Rola ballad i prymitywizmu ludowego w liryce symbolicznej
Twórczość Jana Kasprowicza
Rozwarłem piekielne bramy,Życiem uwolnił od męki,Słoneczność spływa po świecieZ mojej wszechmocnej ręki.
Upiłem się kiedyś wieczór —Wino zbawienną jest mocą: —Pięścią wytłukłem szybę,W gór łańcuch patrzę daleki. —
Ponoć i ja miałem braci,Na straszną gdzieś poszli wojnę.Śmierć rzekła mi o tem wszystkiem,Całując spiekłe me usta.
...mój smutekUpił się dzisiaj radością,Żeś tak nikczemnie zmarniał,Ty, coś spoglądał w słońce.
Niech rycerz ginie od stryczka,Jesiotr niech dławi się w matni,Bóg z swego tronu niech spada,Włócznia niech w bok się wwierca —Lepiej się puścić w tan!
Rutę zasiewam zieloną,ruta mu z łona wyrasta:Wyjdź z mieczem mściwym w ręku,na miecz twój czeka niewiasta.
O jakiś rósł mi w niebiosaw obłyskach rycernej chwały,siedzący na siwym koniu,gdy rogi wojenne grzmiały,
Hej jadą zbrojno i strojno,pochmurną widzę kurzawę,duszna spiekota na ziemi,słońce zapada krwawe.Hej strojno jadą i zbrojno,aż mi się mąci w głowie...
Witaj nam, witaj, bratowa,Z radości padasz wielkiej:Kity nam lśnią się na hełmach,Przy boku błyszczą szabelki.
O, jak wam błyszczą szabelki,Kity się chwieją na hełmach,Ginę z radości wielkiej!
Chwyć konie za uździenice,staw je, pacholę, przy żłobie — —Witajcie mili bratowie — —ruta wyrasta na grobie...
Na okrajach budzi szum echowy —W ciemnych smrekach rosną złotogłowy.
Jasno, krasno na kwietnej polanie —Waligóra nad jeziorem stanie.
Gdy się w przepaść złom za złomem toczy,Jak w jezioro, spojrzysz w moje oczy.
Nie zapomnę twoich ust na wieki —Pod turniami ciemne rosną smreki;Nie zapomnę źrenicy stalowej —W ciemnych smrekach rosną złotogłowy.
W dalach giną skamieniałe oczy —Skroń Chrystusa krwawym potem broczy,Niezliczone, długie broczy wieki —Pod turniami ciemne rosną smreki.
Oszalały, k’niebu się dobija —Płacze w Raju Przeczysta Lilija.
Czemu góry nie padacie w złomy,Gdy w mej duszy piarg i gruz widomy.
Łódź ogromna leniwie się wlecze,Ogromniejsza nad zdumienie człecze,Nito radło, głębię w skiby orze,Ogromniejsza nad zdumienie boże.
Waligóra krwawą duszą płonieKu wichurze, ku dalekiej stronie.
Faluj–że mi w słonecznej posusze,Aż się cały falą twą ogłuszę!
Faluj–że mi, aż oślepnę całyW płomienistych wirach twej nawały!
Czemś ty dla mnie, ty gwiezdny orkanie,Niech przedemną Wielki–Wicher stanie.
Z wielkim żarem nadgwiezdnego szczytuSpłynął k’niemu Wielki-Wicher bytu.
Wicher Boży topi go w swej toni —Krwawe krople skroń Chrystusa roni.
Lepki,miodem zaprawny,barwą bursztynu lśniący kłamnie mieszka w uściech bóstw.W błękitno-purpurowym kielichu lotosu,w łodzi,w której sam stwórca ziemi i bezkresnychtęsknot podniebnych
przeniósł swój byt ziarnosypnyponad przepaścią śmierci,płynęła po falach mórzzadowolona Savitri...
Ta-ci prastara jest pieśńo liściach dzikiego chmielu,oplatających przyzbę mej chaty,o zżółkłem dzisiaj, w tę porę jesienną,ustronnem gronie modrzewiów,o piasku, co się unosi z pod kółciężkiego wozu,o zgasłych płomieniach gwiazd;o głuchem echu siekiery,twarde rąbiącej pnie.................
Zamknął się za mną cichy ciężar bram;nad taflą zwierciadłacisza usiadła,największa z tych, które znam..................
To »albo« w waszej, odwiecznej balladzieWielce jest śmieszne, gdyż wam, dobrzy ludzie,Wiadomo wszystkim, jak mrok się kładzieNa ścieżki życia — znienacka, gdy w trudzieCzłek, zda się, doszedł pod sam szczyt... NapewneWiecie, że zginął ten, co chciał królewnęPosiąść zaklętą... Stanął mu na zdradzieSkryty żleb śmierci...
Comments
Loading comments…