Do poety (Napierski, 1937)

Za ogrodzeniem śpiewy, w łunach wiążą snopy,Mroczniejsze. niż blask liścia, gdy zmierzch po nim spływa.W bukszpany zapatrzona źrenica nieżywaLiczy, jak puste lustra, bezcielesne stropy.Z oparu wybłyskują, rozchylając maski,Hermy, rylcem pobite: milczą, jak muzyka.Dymią żagwie. Zduszono we mgle rdzawe blaski.Gleba do warg podpływa i przez oddech wnika.Odejdź, młodzieńcze w czerni! Wyszczerbiono dłóta.By w wosku, który skleja martwe oczodoły,Wydrążyć punkt widzenia, jak urnom popioły,Źrenicę, co nicością niebios trwa, nakłuta.Jeszcze patrzeć na furtę, której gryfy strzegą.Nad bielmem czuwać nurtu, na zgasłej murawie:W chmury strome arkady, jak okrzyk śpiącego,Pną się po szczeblach plejad, by broczyć na trawie.Przebite zioła! Strzały w liściach, cierpią bluszcze,Żywopłoty dygocą, jak sina powieka.Czas płynie, struga chlusta. Ostrołuk powlekaTuman srebra i północ ponad niwą pluszcze.Biało-kamienna twarzy, o, uśpione oko,Zza szyby czuwające, jak stygnąca luna,Świeca pełga ukośnie ku podmuchom mroku,Dłoń opada i kona zadraśnięta struna.

Comments

Loading comments…