Elegja (Napierski, 1936)

Wieczory długie nie są. Zmierzch przemija,Niby westchnienie warg, ledwie domkniętych,Niebawem sennych, mokrych jeszcze; rosaW niechętną wilgoć skrapla się, zawisaNa wpół-pochyłej łodydze; kolankuKropla ta ciąży, jako piersiom ziemia.Ta ziemia, z którą zaledwo w pół-zmrokuSąsiadujemy, mrąc. I gdzie ojczyzna?Nad łąką, kędy się opar, widzialnyŹrenicy, klucz wiolinu nad nicością,Wzbija aluzją do milczenia? GwiazdySą jak odpowiedź na niepostawioneNigdy pytanie, błaha i przedwczesna!Źrenicy, w siebie zapatrzonej, okuPosągów, złupionemu przez stulecia,Podobnej, które szczelnie piasek czasuSzoruje, aby ujrzały swą pustkę.Czy łęgi w mrokach srebrne, jak zdmuchnięteŚwiece przestrzeni, których knot zwapniałyKładzie się płasko, by przedrzeźniać? ChmuryOd-dołu naświetlone, jakby przetrwać

Na scenie świata, tam na wysokościTo było wszystkiem? Nieznana melodjo!Rzeźbisz nas rylcem w kontur czysty; słuchaj:Ptak kwili nocny. Jak trudno umierać.

Comments

Loading comments…