Łyk kawy

A kiedy wzmożesz czujność i już ślepniesz:oglądasz czarne ptaki nad dachamiz cegły, jak lecą naukos w trzepocie,podmuchem porywane i znów płaskona dymie siwym leżące: na fali —to jest muzyka! świeże kwiaty śliskoopadające jak kopuła z woni,duszące: bo to zioła wystrzyżonez szeleszczącego sinego papieru:sztuczne!... I żadna miłość nie ratuje.A wtedy przyjdzie noc, jak zawierucha,szumiąca w głowie; jako płyta z głazu,co w huku pada na puste grobowce,na sarkofagi, z których zmartwychwstano;jak morze, które zwala się i pieninad Atlantydą, wreszcie zatopioną,czarne i gęste, nad białą i jasną;jako kurtyna z żelaza w teatrum(a chór tragiczny w złotych błądzi maskach);jak piorun sądu, jak blask reflektorów:i nie zapomnisz! zbyt zmęczony sobą,księżycem sennym, niebem, przełamanem

błyskawicami, nocą kryształową,jak mroczna misa ponad srebrne gwiazdywzniesioną, myślą o wielkiej otchłani:znów dłoń wyciągniesz, zlęknioną i nagą,tę z zielonego szlamu dłoń samotną— i zamiast palców, których nic nie wróci(bo i cóż bywa na ziemi powrotne,prócz jej jedynej, blado-widziadlanej,która muzyce kładzie kres, jak posąg,co z widnokręgiem zlał się, wniebowstąpił?) —głaszczą cię wielkie i nietoperzowewłochate skrzydła: podmuchy przestrzeni!

O, przytknij usta i zęby dzwoniącedo filiżanki spękanej, o, zbudź się:już mocny wywar ścięte parzy wargi.

Comments

Loading comments…