Listy z nieba — całość
A jak sobi nahadaju za dawnu-dawnynuSami ślozy my sy kotie łycem u dołynu.
Butelka czy kropelka,Gościnność — cnota wielka,Skąpstwo to szpunt,Serce to grunt.
Oj, cyhane, cyhanyku, horbatyj muzyku,Majut z tebe hirsky lude zabawu wełyku.
Na wysokij połonynci tepłyj witrec wije.wije,Rozkołysze, rozhulaje, swit widmołodije.
Oj, zełena-zełenynka, zeliń-zełenyna!Jaka wesna zapaszneńka, zapaszna’j detyna.
Oj, hulaka ja, śpiwaka, staryj-ne mołodyj,Podywitsy dobri ludy, czy ja szcze ne hoden.
Posłuchajte dobri ludy szo chocziu kazati:Jekim szumom zaszumiły Szumejowi chaty:
Nadi mnoju zazułyci, chmary czy zornyci,Czy ony na smert’ wiszczujut, czy ony na żytje.A jaż toto ne trebuju i w dumci ne maju,Śpiwankamy wse łopoczu wid maja do maja.
Kuku, kuku, zazułyci, ty wesneczko kuku!Poky Hospod myłosernyj ne podast my ruku.Mut zazulky prylitati, wesneczky weseli,I mut cerkwy budowati w Synyciach anheli.Mut wesneczky wse wstawati, zazuli tremtity,Tanasewi spiwanoczky ne zahynut w świti.
Teper sobi zaspiwajmo jek wesnow hołuby,A komuż ta spiwanoczka? Hafijeczci lubij.
Zaszumy ty kedrowynko, Szumejowyj rode,Boż chrestyły my detynku na ces den Hospoden,Aby tota diwczynońka hulała-szumiła,Tak jek wsi kernyczeńky na sjetoho Jurija,Aby tota diwczynońka szczesływa, weseła,Homoniła taj szumiła na wsi hyrski seła.Oj, Hafijko bidaszeczko, bidaszko czicziena!Połonynki zaszumiły, szumy j’ty, detyno!Werchowynkow, połonynkow mesz witrom huditi,Szczebetati taj spiwati, taj świt wesełyti.
Totu tobi spiwanoczku dido staryj złożyw,Aby Hospod zmyłoserdyw, koby na rik dożyw.
Oj, muzyku-cyhanyku, delornyj muzyku,Majeż z tebe switok bożyj utichu wełyku.Oj, lubyj cyhanyku, muzykante bożyj,Sydy z namy, jisz, pyj z namy, taj kobys wik prożyw.
Oj popid haj, na horboczkuPyw nasz wijtyk horiwoczku.
Wozmit mene na toporyNesit mene do komory
Pidit jeji zapytatyCzy szcze u pysok me chłystaty.
Czy duma Doboszowa, Doboszowa-j woda,Czy twoja, mij werszyczku, witrowa swoboda?
Czy skrypka czy fłojera, czy bujna wodiczkaCzy płacze stara mama, płacze-j mołodyczka?
Serce my sy rozkołoło, serce my sy wzwyło,Kołych moho Ołeksoczka na marach uzdriła.
Czy ptaszky-sokolietka, ditietka sokoli?Czy ludzki dity płaczut w pohanij newoli?
Kiedrowata połonynko! Kobyś sy wtworyła,Ciłyj swit bys pryhorncła,pryhornuła, j-na swit zaswityła.
Wyjszow byczok u płaiczok, taj porykujuczyIde bidnie u połonynku tak nakazujuczy.
Izhadaj mie, myj myłeńkij, chocz razok na dnynu,A ja tebe izhadaju sim raz na hodynu.
Lej deszczyku, lej, lej, lej,Cebrem, wiadrem, doniczką,Na wszechziele-paszniczkę!Deszczu-wodyczko, święta Jordanyczko!Boży języczku i boża cycko!Kogo nie lizniesz, ten w brudzie, zmazie,
Kto cię nie possie — zeschnie się, skazi,Odnów się, świecie, przyjmij to dziecię.Raduj się.
Bodaj tota diwczynońka hulała-szumiłaTak jek usi kernyczeńky na sjetoho Jurija.
Oj, rozłuka, diwczynońko, rozłuka, rozłuka,A ja pidu poza jawir, a ty poza buka.Oj pidu ja w połonynku, ta w zełenu puszczu,Usi lisy zarubaju, nykoho ne puszczu.
Wid koły tebe ne wydko, moja niczka mała,Oj, jak tota połonynka wohnykom pałała.
Ja hadała, mij myłeńkyj, hasyty, hasyty,Pysanymi horszieczkami wodyczky nosyty.
Tyś woda, tyś święta, tyś czysta!Bogarodziczko — niebiesna caryczko,Krasna wodyczko, święta Jordanyczko,Z wysokich gór, z głębokich nór,Cieczesz strumieniem, myjesz brzegi dwa,Trzecią średzinę,Czwarte korzenie,Piąte kamienie,Szóste sumienie.Wymyj każde słowo,Zwęglone czy zgasłe, skrzepłe czy ugrzęzłe, zastygłe czy zmarzłe,W gardle czy pod gardłem,W żyłach, czy we krwi,
W potruszkach, czy w wątrobie,W kiszkach czy w sercu,Czy w serdecznym korzeniu.Oczyść od skazy, wymyj z omrazy,By tańczyło samą zgodą,Aby grało czyste z wodą.
Szło Słowo główne omrażone, człapało ciężko.Z mrażnic, z omraźnych chat,Omraźnymi drogami, przez omraźne krzaki,Omraźnymi młakami, omraźnymi siołami.Omraza rodem ze spodu z omraźnego dna,Łykała słowa, mraziła — kaziła,Aż wyrzygała omrażone słowo:Dokąd ty idziesz, omrażone słowo?
Nie puszczę cię, omrazo, na światło, na świat!Igłami wykluję,Wrzecionami wyprzędę,Kosami wykoszę,Sierpami wyżnę,Miotłami wymiotę,Grabiami wygromadzę,Na czarne konie posadzę,Na morskie dno!Tam siej nasienie,Tam puść korzenie,Tam twe kąpiele,Tam twe wesele.
Chcesz wyjść na wolę, słowo?Bogarodziczka-święta-wodyczkaWypłucze cię ze skazy,Przecedzi omrazy,Nie zostawi dymu ni na włos,Kurzu na makowe ziarno.Bogarodziczko-święta-caryczko,Daj abym był pełen zgody.
Wstań, zagraj słowo wodne-zgodne-rodne,Słowo jutrzenne, słowo wieczorne,Słowo północne i połudzienne,
Dojne kosmate, czerwone mleczne,Zielone, jabłeczne, trudne i łatwe.Ponad cerkiewny dzwon!Trzaska mróz, nad mróz kolęda trzaska.Pieczcie kukuce ciepłe dla dziatwy!Słodka niech rośnie święcona paska!Kroplami Chrysta krwi, łzami MatkiSkrop, zetnij czary, jak pisanczarka,Zdław Archijudę — Juda niezgodny,Co słowo służbę dzwoni zaraniem,Kowal łańcuchy pociska na nim.Od bólów do ulów,Od siewu do wiewu,Od ziarna do żarna,Od domu do domowiny,Od wieka trumny do wieków w niebie,Od chleba żyta, do życia w niebie.Wpław słowo wodne-zgodne!Na białych koniach wypłyń: Ihahaha!
Nie dwadzieścia siedem, nie dwadzieścia sześć — nie dwadzieścia pięć, nie dwadzieścia cztery — nie dwadzieścia trzy, nie dwadzieścia dwa — nie dwadzieścia jeden, nie dwadzieścia — nie dziewiętnaście, nie osiemnaście — nie siedemnaście, nie szesnaście — nie piętnaście, nie czternaście — nie trzynaście, nie dwanaście — nie jedenaście, nie dziesięć — nie dziewięć, nie osiem, nie siedem — nie sześć, nie pięć — nie cztery, nie trzy — nie dwa,Jeden, Jeden, Jeden!!!!
Czarny czaban moczarem przyczłapał nad Dniestr i ścichł.Szuwar ścichł, klekot wklęsł, kokor legł pokotem,
Czubate kuliki, gębate gęsi, kaczki na komyszach.Kobuzy z lotu nurnęły w cień.Zgodnie głowy skłoniły w ciepły muł.Jarem, jazem, stawem, grobląWiatr gorący wiercił szuwar.Pochylił się szuwar kornie.Nad szuwarem długo czerniałDługi cień, gość — sęp.
Czarny czaban czwałem przyczłapał nad Prut:Człowieczek-kaleczek, czy mraka-mara strach?Gołolodny łeb koński na ciele cieniowym,To na zwojach cieni sprężał się ku ziemi,To rozprężał nad drzewa, chmurą sięgał chmur.Z czaszki białej czarne czeluście wyszczerzył,Z góry raz, z dołu razkłapał czaszką na Prut.
Wszystkie wody potoczyste — czyste,Wszystkie zdroje zdrowe — malinowe,Co naciekły z Wierchowin w siny Prut,Obessały, zlizały wszelki ślad.Wysłuchały grom i szept,Wypatrzyły blask i cieńod nieba do dna.
A w śnieżycach Czarnohory nie zaznałyBieli takiej jak czabana gołolodny łeb,W puszczach pięćdziesięciu nie nabyły się,Z czernią taką, jak czabana czarny cień.
Z Czarnohory, ze śniegów, z Dancyrskich skałBiałogrzywe, białoczube, białoskrzydłe kruki-Huki,Naleciały, nawiały, nagroziły,Wyczesały mchy machem-świstem-wiewem,Natańczyły arkana z kosodrzewem,W jarach pasły się trzody z Berezowa.Owce bialutkie, cielęta różowePianę z wód piły, kopytka chłodziły.
Z Homulu Homulec mruczał, cykał, ciekł,Rosą dzień w dzień, rosą wiek w wiek,Zrosił każdy korzeń wiekowiecznych drzew:Niech wiosną duchną żar w kwiat starce jare,Niech w jesień szyszki w skrzydłach szlą w wylot, w siew,Ty, Homulcze, dziatwę kołysz, piastuj, pieść,Rosę siej, roś siew, staro-młodą brzęcz wieść.
I z Kostryczy wody leśne na JeziernymWygłębiły plesa dna obszerne,Hodowały rybne rody, pstrągów roje,Hulaj mój roju, a się nie rozbrykaj,Straż dam ci z dziobem, białobrzucha-zucha,Ptaszka cynk-cynk, wody szandaryka.
Prutec Jabłonicki krop-po-kropli ssał,Doił z rudych skał, z krostawych Gorgan, z płyt,W pustkę nadoił, nie znał gości, nie poił.Aż raz dziwa szurpate wsypały się w jar,W kuczmach baranich Tatary pohani,Z pieca, z suchostepu zżółkła szarańcza,Wodę chłeptali, szept-dzięk wodzie: „Salem!“Konie zgonione miód-lód ssały z fali,Cień koło cienia, uśmiech przy uśmiechu,Zzieleniałe konie, lud cieni zielony.Prutec skrzepił gości, w zieleń zasklepił,W dnie odbił obrosłą cieniem czeredę,Zielonym szczęściem cieszył się sam jeden.
W Leśniowach ciemno-cichych potok PihyOdkrył z żywic płaj tajemny niedźwiedzi,Wsiąkł w ślad, ubił płaj, dech sparł, słuchał, śledził:Ciągot — jęk, tęskny mruk, miłosne czaty,Obłapienia, rzut, gry dziatwy puchatej.Potok grzebał kości, ubił, nie śledził,Nikt nic więcej o niedźwiedziach nie wiedział.
Z Polanic Prutec sączył się z Stawiory,Nie jak górski strumień wił się, krył prąd chory,Bo z kątów, z nor, z jam, z zaświata furt odmiatałSłów przedśmiertnych nurt, w powrót rwał z zaświata,Cienie w złoto zmieniał, szepty krył na dnie,Niech wróci każdy! złoto nie przepadnie!Krył a niósł, może przyjdzie ktoś z daleka?Nie swojak a swój, chory sam a lekarz,Nie z domu, nie do domu, nie do mowy,Słuchacz tylko niedoszeptów grobowych.Złoto wyłowi, wysłowi,Może słucha już z daleka?Krył się w cieniach i w zaciekach,Wił się Prutec, czekał, czekał.
Tu-tam, kap-kap, wód spad,Ściekał po Rokietach górskim dachu,Stamtąd-stąd wiązał świt-noc, wschód-zachód,Gryzł-toczył, w potok wypotoczył,W płaj dla wędrowców ludzkich wytłoczył,Wiek za wiekiem grał, las stał, rósł las,Na płaj szyszki, szpilki, liść sypał raz w raz,Pieścił, wyścielił, miększy wciąż, trwalszy płaj.Płaj skrzepł, gazda-płaj uczył, już i wiódł sam:„Tu idź, tam nie, przejdź tu, skocz tam“.Liść do szpilki, łza do kropli, tęsknota-ciąg,Gniazda, ruch, roje, wyląg, wylot, znów ląg,Rody rosły, osiedla, wsie i sioła,Berezów-wojak, Huculija wesoła.Lecz w noc po świt jedna dola pytana-szeptana:„Któraż ciebie boli rana?Czy szeroka porębana,Ozy głęboka postrzelana?”Ludzki świat. Wód spad po Rokietach ściekał, las czekał, potok grał, płaj trwał.
Z jądra Kosmacza, z mchów ciekła Pistynka,Świsty ptasie łowiła w bukowinkach,Ćwierk odćwierkała echem z gęstolistu,Czarnoziem lizała, ukradkiem rwała,W Prut uniosła czarnoziem z srebrnoświstem.
Z soboru jaworów potoczyna ŻonkaW kipieli warzyła juszkę jaworzankę.Delatyńska Malawa wlała wodzieZ malin soków, aby Prut się nasłodził,A Rakowczyk z krwawych kropli cisowych,By nie zbrakło duru-jadu Prutowi,Potok Rungurski z źródła JedernegoGłębin świder, skarby wydarł, wybiegał,Ziemną krew przez sita skał, liści cedził,Na strugi niósł, na nurty nafty strumień,Oczka tłuste, czarno-złote, rdzy-miedzi:„Mień się Prucie, tęczami mień-zarumień.“
Wszystkie krople, strugi, szumy, strumy,Struny, wodne liry, kręte wiryRozegrały, rozpląsały się, zamieszały sięI zjednały w siny Prut,Nawąchały, nalizały, nassały, nałykały,Karbem wód znakowały las i brzeg.Nie wąchały jeszcze ducha czabana,Juszki czabanowej nie chłeptały,Nie stukały do czaszki gołolodnej,Nie płukały czerni czabanowej,Z czarnym cieniem nie tańczyły,Nie pisały karbów o Czabanie.
Zawęszyły go pod Wskrzesińską górą,Zawąchały się, zasłuchały się, zapatrzyły się,Wirowały, zamąciły się.Czyrakami zakipiał siny Prut.
Zgasł w trzcinach ptasi skrzek, zgasł czapli czub.Nie tej czapli leniwej, co moczarem człapie,A tej czapli co — w brylantach czub — znad morza załata,Strzelcom błyśnie w nos raz, jak mgła, pryśnie zaraz.Zastygły czajki, czubatki, czeczotkiW krótki skrzek: ćwierk, zmierzch, śmierć.Pochyliły przed czabanem dzióby,Stygną wiosła, czarne łodzi kadłuby,Żyto — chlebny kwiat wstrząsł dreszcz, kłosy skrzepły.Ino z łączek ślepaki, żółte krosty,Ino ślepia wyłupią zżółkłe porosty.Same oczy zaślepłe.
Czaban skrył się, w łęgach legł, spłaszczył się, zdrzemnął wśród drzew.Snuł senną osnowę.Łęgiem wierzbowym, ścierniskiem sianowymWieje wić wiotsza niż wiew,Cieńszy cień niż cień czai się dzień w dzień,Smugą smyknie czarnodymna nić.Czaty, czołg, szyp, cyt! suchy skrzyp, nagły skok,Okrakiem na chatę, na strop ciężki cień.Chata jękła.W niej wiekował Harasym Szczęśliwy, sześcioro dzieci, wnuki, prawnuki, cały ród.Czaban-cień żarem prażył, czadem czachnął, ożyną chłostał,Obłapił łapczywie, nie brzydził się żółtym staruchem,Nie mierził chrząstkami, ni bladym maluchem,Czechłem dusił, pierś wysuszył, oczy wybałuszył,Wycmokał szpik, wycisnął czynsz,Rozsypał okopcone kaczany, miał ich dość.Ziewnęły wrota od wiatru, chata ścichła.Mir, mir! Szczęśliwy Harasym, szczęśliwy cały ród, — mir — mór!
Wieść z chełmu na chełm chłystem chlaśnie do chmur:Czarny mór!
Czajki pierwsze nad Prut zawiodą żaluchę,W białoczarnych czamarach derkają diaczki pogrzebuchy.Od klicza ich bocian wybulgotał „klo-klo“ moczarom na ucho.Wrony wiatrom wrzawę wróżebną otwarły:Czarny mór!Czarny czaban spłaszczył się paskiem pajęczym,Cieńszy cień niż cień, w drzemocie wśród drzewWieść o nim wiotsza wieje niż wiew.
To nie żonwy żądlą, puk-puk, za dębem dąb,To nie żonwy rześkie klino-dzióbe,To nie żonwy zawrzasły o świcie: „zbudź się las!“To wieść wiertna o świcie cykała-tykała, krop-kroplą wierciła do wrót:„Zbudź się ty, zbudź i ty, bo się nie zbudzisz“.Kołowała, kołatała, kłuła z chat do chat.Czarny świt, czarny piątek, wieczny piątek skołatany spadł.Tu szept: „Harasym.“ Tam szept: „Harasym.“I już każdy kąt wnikł w dym.W każdym kącie piłował czarny gwóźdź, czarny nikt.Kołatał w uszach, kołatał, i już żaden rataj nie oratał,Ni kłoci słomy nie wyklepał, nie wymłócił,Nie zaśmiał się żaden, nie śpiewał, nie kłócił.W rękach ścierpł każdy sierp, w ziemię wsiąkł każdy brzęk,Skłute żniwo stężało w kaczany,Nie zsypane żyto, żytnice w rozsypce,Brzęczy wieść coraz szersza szerszeniem,Żądła sieje nasienne.Wieść nażądli za dnia, żądło jątrzy przez noc,Słyszy ją każdy dach, słucha jej senny ptach:„Harasym, Szczęśliwy Harasym.“Każda chata zasnuta w jałowcowy dym.Watry na dworze, watry na podłogach, a piece wystygłe.Każdy człek syty wieścią łyka dym.Od chaty chata uciekła w gęsty dym,Każdy kąt od kąta: Harasym, Harasym.Oderwać się, odłączyć, odtrącić!Od — od — od — czarny odlot,Gardziele nie dym dławi, czarny mak, lęk, Harasym.
Wiatr gorący wstał, szarpnie się, pryśnie cały dolski lud.Z kątów zsypie się w jeden krzyk:„Spasie! Pasterzu ty nasz, paś nas, prowadź do pasz,W wierchowinę, w zieleń, pod chmury, w chłód, w śnieg,Do źródeł, poza źródła, do czystych wód, nad białej Cisy brzeg.
Ożywi nas żytni chleb, żytni chleb da żyć.“Zaraz hruby żarem zagrają, w nich rośnie żytni chleb.Dzieci w dymie śpią blade, chleby się rumienią.Żytni duch, chlebny opar jednoczy, ocali ich chleb.O świcie wypędzą krowy, jałówki, byki i psy.Przy chatach żywą zagrodę zostawią:Koguty, pszczoły, gęsi, bociany i wrony,Niechaj dzióbią, niech żądlą, niech wystraszą czarny mór.To nie buńczuki roztrzepią czuby piór na dachach,To nie po dziewięć płomieni dziobatych, czubatych,To po dziewięć kogutów trzepie się z wierchu chat:„Ja cię wyzywam, wydziobię, wykolę, wydrę cię,Wykukurykam cię! wsiąknij w moczar, ty zgniły mór,Kukuryku! Kukuryku! Kukuryku!Tu czuwam ja, nie puszczę cię, ja czubaty kur.“To nie dymy kręto-białe jałowcowe syczą,To dziewięćkroć dziewięć gęsiorów, krętogłowych szyj:„Gęg-gęg, nie sięg-niesz nie, wygęgam cię, gęg-gęg!Oparem w moczary wsiąknij w łęg,Czarny lęk, tyś nie lęk, legnij, szczeznij, gęg-gęg!“Pszczoły z bzykiem gniewnym rojami obsiadły moczary,Każde oczko zaraźne tną, wirują:„Bzu-bzura, śmierć-bzdura, lęk-nie-lęk, cięg-cięg,Cięt-ścięt, do szczętu ścięty lęk.“Bociany klin klinem klo-klo kłują ciepły wiatr,Wrony wrzawą wstrzymują czarny mór.Z Naddniestrza, z Nadprucia, drogą, polem, ścierniskiem,Szereg krętszy niż Dniestr, nurt bystrzejszy niż Prut,Każda głowa w lejtuchu, lico licu nie lube,Zza całuna czyha licho, pod całunem wklęsł lęk,W całunach cały kraj, wzdycha żywa powódź, tłok, grom,Dudnią trzody, bek, rżenie, szczekanie, klamor i ryk.Dopadli cwałem puszcz, z dróg czmychnęli w rozpadliny,W płaiki, w strugi wód, w wiewiórczy trop, w szlak leśnych much,Zwierz leśny wiedzie przodem ku źródłom w góry pod śnieg,Puszcza mruczy, wzdycha, zmieściła wszystkich, zamilkła.Sroka zdradza: „skrzek-skrzek, tu biegł, tam legł.“Pająk zasnuł ścieg w ścieg.Czarny czaban smugą smyknął, żółtym brzuchem do puszcz,Czaty, czołg, chrzęst, skrzyp. Łeb biały raz jeden łypnął z traw:„Któż wygnał sam wszystkie trzody ku paszom? któż watah?“W gąszcz się zaszył, chichot w chrustach, rechot w maliniakach,Dał znak, z moczarów wstał pochód czabanów, mir, sam mir.
Na wozach stosy, wszystko martwe — gad, szczur, gałęź, liść.Czarny wóz z przodu bez skrzypu, na nim sam Harasym.Gały wywalił, usta otworzył — sam Harasym.Do końca świata będzie się gapił — sam Harasym.Mir, czarny mir, tylko w chrustach chrzęst, skrzyp, chichot, rechot:„Kto sam jeden wypędził trzody w paszę, kto watah?“
U wrót puszczy zastygł czaban,Stara puszcza stygnie czarniej,Lasy czernią się w mgłach, ścieżki kręcą się w mchach.Z mgieł czerń, z mchów czerń, z water czerń i dym.Pogorzele jałowca, z czerni kręci się dym,W każdy przesiek wsiąkł dym,W poprzek czabanowi.Czarny czaban waży się w czerń,W grząski ścieg, w czarny swąd,Płaskim dymem między watry wygasłe,Oplątał się w przędzę pajęczą,Namotał w przędzę komarów i much,Kradnie płaj, zatrze chwostem, końską czaszką połknie ślad,Kradnie stąd-stąd, skok za buka, za krzak, w jałowiec, w cierń,Krótszy wciąż płaj, cieńszy ślad,Ni jałowiec kłuł go, ni głóg,Jałowcowy nie zdławił go dym,Buchnął czarny kłęb!Już tu u górskich chat, u wrót,Kto czarniejszy, kto watah?
Znad puszcz czy w skrzydłach cerkwie lecą — bronią?Z wież czy armaty dym i ogień ronią?Z ogni czy gęsi, nie białe, znów białePrysły w owies ścięty, owies znów cały?
To znad białych chmur wierch nad wierch wystrzeli,Płonie lód, dymi lód, sczerniał, znów w bieli,Śnieżnych pól gaśnie biel, z wód biel się pieni,Zdeptał trawy wiatr, znów wskrzesł wał zieleni. —
Czy gołębie na cerkwiach kwilą, gwarzą?Czy jaskółki się w dachach czulą, swarzą?Czy dzieci gęsi gonią, nie wygonią?W kosy dzwonią kosarze, nie dodzwonią?
To zza gór wiatr szczebiocze, grucha, kwili,Dzwoni, strzelił, wymiótł śnieg, biało pyli,Sięga puszcz, siągł-nie dosiągł, wierzchem trzaska,Trawy skosił, wskrzesił znów, trawy głaska.
Jedne usta, jeden krzyk, woła cały lud:„Wiatr zagórski! Przepadł czarny watah! Cud!“
Na wysokiej połoninie rozciął chmury wiatr,Czy już z góry święty Jurij dał trembitom znak?Czuj! Z osiedli, z wsi wylegli i podnieśli głowy,Stamtąd, stąd, z wierchowin wszystkich ludzie ku wiatrowi.Patrz! z mgieł światło gra, za światłem w krąg kręcą się kiście,Wieją, sypią się, lgną ciąg w ciąg, lasy, drzewa, liście.Nie! To lgnie do rąk świecących wszystka żywocina,Ptak wraz z musznią, wilk wraz z sarną, ślimak i gadzina.Nie liść, nie ptak, owce widać? cielęta nie pszczoły?Nie rogaty las w mgłach kręci się, to krowy i woły.Mgły opadły, spadły strachy i poznał lud cały:To on! Biały! Lęk zdjął, strach ściął —Watah doskonały!
Czarny czaban skrzypiał, gasł:„Niosłem ciszę, darowałem ciemną łaskę,Gasić, zgasnąć, we mnie mir.Ni światłem nie rażę, ni siewem nie ranię,Nic nie każę, nie zachciewam, nie rozwiewam,Nie tęsknij, w domu siedź, mir.Oni was tysiącem ziaren porażą,Błysk za błyskiem w oczy was będzie kłuć.Tułaczka, ból, głód, ogień niemirny,Z tej i z tamtej strony gór jedno Niemirowo. — —Czarny czaban dymkiem wiał, przewiał, w moczar wsiąkł.Gdzież go szukać? Nie szukać — — —“
— A jakaż ta dorożeczka długaśna, nie krótka!A z plew kaszka-owsianeczka gorzka, nie słodziutka.
Na wysokij polonynci tepłyj witrec wije,Zaszczebecze, rozwesełyt, swit widmołodije,Oj zełena zełenynko, zełenyj switoczku,Korenysy, zełenysy — — —
Dobre to życie kiedy wesołe,Kurka niech gdacze, kto chce niech gdera.Dla mnie świat dobry, łaskawy Bóg,Dzięki Wam Boże, dzięki wam ludzie.
Deż ty budesz Fedj GiełetoDnynku probuwaty?Deż ty budesz FudorykuNoczku noczjuwaty?
A ja dumaw probuwatyU zełenych stoływ,A ja chotiw noczjuwatyDeby Pan Bih pomih.
Oj budesz ty noczjuwatyW żandarmskij kasarniTaj mesz hnyty-dohnywatyW Kołomyi w harti.
Oj wżesz tobi FudorykuCe poślidni bihy,Bo upaw twij honoroczokJak cziczka pid snihom.
Ne mesz byty, ni łupatyUże ti ludsky kostiAłe mesz sy kołysatyWid zemni dwa łekti.
Ne mesz birsze zazyratyZ hory z BereżnyciAłe mesz świt ohljedatyZ werszka, z szybenyci.
Nic mi tu już nie pomoże,Mamo moja miła!Zabierz stąd, podrzuć gdzie chcesz,Jakeś tu rzuciła.
Comments
Loading comments…