Misterjum tragikomiczne o Marchołcie

Twórczość Jana Kasprowicza

Ludzie, kochani ludzie!Gdybym tak mógł, jak nie mogę,Wyzwoliłbym waszą duszę,Na skalną pchnąłbym drogę..............Jesteście jak worki plewy,Rozwiąże je lada chłystek,Przechyli i z śmiechem rozsypieTen płony towar wszystek.

............. Zda mi się,Że nagle z tego kąta wychylił się jakiśZłośliwy Szatan-Figlarz, i aby urągaćWieczności i jej źródłom, stanął za mem krzesłem.Odchylił nagle kołnierz mojego surdutaI wielką wesz mi wsadził za koszulę. RamięChcę podnieść, by ją w palce pochwycić i ubić.Daremnie. Szatan-Drwiciel ubezwładnił członki.Chcę oprzeć się o ścianę i zgnieść ją wysiłkiemTych pleców, co niejedno udźwignęły w życiuI ciężar niewygodny strąciły niejeden:Napróżno... Bolesnego doznałem wrażenia,Że nie mam już oparcia, że jestem zawieszonW przestrzeni... Cóż to będzie!... Co to będzie?!... Co będzie?!

Co mi spoczynek!... Niech czarci!Wina mi kielich przynieście!Ci tylko dla mnie coś warci,Co są jak drożdże w cieście,Co mają w sobie fermentyRozsadzające światy!

Kto nie pragnieMieć pewności, ten jest kiep,Naukę mu zacną wrzep!Ten jest drań! —Z kołem, drągiem, cepem nań!

Wiem, co czajki,A co orły, co są dudki,Co sokoły;Nie trza szkieł mi, wzrok mój gołyWidzi dobrze, gdzie są woły,A gdzie koń się raczy paszą!

Chciałem sobie w czas dzisiejszy.............Tylko kpić z was, tylko drwić,A wszelako gniew mną miota,Może nawet ból i żal.

Jeno serce moje pełne,Więc i prawdy pełno w gębie,Że te błazny, że te kpyRazem z swemi fascykuły,Ze stosami swej bibułyWciąż wrzeszczące: »Świat to my!My to świat!«Ogłupiały was od lat.

Cicho, gnuśnieSypią z wnętrza swego proch,Wróg go zdepcze i rozetrzeCichcem, chyłkiem... Bądź mi zdrówTy majaku wielkich dni,Wicher boży widać śpi,Nieopatrzny leń i śpioch.

Trza mieć pewność, że się jest,Że się przecież na czemś siedzi —Obojętna, czy wysoko,Czy też nisko................Tron mój trzeszczy!Co? za bardzo się rozparłem?Za obszerny jestem w biodrze,Że natura mnie zbyt szczodrzeObdarzyła ciężarami?...............Juści tego ja nie powiem,Żem jest karłem —Sam pan krawiec się przestrasza,Żem na miarę Fidiasza —Lecz to, że się tron mój chwieje,To aż nadto jasne dzieje:W jaki tylko spojrzę kąt,Zewsząd ku mnie, stamtąd, stąd,Coś wyziera, coś mnie straszy,Mnie i was — — —

Hej–ci, hej-ci, hej–ci, hej,Skacze łania z gęstych kniej,Za nią jeleń pędzi, bieży —Człek nie wierzy, aż przemierzy —Głaz się kruszy, łamią drzewa — —

Wy z rozumu swego procPuszczający — o, nie kule,Jeno jakiś piasek mnogi,

Który spada wam pod nogi!Wy tak czuleGrzebiący się w własnym mule,Własnych celów omamiacze,PrzerabiaczeNa swój sposób wielkich prawd,Jeśli prawd tych święta mocDo drzwi waszych zakołaczeI wy puścić ją musicie —Nie, że wiecie, iż to wasze nędzne gnicieJest jak śmiecie.O, jak bagno, w którem grzęźnieŻycia wózI na twarde życia drogiWyjść nie możeW tym oporzeBłota, trawska, trzcin i łóz...

Zabobonną miałem cześćDla wszechmocnej Twej osoby,Może nawet miłość — może —

Gdzie postawisz stopę w bucieCzy też bosy, trwogi kłucieBędziesz miał po wieków wiek,Boś jest tylko marny człek...............Czyś jest winny, czy bez winy,Czy krzepotę masz w swem ciele,Czy dziadowska służy-ć żerdź,Kij sękaty, czy pastorałDzierżysz w ręku,Nie uchronisz się od lęku...

Wiadro, beczka, stągiew, kadź,Czy jak wy to nazywacie,W rezultacieSą to nazwy jednej rzeczy.

Chybisz wasan, bo w swym trybie,W swem pędzeniu oszalałemMądrość twoja nie pamięta,Że jest ziemia obok nieba,Że na wieki jest sprzągniętaDusza z ciałemI że liczyć się potrzeba...

Ktoś tam niegdyś wlókł się w górę,W taką samą skryt purpurę...

Boć — z dumnemi czołyPomnijmy o tem! — rodzicem człowiekaWszelkiego Bóg jest i On też wyciskaNa jego skroni piętno zbawcy... ZbliskaWidzian, niechlujnyś i prostak, co czeka,By tylko bryznąć kałużą, a z daliŚwięta Golgota na ciebie się wali.*

Cham tylko powie, żeś jest cham, choć chamemSam się nazwałeś w przystępie goryczy,Ale i dumy, której nie zakrzyczyŻadna obelga, szermująca kłamem.Parobek jesteś boży, nad Adamem,Wygnanym z Raju trzymasz bat i z smyczySwojego wnętrza puszczasz psy: zdobyczySpragnion niebiańskiej dla tłumu, omamemZiemi zdjętego, wyrzucasz swe »huzia!«*

Rzeki!... Zdroje!...O jesienne liście moje! —Wierch srebrzysty w skrach się żarzy —Słońce!... Słońce!... Tralalala! — —Zorza gdzieś się już dopala —Jak szeroka, jak głębokaOceanów wrząca falaPłonie — — płonie — —Mórz powłokaOblewa się wrzącem złotem,Aby zgasnąć. — Ale potem — —Przebrała się losów miarka.Siadywałeś pan na tronie —Chciałeś spełnić wielki czyn,Dziś zeszedłeś na pisarka,Na łup belfrów i wzmiankarzy................

Comments

Loading comments…