Upominek z prac Stanisława Jachowicza — całość
Ojcze i Panie! Tyś nas zasmuciłI długą okrył żałobą;Przyjaciel dzieci ziemię porzuciłI stoi teraz przed Tobą.
On dla nas z sercem ojca i matkiPrzez lat czterdzieści pracował,On wkoło siebie gromadził dziatkiI mądrem słowem hodował.
I praca jego nie była marną,Bo w każdej życia godzinieOn zdrowe dla nas zasiewał ziarno,I o nas myślał jedynie.
Jeśli miał duszę czem zasmuconą,Wnet nikły jego kłopoty,Kiedy go dzieci obległo grono,Gdy cieszył biedne sieroty.
I czy nas jego śliczne bajeczki,Czy miłe piosnki bawiły,Tego chciał tylko, aby dziateczkiI grzeczne i dobre były.
I wszystkie jego pamiętne słówka,Co się w miłości poczęły,Pojęła nasza dziecinna główka,Bo je i serca pojęły.
One nam w każdej służą potrzebie,Uczą, co cieszy, co boli;One nas uczą wołać do CiebieI Twojej uczą nas woli.
Niechże i teraz nasze wołanieDo tronu Twego doleci!Wieczny spoczynek daj mu o Panie!Polskie błagają Cię dzieci.
Zamiast kwiatów, zamiast wstążkiKupowała Wandzia książki,Ale żadnej nie czytała;Ot tak tylko, byle miała.Na to matka jej powiada:„Książka w szafie nic nie nada;Pszczółka z kwiatów miodek chwyta,Kto ma książki, niech je czyta.“
Leoś płakał nad książką, jednak się mozolił;Kryś, niepomny na przyszłość, wesoło swawolił.Nadszedł wiek dojrzały, wszystko wspak obrócił:Cieszył się Leoś z nauk, Kryś niebaczny smuciłI westchnął po niewczasie, gdy mu głód dokuczył:„O jakem ja źle robił, żem się nic nie uczył!“
»Chodź piesku!« a ten piesek nazywał się Kruczek,»Chodź,« mówił Hipolitek, »nauczę cię sztuczek.«»Kiedym ja jeszcze mały, ucz panicz Azora.«»Nie, piesku, rzecze chłopczyk, to najlepsza pora;Azor stary, nie pojmie, pracować z nim nudno,I tobie później byłoby trudno.O, wieleby cię, wiele pracy kosztowało,Teraz zobaczysz, jak mało.«
Wkrótce pojętny KruczekNauczył się wiele sztuczek;Służył, podawał i pływał,Tysiąc figlów dokazywał,A to tak zręcznie, tak śmiało,Iż się zdawało,Że go to nic nie kosztowało.
Pamiętaj, Hipolitku, coś mówił do Kruczka:Że się z młodu najlepiej nabywa nauczka.
Nie rusz, Andziu, tego kwiatka:Róża kole, rzekła matka.Andzia mamy nie słuchała,Ukłuła się i płakała.
Kotka suczkę przestrzegała,By kiełbaski nie ruszała; —A suczka jej odpowiada:Lepszy przykład niźli rada.
Na ci Zuziu pokrzywkę. — Kiedy parzy mamo!— Niegrzecznym, rzecze mama, dzieje się to samo;Każdy ich tak unika, jak ty tego ziela;Bądź łagodną, uprzejmą, znajdziesz przyjaciela.
»Zeszyj dziurkę póki mała«Mama Zosię przestrzegała,Ale Zosia, niezbyt skora,Odwlekała do wieczora.Z dziurki dziura się zrobiła:A choć Zosia i zeszyła,Popsuła się suknia cała;Źle, że matki nie słuchała.
Telesforek swawolił bez końca, bez miary.„Ej, ostrożnie, paniczu!“ wołał sługa stary.Gdzietam, chłopiec nie zważał, stoliki czy stołki,Dalej harce wyprawiać, wywracać koziołki.Ale kiedyż kto dobrze wyszedł na swawoli?Padł, potłukł się nieborak i nóżka go boli.
Staś na sukni zrobił plamę,Płacze i przeprasza mamę.Korzystając z chwili mamaRzecze: na sukni wypierze się plama,Ale strzeż się, moje dziecię,Brzydkim czynem splamić życie,Bo ci Stasiu mówię szczerze,Ta się plama nie wypierze.
Niosło raz dziecię wody dzbanuszek,Spotkał je w drodze siwy staruszekI rzekł do niego z uprzejmą minką:»Pozwól się napić, dziecinko!« —Dziecina chętnie schyla dzbanuszkaI napoiła wodą staruszka.
Raz koło sadu szła ta dziecina,Patrzy... z owocem drzewo się zgina.Jakżeby rada zjeść kilka gruszek!Aż tu wychodzi siwy staruszek:Ową dziecinkę dobrą poznajeI najpiękniejszych gruszeczek daje.
»Mamo, rzekł Staś, deszczyk rosi,Poplami kapelusz Zosi;Jakże niepotrzebnie pada!«Tu matka dziecku wykłada,Że deszczyk drogi dar nieba,Bez niego nie będzie chleba;On skwar słońca ułagadza,Zieloną trawkę rozradza,Wszystko rzeźwi, wszystko krzepi,Kwiatek, drzewko rośnie lepiej;Bo Bóg wszystkiem mądrze włada.»O, kiedy tak! to niech pada.«
Kotek kulawy szedł sobie drogą,A ktoś niebaczny trącił go nogą.»Nie trącaj, panie! — rzekła dziecinka —I cóż ci winna biedna kocinka?Ej! daj jej pokój, niech sobie idzie,I ona umie zapłakać w biedzie,«A mama mówi: »Ojciec NiebieskiNie każe biednym wyciskać łezki.«
Na zamarzniętej sadzawce, w ogrodzie,Ślizgał się Wicuś po lodzie;A choć mu brat starszy ganił tę zabawkę,Gdy sposobność upatrzył, dalej na sadzawkę.Zaufany w zręczności, mniej ważył przestrogę.O przypadek nie trudno: Wicuś złamał nogę.Wtedy biedny chłopczyna sam wyznał ze łzami:Że się nie godzi starszych pogardzać radami.
Piał kogucik: kukuryku!Wstawaj rano, mój chłopczyku! —A chłopczyk się ze snu budzi,Patrzy... dużo chodzi ludzi;Więc się szybko zrywa z łóżka,By nie uszedł za leniuszka,I rzekł: »Za twe kukuryku,Dziękuję ci, koguciku.«
Gdy raz w dzień gorąco było,Dziecię spać się położyło.Co się zdrzemnie, to mu muszkaBrzęknie głośno koło uszka.Druga muszka znów swawolnieOstrem je żądełkiem kolnie.»Moje muszki — rzekło dziecię —Dlaczego wy mnie budzicie?Ja leżę spokojnie sobieI nic złego wam nie robię.«»Wstydź się spać w dzień — rzekła muszka —Podnieś się, próżniaku, z łóżka;
We dnie każdy ma być czynny,I dzieci spać nie powinny.«
Mateczka tobie ściele łóżeczko,Ty się w nie kładziesz w wieczór, dziecino!I ptaszek także ściele gniazdeczkoDla swych pisklątek między krzewiną. —Dziateczki moje! niech was Bóg strzeżeZabierać gniazdko biednej ptaszynie,Ten, kto ptaszkowi gniazdko zabierze,Złym będzie w życiu i marnie zginie.
Raz swawolny TadeuszekNawsadzał w flaszeczkę muszek,A nie chcąc ich morzyć głodem,Ponarzucał chleba z miodem.Widząc to ojciec, daje mu piernikaI nic nie mówiąc, drzwi na klucz zamyka.Zaczął się prosić, płakać Tadeuszek.Ojciec mu na to: nie dręcz biednych muszek.Siedział dzień cały, to go nauczyło:Nie czyń drugiemu, co tobie nie miło.
Brat.Siostrzyczko! na dwojeJabłuszko rozkroję,Połówkę ci dam.
Siostra.Znam twoje serduszko,Lecz małe jabłuszko:Zjedz, braciszku, sam.
Brat.O, tego nie zrobię;Ja muszę dać tobie:Piękny byłby brat!Cóżby powiedziano,Gdyby też widziano,Żem sam jabłko zjadł?
Hej! strzeż się zajączku, rzekło małe dziecię,Bo tu strzelec blizko, dybie na twe życie.Zając. O! ja się strzelca nie boję,Ufam przecież w nogi swoje. —I spokojnie jak nigdy chrupał sobie ziołka.Strzelec strzelił, a zając przewrócił koziołka.
Piął się chłopczyk na drzewo, co nad rzeką stało,Bo cudzych paniczowi gruszek się zachciało.Ale na takich sprawkach każdy źle wychodzi:Cudza własność jest świętą, tknąć się jej nie godzi,I nasz chłopczyk to poznał, ale już po szkodzie:Spadł, i gruszek nie dostał i skąpał się w wodzie.
Szedł biedny starzec, wychudły, blady,Na twarzy zmarszczki, starości ślady,
Do nieba łzawe podnosi oczy;A wtem chłopczyna z chatki wyskoczy.»Czegóż to płaczesz, mój dziadku siwy?Czy cię co boli, czyś nieszczęśliwy?«A starzec na to: »Wyszedłem w drogę,Kawałka chleba dostać nie mogę,Smutny o głodzie idę dzień cały,Pierwszy mnie witasz, chłopczyno mały!Pierwszy mnie słowem poczciwem witasz,Żal ci staruszka, o łzy więc pytasz.O, niech ci za to Bóg łaskę zsyła!Bądź pozdrowiona dziecino miła!«Słysząc to chłopczyk, skoczył do chatki,Wyniósł dziadkowi pieniądz od matki,Sam mu dał bułkę, a dziadek schowałI chłopczykowi pięknie dziękował.
»Czemu się często myjesz?« pytano raz kota.»Bo czystość — odpowiedział — jestto piękna cnota.«Jakoż doprawdy kocinaMył się prawie co godzina.Chętnie mu do pokoju wchodzić pozwalano,Powszechnie go kochano,Doznawał wszelkich pieszczotek;A czemu? bo czysty był kotek.
Dzisiaj to twoje, jutro, kto wie, czyje?Kto o tem pamięta, ten poczciwie żyje
Zwierzątkom dokuczać, to bardzo zła wada;I piesek ma czucie, choć o tem nie gada;Kto z pieskiem się draźni, ciągnie go za uszko,To bardzo niedobre musi mieć serduszko.
Justynko, mówił Ludwiś, czy dobra bułeczka?Dobra. — A dasz mi trochę? — Ani kawałeczka. —Mama, dobywszy ciastko, rzecze do Justynki:To i ja tobie nie dam ani odrobinki.
Były raz dwa kotki:Jeden ładny, lecz z szafek wyjadał łakotki;Drugi brzydki, bury,Ale płoszył szczury.Powiedzcież mi dzieci, którego wolicie?„Burego! Burego!“ — O dobrze robicie!Bo ten godzien przychylności,Kto dopełnia powinności;A bardzo nieładnieKiedy kotek kradnie.
HenryśCzemużto, Walusiu drogi,Chocieś ubogi,Zawsześ tak schludnie odziany?
WaluśNic dziwnego, mój kochany,Ochraniam grosika mamy;Jak mogę, strzegę się plamy.Gdy dziurka zrobi się mała,Proszę mateczki, by ją załatała,I nie rozedrze się dalej:A jak czysto i schludnie, to każdy pochwali.
Adelciu! twa imienniczkaNapierała się pierniczka;Myślisz Adelciu, że jej mama dała?Nie. — A dlaczego? — Bo się napierała.
Teodorek łapał muszki,Obrywał im skrzydła, nóżki.Siostra na to patrząc z bokuMówiła mu z łezką w oku:O niedobry Teodorze!Jak cię też to bawić może?Cóż ci winne biedne muszki?Czyś ty im dał skrzydła, nóżki?
Franuś miał śliczne jabłuszko, czerwone;Pieści się niem, na każdą obraca je stronęI rzecze: „szkodaby cię zgładzić z tego świata;A przy tem, trzebaby dać połówkę dla brata.Nie, nie, ja ciebie nie ruszę,Cały rok cię chować muszę;A potem... nie i potem, rzecze mały sknerka,I schował je do kuferka.
Cóż się stało? — jabłko zgniło....Jakże mu żal wtedy było!
Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku,I przyszedł kot doktór: »Jak się masz koteczku?«— »Źle bardzo...« i łapkę wyciągnął do niego.Wziął za puls pan doktór poważnie chorego,I mówi z namysłem: »Zanadto się jadło,Co gorsza, nie myszki, lecz szynki i sadło;Źle bardzo... gorączka! źle bardzo koteczku!Oj! długo ty, długo poleżysz w łóżeczku,I nic jeść nie będziesz, kleiczek i basta:Broń Boże kiełbaski, słoninki lub ciasta!«— »A myszki nie można? — zapyta koteczek —Lub z ptaszka małego choć parę udeczek?«— »Broń Boże! pijawki i dyeta ścisła!Od tego pomyślność w leczeniu zawisła.« —I leżał koteczek; kiełbaski i kiszkiNietknięte; z daleka pachniały mu myszki.Patrzcie, jak złe łakomstwo! kotek przebrał miarę,Musiał więc nieboraczek ponieść za to karę;Tak się i z wami, dziateczki, stać może:Od łakomstwa strzeż was Boże!
Pawluś był łakomiec wielki:Z kieliszków pozostałe wysączał kropelki,Okruszynki zbierał z ziemi,Choć się nie mógł najeść niemi;Z placuszków wyskubywał rodzynki, migdały.Mama się nań gniewała, siostry go łajały,Lecz on zawsze broił swoje.Dostał się do śpiżarni; patrzy, stoją słoje.„Tu zapewne rzeczy smaczne!“Rzekł sam do siebie; „zaraz z brzega zacznę!To kawior zielony! skosztować go trzeba.“Ukroił kawałek chleba,Grubo sobie nasmarował,Alić zaledwie skosztował,Okropnie go znudziło,Bo to mydło szare było.Dzieci! jego cierpienia z łatwością pojmiecie;I was to kiedyś spotka, gdy takie będziecie.
Henrysiu! na ci piernik, rzekł przyjaciel domu,Ale zjedz go gdzie w kącie i nie daj nikomu. —Ej, pan chyba żartuje, odpowie Henryczek:Mam zjeść sam, to dziękuję, schowaj pan pierniczek.
Jakież to piękne rodzinne życie,Kiedy z dziecięciem zgadza się dziecię;Gdy wszyscy żyją w zgodzie, jedności,Nie słychać kłótni, nie słychać złości,Jedno drugiemu chętnie ustąpi,Jedno drugiemu pieszczot nie skąpi,Jedno drugiemu na pomoc spieszy,I jedno drugie w smutku pocieczypocieszy!Rodzice patrząc na taką zgodę,Za swą troskliwość mają nagrodę;Bo cóż milszego: jak gdy dziecinieWcześnie się dobre w sercu rozwinie?
Tupnę sobie nogą,Wesoło podskoczę,Serdecznie wyśpiewamPiosenki ochocze:
O skromnym fiołku,O strumyku jasnym,O rosie perłowej,I o sercu własnem.
O serduszko moje!Wieleś wycierpiało,Kiedyś lubej mamyDługo nie widziało.
Kiedy brat wyjeżdżał,Biłoż mi też, biło!I łezki płynęły,Aż lżej potem było.
Małam ja dziewczynkaI serduszko małe,Ale kochać umiem:Bo nieskamieniałe.
Mama mnie uczyłaKochać Boga w niebie,A potem bliźniegoJak samego siebie.
Jabłuszko rumiane!Jak cię też dostanę?Wysokoś usiadło:Żebyś mi tu spadło!
Drapałbym się w górę,Lecz dostałbym burę;Drzewa nie poruszę,A ciebie mieć muszę.
Jabłuszko kochane!O! ja cię dostanę:Jedno już zleciało,Lecz to dla mnie mało.
Otóż wiem, co zrobię:Tamto poślę tobie,Jak się rozmówicie,To oba zlecicie.
„To złe, to niedobre, to mnie kłuje w zęby,Tego nie wezmę do gęby,To za zimne, to gorące,Aż się w głowie myśli mącą;Buty za ciasne, nie piękne suknie!“Tu ojciec syna ofuknie:„A to co znowu, chłopiec tak grymasi?Nie znali tego ojcowie nasi
Z dziatkami swemi:Boso chłopaki biegały po ziemi,Nigdy im te dziwactwa nie przyszły do głowy:Jedli chleb razowy,Barszcz kwaśny, groch z kapustą, owarzaną kaszę;A te bębny naszeBędą wymyślały?Głodnemu chrzan specyały!Jeszcze czego?Marcepany!Mój kochany,Dość już tego!Jak się słówkiem grymas zdradziTo ni z tego ni z owego,Pójdziesz na żur do czeladzi!
Poznał chłopak, że nie żarty,Ojciec dzielnie prawdę pali;Dzieciak dobry, nieuparty,Jadł już potem, co mu dali.
Kiedy masz co powiedzieć, zastanów się trochę,Bo nie powróci słówko niegrzeczne lub płoche.
„Żeby to była taka kłódeczka,Coby wstrzymała usteczka,Gdy mają wyrzec co złego,“Mówił Zygmuntek do tatki swego.„Ma tę kłódeczkę, — tata odpowie,Kto baczny w swojej rozmowie,Kto nie mówi słówka,Póki nie pomyśli główka,A potem, jak kluczykiem, odmyka usteczka;Rozwaga, to najlepsza na usta kłódeczka.“
„Wyjdź kochanko z ciasnej chatkiI posłuchaj głosu matki,“Mówiła mysz do córki, — „w świat cię wyprowadzę,Ja ci doradzę:Jak zbierać ziarneczka,Jak się strzedz koteczka,Jak łapki unikać,Jak do jamki zmykać.Powiem ci, czem słoninka pachnie przypiekana;Ale mnie słuchaj, córko ukochana.“ —Myszka była posłuszna i nie żałowała;Długo sobie szczęśliwie po świecie bujała;Tysiąc myszek zginęło, ona jednak żyła:A czemu? bo posłuszna swojej matce była.
Raz, kiedy Rózia zapłakaną była,Mama zwierciadło przed nią postawiła.„Patrzno, rzecze, ta dziewczynka,U której tak krzywa minka,Co jej oczki łezka słoni,I wesoło spojrzeć broni,Co twarzyczkę ma nabrzmiałą,W plamkach całą,U której na czole chmurka,To jest Rózia, moja córka.Pamiętaj dobrze, coś teraz widziała.“Potem o zwierciadełku Rózia zapomniała,Była grzeczna, uprzejma, wesoła,Chmurka ustąpiła z czoła,Śliczny błysnął rumieniec na twarzyczce białej,Oczy jak gwiazdki błyszczały.Znowu do zwierciadełka prowadzi ją mama:„Widziałaś tu dziewczynkę, patrz czy to ta sama?“Rózia swym oczom wierzyć nie może:„Jak się w tem szkiełku zmieniło mój Boże!“Uśmiechnęła się matka. — „Nie, Róziu kochana,W tobie, ale nie w szkiełku nastąpiła zmiana,Gdy Rózia będzie grzeczna, łagodna, wesoła,Szkiełko zeszpecić nie zdoła;Gdy się tem nie przyozdobi,Piękną zwierciadło nie zrobi.“
Powiem nauczkę Antosi,Ale niech ją w sercu nosi;Niech zawsze o tem pamięta,Że czcić, kochać rodziców jest powinność święta.Na wsi, u twojej ciotki, widziałem dwie krówki:Matkę obok swej jałówki.Ale co za widok! zapytaj się cioci,Ile w tych krówkach dobroci!Jedna bez drugiej nie stąpi i kroku:Matka na paszę, jałówka przy boku;Matka do stajni, taż jałówka za nią:Kocha jak matkę, a słucha jak panią,Dba o jej dobro, porządek i zdrowie,Któż jej troskliwość i czułość wypowie?Kiedy matka przypadkiem raz zachorowała,Jałówka nic nie jadła, cały dzień ryczała,I jakkolwiek każdemu chwilka życia miła,Pewnieby życie matki własnem okupiła.Widzisz, Antosiu, ile cnoty w krówce,Chociaż tyle rozumu nie ma, co ty w główce,Chociaż swej matce starań nie winna tak wiele,Zwyczajnie jak każde cielę.Zapisz głęboko w sercu przyjacielskie słowa,Niech cię w tej pięknej cnocie nie przewyższy krowa,Pomnij: że kto rodzicom raz serce zakrwawi,Temu przez całe życie Bóg nie błogosławi.
„Mój Wiesławku ukochany!Czyż doczekam się odmiany?
Zawsze będziesz psoty płatał,Po ogródku tylko latałI czas drogi próżno trwonił,Ptaszki i motylki gonił?“Tak raz matka narzekałaI łzą gorzką się zalała;A Wiesławek rósł w niecnocie,Matka w smutku i kłopocie.
Próżne prośby, napomnienia,On skłonności nie odmienia.Wzrósł Wiesławek na Wiesława:Łamał boskie, ludzkie prawa,Za błyskotką marną gonił,Kłamał, krzywdził i czas trwoniłI umarł w nędzy pod płotem.Jakim jesteś w dzieciństwie, takim będziesz potem.
»Ach ratujcie! ratujcie! wołał pasterz młody,Najpiękniejszą owieczkę wilk mi porwał z trzody.O ratujcie, ratujcie!« Przybiegli pasterze,A on w śmiech: »Jam żartował, on jeszcze nie bierze,Chciałem tylko doświadczyć, czy dobrze czuwacie:Może mi się kiedy zdacie.Ha, ha, ha, jakżem was też wyprowadził w pole.«Raz, drugi się udały podobne swawole,Ale jednego rankaWilk doprawdy pięknego porwał mu baranka,Pasterz w krzyk i pomocy zewsząd z płaczem wzywa,Nikt nie przybywa;I prosi i błaga,Nic nie pomaga.Wilk uniósł zdobycz, pasterz poniósł stratę.Taką się to odbiera za kłamstwo zapłatę!
Nieraz o tym człowieku dzieci usłyszycie,Co nie skłamał całe życie.Powiem wam jak to się stało,A za prawdę ręczę śmiało.Kiedy jeszcze był dziecięciemUzbroił się przedsięwzięciem,By kłamstwo ust nie splamiło.Z początku mu trudno było;Lecz choć często chętka brała,By się jaka rzecz skłamała,Uczuł w sobie żądzę chwały,Usta prawdę powiedziały.A choć czasem i złe zbroił,Tak się już z prawdą oswoił,Że największe błędy, wady,Wyznał szczerze, bez przesady.Coraz bardziej wzrastał w cnoty:Każdy mu chętnie ufał, uwielbiał przymiotyŻył szczęśliwy i kochany;Umarł, a jednak słodko wspominany.Brzmi jego imię w okolicy całej,Bo rzetelnością zyskał piękny wieniec chwały.Dzieci! idźcie jego śladem,Niech serce wasze będzie prawych uczuć składem,Niech was wdzięk kłamstwa nie mami,A szczerość włada ustami.
Kotek z ostrymi pazury,Piesek sprzecznej z nim natury,Lękliwa myszka i ptaszek nieśmiałyRazem się z sobą chowały.
Prześliczna zgoda była między niemi:Nieraz się kotek z pieskiem położył na ziemi,A myszka sobie wesołoBiegała w koło;Ptaszek w górę podlatywałI swobodnie wyśpiewywał;Nawet, kiedy jeść im dano,Poróżnienia nie widziano.Rzadka w świecie zgoda taka;Kot ustąpił dla myszy, a piesek dla ptaka.
Powiecie, że to bajka, mylne wasze zdanie;Tych cudów dokazuje dobre wychowanie.Pamiętajcież dzieci o tem:Kiedy pies się zgodził z kotem,Jakże będzie nieładnie,Jeśli niezgoda między was się wkradnie.
Z małym Władysiem wyszedł ojciec w pole,A ujrzawszy śród zboża bławatki, kąkole,Pyta go: »co wolisz, czy zboże czy kwiatki?«Władyś wybiera bławatki.I nie są to dziwy żadne,Bo u dzieci zazwyczaj to dobre, co ładne;Ale kto rozum dojrzały posiada,Niechaj nad owoc kwiatów nie przekłada.
Julcia.Nie, sama tutaj nie pozostanę,Tu ciemno, a ja się boję,
Mama.Czegóż się boisz, dziecię kochane?Nie bój się, kochanie moje.
Julcia.Jakże się nie bać, niańka mi prawi,Że duch tu chodzi babuli,A jak mię samą mama zostawi,Któż mię niebogę przytuli?
Dobrą babulę bardzom kochała,Dopóki żyła tu z nami,Ale co teraz, tobym się bała,Gdyby skrzypnęła drzwiami.
Mama.Nie bój się, Julciu, próżne gadanie,Kto poległ między zmarłymi,Ma on tam lepsze niż tu mieszkanie,Czegóżby błądził po ziemi?
Tam, gdzie te piękne gwiazdy błyskają,Co ledwie dojrzy je oko,Cnotliwe dusze z Bogiem mieszkają,Bardzo wysoko, wysoko.
Tam zawsze pięknie, zawsze wesoło,Łez jedna kropla nie spadnie,
Wieczysta światłość jaśnieje wkoło,Aniołki śpiewają ładnie.
I komużby się wyjść stamtąd chciałoNa naszą smutną dolinę?I jeszcze po co? Ażeby małąTrwożyć po nocy dziecinę?
Nie daj się, Julciu, straszyć babulką,Ona nie przyjdzie do ciebie,Ale ty do niej pójdziesz z mamulką,Ona tam czeka nas w niebie.
Piotruś żwawy, dzielny, śmiały,Choć mu wiele piastunki o strachach bajały,Śmiał się tylko z ich prostoty:Bo wiedział, co są ludzie, co wyższe istoty.Patrzcie, co może wyobraźni siła!Raz, gdy noc ciemnościami już ziemię okryła,Spostrzega coś białego wśród czarnego zmroku.Nie wierzy oku.Coraz się o tem mocniej przekonywa;Białe okrycie po ramieniu spływa,
Postać blada, wysoka, przybliżać się zdajeI znowu staje.Już żwawy chłopiec wytrzymać nie może;Porzuca łożeI pędzi śmiało;Aż tu się pokazuje, że płótno wisiało.Gdyby się nie przekonał i przytomność stracił,Byłby to życiem przypłacił.
Kto dał to dzienne światło,Co nas ze snu budzi?Kto dał rośliny, drzewa,Zwierzęta dla ludzi?Kto deszcz nam dał ożywczy,Kto dał na chleb zboże?— Bóg, co go człowiek widzieć,Ni pojąć nie może.Wszystko, wszystko od Niego,O dziecino droga!Módlże się więc pobożnieI kochajże Boga!
Co tu rybek w tej wodzie!Co motylków w ogrodzie!Co tu ptaszków wśród krzaczków!Co tu ślicznych robaczków!Co koników, co krówek!A owieczek, jak mrówek!Nie zrachuję wszystkiego.Ach co tego, co tego!— „A powiedz mi też, dziecię,Kto wszystkiemu dał życie?Czy to zawsze tak było?“
Dziecię rączki złożyłoI na niebo wskazało,Bo już Boga poznało.
»Przyjacielu — rzekł osieł — widzisz te ciężary,Tyś i silny i zdrowy, ja słaby i stary,Przyjmij trochę, jeżeli miłe ci me zdrowie.«»Nie, nic z tego nie będzie,« dumny koń odpowie.
Ha, cóż robić, szedł biedak obciążony srodze,Ale pracą znękany, padł martwy na drodze,A nieuczynność słusznie tę karę odniosła,Że koń potem niósł wszystko, nawet skórę osła.
Jutro, jutro! próżniak mruczy,Ni pracuje, ni się uczy,Dziś, mówi, odpocznę sobie;Jeszcze ja to zrobię, zrobię.Kilka godzin, któż zaprzeczy,Że to są niewielkie rzeczy;Niech się dziś jeszcze pobawię:Jutro, to ja się poprawię.
OjciecCzemuż nie dziś, moje dziecię?Nieznacznie upływa życie;Czas, co ubiegł, nie powraca,Na ludzi nie czeka praca.Każda chwila czasu droga,Jutro jeszcze w ręku Boga,Dzisiaj twoje. Pracuj dziecię:Bo szybko upływa życie.Dziś do pracy wzywa dzwonek,Czynem każdy naznacz dzionek.Dzisiaj twoje, jutro Boże,Już nie wstaniesz jutro może;A coś synu dziś zarobił,Toś już sobie przysposobił:Choćby cię Bóg wziął do Siebie,Czyn poczciwy znajdziesz w niebie.
„Wstańcie jutro rano, dzieci ukochane!Tylko bardzo rano, wtedy jak ja wstanę;Będzie coś miłego, cieszcie się zawczasu.“I wstały raniutko, szły z ojcem do lasu;A była to wiosna: ochoczy skowronekDzwonił jak w powietrzu zawieszony dzwonek;Rosa jak brylanty na drzewach błyszczała,A trawka się z ziemi na wierzch dobywała;A zapach wokoło; a powietrze czyste,A niebo jak szklane — jasne, przezroczyste.„Cóż, dziatki kochane, żal wam żeście wstały?Czyż to widok nie wspaniały?Kto zasypia pod pierzyną,To go te piękności miną;A kto wstaje żwawy, hoży,Świat mu się uśmiecha Boży,Żyje — i rzec może śmiele:Widzę pięknych rzeczy wiele!“I dzieci się radowały,Że tak rychło rano wstały,I mówiły: „Drogi tato!Dziękujemy tobie za to;Boć-to miłe ranne wstanie,Wczesne słonka powitanie.Wstać raniutko, to to życie!“Oj, żałujcie wy, co śpicie!
Hej wstawajcie żwawo, dzieci!Bo już słońce ślicznie świeci;A żalby wam, żalby było,Żeby się za chmurkę skryło.
Hej wstawajcie żwawo, dzieci!Już się łączka cudnie kwieci,Rosa błyszczy na kwiateczkach;Nie czas leżeć już w łóżeczkach.
Hej wstawajcie żwawo, dzieci!Już kucharka ogień nieci,A jak zrobi wam śniadanie,To go próżniak nie dostanie.
Kogut pieje,Bo już dnieje,Dalej z łóżka dzieci!Już słoneczko niezadługo ziemię nam oświeci!Już skowronek, jako dzwonek,Dźwiękiem Boga chwali:Hej dziateczki, kochaneczki!Dalej z łóżka! dalej!
Skowronek.Co tam jejmość dobrodziejkaOczy na światłość przymyka?Wszak nikt temu nie zaprzeczy —Światło dzienne niezłe rzeczy.
Sowa.Wielka mi osobliwość, twoja światłość dniowa,Chwal ją sobie, kiedy chcesz, nie cierpi jej sowa.
Skowronek.Od takiego gustu niech nas Pan Bóg broni;Dobry światło lubi, zły od światła stroni.
Otóż noc przespałem,I raniutko wstałem:O! łaskawy Boże!Cóż ci za to złożę?
Tyś mię w nocy bronił,Od nieszczęścia chronił,O! łaskawy Boże!Cóż ci za to złożę?
Jakąż dam ofiarę?Nie mam nic swojego:Chyba słówek paręZ serca pobożnego
I łezkę przejrzystąDo tego dołożę.Tę ofiarę czystąPrzyjmij, dobry Boże!
Pamiętaj sobie, mój synku:Niedziela dzień odpoczynku,Poświęć ją na chwałę Boga,Nie pracuj, dziecinko droga!
Poniedziałek ledwie świta,Każdy się już z pracą wita,I ty, synu, chociaż mały,Pracuj, pracuj dzionek cały.
Trzeci z rzędu idziewtorekidzie wtorek;Jeźli chcesz mieć pełny worek,Pracuj żwawy i ochoczy:Bo i to dzionek roboczy.
A po wtorku znowu środa;Bóg łaskawy sił ci doda,Pracuj żwawy i ochoczy:Bo i to dzionek roboczy.
A po środzie czwartek idzie,Jeżeli żyć nie chcesz w biedzie,Pracuj żwawy i ochoczy:Bo i to dzionek roboczy.
Piątek to dzień męki Pana,Łaska ludziom z nieba dana,Pracuj żwawy i ochoczy:Bo i to dzionek roboczy.
Zbliża się wreszcie sobota;Kończy się w wieczór robota,A nazajutrz znowu czekaOdpoczynek dla człowieka.
Chociem brzydki, chociem czarny,Alem chłopak grzeczny;Nie dbam wcale o wdzięk marny:Dość, żem pożyteczny.
Coby to na świecie było,Gdyby nas nie stało?Dla tej myśli wszystko miło,Ruszam w komin śmiało.
Zawsze mnie ta myśl ożywia:Ma świat korzyść ze mnie.Jak to serce uszczęśliwia!Jakże to przyjemnie!
Nie gardźcie mną, lube dziatki,Że ubiór nieładny;
Nie straszcie mną dobre matki,To zwyczaj szkaradny.
Za cóż ja wam tak nie miły?Za cóż tak obrzydłem?Kogo zbrodnie oszpeciły,Ten tylko straszydłem.
Kto pracuje w czoła pocie,Zawsze godzien chwały:Cała wartość człeka w cnocie,W pracy zaszczyt cały.
Jaskółeczko ukochana,Przyjaciółko nasza!Twe przybycie w nasze stronyWiosnę nam ogłasza.
Znowuś gniazdko ulepiła,Pod człowieka strzechą;Tu się dziatek ukochanychDoczekasz z pociechą.
My gniazdeczka nie popsujem!Boć to się nie godzi;O! ma u nas ten opiekę,Kto pod dach przychodzi.
Jutro Boże Narodzenie,Cieszcie się więc, cieszcie, dzieci,Wtórzcie razem wdzięczne pienie!Jest już gwiazdka — gwiazdka świeci!
Gwiazdka śliczna, umajona,Bóg ją dobrym dzieciom zsyła;I choinka też zielona,Latem, zimą oku miła!...
Macie, dzieci, dość uciechyZ tej zielonej jodołeczki;Złote wiszą tu orzechy,Świeczki błyszczą jak gwiazdeczki...
I czerwone też jabłuszkaDo dzieci się uśmiechają;Aż z radości drżą serduszka,Boć prześliczną gwiazdkę mają.
Dobre dzieci hojna gwiazdkaI książeczką też obdarza;A książeczka, a powiastka,Do dobrego dziatki wdraża...
Gwiazdka, gwiazdka w górze świeci,Co nad szopką przyświecała,Dziś i dla was gwiazdka, dzieci!Dużo darów naskładała.
Dalej, dalej, dalej!By nas nie schwytali:Tu jest, tu jej niema,Ten puścił, ten trzyma,Zgadnij gdzie jest?Była u sąsiada,Już jej nie posiada,Puścił ją koleją,Żegnaj się z nadzieją;Tu jest, tu jej niema,Ten puścił, ten trzyma,Zgadnij gdzie jest?Tutaj popasała,Lecz już wyjechała.Tu jest, tu jej niema,Ten puścił, ten trzyma,Zgadnij gdzie jest?O, próżne staranie!Nikt jej nie dostanie.Nie strzylaj oczyma,Tu jest, tu jej niema,Zgadnij, gdzie jest?
Dzieci.Kółko krąż! kółko krąż!A ty, babko, oczki wiąż.Tylko wciąż, kółko krąż!
Babka.Już oczy związane,W środku sobie stanę,A ty wciąż, kółko krąż!Klask, klask, klask!Zniknął oczu blask.Jak tu złapać kogo?Oczy nie pomogą.Klask, klask, klask!Już ich zniknął blask.Rzucę się w bok,Próżny będzie skok;Każdy zwinnie, żwawo,Ja w lewo, on w prawo.Klask, klask, klask!Zniknął oczu blask.Uwolnijcież babkę,Wpadnijcie jej w łapkę,
Ach, ach, ach!Bo już na nią strach
Dzieci.Dalej babko śmiało!Wszak nas tu niemało!Naprzód krok!Potem skok!
Babka.Brawo! przednia rada!Ktoś mi w ręce wpada.Klask, klask, klask!Wróci oczu blask.
(Tu się oczy odwięzują.)
Biedny wieśniak, rozliczne wytrwawszy przypadki,Rzekł: „Jabym tylko pragnął lichej jakiej chatki,Krowy, owieczki i szkapiny starej.“Spotkały go te dary.Nasz wieśniak już szczęśliwy. Któż bardziej być może?Wkrótce kradną mu owcę. „Wola twoja Boże!Mam jeszcze, mówił, chatkę, kobyłkę i krowę.“Ależ nieszczęście spotyka go nowe:Ginie krówka i pada klaczka wynędzniała;Lepianka tylko została.Ten, co próżno za szczęściem od tak dawna gonił,Łzy nie uronił.Raz z rana, niespodzianie, wchodzi podstarości,I w imieniu dziedzica żąda zaległości,Odwieczne wspomina długi,Nawet każe mu płacić, co był winien drugi:Jakieś tam czynsze, daniny, podatki,A że nie miał pieniędzy, wypędza go z chatki.Płaczą dobrzy sąsiedzi nad losem sąsiada.„Nie, rzecze, ten nie zginął, kto zdrowie posiada.Bądźcie o mnie spokojni; mam jeszcze dość siły:Ot pożyczcie mi tylko siekiery i piły.“Poszedł więc na zarobek do poblizkiej wioski,Pracował i oszczędzał. Przy pomocy Boskiej
Niezadługo założył gospodarstwo nowe;Znowu ma owcę, konia, chałupkę i krowę.
W starym się gołębniku gołębie gnieździły,Choć niekształtny i szczupły, był im jednak miły,Bo tam ich karmiły matki,Tam im się rodziły dziatki.Właścicielowi przyszło coś do głowyWystawić gołębnik nowy.Gustownie go wybudował,Z wierzchu i wewnątrz nawet pomalował,Nasypał ziarna do tej budowy wspaniałej;Gołębie do starego jednak uciekały.Właściciel kazał stary gołębnik rozrzucić:Zaczęły się bardzo smucić,Lecz na zwaliskach jeszcze się gnieździły,Bo im ten kącik był miły.To wzruszyło ich pana; zebrał dawne szczątki,I dla lubej im pamiątki,W tem samem miejscu i takiej budowy,Ze starego zrobił nowy,Bo poznał, że i w ptakach są uczucia tkliwe,I że nie wszędzie mogą być szczęśliwe.
Co się to znaczy? powiedz wiewióreczko!Zawsze coś w pyszczku zanosisz w gniazdeczkoI próżno wracasz.... i tak bez ustanku. —Na to wiewiórka: „ot widzisz, kochanku,Jesień nadchodzi, owoc spada z drzewa,Wicher dmie srogi, wszystko porozwiewa,Otóż na zimę dziś się zapas zbiera;Próżniak, niedbalec, to z głodu umiera.“
Jeszcze w zielonej skórce,Dostał się orzech wiewiórce,Ledwie go dotknie drobnymi ząbkami:„Jakże mię, rzecze, moja matka mami!Nieraz mi to powiadała,Że orzech potrawa arcydoskonała.Dziękuję za nią!“ i rzuci orzechem.Małpa podniosła go z uśmiechem;Bierze w łapki, rozłupywa,Słodkie ziarnko wydobywa,I gdy je zjada sama,Rzecze wiewiórce: „Dobrze mówi mama,Dobry orzech, lecz potrzeba zgryść go wprzódy;Trzeba wprzód popracować, kto chce mieć wygody.“
Próżne twoje zabiegi, próżne twe mozoły,Rzekł gnuśny szerszeń do pszczoły,Daremnie z takim trudem napełniasz śpichlerze,Wpadnie człowiek niewdzięczny i wszystko zabierze.
Pszczoła.Pracując nie pytam czy komu, czy sobie,Praca mię uszczęśliwia i dlatego robię.
„Dzień dobry, siostro kochana!“Tak raz osa do pszczoły przemówiła z rana,
Gdy się przypadkiemSpotkały nad kwiatkiem.Niebardzo to pszczółeczkę po sercu pogłaska. —„Skądże ta łaska?Ty, moja siostra? od jakiejż to chwiliBogowie nas spokrewnili?“Na to jej osa rzecze rozgniewana:„Moja kochanaCzyliż mało masz dowodu,Żem z tobą jednego rodu?Jednę ma postać i osa i pszczoła,Jedne nas żywią i kwiat i zioła,Prace jednakie,I skrzydła takie,A gdy dalej poszperamy,I żądła podobne mamy.“Na to rozsądna pszczółka odpowie jej śmiele:„Wiele jest podobieństwa i różnicy wiele,Lecz skoro wszystko weźmiemy na szalę,Inna w nas natura wcale.Nie chcę się sama chwalić, posłuchaj człowieka,On mnie uwielbia, na ciebie narzeka.Jednaką broń posiadamy,Ale jak jej używamy?Ty w niewinnem topisz łonie,Ja tylko własności bronię.“
Raz się pudel z brytanem spotkał niespodzianie.Grzeczne było powitanie;A potem dalej w rozmowę.Pudel zaczął wyliczać swe talenta nowe:Jak on pięknie tańcuje, jak się grzecznie kłania,Jak trafnie odpowiada na różne pytania.
— Pozwól, przerwał mu brytan, i ja się pochwalę:Oto domu pilnować umiem doskonale.“
Wpadła w strumyk pszczółka mała,Skrzydełkami trzepotała,Już w nich siłę utraciła.O! w jakimże strachu była!Gołąbeczek śnieżnopióry,Na ratunek bliźnich skory,Spuszcza listek... pszczółka radaNa zieloną łódkę siada;Skrzydła siłę odzyskały,I uleciał owad mały.Nikt o swem nieszczęściu nie wie.Jakoś wkrótce gołąbek siadł sobie na drzewie,Spokojny! szczęśliwy!Aż tu myśliwyWymierza strzelbę, chcąc go zgładzić z świata;Pszczółka przylata,Utnie go żądłem w rękę, strzał ptaszynę mija;Ocalona swobodnie w powietrze się wzbija.
Tak zawsze dobroczynność wdzięcznością się płaci,Nieśmy pomoc w nieszczęściu dla naszych współbraci.
Wypił szklankę wody, Józia powiedziała;A on wodę wypił, szklanka pozostała.
Zawsze się lepiej skromność w szczęściu wyda:Nie gardź uboższym, bo i ten się przyda.
Szedł chłopczyk z książkami, bardzo mu ciężyły,Ten ciężar nie wszystkim zarówno jest miły;Kazali, cóż robić? iść musiał do szkoły.„Stój! — z płaczem przemówił do lecącej pszczoły —Stój, pszczółko, na chwilę i pomów z dzieciną:Tyś sobie wesoła... mnie z oczu łzy płyną;
Ja idę do szkoły, tam człowiek surowy,Ni tam się uśmiechnąć, ni tam z kim rozmowy,Wstrzymaj się, pszczółeczko, przychylne wskaż oko,Nauczysz mnie może tak latać wysoko.“A pszczółka mu rzekła: „wstrzymać się nie mogę,Powinność mnie wzywa, spieszę w dalszą drogę.O! muszę dokończyć mego plastra miodu,Gdy zima nadejdzie, zginęłabym z głodu.Jak piękną pogodę zesłały nam nieba!Bądź zdrów mój chłopczyku, korzystać z niej trzeba.“
Wtem leci jaskółka, a chłopczyk ją goni,I znowu ze łzami przemawia tak do niej:„Wstrzymaj się jaskółko i zabaw się ze mną,Ja ciebie tak lubię, trzeba być wzajemną.“„Nie, dziecię kochane, wstrzymać się nie mogę,Powinność mię wzywa, spieszę w dalszą drogę;Mam wielu przyjaciół i wieść im przynoszę,Że się już wiośniane zbliżają rozkosze.
Niech się tej pociechy dowiedzą ode mnie:Nie, nie mogę chwili tracić nadaremnie.“I stanął jak wryty ów chłopczyk zdumiały,I znowu mu z oczu łez krople padały,I znowu szedł zwolna... Wtem brytan wypada.„Mój ty psie kochany! — chłopczyna powiada —Czy się też pozwolisz przybliżyć dziecinie?Ja w tobie pociechę pokładam jedynie:Nie cierpię tych książek... już ręce zdrętwiały,Bodajto się bawić! swawolić dzień cały!
O! jakże to wasze przyjemne jest życie!Biegacie swobodnie i nic nie robicie.“„O bardzo się mylisz, — rzekł bryś do chłopczyka —Czy widzisz opodal na polu rolnika?“„No, widzę!“ — „To pan mój, pracuje on w pocie,Lecz i ja mu ulgę przynoszę w robocie.Tak, wielkiej ode mnie doznaje pomocy:
On wstaje ze świtem, ja nie śpię i w nocy.Ja czuwam by jego nie zmarniał majątek,I każdy troskliwie obejrzę zakątek,I wołu przebudzam, co ziemię tę orze,By plenne dla ludzi zrodziło się zboże.Tak, pracą się wszystko na świecie ustala,Gdy głód nam zagraża, praca go oddala,I każdy przy pracy tak czerstwy, wesoły;O! porzuć lenistwo, idź dziecię do szkoły!“
Wiosna! wiosna! śliczne czasy!Zielenią się gęste lasy,Kwiateczek się ze snu budzi,Słychać śpiewy ptasząt, ludzi;Trzody się pasą na trawie,Skacze jagnię na murawie.Ludzie, ludzie, chwalcie Pana!Ta nam pora z nieba dana.
Lato! lato! w niem upały,Kwiatki główki pospuszczałyI róża się pochyliła;Ale Pan Bóg deszczyk zsyła,On się o swe dziatki stara:Będzie chleba co niemiara.Ludzie, ludzie, chwalcie Pana!I ta pora z nieba dana.
Jesień! jesień! czas bogaty!Już pożółkły liście, kwiaty,Lecz się za to owoc złoci.Bóg wielki, pełen dobroci,Dzieli skarby między dziatki,Na zimę zsyła dostatki.Ludzie, ludzie, chwalcie Pana!I ta pora z nieba dana.
Zima! zima! ciężkie czasy!Szronem się okryły lasy,W białem futrze ziemia chodzi,Już jej zimno nie zaszkodzi.Mają owce wełnę swoją,Ptaszki mrozów się nie boją.Ludzie, ludzie, chwalcie Pana!I ta pora z nieba dana!
»Synu, mówiła matka, chcesz być moją chwałą:Kochaj cnotę duszą całą.Niech się najmniejszą krzywdą twoje serce brzydzi;Nie czyń złego i wtenczas, gdy cię nikt nie widzi.«Przyrzekł matce chłopczyna, w oczach widać było,Że szczerze przyrzeczenie dziecię wymówiło.W dni kilka, kilkanaście, nawet więcej może,Był on w cudzym ogrodzie, w owej świetnej porze,Gdy róża w całym blasku rozwija swe wdzięki.Chciałby jeden kwiat zerwać, nie śmie ściągnąć ręki,Głos jakiś poszeptuje przestrogę do ucha;Wspomniał na przyrzeczenie, głosu tego słucha.Ależ znowu głos inny: »Co tam kwiatek znaczy!Nie jest to żadną krzywdą, gospodarz przebaczy:Pozostawisz nietknięte, to same opadną;A różyczkę do domu mógłbyś przynieść ładną!Dosyć tu takich kwiatów, nikt ci nic nie powie.«Omało nie uwierzył już temu głosowi,Wtem serce się odzywa: »A coś przyrzekł mamie?Kto dobry, kto uczciwy, ten słowa nie łamie.«Oparł się więc pokusie, pozostawił kwiatki,Usłuchał głosu serca, przestróg dobrej matki.
Kiedym wyjeżdżał z domu, matka ukochana,Łzami zalana,Temi mnie żegnała słowy:
»Świat ci się otwiera nowy,Inne ujrzysz zwyczaje, innych ujrzysz ludzi.Niech cię pozór nie ułudzi,Wracaj myślą do tej chatki,Gdzieś wychowan od swej matki.Jej troskliwość śledź oczyma,Nigdzie drugiej matki niema.Choć cię czasem połajała —Dobro twe na celu miała;Zdadzą ci się jej przestrogi.O, nie był to sędzia srogi,Była to matka, mój synu!...Pamiętaj, niech z każdego poznam ciebie czynu.«
»Patrz, mamo!« I dziecię mamieWskazało gniazdeczko w bramie.»To ciekawe, mamo droga,Jak tam pod opieką BogaBezpiecznie żyją ptaszęta.
Matka.Pan Bóg o każdem stworzeniu pamięta.
Dziecię.Ależ, mamo, tamtędy wiele ludzi chodzi.
Matka.Każdy wie, że jaskółki krzywdzić się nie godzi.
Wielkie rozpoczynam dzieło,Buduję z śniegu człowieka,A kiedy się już zaczęło,Każdy chciwie końca czeka:Dalej! do roboty dalej!Koniec dzieła mistrza chwali.
Hej dalej, dalej czeladzi!Kto nie pracuje, niech radzi:Bo tu, bracie, żartu niema,Trzeba z śniegu wznieść olbrzyma.Dalej do roboty! dalej!Koniec dzieła mistrza chwali.
W połowie już ukończone,Ręce na krzyż założone,Ale głowy jeszcze nie ma;Trzeba głowy dla olbrzyma.Dalej! do roboty dalej!Koniec dzieła mistrza chwali.
Jest już głowa, są i oczy,Olbrzym ledwie nie wyskoczy,Usta jakby przemawiały,Jak gdyby się uśmiechały.
Dalej! do roboty dalej!Koniec dzieła mistrza chwali.
Trzeba wąsów dla olbrzyma,Kija! kij niech w ręku trzyma!A niejeden się przelęknie,I ze strachu aż przyklęknie.Dalej! do roboty dalej!Koniec dzieła mistrza chwali.
Są oczy, a uszu nie ma,Trzeba uszu dla olbrzyma,Ja i brodę mu przyprawię,Niejednego tem ubawię.Dalej do roboty! dalej!Koniec dzieła mistrza chwali.
A więc dziełoJuż stanęło. —Spocznijcież, spocznijcież sobie,Ja mu jeszcze czapkę zrobię;Zuchwałą minę wyrażę,Pozazdroszczą nam rzeźbiarze.Dalej do roboty! dalej!Koniec dzieła mistrza chwali.
»Jakież zamiary zuchwałe!Ty, miękka kroplo wody, chcesz wydrążyć skałę?«Rzekła twarda opoka i dumnie spojrzałaNa kropelkę, co spływała.Kropla nic nie odpowiada,Ale jak pada, tak pada,I stałością dokazała,Że uległa kropli skała.
»Wynieść mię w powietrzne szlaki,Raz do orła żółw powiedział,Prawdziwie, aż zazdroszczę jak latają ptaki;Raz już z ziemią zrobię przedział.«
»Ale, mój bracie, — orzeł mu odpowie, —Co też u ciebie w głowie?Ty chciałbyś się z ptastwem bratać?Chodzić nie umiesz, a chciałbyś już latać!«
Nadaremne napomnienia,Nic chęci żółwia nie zmienia,Więc go orzeł bierze w szpony,Już w powietrzu zawieszony;Coraz wyżej się z nim wzbijaJuż obłoki nawet mija,I tak wyniósł go wysoko,Że nie dojrzy ludzkie oko.Żółw się cieszy z tej podróży,Chciałby jeszcze bujać dłużej,Ale orzeł puszcza nagle;Zniknęły powietrzne żagle,I tak to zwierzę zuchwałeGinie, rozbite o skałę.
Raz mucha do lwa rzekła: »Znasz ty siłę moją?Choć ty jesteś tak straszny, ja ci się nie boję;Walczmy z sobą...« i w trąbę do walki zagrzmiała.»Nie uważaj, że ja mała!Dam ja się tobie we znaki,Co mi za bohater taki!«Rozpędzona z góry spadaI orężem dzielnie włada.To cios zada niespodzianie,To mu śmiało w oku stanie,To się znowu wzbije w górę...A lew własną szarpie skórę,Ze wściekłości pianę toczy,I w strumieniach krwi się broczy;A ta jeszcze walk nie syta,Chce być z męstwa znakomita,Nie lękając się go wcale,W nozdrze wpada mu zuchwale.Pod tym ciosem lew upada...A mucha zwycięstwu rada,Gdy swą sławę głosić leci...Ulgnęła w pajęczej sieci.
Lew udawał chorego, chcąc uwieść zwierzęta,I udała się sztuka, zjadał niebożęta;Jakie takie zdradzone szły na łup tyrana.Nareszcie lis przybywa z swym hołdem do pana,Z daleka sobie stanął i pyta o zdrowie:»Oj, bardzo źle, kochanku, lew z jękiem odpowie,Ale czemuż się bliżej nie przysuniesz śmiało?«»Bo widzę wielu weszło, a wychodzi mało.«Roztropny postępuje ze wszystkiem z ostrożna;Tysiąc głupców się zwiedzie, jego zwieść nie można.
Chłopczyk.Powiedz mi, kwiateczku, kwiateczku kochany,Czegoś tak głęboko w trawie zagrzebany?Dlaczego tak smutno na ustroniu żyjesz?Czyś co złego zrobił, że się w kącie kryjesz?
Fiołek.Nic ja nie zrobiłem, mój miły chłopczyku!Lecz kto mnie chce znaleźć, znajdzie i w kąciku.
Rybak na wędce zapuścił robaka;Rybka zjadła zanętę, a nie tknęła haka.I my rozsądną rybkę naśladujmy wiernie;Szukajmy pociech w życiu, omijajmy ciernie.
Siedząc na wierzchu domu, rzekł kozieł do wilkaNiegrzecznych wyrazów kilka.O! wierz mi, wilk odpowie, jest to prawda szczera:Bezpieczne miejsce z tchórza robi bohatera.
Skarżył się lud na biedę; źle mu się zdawało,Że choć miał dosyć chleba, pieniędzy miał mało;A niepokojąc bóstwo prośbą natarczywąUzyskał, iż go złotą skarało ulewą.Jak grad na ziemię padały dukaty;Z wniosłych pałaców i ubogiej chaty,Jaki taki zadyszanyLeci zbierać czemprędzej ów dar pożądany.Gdyby wtenczas filozof, co zna wartość złota,Widział, jak ta się skrzętnie zwijała hołota;Gdyby był na to patrzył obojętnem okiem,Byłby się najśmieszniejszym ubawił widokiem.Ten znosi ciężki kufer, ów beczkę pękatą,Tamten nadstawia szaflik, ów urnę bogatą,Jeden bieży z kobiercem, drugi z płachtą w ręku,Ten się pieści połyskiem, ów powabem dźwięku.Bogacz, co się nie schylił może całe życie,Ową marność znikomą zgarnia pracowicie,Od pracy nadzwyczajnej potu płyną strugi,A łzy mu w oczach stoją, że zbiera i drugi.Skąpiec, radby z jednego zrobić trzy dukaty,Nie wie już gdzie je podziać, jeszcze nie bogaty;Napchał w łataną kieszeń... ta mu się rozdziera,Mniema, że wszystko stracił i — z żalu umiera.
Widać było nędzarzy, co nie znali złota,Zdumiewała ich postać, dziwiła prostota;Niejeden nie mógł pojąć jak zapamiętaliW bezprzykładnym zapale te cacka zbierali.Widać było i takich, co z pracy rąk żyli,Nie śmieli tknąć tych skarbów, iż nie zarobili,Ale co jeszcze bardziej uwagę zwracało:Że takich nawet było tam niemało,Co wprzód ganili zbytnie złota zbiory,A potem sami napełniali wory.Wszystko wtenczas ze zwykłych karbów wyboczyło,Nikogo ni w świątyni, ni w domu nie było,A choć niejeden dostał potężnie po głowie,Choć niejeden utracił życie albo zdrowie,Wszystko to było niczem, blask złota nagrodził,Utratę nawet ojca wyrodkom osłodził.Lecz niedługo mniemana uciecha potrwała:Ta ulewa obficie cały kraj zalała,A że to był kraj ludom niedostępny innym,Nie dzielili się z nikim darem dobroczynnym.Wkrótce jednak powoli poznali to sami,Że nie wszystko jest dobrem, co nas dźwiękiem mami:Mieli dosyć pieniędzy, lecz gdy kupić trzeba,Nikt nie dał za dukata i kawałka chleba.Każdy miał dość dukatów, a jednak żył w nędzy:Wtenczas wartość prawdziwą poznano pieniędzy.
Nikt nie chciał być rolnikiem, pola zarastały,Rękodzielnie zamknięto, młyny mleć przestały,Praca zbrzydła każdemu, bo czuł złoto w worze.Zdarły się dawne szaty, zjadło dawne zboże.Niejeden westchnął z płaczem, umierając z głodu,Że nie w złocie prawdziwa szczęśliwość narodu.
Nie jest to nowiną żadną,Że kruki kradną;Jednak i dla człowieka zda się stąd nauka.Na pewnym dworze wychowano kruka:A ponieważ go wzięto, ledwo się urodził,Nie więziono go w klatce, gdzie chciał sobie chodził;Z pokoju do pokoju, bez żadnej przeszkody,Przechadzał się kruczek młody,A że do kobiet zwykle lgną ptaszęta,Najbardziej lubił wpaść pomiędzy dziewczęta.Zawsze „dzień dobry“ powiedział im z rana,Odwiedzał jednak i pana,Przylatał czasem do dzieci,Czasem i na dwór wyleci,Biegnie w ogród dla połowu,I wraca znowu;Wszędzie go pełno, wszędzie on się znęci,A wszędzie figla spłata, gdzie się tylko wkręci.
Raz u panien igliczka gdzieś się zapodziała;Lecz igliczka to rzecz mała,Na igliczce świat nie stoi,Wkrótce o szkodzie zapomniano swojej.Jakoś znów niezadługo służącej dziewczynieNaparstek ginie;Dalej zginął pierścionek z drogimi kamyki,I brylantowe kolczyki.Tu dopiero harmider, dom się w piekło zmienia,Pełno było domysłów, pełno podejrzenia,A nikomu w myśl nie wpadnie,Że to młody kruczek kradnie.Raz się ów panicz zbliża do stolika,Porywa srebrny dzwonek i przez okno zmyka.Dzwoni... a na ten odgłos służący wybiegaI na gorącym razie złodzieja spostrzega:»A tuś mi! to ty ptaszku takie płatasz licho?«Rzekł i — tuż za złodziejem posuwa się cicho.Idzie za głosem dzwonka kroki powolnymi,Widzi, jak kruk nieznacznie spuszcza się ku ziemi,Jak szuka miejsca tego, gdzie skarby posiada,Jak do dawnych zdobyczy nową zdobycz składa,Jak się różnych błyskotek nasyca widokiem,Jak zazdrośnie przed ludzkiem ukrywa je okiem;A gdy już ma ulecieć, znienacka go chwyta.Zawsze tak bywa zbrodnia przed światem odkryta.
O, jakże to wspomnieć miło,Że się w pracy dzień spędziło!To mi rozkosz nad rozkosze,Którą w sercu mojem noszę.Niech się inny z tego chlubi,Że się w tłumie pochwał gubi;To mi zaszczyt nad zaszczyty,Gdy powiedzą: pracowity!Otóż znowu dzień upłynął,Ale dla mnie on nie zginął,Jakażby to była strata,Za dniem poszłyby i lata.A Pan, który mieszka w niebie,Spyta kiedyś człeku ciebie:Gdzie rachunek z każdej chwili?Obyśmy się wyliczyli!
Kto nosi cnotę w piersiach, piękny rozum w głowie,Kto grzeczny w towarzystwie, uprzejmy w rozmowie,Ten czy w Peru czy w Tunis, w Chinach czy w Podlasiu,Zawsze będzie kochanym; nie prawdaż mój Stasiu?
Jestem szewczyk na dorobku,Mam sto butów na warsztacie;Hej, panowie! słudzy, chłopku!Próżno grosza nie wydacie.Robię mocno, to mą chwałą,Oj! ja dratwy nie żałuję:Możesz hasać przez noc całą,A mój but się nie rozpruje.CodzienieCodziennie się ludzie rodzą,Zarobek to będzie suty,Niechaj gęsi boso chodzą:Kto rozumny, to ma buty.Pobłogosław pracy, Boże!Co zarobię, nie przepiję,I na starość coś odłożę;Wiwat! niechaj szydło żyje!
Hej, patrzcie, patrzcie dzieciny,Co to ja tu robię z gliny:Toczę żwawo moje kołoI śpiewam sobie wesoło,I śpiewam sobie wesoło.Bryła staje się garnuszkiem,Dzbanuszek wychodzi z uszkiem,Tu ryneczka z rączką spieszy:Jakże mnie to wszystko cieszy!Jakże mnie to wszystko cieszy!Chcąc mi moją odjąć chwałęPowiecie: wszystko nietrwałe;Ależ przeczyć nie będziecie,Że nic trwałego na świecie,Że nic trwałego na świecie.Twarde się żelazo skruszy,Mury gmachów czas poruszy,Dębem silny wiatr pomiata;Garnuszek ma-ż przetrwać lata?Garnuszek ma-ż przetrwać lata?Niech się tłuką garnki moje,Ja się o ich los nie boję:Żwawo sobie toczę kołoI zawsze śpiewam wesoło,I zawsze śpiewam wesoło.
Mam szczotki na przedaż, potrzebna rzecz w domu;Ja się o jałmużnę nie przykrzę nikomu;Więc robię, co mogę; zarabiam nie wiele,Pracuję przez tydzień, spoczywam w niedzielę.
I chwalę mój towar. Hej! szczotki, szczoteczki!Kupujcie do podłóg, kupujcie dzieweczki!Spróbujcie! na urząd zrobione wybornie,Lecz same nie robią, przepraszam pokornie.
Mam szczotki do butów, mam szczotki do śmieci,Są u mnie do zębów szczoteczki dla dzieci,Są szczotki do kurzu, do sukni, co chcecie;Wszystkiego dostatkiem w mym koszu znajdziecie.
Tylko mi towaru niechaj nikt nie gani,Nikt lepiej nie zrobi, nie zrobi nikt taniej;Jam szczotkarz z szczotkarzy, znam moją robotę,Dajcież co zarobić, bo stracę ochotę!
Nie każdy się pragnie robocie poświęcić,A wielka zasługa do pracy zachęcić;Bogatszy uboższym zarobić niech daje,A wzrosną w pomyślność i ludzie i kraje.
Z kwiatka na kwiatek przelatał motylek,Cieszył się życiem, co trwa kilka chwilek;Różane gaje rozkosznie przebywał,Przy blasku słońca po powietrzu pływał,Wokoło rozlicznymi pieścił się widoki,Z kwiatków słodkie czerpał soki.Ledwie na chwilę odpoczął śród cieni,Znowu igrał wesoło w rozległej przestrzeni,A czas nieznacznie jak płynął tak płynął;Nareszcie motylek zginął. —Nie jestto obraz człowieka,Co go wdziękiem szczęście mami?Płyną lata za latami,A nakoniec śmierć go czeka.
Kto mi prawdę mówi szczerze,Tego kocham, temu wierzę;Kto przychylną daje radę,Tego pierwszym w sercu kładę.
Lecz kto chwali mnie bez granic,Uchybienia waży za nicI do złego drogę ściele,Tego wrogiem nazwę śmiele.
Szedł staruszek ociemniały:Beda go powszechnie zwano,Jak proroka uwielbiano.Prowadził go chłopczyk mały,A gdzie przyszedł, słowa PanaGłosił z zapałem młodziana.Raz lekkomyślny chłopczynaWprowadził go śród kamieniI rzekł: „ludzie zgromadzeniCzekają, na twoją mowę.“Starzec naukę zaczyna,Wybiera z pisma osnowę,Rozwija ją należycie,Naucza i napomina,Niecnotliwe gromi życie;Znowu w serce ufność wlewaI dobroć maluje Pana;I łza mu po licu spływaZ świętem uczuciem zmieszana.A gdy już skończył, zmówił pacierz cały,Wokoło głosy: „Amen!“ powiedziały.Przeląkł się chłopiec, klęknął, wyznał winę,A starzec strwożonego pogłaskał chłopczynę.„Synu! rzecze, wszak pismo opowiada Boże:Kamieniom usta otworzę,Gdy ludzie milczeć będą. Bierz naukę z tegoI nie szydź z słowa Bożego!“
Szła ulicą dziecinka, biedna, wynędzniała,Oczki rączką zasłaniała;Spostrzega to przez okno dobroczynna paniI chleba posyła dla niej.
Cieszy się już zawczasu myślą pięknej cnoty,Bo cóż milej jak ulżyć cierpieniom sieroty?Wkrótce powraca z chlebem służąca zdyszana:„Ach; — rzecze — pani kochana!To żydziak, a któż widział wspomagać żydziaka?“Dobrą panią uwaga oburzyła taka.„Ale biedny — odpowie — wesprzeć go potrzeba;On bliźni, nic nie znaczy w wyznaniu różnica,Wszak jednakie słońce wszystkim nam przyświeca.
„Biedne te rosy kropelki,Co przez upał słońca wielkiZ pięknych kwiatów poznikały!Jak one pięknie jaśniały,Kiedy księżyc patrzał na nie!“Takie małej dzieciny było narzekanie.„Widzisz synu — rzekł ojciec — tę tęczę na niebie?Tam jaśnieją krople rosy,Wzniesione w górne niebiosy:Taki los czeka i ciebie.Pomnij, że schodząc ze znikomej ziemi,W niebie się z istotami połączysz wyższemi,Ale chcąc trafić do nieba,Na ziemi być dobrym trzeba.“
Kto cię nauczył, powiedz, pszczółko mała,Żebyś na kwiatkach słodyczy szukała?Kto te kwiateczki żyzną rosą krzepi,Zseła pogodę, aby rosły lepiej?Boska to dobroć, mądrość niepojęta;Bóg o najmniejszym robaczku pamięta.
Patrzcie, jakie to sztuczne te pajęcze sieci,Czybyście też uprzędły taką nitkę dzieci?
Przypatrzcie się jaskółce,Nie była w żadnej szkółce,Żadnych książek nie czytała,A dom śliczny zbudowała.
Człowiek tak mało w życiu potrzebuje!Kiedy głód zaspokoi, wynurzy co czuje,Gdy skromne ma odzienie, przytułek chędogi,Dosyć dla niego, już on nie ubogi.Zosia to wszystko miała,Ale nie zawsze na tem przestawała:Chleb ją kłuł w ząbki, bo niedosyć biały,Chociaż go kilka razy pytelki owiały;Sukienka mocna i zgrabnaJuż nic nie warta, jeśli nie jedwabna;Pokoik wybielony, z umytą podłogą,Miał postać za ubogą.I kiedy raz nad takim płacze pokoikiem,Zajeżdża wuj dobrodziej, co był kanonikiem,Przed niego się więc cała sprawa wytoczyła.„Otrzyj łzy, rzekł łagodnie, nie płacz Zosiu miła!Wierz mi, luba dziecinko, to szczęścia nie daje:Ten szczęśliwy prawdziwie, co na swem przestaje.Przyjmuj z wdzięcznością, co masz z Boskiej ręki,Lepsze czy gorsze równe złóż Mu dzięki.Życie nasze podróżą, Zosinku kochana!A ta izdebka na popas ci dana.Bądź jej rada i lepszej nie zazdrość nikomu,A Bóg cię za to mile powita w Swym domu,
I nie spyta się ciebie: jakieś miała sprzęty,Ale czyś wiodła żywot pożyteczny, święty.“
Azor i Wierniś byli dwaj bracia rodzeni,A że często naturę wychowanie zmieni,Różnicę między braćmi wielką spostrzeżono.Azorka łakociami samemi karmiono,Na puchach piesek spoczywał,A jeszcze się czasem gniewał.Wierniś jadł, co mu dali, chleb nawet razowy,I nigdy mu wymysły nie przyszły do głowy.Nadeszły inne czasy, nastąpiła zmiana,Utracił Azor łaskawego pana;Nikt mu przysmaków nie dawał,Dosyć kiedy miał kości, albo chleba kawał.Nic mu nie smakowało, a Wierniś się dziwił,Że się czasem braciszek i na mięso krzywił.Co więcej: Wierniś sobie spał smacznie na dworze,A braciszek i oka zamrużyć nie może;Słowem, czy ścisły mrozy, czy przyszły ulewy,Drżał od zimna i płakał Azor nieszczęśliwy.I człowiek, gdy w pieszczotach z młodu wychowany,Nie potrafi cierpliwie znieść losu odmiany.
Widziałem, jak nieśmiało raz Alinka mała,Bez pomocy piastunki, nóżeczki stawiała;Wtedy, jak śród wody trzcinka,Chwiała się Alinka.Ojciec i matka i każde z rodzinyŚledziło chciwie słaby krok dzieciny,A jeśli upadać miała,Przychylna ją ręka wstrzymała.Kiedy się upaść dziecinie zdarzyło,Żadnych tam gniewów nie było;Nikt jej o to nie winił,I wyrzutów nie czynił,Ale czemprędzej pospieszył,Podniósł, pogłaskał, pocieszył.Mama do niej mówiła: „Alineczko droga!Widzisz kochanie, tak się stawia noga,A za nią druga posunie się snadnieI Alinka nie upadnie.“Tak każdy dawał rady,Każdy usuwał zawady,I dziś już, Bogu dzięki, niebezpieczeństw niema,Alinka dobrze na nóżkach się trzyma.Jeśli upadek ujrzysz przyjaciela,Niech mu twa dobroć pomocy udziela;
Bez gniewu, wyrzutów, łajania,Niech go ku dobremu skłania.
Żyjcie dzieci zgodnie z sobą,Bo zgoda najpiękniejszą rodziny ozdobą;Szanujcie te lube związki,Wy kwiaty jednej gałązki.Wszakże codzinnniecodziennie widzicie,Jak dwie rodzone siostry zgodne wiodą życie:Z ręką prawą ręka lewa.Jedna na drugą nigdy się nie gniewa,Jedna dla drugiej uprzejma i szczera,Jedna drugą wiernie wspiera.A chociaż czasem jedna z nich leniwa,Druga jej bez mruczenia na pomoc przybywa.Ale też za to jak piękna nagroda!Ta śliczna zgodaObudwom niesie korzyści wzajemne.Wiodąc życie przyjemne,Żadna się z nich zbyteczną pracą nie obarcza,Jedna i druga ciału posiłku dostarcza,A stąd obiedwie czerstwe mają siły.Oby to tak rodzeństwa wszystkie w zgodzie żyły!
Dała mi złotówkę mama,Bym zobaczył panorama.Idę ulicą Miodową,A wtem starzec z siwą głową,Obraz nędzy i rozpaczy,Prosi o wsparcie bogaczy.Przeszli dumnie ci i owi,Nic nie dali nędzarzowi.Tak mi się go żal zrobiło,Że choć nowość widzieć miło,Wyrzekłem się jej dla cnoty,I dałem starcowi złoty.Lecz kto jestem? jak się zowię?Nikt się odemnie nie dowie,Bo mi ojciec mawiał: „Synu!Nie chełp się z dobrego czynu.“
Gdy nadejdzie mroźna zima,Biedny ptaszek nieraz w głodzie,Bo na polu kłosów niema,Pusto w sadach i ogrodzie.W takiej tedy porze roku,Wróbelek biedny, zgłodniały,Usiadł na żłobie nieśmiały,Gdzie konik miał dość obroku.
Gościnne zwierzę chętnie się podziela,I pozyskuje w ptaszku przyjaciela.A ten przyjaciel był wierny i stały:Kiedy nadeszły upały,Muchy bardzo dokuczały,Czynnie oganiał konika.Z dobroci wdzięczność wynika.
Pytał się Ignaś, roztropny chłopczyna:Ojcze! jaka to przyczyna,Że skoro słońce zaświeci,Zaraz cień widzieć się daje;Gdy ja lecę i on leci,Gdy ja stanę i on staje;A kiedy za chmurą ciemnąSłońce na chwilę się wstrzyma,Próżno go szukam przede mną,Próżno płaczę, już go niema.Synu! rzekł ojciec z westchnieniem:W późniejszem życiu łatwo pewnie poznaszPodobieństwo przyjaciół z tym niestałym cieniem,Bo gdy ci tylko szczęście sprzyjać będzie,Na przyjaciołach nie zbędzie.Lecz gdy przypadkiem zmiany losu doznasz,Gdy się zachmurzy słońce szczęścia twego,Napróżno będziesz patrzył, nie znajdziesz żadnego.
Na kępie pod Dzikowem, blizko Michocina,Uboga żyła rodzina:Ojciec, matka, dziadek trzeci,I kilkoro jeszcze dzieci;Siatka, węcierz, wędka mała,Oto ich nadzieja cała.Nie było tam na stole smacznej leguminki,Ani poleweczki z wina,
Na suchym chlebie przestają dziecinkiI cała biedna rodzina.Jeźli się rybka złowiła,Zanieśli ją do Dzikowa,I tylko się sól kupiła,Czasem bułeczka pytlowa.Raz przypadkiem dużego złowili szczupaka,Radość w chałupie rybaka:„Będzie mąka, będzie kasza,Z mąki kluseczki, pociecha nasza!“Wołały dzieci, klaskając w dłonie.Gdy młody syn dziedzica nadszedł w to ustronie:„W głowach im się burzy chybaTak ich cieszy jedna ryba;U nas tyle się minie sumów i łososi,A nikt się nie unosi.“Tak rzekł młodzian, a sługa odpowiada stary:„Panie! poznaj niedolę i złóż [jej] ofiary;Co u was zbytkiem, tu pierwsza [pot]rzeba,Tu czasem nie wystarczy na kawałek chleba.Nie kosztują tej ryby, owocu swej pracy,Na lichym muszą przestać pokarmie biedacy:O! przypatrz się nędzy z blizka:Gdy ją poznasz z istoty, ale nie z nazwiska,Serce nieraz do biednej wprowadzi cię chatki,Dasz pomoc i pokażesz, na co są dostatki.“
Troskliwa o los dziecięcia,Rzekła koza do koźlęcia:„Wychodzę teraz na paszę,Siedźże tu spokojnie wasze;Nie otwieraj mi nikomu,Póki nie wrócę do domu,Chyba, że białą pokażę ci łapkę.“Wilk, co oddawna miał na koźlę chrapkę,Myśląc, że zręcznie uda mu się sztuka,Ledwie matka odeszła do koźlęcia puka.„Białą łapkę masz nieboże?Bo inaczej nie otworzę;Mamunia mi zakazała,Oj! u ciebie coś nie biała.“„Masz szczęście — wilk odpowiada,Biadaby ci była! biada!“
Schowaj się myszko do jamki głęboko,Bo kotka na cię ma oko.Schowała się myszka, kotek łyka ślinkę,Że mu tak wyborną spłoszono zwierzynkę.Ależ, moja myszko, żal mi cię nieboże!Nie dzisiaj, to jutro kot cię złowić może,Tyś bardzo łakoma, on mistrz wyuczony,Ani się spostrzeżesz, gdy mu wpadniesz w szpony.
Ze wszystkich stron pochwały odbierając liczne,Chwaliła się Magdusia, że ma rączki śliczne;Jakoż istotnie były i szczupłe i białe.Chciała więc i ode mnie odebrać pochwałę,Ale ja, co szczerością zaufanie płacę,Rzekłem: „te najpiękniejsze, na których znać pracę.“
W miejscu publicznem była skarbonka przybita,Niejeden obojętnie jej napis przeczyta:„Ofiara dla ubogich“ — potem się odwróciI grosza nie rzuci.Długo, długo próżną była,Aż uboga kobieta pierwszy grosz wrzuciła.Zaraz jakiś pan bogatyRzucił dukaty.Mniej bogatego wzruszył wdzięk tej cnoty,Wkłada złoty.Znów jakiegoś przechodnia skłania ta ofiara,Rzuca talara.Skądże ta hojność? — Cnoty czarująca władzaDo grosza złoto sprowadza.Dotądby może jeszcze puszka próżną stała,Gdyby małej ofiary uboga nie dała.Piękny przykład cuda działa.
Czas jak strzała szybko leci,Korzystajcież z niego, dzieci.
Kto cierpliwy i wytrwały,Zrobi wiele z rzeczy małej.
Przykład lepszy niż nauka,Czyń, co mówisz, to mi sztuka!
Strzeż się występku, o dziecię lube!Niech kłamstwo ust twych nie kala;Prawda, rzetelność, jednają chlubę,Fałsz, serca od nas oddala.
Żartujesz? żartuj z ostrożna,Żarcikiem obrazić można.
Chcesz być szczęśliwą, Anielciu droga?Pracuj i kochaj nad wszystko Boga.
Pobożność, nauka, praca,Ludzi od złego odwraca.
Na to niech zważa, kto chce być bogaty:Z grosza złotówki, z złotówek dukaty.
Młodość szybko płynie,Coś w niej zebrał, nie zginie.
Z Bogiem, z Bogiem każda sprawa,Tak mawiali starzy;Kiedy wezwiesz tej pomocy,Wszystko ci się zdarzy.Masz się uczyć, choć nie wiele,Wezwij zawsze Boga,On oddali myśli płocheI pilności wroga.Idziesz w pole, masz siać zboże,Z Bogiem zacznij pracę;Bóg powiedział: „rąk dokładaj,Ja cię ubogacę.“Idziesz w drogę, chociaż blizko,Z Bogiem wychodź z progu,A gdy wrócisz z niej szczęśliwie,To podziękuj Bogu.Gdy na rzekę puszczasz statki,Z Bogiem — zwyczaj stary;Bóg ochroni od przypadków,Przywieziesz talary.Z Bogiem, z Bogiem każda sprawa!Tak mawiali starzy;Kiedy wezwiesz tej pomocy,Wszystko ci się zdarzy.
Comments
Loading comments…