Auto
Nie chcę, nie mogę uwierzyć,Jarzębinowa wsi,Że w dusznym dymie przeżyćGasną jesienne senne dni.
W rękawiczkach skórzanych uważny szoferze,Ty, w kierowaniu sterem biegły i przebiegły,Czemu czujna wskazówka drga na czarnem zerze,A lśniące samochody drżąc — drwiąc nas ubiegły?
O, raz jeszcze! Na białych ulicachRzucić się w ten strumień wartki,Niechby lasy ku nam w cwał pobiegły,Przerzucajmy pola, jak kartki!
Gnieciemy w ustach ziemię, jak śliwę dojrzałą,Miotamy figurami zapomnianych świętych,Jak mannę, rozdajemy napęczniałe ciałoAtomom dni niepoczętych.
Wagony pomijane, wzgardzone powozy,W locie rytmem siekane czarne cielska wzgórz,Upaja woń anielska spalonej benzyny,Szyny sine rzucamy, jak umarłe godziny,Lasy, jak zdarte tuberozy.
Już w oczach mamy druty elektryczne,W zębach trzeszczący iskier pęd,O, ruńmy w nieba magiczne,Rozkuci z pęt!
Ale czemu wierzby wzdłuż dróg srebrnolistnePachną i smukłe topole ślicznePłaczą?
O, czemu, tem radośni, żeśmy nic nie czuli,Na bladem polu bezwonnej grykiPrzebijamy znów ściany kryształowej kuliI od nowa, od nowa stajemy się czuli,A spazm nam dusi grdyki?!— — —
Nic to! W straszliwym pędzie, w legendzie stuleci,Czarna trumna oszklona wzbije się i wzleci,Nad globową orbitę, w tuman czarnych słońc,Satelitą przez nieba spopielałe prąc.
Comments
Loading comments…