Elegja (W szarawe dnie jesienne...)

W szarawe dnie jesienne zrudziałe sztachetyRozszczepiają gałązki, jak sztywne bukiety,W szyby, które powleka oszroniona rosa,Konary czarne patrzą o zmierzchu zukosa,W popiele popielatym jeden liść się żarzy.— Odchyl palce od źrenic wydrążonej twarzy,Głuchą na pierś zwieś głowę, by podglądać zbliska:Widnokrąg drga, jak wrzątkiem przepełniona miska,Przez szczeliny spękane pianą brudnej faliŚcieka ruczaj lazuru, rudości i stali.Tedy bacznie patrz w lustro: gdzie brzegi szaremiRozpływa się horyzont spustoszonej ziemi,A samotność jałowa w zmięte miota chmuryJęk donośny, jak strzałę na piórach wichury,By przez krańce zawiędłe, jak tęczy rozpiętej,Rozdzierać przestwór, schrypłe trącać instrumenty,Rozrywać krtań: już dławi spazmem i bulgoce.Jak koryto wpółwyschłe poprzez szkliste noce.Wtedy znów wzrok oderwij. Niech z tafli korzystaPorankowa klarowność, obłudna i mglista,Co, kłamiąc oczom spokój, w pustej rdzawej bramieBlaskiem liścia martwego czyste skronie łamie,I z struny świst dobywa, zaledwo muśniętej,By przywtórzyć szyderstwem wardze sino ściętej.

Comments

Loading comments…