Elegja na śmierć Kleista

Henryku! jeśliś ty z dwojga miłościsilniejszą obrał, jeżeliś pierwszeństwodał tej, która zabija nagle, tej zaświatówżądzy, przed którąś, kochający tutaj,uciekał, wiedząc, że ucieczki niema:składając wargi, aby mogły dotknąćust ludzkich, jak bezsilne wargi dziecka,kiedy zsiniałe były i bezkrwisteod pocałunku Muzy, co wysysakrew i śmiertelnych zamienia w posągi,co patrzą w gwiazdy, nawet ich nie widząc;gdy powleczone były szronem brzasku,fioletowe, nieme, zagryzionedo krwi, by jękiem śpiewnym nie rozdarłypancerza, który serce tak zamyka,jak szklana trumna, samotna i widna;by nie zbudziły źródła, które biłona kryształowem dnie, jak lira z głazu,na dnie ostatniem, gdzie już dłoń nie sięga,cofając się przed lodowatą tonią,ni wzrok najbardziej rozszerzonych źrenic;

by promień blasku nawet nie powrócił,jak nóż, krający tafle przezroczyste,i nie rozigrał powierzchni pokusąfal rozedrganych, jako srebrne płetwy:— więc zatrzasnąłeś światło bardzo blade,bardzo złociste, czarne i zielone,w sobie, jak wieko.

Boś o to walczył, łamał się z przemocąliści i kwiatów i srebrnego nowiu— maleńkich czarnych liści w noc srebrzystą,słowików, co kląskają bezpamiętnie! —boś o to walczył z potęgą korzeni,zarytych w głębie ziemi, wiecznie płodnej,z runią, zieloną ledwie, z szumnym kłosem:abyś nie musiał śpiewać! O toś walczyłz ulewą mroku, ognia i powietrza,z ciszą i wichrem, z gwiazdami i morzem,i o toś złamał twą szpadę, młodzieńcze!

Bo nie o serce ludzi. Znałeś kruchośćserc; ich bezdenną płynność; ich niemożnośćsprostania losom, co je w popiół krusząi przepalają, że się rozsypująw dłoni, jak od dotknięcia płomieni; nie o nie.I nie o zdradę. Bo i któż jej sprostał?Tyś ją podźwignął. U dna namiętności,co w jedno wiąże dwoje ciał samotnych,że się szamocą, jako ryby ślepe,gdy je zalewa zabójczy powietrzaprzestwór, pękają tętna: u dna tegodojrzał-ś ją. Aleś oczu nie odwrócił: —od paleniska najbardziej skrytego,

gdzie żużle sypią się w dół nieskończony,nieludzko-martwe, nareszcie spokojne.Tedy uniosłeś ją nad wszystkie gwiazdy,tam, gdzie już niema skarg, nad głosy ludzi,co, wymawiając najczulsze wyrazy,kłamią! (Anioły możeby zdołaływymówić prawdę warg swych płomieniami!):nad dłonie, które krzywoprzysięgają,nad przyjaciela palce, drżące w twoich,by, zamiast róży, podać ci goryczynapój: zaiste nieśmiertelny piołun;tys ją wraz z sobą uniósł, gdzie nas niema.

Jeżeliś dotknął głową roztrzaskanątej wielkiej ziemi, która nas wydała,nas, urodzonych późno; jeśliś wiedział,że tam jest także ziemia i bez końcajest tylko ona; że śmierć — to braterstwoz nią, ciemną matką, która nas zrodziła,aby nas przyjąć z powrotem do łona:nareszcie pojednanych; jeśliś wolałz nią wspólnie istnieć, niżeli samotnieżyć tutaj: pozwól, że dłoń mą bezsilnąwyciągnę — ty jej, cieniu, nie odtrącisz!Twoja prawica będzie, jak Aniołaręka walcząca i ona wybaczy,żem dotąd przetrwał.

Comments

Loading comments…