Dzień stworzenia
Rezygnacja pod niebios potężnych kopułąRozchyla ścięte wargi, nawykłe do jęku;Popłynąć w bitwie blasków na rzekach spłaszczonych,Złożywszy zboku dłonie, jak żagle zwinięte.Tak niewiele potrzeba, by usnąć spokojnieNa jeziorze wieczoru, pod mgłami i lodem.Rozwiera się kurtyna zaświata, przerębelWpycha w płuca powietrze, tłoczone przez widma.Zasznurowana krtani w ozonie głębiny,W niecce obłoków pęka źrenica, jak rybia!Przestrzeni prostopadła w szklistych oczach zwierząt,Jak huragan, wyrastasz nad głową śmiertelnych!Boleść ścięgna rozpina na drewnie, rzezanemPrzez palce dotykalne, jak uśmiech cyklopów;To cierpienie cierpliwe w pieczarze naturyWytapia z żył zwiotczałych krew ostrą, jak złoto.Metale przebudzone w tym słonym oddechu
Leją strugę stężałą przez nozdrza rozwarte.Chrapliwa jest melodja, jak warkot ptaszęcy,Zanim opadnie chmurą na szrony chropawe.O, wysokości stoku! Na zenit wybladłyPnie się sroga posoka i kurniawa blasku.Różowość zielonkawa w mgły sypie widzialnePłaskie pasma na strunach, zrudziałych od srebra.Z parującej czeluści dźwigają się cienieI widma strącasz palcem, jak mieczem korony.Ziemio, siostro daleka. Na trawach opiłychWiatrową wilgotnością, szczebioce i pryska.Podejdź brzegiem ku źródłom, w szumie nieruchomymJest lira umęczona, jak gałąź wierzbiny.Rozszczepioną odnaleźć pod niedotykalnymMostem, wyciągnąć ręce, jak ku burzom świtu.Ach! potrącić paznokciem, jak się kraje szybęWestchnieniem, bezcielesną linją szczęśliwości.Spójrz na pastuchów, pasy ściągają rzemieniem,Owce brodzą po grudzie, pióra przez obłoki.Trzeba się piosnki prostej uczyć, aż wystrugaSztachetę u zagrody, w którą zmierzch łomoce.O, stwórz na nowo jodły i belki wyciosaj,Aby się nie rozchwiały, zanim sen uderzy.Odpoczniesz wreszcie. W siódmym wielkim dniu nieróbstwaUśmiechniesz się nieludzko, zapłaczesz inaczej.
Comments
Loading comments…