Kotek Lizuś (Jachowicz, 1916)

Póki były w spiżarni sadło i słonina,Lizał się panu kocina:Oczki przymilał, na ramieniu siadał,A słoninkę pomału jak zjadał, tak zjadał.Pan się nawet z nim dzielił własnemi potrawy;Jednem słowem, kochał go i był nań łaskawy.

Brał go nawet częstokroć do swojej pościeli;Przytem mu jeszcze więcej zjednał przyjacieli,Którzy, kochając pana, kochali i kota.Ale cóż robi niecnota?Gdy go już zapach nie dochodzi szperki,Gdy się zjadły z komory gomółki i serki,Kiedy już wychodziła z szafki leguminka,Inaksza u kotka minka.Pieszczotną zmienił naturę,Wzniósł ogon w górę.Zgasła zmyślona pokora,Słowem, inny niż był wczora.Ba! nawet gdy teraz spotkaPana kotek, a pan kotka,Kot niby pana nie widzi.Pono on się tego wstydzi,Że mu lizał łapki,Gdy zjadał ochłapki;A dziś z miną hardąNagradza je wzgardą.Ale to jeszcze mniejsza, jeszcze niedziwota,Tak brzydkiej niewdzięczności doświadczać od kota,Lecz człowiek, wyższy nad zwierzę,A tak, rzekłszy prawdę, szczerze,Częściej czyni coś dla czego. —Któż w świecie nie doznał tego?

Comments

Loading comments…