechcieli, aby nas dostrzegliW eksperymentach kontentej niemoty,W klekocie dzwonów, jak strąków w girlandach?Rzecz o poezji. Dzwonniku, odpowiedz.
Widziałem we śnie ląd archeologów,Gdy obracając wiatrakami łopat,Z popiołów kręcąc konopiaste bicze,Grób otwierali jak królewski poród.
Wreszcie u głównej katakumby proguStanęli ufni, a gdy kurz już opadł,Starczyć musiały za całe zdobyczeKości świecące w pustelni otworu.
Nie po to przyszli. Ale po człowiekaPrzydatki próżne, którymi obrastaOdmienność nasza na łąkach cmentarzy,Czy dziełem będzie, czy skargi świadectwem.
Jaką nam duszę przypiszą po wiekach,Jaką im czułość złoży na powiekachArchitektura cmentarno graniastaPiaskowych fortec na bezludnej plaży?
Pytam niedawny, kiedy byłem dzieckiem —
PERYFERII DELIKATNE UMIERANIESadyba
Mam jeszcze azyl. Bielona mansardaWśród drzew rzucona — jak skorupa pośródŁąki fabrycznej. Tym wzgardzeniem harda.Bo ile środków ma byle mimośród?
Środek zachwytu w ptaków śpiewnej gęstwie,Gdy gawron kona — słowik gna intruzów...Środek na pszczoły w kramarskim przekleństwiePrzy kopcach papryk i turniach arbuzów...
Środek zdziwienia, kiedy drobna łyskaJak rzęsołamacz mknie po starej fosie...Środek zamętu, kiedy piorun łyskaW niebo się wnosząc na drzew wniebogłosie...
A w środku nocy — od niedzieli do śród —Gdy na warzywa ożywia się popyt,W mojej mansardy tajemny mimośródSączy się blade echo końskich kopyt.
Koń wlecze wozy, czyli też furmankiWerblem klekotu doboszują koniom.Bagiennym światłem kolebią kaganki,Chłopskie kożuchy — rzeżuchową wonią.
„Zwierzęta idą” — mówią drżące słoje.W dębowych deskach starej biblioteki.„Zwierzęta idą” — wtórują podwojeIzdebek sennych jak chłopca powieki.
Jeszcze — czy długo — chłonąć ten wstydliwyTupot będziemy? Przecież nakazano,Aby tam — w środku — nie wadziły grzywy,Ani broczyło obrokowe siano.
I nas dopadną. I tutaj położąKres tym pobudkom dziecięcej pamięci,Ślady na stegnach obłożą rogożąSmolnych asfaltów. A z tym wszystkim — Święci.
Więc dobrze słuchaj, mój już bliski wnuku!Miałem ja noce, co starczyły za msze,Kiedy słuchałem końskich kopyt stuku,Tak baśniowego, jak ich nozdrzy zamsze.
Ciesielska
To było bardzo poważne. Bardzo serio ze stronyPani Ciesielskiej, która gdzieś z dalekaPrzywozi cielęcinę aż do Warszawy. Na sprzedaż.A tutaj — tak bardzo serio — jak CesarzAlbo (bo ja wiem) Czou En-lajPołożyła dłonie na pulchnym kobiecym podołkuI rzekła:„Jechałam w czerwcu z tą cielęciną do Pana, aż z nagła AutobusUderzył w coś ogromnego. I ja, Biedna Wiejska Kobieta, straciłam pamięć.Boże Ty mój, Miłosierny, przez miesiąc leżałamGdzieś pod kocem w kopercie z prześcieradła,Cielęcinę chyba pielęgniarki wzięłyI zjedli.Nie wiem, czy pan rozumie, co jest taka koperta —Nawet gdyby śniegu nasypało na człowieka,Nie byłoby takiego polnego Święta.To ja teraz śmierci już się nie boję,Pójdę w tę sprawę jak w Komunię Świętą.Bo to, jak panu mówię, jest nic.
I wzięła Ciesielska kolejną cielęcinęI poszła na nieszpór.Do małej zarumienionej od świec kapliczki.
Julitta
Julitta wtedy w szatni miała kątekCygany do tej knajpki chodziliMasony — wiercipyskiLiteraty — mąciwodyKawaleria w ostrogach wiatru Szaserzy z dubeltówkami wargJulitta nie tylko cumowała ich płaszcze do masztówTemi i Owemu postrzępiony order wieszakaPrzyfraczyła
A potem kolorowa od szampańskiej oranżadySzła z ręką na biodrze fantazyjnie — pod prądHiszpańskim karminemDuczesą kruczej rzęsyKastanietami spiczastych łokciMiędzy stolikami czyniłaRejwach
,Patrz„Patrz panDyrektorze”(Tu fotografię weselną prezentowała — przedwojenną wielce —Na niej sama jedna z małżonkiem jak szparag)Cóż to za chudeusz byłTen mój małżonek NieboszczykKiedym go do Ołtarza Bożego przywiedła
„IstotnieWidelec” —Zgadzano się chórkiem wprost spod organów bolesnychA Julitta zalewała się błogimDeszczem filantropijnego uśmiechuObgryziony talerzyk z kieliszkami samorzutnie jakośZawsze tak zawirowałŻe Julitta za skarby nie mogła się wykrygować
„I otom co z chłopaZa jaśniepana istnego wystrugała!(Prezentowała drugi portretTym razem w trumnieZażywnego opasaZ kandyzowanym wąsemPodwiązaną szczękąZ kamizekląkamizelką nie dopiętą u samego szczytu śmiertelności)Miał takie szczęście do kobiety!Ale Panów ArtystówRodzinna pociecha jakoś omija”
O takJulittaDoprawdy to był ktośTo się rzucało w oczyKiedy z niedopałkiem w miodowej dulawcePłynęła w ciemną furtkę szatniJakby Bóg cały seks świata obrócił w karawan
A Jaśnie Pan — jako apostrofa —Na długo się wśród śmiertelnychModą rozwielmożył
Chciał matkę zabić młotkiem,buldożer go zeżarł
Jakże nam teraz bardzo zważniał:Cóż, że cały okryty obelgą jak siecią rybacką,Leży gladiator na sarkofagu chodnikaW ryżym szczeciniastym szyszaku, strzyżonym krótko: na zapałkę.
Ramiona rozłożył swobodnie, objawiając lekko spulchnione wierzchy dłoni,Tors — wstydliwie oblany łagodnym kolorem morskiej wody —Padał na widok publiczny z godnością.Stopy przekrzywił czubami do środka, jakby miał to od dawnaprzemyślane na wypadek śmierci..
Jakże nam teraz bardzo zważniał:Jeszcze przed chwilą pijany frant, który wrócił z wojska,Z niecierpliwością wysłuchał trzech antyfontann płaczu matki,Ojcu zaś zafundował tyleż głodnych kawałków z ostatniego poświstu,Zjadł peklowane,Zakąsił małosolnym,Spłukał cysterną samorodnego.
I zwada!Honor mu nadepnięto, przekrzywiono na bakierCharakter złoty. Utoczono mu juchyZ żył serdecznych. Splugawiono chorągiew wysoką
Czułości nierozprawiczonej. O, di immortales! Uczyniła to matkaSłowem — nie pomnieć jakim — lecz twardszym od szpadryny...
Wszystko to opowiadał, płacząc — i potrząsając małymSzewskim młotkiem, który głucho postukiwał w denko kufla.Młotek miał być w użyciu, nie wiedzieć dlaczego, parokrotnie chybił, aleCo się o te kilka piwek odwlecze...„Nie będziesz miała, Mamcia, racji u Ławników NiebieskichZa moją krzywdę...”
Jeszcze mówił, a tu jakiś podmuch —Czy to z wątroby idący, czy też z pęcherza —Nadął mu kurtkę skórzaną na plecach, ucapił za kołnierzI dowodnie pokazał, jak się spaceruje sposobem raka.Potem go zwalił w stronę krawężnika,Trzy razy obrócił w złocistej kurzawieJak dzwonko w mące —I popchnął prosto pod buldożer, który nadciągał z wyschniętym dziobem
Do piwopoju. (Te dzioby z hakiem u buldożerówDla Braci Browarnej szczególnie niebezpieczne).
Jakże nam teraz zważniał:Ksiądz proboszcz na Żałobnej wytknął nieboszczyka palcem, że aż oko wykol;Zdefraudowany na umyśle malarz z AugustówkiPozbierał wszystkie gazety, którymi zwłoki obklejono,I zrobił turpistyczny collage; na grobie
Jeden szpenio wywinął tak artystyczną rzeźbę w kolorze: brąz kasselski,Że Harcerstwo dostawiło świeczkę;Podobno przychodził we śnie do pokwitających dziewcząt, obiecywałim małżeństwo i że zaraz po ślubie przejdzie na autobusPowiadają, że raz jeden nawiedził Matkę,Wyszedł ze starego nocnego budzika,Był malutki,NaguśkiI długo — rozpaczliwie długo — dzwonił mlecznymi ząbkami.
Tak powiadają.
Dla budki z piwem requiem
...Że się pewien browarny w trumienkowe dybyWtroczył, a był czas lipca, kiedy nawet pijeJedyny Abstynent z pobliskiej Sadyby —Budce z Piwem sprawiono doszczętne Requiem,Najpierw Milusią kładli na pudła sarkofag(Od rzeźnych przewożenia było podłe pudło)Chociaż jak na lawecie biło blaskiem powagRozkoszy naszej złotej miododajne źródło.Takiej Świętej Miłości nie przewidział z WarmiiKatabas — Wierszokleta, ni zamysł Augusta,Z jaką w śmierć odchodziła, którą lud się karmił,Policzki znał od wewnątrz, dystyngował usta,I trepakiem by nazwać ono nóg słanianie,Którym w „Marszu Żałobnym” chełpił się Ujejski,Przy krokach boleściwych, kiedy SadybianieSzli żegnać swój ostatni Akropol podmiejski.Pieszczoch z okiem Zagłoby, lecz bez jego blagiPrzyznający żonie celność w zajzajerze,Hela Noga w brokatach monarszej powagi,Lolo — pierwszy raz z dykcją — klepiący pacierze.Trzeba było rozgarnąć te spuszczone rzęsyPaniuś z Klubów Rabatek, Mentorów z rozporkiemWiecznie rozkitwaszonym przez narad bezsensy,Jak dźwignąć ludu poziom blokowym wieczorkiem.A tu Ofelia płaczu rozpuszczała loki
I powietrze, co wzdęło szczawiową spódnicę,Niosło ją — topielicę — przez te rącze blokiZ żywej dusz arterii gdzieś na obwodnicę.Cud był przy Bonifratrach. (Już zżuły ten placykMemlące trawożery). Coś kląska w motorze,Karawianiarz błąd maca, a tu BonifacyMumijką śniadą staje w śmiertelnej pokorzeI kondukt sam prowadzi. Jako się przeorałPrzez szybkę pod ołtarzem, grzeczny tłum nie pyta.Korona z glanspapieru, szczerbaty pastorał,I świtką przewinięty jak byle najmita —Jeden z naszych. Że Sykstus go jak piernik dawałPolskiemu magnatowi: „masz gnat, mój magnacie!”,Znak, że owego Czerwia Czerniakowa kawał;Co cały się roztrwonił w asfaltów poświacie.Katolicki więc pogrzeb. Chociaż w ateuszySadyba dość obfita, gnać Relikwię trudno.Zwłaszcza kiedy popatrzeć, jak takiego suszy.Wspólnym frontem kopsnęli „Pod trupka” na Bródno.I tam pustkę też naszli. Tam pachnące deskiZ ostatnim niuchem w nozdrzach rozbili na drzazgi.Potem oczy unieśli, jak w przestwór niebieskiZamiast duszy wzlatuje piana strojna w gwiazdki.— — — — — — — — — — — — — — —Do pijalni nie chodzą. Petrarkę kupują,Rabatki stroją w bratki, w gwiazdy popatrują.Niekiedy wdzięcznie wspomną mumię Bonifaca,W cichym kątku świetlicy szepną: ten ma kaca!
Wesele
(...) On się w pluderki omsknął,Kamizelką ochwacił,Fontaziem elegencjielegancji jak biczyskiem foryś.Dzióbek ma miękki,Gdy naciśniesz — sklęśnie,Gdy dasz mu folgę, odskoczy z plaśnięciem.
Ona aż pachnie czułością. OmletZapewne jadła, bo jedzie powidłem. (Jak trzeba, w karocy)Drażniątka opięłaW prześwitujący stanik. Niech naród widzi.
I ciągiem: gorzko!Gorzko, gorzko! — wołać musimy aż do upadłego.Upadły — skądinąd Inkasent Gazowni —Księże kolanka wybrał na podpórkę.
Ksiądz się rozczulił:„Styrane maleństwo”.
Wszyscy styrani: ja i baronowaJemy jajka na spółkę, żeby coś tam czynić.KominiarzStarannie czyści paznokieć,
Specjalnie hodowany dla prezencji stanu.Mizeria.
Wreszcie Dniewierz się podniósł, a zrobił to z fasonemDobrze skrojonego fraka w salonie ZarębyI pali mówkę.
A to, że ŚlubniSą jako frachtowiec na spienionym morzu.
A to, że ŚlubniPłyną do Przystani, którą Bóg jest.
A to, że ŚlubniMają się rozmnożyć.
A to, że w sklepachZ pietruszką — drożyzna.
A to, że bąble (czerwone i krwiste)Na pewnym cmentarzu w Texasie.
I usiadł. I znowuGorzko, gorzko, gorzko! —Zakrzyknął Ślubny i tak się do ust Ślubnej przystawił,Że trzeba go było odssać.
Na wszystko spoglądał z obrazuŚwięty Józef z winogronami na zasobnej tacy —Widać, rzecz go wzięła,Bo kilka winogron omsknęło się na turecki dywan.
— Może by tak włączyć telewizor?Zaproponował zmieszany ogólnąNiezręcznościąKsiądz.
Wizerunekczłowieka Słomczyńskiego(fragment)
Od Słomczyna — gdzie z kościelnej skarpyNa cmentarzJest spadzista okolica,Sołtys z bratem Ignacem pognali na łeb na szyjęAż do Jeziornej.
Tam —W „Jeziorance”Poukręcali sobie opiumowe makówki,Na cztery wiatry rozkurzyli czuprynyI z wielkim niesmakiem rozdziobali śledzia.
SerLeżał odłogiem — nawet palcem nie tknięty,Niby tercjarka w gordyjskim gorsecie.(Macedoński w sam raz wyszedł, był tylko Przedni-Turecki.)
Więc chłopi napluli na swego,Czapki w garśćI nuże przekomarzać się z drzewami.
Śmietana w Krakowie zdążył już wytrząsnąć trąbkę,Kiedy Słomczyńscy dopięli celu —Jednego wespół,
Bo Ignac aż do wieczornego udoju chodził z rozpiętym.A tedy wydarzyła się Przepoczwarna Historyja z Zegarkiem.
Kiedy Sołtys dał się wieśćPomiędzy Scyllą i Charybdą nieznajomków,Z kamizelki — suwerennie — wyściubił się zegarekI w ścieku ulicznym narobił chlupotu.
Tonął majestatycznie,Ruchem wahadłowym,Według ściśle nastawionych wskazówek,Z śrubką zaszpuntowaną jak u każdego Titanica.
GapiówNaschodziło się z miejsca zatrzęsienie,Zwłaszcza tych nabożnych, z postnej mszy w Klarysewie —I z kolejki na Chyliczki.
Wszyscy w sobie niemówni, bo co ledwo pacierzWygadali, a tu rzecz dziejowa.Zresztą tenor nadawałSam Sołtys, gdy sznapsbarytonem —W czeluści kanału kalesony maczając —Tak gawiedź pouczał:
„Przyrządy do mieszania czasu,Które wyławiamy,Składają się przede wszystkim z kółI części wykonujących ruch obrotowy (...)
Aby te koła mogły się łączyćDla zapewnienia ciągłego ruchu,Muszą posiadać na swoim obwodzieWystopyrczeniaRóżnego kształtu (...)”
Tu wziął powietrze,Zanurzył się w ścieku,Dno długo macałI wychynął z niczym.
„Koło stożkowe wypukłePowstaje tedy, gdy wystopyrczeniaMieszczą się na zewnątrzPowierzchni stożkaW płaszczyźnie równoległej do jego podstawy (...)
Koło palczaste lub daktyloides (...)Koło zębate lub glattoides (...)Koło gwiaździste lub astroides (...)Koło piłkowe lub klimatoides (...)Koło kopulaste,Jakby wysadzane drogimi kamieniami (...)”
Tu brat go na szelce — po raz wtóry — w czeluści zanurzył,Sołtys wziął krzyż na drogę i pomaszerował w topiel jak Bartek do wojska.Pora była zaobiednia, od kościołów wiało pulchnym plackiem,Więc ten i ów skrzętniś raz po raz czmychał do „Jezioranki”,Spijał śniegi dubelta, długo grzał się w „Życie”,I harcował po talerzu z pohańcem — Tatarem.
Aż tu nagle Sołtys — nad podziw wybałuszony —Wypłynął na powierzchnię i jął suchą stopąPrzechadzać się tam i z powrotem po klarysewskich bałwanach.
„A czy wiecie, niegodni, że w skarbcu ErmitażuLeży Meisterverck z drewnianym werkiem?Nie znajdziesz w tym chronometrycznym kurdupluNi grama żelaza,Nawet sprężyna jest cała z hebanowej strużyny.
Wszyćkie Regalia Carów Groźnych i Wielkich;Caryc i carówienAgrafy,Guzy,Szpile,Złotem przetykane famurały Carewiczów —Za jaje stoją przy tym wystruganym cacku”.
Tego za wiele było na Klarysewkich. Nagle wielką ławąRunęli na Heretyka i pomieszali szyki —Ledwo się Sołtys za kapeluszem obejrzał,A już mu Ignac rower podsuwaI radzi grzecznie salwować się ucieczką.
„Nieprzegapiona niedziela” — rozpedałował się Sołtys,I widać było, że ogromnie rad.A że w lesie zmierzchało, wnet objaśnił drogęWybronionym w burdzieKagankiem oświaty.
PRÓBY EPIKIGest
I
Dziesiątego września w pięćdziesiątym czwartymNie zastali mnie przyjaźni w domu.To popołudnie spędzałem w Mourieras,Rozrzucając brunatny nawóz widłami.
Nazywałem się wówczas Père Mazaud.A moje pole żagwiło się rudoZa opłotkami nieprzeludnionej wioski:Znałem w niej wszystkich,Od wisusa do starca.
Z rozkoszą chłonąłem włochatymi nozdrzamiZapach przegniłych kawałków torfu,Bryzę od południa, srebrogłowiem w wiatr wplątaną,Kwaskowaty odór własnej koszuli.(Życie miało twarz olbrzymiąI polubownie sekretną.)
Przy pierwszej gwieździeO godzinie dwudziestej trzydzieściOtrzepałem widły z małych bryłek gnojuI trzpień narzędzia ułożyłem w kotlinie obok karku.
Smak wieczornego jadłaOsładzał moje zmęczenie.
Wstąpiłem na drogę śródleśną.
II
Dziesiątego września w pięćdziesiątym czwartymNie zastali mnie przyjaźni w domu.Poruszałem wówczas spopielałym igliwiemW dolnych lasach Francji.
Miałem tam sprawę do pewnego lisa,Który oblazł ze skóry i dymił pośrodku ścieżki.Idąc do pracy, wrzuciłem go widłamiNa stos mrowiska.
Skrzętna ciekawość: czy zgorzał doszczętnie?
Kiedy tak szedłem (beztrosko obojętny),Los zaczął wymachiwać wielkimi skrzydłami,Był zbyt potężny jak na mą kondycję:Strącił mój kapeluszW ostrowy jeżyn.
Pamiętam pochylenie — delikatny krąg słomkiW kopciach (Pająk je właśnie wiązał),Wyprostowałem się złorzecząc.
III
Osobnik był ze wszystkim znikomy. To właśnieUderzyło mnie najpierw. W MourierasTylko grabarz był mniejszy. Nie na skutek garbu,Ale przez pewne szczególne wciśnięcieGłowy w ramiona.Co mu nie szkodziłoMieć żonę — Hiszpankę i kochankę w mieście.
Ten, co wyszedł z lasu, stąpał chybotliwie,Ale ani w calu nie przypominał Jakuba z Dzwonnicy,Który subsydiował oberżę.
Był trzeźwy jak wizja Jana od Krzyża.
IV
Dziesiątego września w pięćdziesiątym czwartymNie zastali mnie przyjaźni w domu.Oto ja,Père Mazaud z Mourieras,Dźwigający widły na prawym barku,Natknąłem się na Człowieka z UFO.
Trudno zaręczać, że był to zaszczyt,OsobiściePodszedłem do wydarzenia z niejakim zmieszaniem.
Człowiek z UFOZdawał się ten brak zręczności odwzajemniać,Co czyniło go bliskim i zrozumiałym.
Staliśmy długo, przy osypywaniu się gwiazdI chrobocie zwierząt w leśnych ostępach:Dwaj mężczyźniAby życie moje — ze wszystkim — było nader
(Odruchowo przetrząsnąłem bluzęW poszukiwaniu niedopałków papierosa.TAMTENPowinien mieć zapałki)
Jego garnitur — obcisły i bez guzików,Wydzielał łagodne, niebieskawe światłoGazowych latarń, które widziałem w Paryżu.Jego głowaByła opancerzona,Ale bez groźby, którą straszą żołnierskie hełmy.Oddychałem szeroko i spokojnieNie czując nawet o jeden puls przyspieszonego tętna.
V
Kiedy przytknąłem dwa palce do ronda kapelusza,Życząc mu dobrego wieczoru,Nieznajomy uniósł powoli prawą rękęZ palcami szeroko rozstawionymi wśród gwiazd.
(Tak podobno pozdrawiali się StarożytniW krótkich okresach między wojnami).
Zbliżył się i najpierw dotknął mojego policzka,Na którym mam bliznę od drzazgi przy rąbaniu drzewa,Potem chybotał się leniwieZ nogi na nogę,Jakby szukał czegoś w myślach.
I wykonał ten gest.
VI
Dziesiątego września w pięćdziesiątym czwartymNie zastali mnie przyjaźni w domu.Oto stawiałem łagodny opór Człowiekowi z UFO,Który najwyraźniej zamierzał mnie pocałować.
O la, la, la — to wcale nie jest takie ścisłe.Powinienem powiedzieć raczej:Który zbliżył się do mnie poza granice poufałości,Jaka przystoi mężczyznom.Nie lubię tego nawet po alkoholu. Wstyd.I delikatny wstręt, jaki odczuwam przy zetknięciu się z męskim zarostem,
Wystawia na ciężką próbęMoje pojęcie przyjaźni.Często z tych pieszczot w oberży wynosiłem krew na wargach.
Ale uchwyt Człowieka z UFOBył silny i stanowczy,Małe ręce w rękawiczkach z czegoś, co przypominało pergamin,
Przyciągnęły moją głowęJak kowadło młot przyciąga.
Przylgnąłem całą twarząDo wzgórza hełmu o cienistych zboczach.Rozgarniałem zmysłem dotykuFalujące wrzosowiska.
VII
Szczęście, które odczuwałem, było pełne płaczuI zapewne dlatego mówiłem coś słowami modlitwy.Wszystkich zapamiętanych modlitw.Tych z jednorodnej bryły, jak „Credo”,
Tych postrzępionych jak słuchy królika,I również tych, które wymyśliłem samW czas słoty lub żałoby.
Jakże dodawało mi otuchy narastające przeświadczenie,Że Przybysz z obcego kontynentu WszechświataTeż się modli.
Ale niechaj książęta rzymscy nie rozgrzewają rusztówDla swej pieczeni;W szkółkach niedzielnych nadal może toczyć się spokojniePoprawianie marynarskich kołnierzyków.
Modlitwa bowiemByła jedyną mową,Jaką mogliśmy do siebie zagadaćO radości współuczestnictwaW tej samej łyżce czasu.
I o śmierci.Która nam strawę od ust odejmie.
VIII
Powróciwszy do domu, długo myłem pod studniąNabrzmiałość powiek i drobne sińce na skroniach —Jedyne znaki obcowania.
Zaszedłem do koni, aby poruszyć paszęW żłobach. Konie lubiąOsobną o nich pamięć gospodarza.
Siadłem na ławie w pobliżu progu. Odstawiłem widły.Po kwadransie wszedłem do izby,Wyłowiłem muchę w słoju zsiadłego mleka,Strząsnąłem ją z palca.Wreszcie pokładłem się obok żony.I przyglądałem się firankom, lekko wybrzuszonymPoświatą księżyca.
Pomyślałem też o długu kredytowymI o reperacji dachu przed zimą.
Od czasu strasznych wojen bardzo zabiegałem,Aby życie moje — ze wszystkim — było nader zwyczajne.
Kubek w kubekJak dzbanki na bielonej ścianie nad kuchnią,Teraz nieco zupiorniałeI podobne do ocznych gałek ślepców.
IX
Jedenastego września w pięćdziesiątym czwartymZastali mnie przyjaźni w domu.Byłem na swoim miejscu, co sprawiło im radośćTak pewną swego, że prawie nieodczuwalną.
Mówiliśmy — jak zazwyczaj — o zasadzkach zawoduPoetyckiego. Najmłodszy się skarżył,Że rym go zagalopował i poniósł na manowce.Na naszych oczachZmiął manuskrypt w garściI cisnął prosto w twarz gołębiom.
Białą kurzawą zemknęły z parapetu.Były olśniewające.
Uśmiechałem się uspokojony,Że umiem to nazwaćTak prosto.
Warszawa, 1973
Comments
Loading comments…