Deszcz złoty (Jachowicz, 1924)

Skarżył się lud na biedę, źle mu się zdawało,Że choć miał dosyć chleba, pieniędzy miał mało;A niepokojąc Bóstwo prośbą natarczywą,Uzyskał, iż go złotą skarało ulewą.Jak grad na ziemię padały dukaty.Z wzniosłych pałaców i ubogiej chaty,Jaki taki zadyszany,Leci zbierać czemprędzej ów dar pożądany.Gdyby wtenczas filozof, co zna wartość złota,Widział, jak ta się skrzętnie zwijała hołota;Gdyby był na to patrzył obojętnem okiem,Byłby się najśmieszniejszym ubawił widokiem.Ten znosi ciężki kufer, ów beczkę pękatą,Tamten nadstawia szaflik, ów urnę bogatą,Jeden bieży z kobiercem, drugi z płachtą w ręku,Ten się pieści połyskiem, ów powabem dźwięku.Bogacz, co się nie schylił może całe życie,Ową marność znikomą zgarnia pracowicie,

Od pracy nadzwyczajnej potu płyną strugi,A łzy mu w oczach stoją, że zbiera i drugi.Skąpiec, radby z jednego zrobić trzy dukaty,Nie wie już, gdzie je podziać, jeszcze nie bogatyNapchał w łataną kieszeń, ta mu się rozdziera,Mniema, że wszystko stracił i z żalu umiera.Widać było nędzarzy, co nie znali złota,Zdumiewała ich postać, zdziwiała prostota;Niejeden nie mógł pojąć jak zapamiętaliW bezprzykładnym zapale te cacka zbierali.Widać było i takich, co z pracy rąk żyli,Nie śmieli tknąć tych skarbów, iż nie zarobili;Ale co jeszcze bardziej uwagę zwracało,Że takich nawet było tam niemało,Co wprzód ganili zbytnie złota zbiory,A potem sami napełniali wory.Wszystko wtenczas ze zwykłych karbów wyboczyło,Nikogo ni w świątyni, ni w domu nie było,A choć niejeden dostał potężnie po głowie,Choć niejeden utracił życie albo zdrowie,Wszystko to było niczem, blask złota nagrodził,Utratę nawet ojca wyrodkom osłodził.Lecz niedługo mniemana uciecha potrwała:Ta ulewa obficie cały kraj zalała,A że to był kraj ludom niedostępny innym,Nie dzielili się z nikim darem dobroczynnym.Wkrótce jednak powoli poznali to sami,Że nie wszystko jest dobrem, co nas wdziękiem mami.Mieli dosyć pieniędzy, lecz gdy kupić trzeba,Nikt nie dał za dukata i kawałka chleba.Każdy miał dość dukatów, a jednak żył w nędzy;Wtenczas wartość prawdziwą poznano pieniędzy.Nikt nie chciał być rolnikiem, pola zarastały,Rękodzielnie zamknięto, młyny mleć przestały,Praca zbrzydła każdemu, bo czuł złoto w worze,Zdarły się dawne szaty, zjadło dawne zboże.Niejeden z płaczem westchnął, umierając z głodu,Że nie w złocie prawdziwa szczęśliwość narodu.

Comments

Loading comments…